Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation
Profil użytkownika

irysek

Zamieszcza historie od: 27 kwietnia 2013 - 16:18
Ostatnio: 19 sierpnia 2018 - 13:10
  • Historii na głównej: 21 z 22
  • Punktów za historie: 8950
  • Komentarzy: 79
  • Punktów za komentarze: 559
 
poczekalnia

#82907

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Moja mama pracuje na stacji paliw.

Nie potrafi zliczyć, ile zwierzaków od końca czerwca ludzie wyrzucili przy stacji na drogę. Z innymi pracownikami starają się zabierać je z ulicy. Czasem znalezione porzucone zwierzęta przynoszą im klienci. Czasem któryś z klientów akurat szuka psa/kota, czasem nie szuka, ale i tak przygarnia, czasem zostaje schronisko.

A czasem ludzie wyrzucają zwierzęta z rozpędzonego samochodu, kiedy jedzie za nimi mnóstwo innych, rozpędzonych pojazdów różnej wielkości.
I wtedy zwierzęta nie mają już tyle szczęścia.

zwierzęta

Skomentuj (6) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 102 (110)

#82706

(PW) ·
| Do ulubionych
Słyszeliście o metodzie na wnuczka? Teraz jest metoda na babcię.

Wchodzę do apteki, przede mną starsza Pani. Zauważyła, że weszłam, mówi do Pani za ladą, że "nieee, to mnie nie stać, pani obsłuży tę panią, ja się jeszcze namyślę, ale mam tydzień do emerytury, a 30 zł, muszę jakoś przeżyć".

Zrobiło mi się przykro, zastanawiałam się nawet nad pomocą starszej Pani, może mogłabym chociaż coś wykupić? Ostatecznie rezygnuję, bo sama nie mam za dużo pieniędzy, a możliwe, że niedługo czekają mnie spore wydatki. Kupuję swoje rzeczy, starsza Pani w kącie chlipie, ale w końcu wychodzi.

Pani za ladą mówi mi, że nie ma mi być przykro, bo ta Pani wcale źle nie żyje i jest krętaczem jakich mało. Średnio co dwa dni pojawia się w aptece i cały czas ma "tydzień do emerytury". Jak nikogo w aptece nie ma, to potrafi stać, kręcić i wybierać jakieś suplementy, kręcić nosem, wymieniać, a to nie, a tamto się nie podoba, to za drogie, to jednak niepotrzebne – aż ktoś wejdzie, wtedy robi numer "mnie nie stać, mam 30 zł do emerytury, a jeszcze tydzień czasu!". Ludzie miękną i kupują jakieś suplementy (więc wcale nie jakieś potrzebne leki!), nierzadko na trzycyfrową kwotę. Ot, czasem wpadnie coś za 10 zł, czasem za 20, a czasem trafi się ktoś z wyjątkowo wypchanym portfelem (albo wyjątkowo miękkim sercem) i nakupuje rzeczy za ponad 100 zł.

Zabronić kupować babci nie mogą, bo te suplementy są bez recepty, co z tymi tabletkami i syropkami wszystkimi robi, nie wiadomo. Farmaceuci starają się ostrzegać przed przedsiębiorczą babcią, ale podobno ma już na to gotową odpowiedź: "pani kochana, coś się pani pomyliło, ja tu miesiąc temu byłam ostatnio, może mnie z kimś pani myli, teraz wszyscy emeryci biedę klepią" i podobne teksty.

Nawet nie wiem, jak to skomentować.

Apteka

Skomentuj (20) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 179 (187)

#82555

(PW) ·
| Do ulubionych
Mieszkam w bloku o dość cienkich ścianach, ale mam to szczęście, że sąsiedzi dość cisi. Ostatnio jednym urodziło się dziecko, płacze w dzień i w nocy, ale nauczyłam się spać z zatyczkami i wstawanie o piątej do pracy mi niestraszne. Przecież matka nie powie niemowlakowi, że ma przestać płakać.

Niestety, ostatnio trochę się pochorowałam (na zewnątrz ciepło, w środku klima, padło pół biura). Posiedziałam trochę na L4, a jak stanęłam na nogi, wróciłam do pracy. Ale po chorobie przypałętał mi się kaszel. Taki suchy, męczący, za dnia tylko troszkę pokasływałam, najgorszy stawał się wieczorem – syropy i tabletki nie mogły nic na to poradzić, lekarz stwierdził, że musi mi wszystko zejść z oskrzeli, no trudno. Każdego wieczora kładłam się, modląc się o to, żeby jak najszybciej zasnąć i przy okazji się nie udusić. Męczyłam się okropnie, poirytowana i wściekła, bo, wstając o piątej do pracy, udawało mi się zasnąć o północy, czasem o pierwszej.

Drugiego wieczora zjawiła się sąsiadka, ta od dziecka. Z żądaniem, żebym przestała kaszleć, bo ona nie może uśpić dziecka, a jak już uśpi, to jej budzę. A jak nie, to wzywa policję za zakłócanie ciszy nocnej i miru domowego.

Aha.

maDka

Skomentuj (19) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 217 (227)

#81544

(PW) ·
| Do ulubionych
Poszłam na zakupy typowo spożywcze. Kupowałam między innymi jajka. Pani Kasjerka dość szybko kasowała moje rzeczy, równie szybko starałam się ładować je do torby. Leci jedna rzecz, druga, trzecia, jakoś w locie staram się je łapać, ale nie mam trzech rąk, żeby nadążyć za wszystkim. W końcu lecą jajka i przelatują przez pole do pakowania.

Jak nietrudno się domyślić – jajka spadły i zrobiła się jajecznica. Machnęłam ręką, trudno, nie spieszy mi się, kupię innym razem. W tym czasie kasjerka zawołała kogoś do sprzątania, wszystko fajnie, dopóki nie zapłaciłam. Wyszło coś dużo, patrzę na paragon, a tam nabite te nieszczęsne jajka.

Mówię kasjerce grzecznie, że nie powinna mi ich naliczyć, skoro je zbiła. Naprawdę myślałam, że zapomniała. Zdarza się. Na to Pani Kasjerka obrażona:

PK: Jak piknęło na kasie, to są już pani jajka, nie sklepu.
Ja: Słucham? Jak moje, skoro nie zdążyłam zapłacić, a pani je stłukła?
PK (wyraźnie dumna z siebie, że tak to obmyśliła): No ale pani zapłaciła teraz, to już są pani.
Ja: I co, miałam zebrać je sobie z podłogi? Chyba pani żartuje. Powinna pani albo je odliczyć, albo dać mi nowe opakowanie.
PK: No to trzeba było łapać! Mnie by to z pensji odciągnęli!
Ja: A to rozumiem, że mnie się pieniądze same materializują w portfelu?
PK: Proszę już iść, bo jest kolejka. Jeśli pani nie pójdzie, wezwę ochronę, bo zakłóca pani spokój.

Poprosiłam, żeby wezwała kierownika, no bo bez przesady... Przepychanka trwała jeszcze chwilę, chyba ktoś z klientów poszedł sam do punktu obsługi klienta i wezwał kierownika, bo kasjerka zapierała się rękami i nogami, by tego nie robić. W końcu dostałam zwrot pieniędzy i dość nieszczere przeprosiny kasjerki (jakby mogła, chyba zabiłaby mnie wzrokiem), ale chyba zacznę to miejsce omijać, bo to nie pierwszy raz, jak dzieją się tego typu sytuacje.

sklepy

Skomentuj (18) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 227 (233)

#80939

(PW) ·
| Do ulubionych
Kolejna z serii "to tylko dziecko".

Stoją na klatce dwie sąsiadki, jedna z dzieckiem, gadają. Nic takiego, trochę słychać, no ale to uroki bloku. Nagle coś uderza mi w drzwi dość rytmicznie. Ni to pukanie, ni to uderzanie siłą. Otwieram.

Dziecko rzucało piłką w drzwi. Proszę matkę, żeby swoją latoroślą się zaopiekowała, bo moja lepsza połowa śpi po nocce. Padło nieśmiertelne "to tylko dziecko", ale dzieciaka odsunęła. W międzyczasie mój kot przyszedł zobaczyć co się dzieje. Na widok dziecka i dźwięk jego pisków typu „KICIA!”, dał dyla (bardzo boi się dzieci, to kotek schroniskowy, widocznie kiedyś zrobiły mu krzywdę).
Drzwi zamknęłam. Myślałam, że spokój...

Pukanie, bardzo rytmiczne, ale domyślam się, że dziecko. Otwieram drzwi i ponownie proszę matkę, żeby zajęła się dzieckiem. Tymczasem dziecko, takie zupełnie małe, co ledwo mówi i chodzi, próbuje mi się przecisnąć między nogami, żeby wejść do mieszkania, bo "kicia". Jak mogę, delikatnie staram się dziecku drogę zablokować, czekam na reakcję matki. Obrażona, że przerywam jej ploteczki z sąsiadką, zabiera dziecko. Jakieś tam fochy poleciały w moją stronę, ale spokój.
Na chwilę.

Za moment słychać wrzaski, dziecko w drzwi zaczyna walić, kopać, drzeć się „KICIA, KICIA”, generalnie słychać lament, płacz, jakby ktoś egzorcyzmy odprawiał. Postanawiam zignorować. Chłopak się obudził, westchnął, bo co zrobić w takiej sytuacji?

Za moment dzwonek. Oho.
Otwieram.

Sąsiadka z dzieckiem: Pani da się jej pobawić z kotem, widzi pani, że zależy dziecku!

Tłumaczę, że kot źle reaguje na dzieci, szczególnie na taką małą rozwrzeszczaną terrorystkę. Jeszcze by dziecku krzywdę zrobił (kot nigdy nikogo nie zaatakował, ale przecież nie mogę zagwarantować, że w sytuacji stresowej nie zacznie się bronić). Poprosiłam, żeby dała mi spokój. Jak grochem o ścianę. Generalnie starałam się być spokojna, bo to moja sąsiadka, niekoniecznie chcę sobie robić wrogów na klatce schodowej i wdawać się w głupie wojenki.

Tymczasem dziecko przecisnęło mi się między nogami (żeby doprecyzować: to kolokwializm, przeszło obok, kiedy straciłam czujność), dało nura, potknęło się o próg, co skończyło się oczywiście epicką glebą i głośniejszym płaczem. Dziecko w ryk, matka wrzeszczy, przepycha się w drzwiach, prawie mnie przewracając, kot najeżony, syczy, bo hałasy, wrzaski, przepychanki. A mój chłopak stoi zażenowany w samych bokserkach na środku przedpokoju...

Ale się nasłuchaliśmy. Że nieczuli na płacz dziecka, że co nam szkodzi, a w ogóle to zboczeńcy, co my sobie myślimy, dziecko w szoku, bo pana nago widzi! (no szok, że ktoś we własnym mieszkaniu chodzi w samych gaciach!) Wyprosiliśmy ją dość kulturalnie, jak na tę sytuację. Wyszła, odgrażając się policją, spółdzielnią mieszkaniową i Panem Bogiem.

Edit: dopisałam kilka uwag, bo niektóre wydarzenia w komentarzach wydały się niejasne. :)

klatka schodowa

Skomentuj (35) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 149 (173)

#80649

(PW) ·
| Do ulubionych
O piekielności systemu polskiego szkolnictwa.

Z językiem polskim w szkole średniej szło mi tak sobie. Czytanie lektur od deski do deski skutkowało jedynie tym, że z "wejściówek"* z lektur wyłapywałam dwójki, czasem trójki, jeśli bardzo mi się poszczęściło. Z "rozprawek" podobnie. Dostawałam maksymalnie trójki, nigdy nie umiałam "wstrzelić się" w klucz. Szybko zniechęciłam się do pisania długich prac, do jakiegokolwiek wkładania w nie serca (ot, zaczęłam bezmyślnie klepać to, co sugerowali w podręcznikach/opracowaniach), do czytania lektur również – czytałam streszczenia, a w wyniku wolnego czasu teksty, które faktycznie mnie interesowały, nie te programowe. Oceny nieznacznie się poprawiły (wpadały czwórki).

Jeśli chodzi o poprawne pisanie (składnia, interpunkcja itp.) nauczyłam się go dopiero na studiach. Z Internetu. Nie pisałam wcześniej jak totalny analfabeta, ale jednak nie rozumiałam wielu zasad lub nie umiałam ich stosować. W szkole na takie „pierdoły” nie było czasu – ale na rozprawkach i tak traciło się punkty za błędy interpunkcyjne czy językowe.

Kiedy dostaliśmy próbne arkusze maturalne do rozwiązywania na lekcjach (część zamknięta), wypełniłam swój na 100%. Nauczycielka stwierdziła, że to niemożliwe, wszak jestem co najwyżej średniakiem. Na pewno rozwiązywałam już ten arkusz w Internecie i nauczyłam się odpowiedzi na pamięć albo ściągałam. Zamiast piątki dostałam tróję. Ciężko było to wyjaśnić rodzicom.

Nigdy nie miałam za to problemów z ortografią. Dlatego bardzo się ucieszyłam, kiedy zorganizowano kwalifikacje do konkursu (dyktando). Wypełniłam zadanie sumiennie, miałam jeden błąd w bardzo trudnym słowie, którego wcześniej nie znałam. Był to najlepszy wynik w klasie, co skutkowało tym, że powinnam przejść do kolejnego etapu konkursu. Nie przeszłam. Nauczycielka stwierdziła, że woli Julkę, bo Julka ma zawsze dobre oceny, a ja pewnie ściągałam albo po prostu raz mi się poszczęściło.

Dziś zajmuję się pisaniem tekstów na portale, współpracuję z różnymi wydawnictwami, sporo się udzielam. Wygrywam konkursy literackie. Nie na jakąś wielką skalę, ale moje nazwisko czasem gdzieś tam się przewija.
Właśnie dostałam maila. Moje liceum organizuje jakiś zlot zdolnych absolwentów, a przecież ja zawsze tak świetnie sobie radziłam i teraz odnoszę sukcesy i ojej, jestem chlubą tej szkoły i sukcesem Pani nauczycielki od polskiego.
Aha.
Pędzę, lecę.

* Pytania na wejściówkach obejmowały np. "Jakimi słowami zaczyna się rozdział trzeci powieści o tytule "X" autora "Y"?" – lub inne podobne absurdy.

szkoła

Skomentuj (61) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 115 (145)

#80362

(PW) ·
| Do ulubionych
Bardzo lubię koty. Ale trzeba znać umiar.
W bloku na parterze mamy panią, która karmi okoliczne bezpańskie koty. I wszystko byłoby fajnie, bo koty miejskie są potrzebne, tępią populacje szczurów, tylko że zrobiło się zimno i pani z parteru zostawia drzwi na klatkę oparte na nóżce, żeby się nie zamykały, wpuszczając tym samym koty, „bo koteckom zimno”.

Na osiedlu kotów jest mnóstwo. Naprawdę dużo. Dosłownie całe stadko, a wiadomo, jak to koty niewykastrowane – mnożą się, ile wlezie. Wchodząc na klatkę, można minąć ich nawet siedem naraz(!). Koty są na wpół dzikie, więc przepłoszone, jeśli ktoś dość energicznie wejdzie do środka, potrafią nieźle się wystraszyć i być przez to agresywne. Jak to zdziczałe zwierzęta – część z nich ma pchły, mogą też nosić jakieś choroby. Do tego załatwiają się na klatce, trochę rzadziej zdarza się im wymiotować, no ale generalnie jest tragedia.

Mieliśmy zatrudnione firmy sprzątające klatki – jedna po drugiej rezygnują, bo panie sprzątaczki nie chcą czyścić schodów, pardon, z gówien dzień w dzień (i zupełnie się im nie dziwię, bo kto by chciał?). Jakby tego było mało, jeśli jakimś cudem drzwi są zamknięte, to koty (przyzwyczajone do "luksusów" w tej okolicy), potrafią iść na niedaleki parking i ukrywać się gdzieś w szczelinach samochodu, bo ciepło i nie pada na łeb. Jakim może być to problemem, wie pewnie każdy kierowca...

Babie do rozumu przemówić się nie da. Do siebie ich nie weźmie, bo uważa, że kot musi żyć na zewnątrz, poza tym oburzona, bo jeszcze by jej srały (ale na klatce to już spoko!), a karmić/wpuszczać nie przestanie, bo biedne zwierzątka. Drzwi każdy, kto wchodzi/wychodzi, stara się zamykać, ale pani nasłuchuje/wypatruje i jak tylko "zagrożenie" się oddali, biegnie drzwi otworzyć (to starsza osoba, niepracująca, więc ma czas na takie przepychanki)... Sprawa u administracji – nie mogą nic zrobić, bo kto to słyszał, żeby karać kogoś za otwieranie drzwi we własnym bloku.

Zdemontowano stopkę, dzięki której drzwi mogły być otwarte – babsko znosi jakieś kamienie, żeby drzwi się nie zamykały.
Sprawa zgłoszona w schronisku: mają związane ręce, bo zgłoszeń o kastrację/sterylizację kotów jest za dużo i nie dają rady (o to akurat ich nie winię), do siebie nie wezmą, bo to koty dzikie, które nie mają szans na znalezienie domu, poza tym schronisko przepełnione. Ponadto jak usłyszeli, że koty ktoś karmi i dogląda, to tym bardziej nie chcą interweniować (bo to nie zwierzętom dzieje się krzywda...).

A ty człowieku dalej tańcz między fekaliami i wymiotami z nadzieją, że żaden kot cię nie podrapie czy nie pogryzie lub nie przyniesiesz do domu pcheł lub innego świństwa.

osiedle

Skomentuj (45) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 149 (187)

#80337

(PW) ·
| Do ulubionych
Historia z serii „to tylko dziecko”.
Jak to czasem bywa latem na plaży: ludzie pływają, wychodzą z wody przemoczeni, czasem zrobi się zimno. Owinęłam się od pasa w dół ręcznikiem i poszłam kupić sobie coś do jedzenia w barze nad jeziorem. Stoję w kolejce, czekam, aż tu nagle ktoś łapie mnie za tyłek. Gotowa strzelić komuś liścia, odwracam się, a tam dzieciak. Taki na oko pierwsza, może druga klasa podstawówki.

I szczerzy się do mnie bezczelnie. Zignorowałam i wróciłam do gapienia się przed siebie. Przecież nie będę bić dziecka. A nie bardzo wiedziałam, jak zareagować.
Ale zignorowanie to był błąd.
Tym razem mnie klepnął.

Mówię mu, żeby przestał i mnie nie dotykał, bo sobie tego nie życzę. Dzieciak się śmieje. Mamusia z tatusiem pogrążeni w rozmowie.

Za chwilę złapał mnie znowu. Tym razem za oba pośladki na raz.
Zwracam uwagę rodzicom, pada nieśmiertelne: „to tylko dziecko/bawi się” i jeszcze leci, oczywiście od ojca: „podobasz mu się, to łapie, co narzekasz, hehe, wie co dobre”. Dzieciak zadowolony z siebie. Rodzice tak samo, ich zdaniem sprawa załatwiona. Padły jeszcze jakieś ciche komentarze, już między nimi, że jestem głupia i nienormalna. Nie chciałam się kłócić, więc przewróciłam tylko oczami, ale jednak w środku zdążyłam się już zagotować.

Kolejny raz dzieciak próbuje złapać mnie za tyłek, ale, już przygotowana, łapię go za rękę, a potem dość mocno odpycham. Nie wydaje mi się, żebym wsadziła w ten ruch za dużo siły, ot, dzieciak cofnął się dwa kroki i w zasadzie potknął o własne nogi, usiadł na drewnianej podłodze na tyłku, a potem płacz.
W matkę wstąpił szatan, że jej dziecko biję, że nienormalna i zboczona (?) jestem, bo Mateuszek mnie tylko niewinnie zaczepiał, bo chciał się pobawić, jak ja mogę!
I generalnie matka sadzi się do mnie z łapami.

Na szczęście ludzie z kolejki przysłuchiwali się sytuacji i zareagowali. Właściciel baru wyprowadził rodziców gdzieś na bok, co się z nimi stało później – nie wiem.

Tak dorastają dzieci, które myślą, że są bezkarne i mogą wszystko. Bo mamusia i tatuś zawsze będą uważali, że są święci.

plaża

Skomentuj (30) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 234 (244)

#80338

(PW) ·
| Do ulubionych
Zdarzyło się, że miałam bardzo zajęty dzień, ale wypadało zrobić pranie. No to hop, pralka nastawiona, a ja szybko na zakupy, bo lodówka świeci pustkami.

Wracam, zadowolona słyszę, że pralka już wiruje (bo pranie akurat krótkie), jest szansa, że ze wszystkim się tego dnia wyrobię. Wtem! Na klatce dopada mnie sąsiadka:
S: Jak tak można! Kto to widział, żeby pranie nastawiać, jak się gdzieś wychodzi! Pralki trzeba pilnować! Trzeba patrzeć! A jakby kogoś zalało?! Ci młodzi to teraz nic nie myślą!

Nie wiem, może jakaś głupia jestem, ale teraz trochę nowsze pralki chyba już nie wylewają jak kiedyś, poza tym nie było mnie w mieszkaniu raptem 30 minut.
...i chyba mam ciekawsze rzeczy do roboty niż gapienie się, jak pranie w pralce się kręci, bo a nuż wyleje.

Skomentuj (37) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 134 (192)

#78653

(PW) ·
| Do ulubionych
Będzie bardziej śmiesznie niż piekielnie.
Nie przepadam za fastfoodami, ale czasem zdarza mi się coś zjeść, jeśli bardzo goni mnie czas. Trafiło się, że w "maku" zamówiłam kiedyś zestaw z kanapką - zamiast frytek wybrałam sałatkę (myślałam, że taką możliwość ma tylko powiększony zestaw, a tam jest większy napój).

Nie mam też nadprogramowych kilogramów (a przynajmniej tak myślę), ale śmieszki gimbusów prześcigających się w wymyślaniu żartów dotarły do mnie ze stolika obok.
"Idzie do maka, burger i sałatka, bo się odchudza, hehe"
"Może jeszcze cola light do tego?"
"Sałateczka, ale powiększona, cola musi być"
"Fryty pewnie już opie*oliła".

Kiedy sami skończyli jeść, jeden z odważniejszych koleżków rzucił tekstem, że mogłabym pobiegać, żeby "zrzucić dupsko" i do tego nazwał mnie "świnką".

A ja po prostu nie lubię frytek...

centrum handlowe

Skomentuj (10) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 120 (148)