Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation
Profil użytkownika

jalkavaki

Zamieszcza historie od: 24 lutego 2011 - 9:07
Ostatnio: 20 lipca 2017 - 0:08
  • Historii na głównej: 24 z 33
  • Punktów za historie: 8952
  • Komentarzy: 225
  • Punktów za komentarze: 732
 

#69172

(PW) ·
| Do ulubionych
Jestem listonoszem.

Nadchodzą wybory. Na takie okazje do osób niepełnosprawnych, które mają problemy z poruszaniem się czy z innego powodu nie mogą udać się do lokalu wyborczego, a które wcześniej zgłosiły chęć skorzystania z swojego prawa obywatelskiego, nosimy karty do głosowania.

Jest to forma listu poleconego, z pewnymi jednak "specjalnymi" zasadami. Nie można tej przesyłki awizować i wydana może zostać tylko adresatowi.

Nigdy wcześniej nie spotkałem się z problemami. Adresaci byli w domach, faktycznie osoby albo niedołężne albo sparaliżowane. Raz adresatka była na rehabilitacji, to podszedłem później, jak wracałem z rejonu. Aż do wczorajszego dnia.

Dostałem taki list do p. Piekielnej. Zdziwiłem się, ponieważ z grubsza wiem, kto w moim rejonie jest nie do końca sprawny. Tej Pani akurat nie kojarzyłem. Pamięć ludzka jednak zawodna, może faktycznie coś się stało i adresatka nie może chodzić. Różnie w życiu bywa.

Zachodzę w trakcie rejonu też do szanownej Pani. Otwiera mi dziewczynka i oznajmia, że mama jest w pracy. Wróci po godzinie 18-tej. Poszedłem dalej. Doręczać pocztę skończyłem koło 16.30. Wróciłem więc na klatkę, pod drzwi szanownej p. adresatki i warowałem jak pies, aż ona wróci z pracy. Po około dwóch godzinach przyszła. Żadnych problemów z poruszaniem się. Zdrowa, normalna kobieta po trzydziestce.

Dlaczego w ten sposób? Bo jej się nie chce w niedzielę iść.

Lokal wyborczy jest w szkole dwie ulice dalej.

Skomentuj (35) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 193 (293)
zarchiwizowany
Lipiec roku niedawnego. Słońce grzeje niemiłosiernie.
Idę między blokami, zauważam dziewczynę siedzącą na ławce. Ale coś nie gra, głowa jakoś tak dziwnie zwisa. Podchodzę, oczy ma zamknięte.
- Halo?
Brak reakcji. Na ponawiane pytania czy potem klepanie po policzkach, łapanie za dłonie - zero reakcji.
Łapie więc za telefon i wybieram numer.
I teraz STOP.
W przedszkolu uczyli mnie trzech numerów alarmowych. Wyrwany ze snu, po pijanemu czy w jakichkolwiek sytuacjach pamiętam te numer i potrafię zadzwonić po odpowiednie służby.
Nie wiem co mnie wtedy podkusiło aby spróbować 112.
Ale to zrobiłem. Melduję sytuację, co i jak:
- karetkę przysyłajcie! Ulica X.
- A jakie miasto?
Zdębiałem.
Do tej pory jak dzwoniło się na stare numery pogotowia, straży czy policji to odzywał się dyspozytor z tego miasta.
- Miasto X!
- To zadzwonię do dyspozytor w tym mieście i dam mu znać. Proszę zostać na miejscu i czekać na telefon.
Faktycznie po kilku minutach oddzwonili. Na szczęście karetka nie była już potrzebna.
Tylko dalej nurtuje mnie pytanie: po co ten "diler" spod 112, skoro od razu mogłem na 999 dzwonić?

Skomentuj (11) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 0 (28)

#78334

(PW) ·
| Do ulubionych
Jestem listonoszem Poczty Polskiej.
Idę na "rozbiórkę", czyli fragment rejonu, który jest nie obsadzony. Pracuję tam kiedy skończę swój rejon. Nie mam za to płacone, ani nawet poklepania po plecach "że dobra robota".
Generalnie bywam tam w godzinach późnych popołudniowych.
I nawet nie dzwonię, zostawiam tylko awiza. Wrzucam polecone do skrzynek dla tych co się zgodzili.
Nie mam czasu.

Skomentuj (35) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 195 (247)

#77441

(PW) ·
| Do ulubionych
Rozbiórki, rozbiory, rozbieramy...
Czyli, jak którego nie ma to dzielimy między siebie jego pocztę.

Jetem listonoszem Poczty Polskiej.
Był nowy na ten rejon. Wydawał się spoko. Dwa miesiące pochodził i nagle zrezygnował.
Więc:

Oprócz swojego rejonu trzeba jeszcze oblecieć rejon pana, który nagle zrezygnował.
No to śmigam po rejonie i teraz dowiaduję się, jaki to był ancymon.
Poczta zwykła poutykana za biurkiem, grzejnikiem (miał blisko biurko), plus znalazło się kilka kaset zwykłych listów.

Gość brał tylko wypłaty (wiadomo, z tego jest dodatkowa kasa) i polecone. Ale te ostatnie z automatu awizował. Aby w tym rejonie "wyczyścić", musiałem zawalić swój rejon. Czyli następnego dnia do wyniesienia poczta z dwóch dni. Fajno, nie?

Niektórzy rachunki za tv, telefon nadane na początku lutego dostali na początku marca, pewnie już po terminie płatności.

Moje pytanie: po co zatrudniać takich ludzi? A Poczta robi to dalej. Ponoć od poniedziałku mamy znów dostać jakiegoś mistrza do przyuczenia. Kolejny menel co po pierwszej emeryturze pójdzie nawalić się?

Skomentuj (10) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 164 (184)

#77446

(PW) ·
| Do ulubionych
Tak się zastanawiałem czy to dodać.
Jeszcze jestem listonoszem. Poczty. Polskiej.
Długo już chodziłem w rejon koleżanki, której nie ma w pracy. Słabo znam i robię to już na koniec pracy, kiedy swój rejon wyniosę.

Zima, szybko robi się ciemno. Wcześnie też psy spuszczane są ze smyczy/łańcucha.
Tak. Zaatakował. Zdążyłem uciec. A wlazłem tam tylko dlatego bo
a/ nie było żadnej informacji o psie
b/ skrzynka jest na domku, a nie na płocie. Aby dojść do skrzynki musiałem przejść przez całą posesję.
Uprzejmości mi się zachciało.

Od teraz zostawiam tam awizo na furtce. Na każdy list. Przyszli do naczelnego na skargę, to im powiedziałem co i jak, i skrzynkę chcę na płocie przy wejściu, bo na posesję już nie wejdę.

Myślicie, że dotarło?
Hehehe.
Tak jestem w tym momencie piekielnym listonoszem, zostawiającym awizo wetknięte w płot czy furtkę. Ale jednak cenię bardziej swoje zdrowie niż wygodę adresata.

Skomentuj (14) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 289 (303)

#77025

(PW) ·
| Do ulubionych
Miałem problem z przepukliną.
Wyrok - USG.
Wykonanie wyroku - kładź się i gacie w dół.
Lekarz każe, pacjent robi.

I w połowie badania wbija jakaś kobita, bo ona coś musi od "pana doktora". Bez zapukania, spytania się, cokolwiek.
Ja obnażony. Lekarz trzyma sprzęta. Pielęgniarka wyprasza. A ta raszpla dalej swoje.
Jak tak można?

Skomentuj (20) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 328 (350)

#76248

(PW) ·
| Do ulubionych
Jestem listonoszem Poczty Polskiej.
Sytuacja w firmie jest na tyle napięta, że lada chwila walnie strajkiem (wątpię aby zarząd zgodził się na warunki mu postawione).

Jako, że okres przedświąteczny i dużo zamawia się przez internet szczerze radzę wybierać kuriera lub inną formę doręczenia co by nie było rozczarowania pod drzewkiem.

Skomentuj (47) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 258 (284)

#76247

(PW) ·
| Do ulubionych
Jestem listonoszem Poczty Polskiej.
Oznaczenie numerem domu, mieszkania. Banalna i tania sprawa. Niestety, nie dla każdego.

U siebie w rejonie, w którym chodzę już od kilku lat, to na pamięć, po ciemku tyłem trafię :)

Ale mamy też "rozbiórki" czyli jeden rejon pod nieobecność delikwenta go obsługującego: dzielimy między kilku i tam roznosimy pocztę.

Ostatnio trafiłem na wieżowce (6-7 klatek po 50-60 mieszkań). Złożenie poczty to chwila więc ruszam na nieznane sobie wody/adresy.

Domofon:
Korespondencję poleconą mam ułożoną od najwyższego numeru do najniższego. Dzwonię więc pod numer wskazany na kopercie
- 47 - dzyń
- tak?
- do p. Kowalskiej polecony
- brrrr (otwieranie drzwi)
- które piętro?
- (brrrr)

Hmmmm. Wsiadam w windę i na chybił trafił celując w wyższe piętra wciskam guzik.
Wysiadam na bodajże 9 piętrze, rozglądam się, zero oznaczeń na drzwiach, który numer mieszkania, więc dzwonię do pierwszego. Cisza. Drugie. Cisza. Trzecie, otwiera Pani:
- Dzień Dobry, jaki to numer mieszkania?
- A co, nie wiesz gdzie przylazłeś?
No źle zacząłem, fakt.
- Mam list polecony (nie mogę powiedzieć pod jaki numer ani do kogo - tajemnica korespondencji) i nie wiem czy na dobrym piętrze wysia...
- a sp.....laj - jeb drzwiami!
Ok.

Idę w dół, szukając numerów na drzwiach albo jakiegoś innego znaku, odnośnika. Do drzwi już na takie dictum jakie otrzymałem to nie dzwonię.

Dwa pietra niżej, w końcu znalazłem numerowane mieszkania. Całe trzy, które jednak dały mi pewien ogląd na system numeracji mieszkań w tej klatce. Więc zdobywając kolejne cztery pietra licząc na głos po kolei mieszkania w końcu dotarłem do mieszkania 47. List wydany, podpisany.
Straciłem około 10 minut.

Wsiadam w windę - patrzę co dalej - nr 34. Które to piętro? Szybka próba policzenia w głowie... No nie dam rady. Znowu piętro na chybił trafił?

Przypomniałem sobie raszplę od "sp...dalaj", całą odyseję w poszukiwaniu jednego numeru i bieganie po piętrach co by znaleźć nawet jakieś odniesienie, to że to nie mój rejon i tyram już drugą nadgodzinę (a przy takim powodzeniu to kroiły się następne) to machnąłem ręką i ordynarnie na resztę listów poleconych wypisałem awiza.

Skomentuj (33) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 266 (298)

#75746

(PW) ·
| Do ulubionych
Jestem listonoszem Poczty Polskiej.
Tym razem piekielnie o... zapachach.
Doświadczenia nie tylko moje ale też kolegów.

Wiadomo, chodzimy po domach, mieszkaniach. W każdym jest inny zapach. Dlatego też ponoć psy tak nas nie lubią - nosimy na sobie zapachowy koktail. Większość mieszkań po prostu pachnie neutralnie. Są jednak takie gdzie... no właśnie.

Uprzedzam będzie bardzo niesmaczne.

Babcia zbierała wszystko jak leci. To już była choroba umysłowa. Mieszkanie to był jeden wielki labirynt że śmieci ułożonych po sufit. Korytarze między stertami prowadziły do wyjścia, kuchni, ubikacji i sypialni. Smród stęchlizny, grzyba i jeden Bóg raczy wiedzieć czego.

Dziadek, weteran. Cały dzień w jednym miejscu przed ryczącym TV. Wstawał chyba tylko do ubikacji. Spał tam gdzie siedział, czyli rozłożona wersalka. Do tego dym z tanich papierosów i opary wiecznie otwartego alkoholu. No i kilkanaście kotów, kanarków, papug i innych żyjątek. Grudzień czy lipiec mieszkanie szczelnie zamknięte jak okręt podwodny. Taki miks smrodu, że wchodziło się na wdechu.

Małżeństwo w domku. Ci przynajmniej latem mieli otwarte okno. Ale nic to nie dawało. Czasem trzeba też powierzchnie przetrzeć mokra szmatką. Ci Państwo do tego etapu nie dotarli. Kleiło się wszystko i wszędzie, nawet buty do podłogi. Z brudnych naczyń na szafkach, stole, zlewie wylewa się pleśń, albo jej kolejny etap ewolucyjny. Latem, przy otwartych oknach szło wytrzymać. Zima była ciężka.

Mieszkanie w bloku. Babcia, miłośniczka zwierząt. Stado psów i kotów. Tylko nie było komu wychodzić na spacery z tą całą ferajną. Smród na całej klatce.

Dziadek, chyba ze średniowiecza, bo też tylko na Wielkanoc brał kąpiel. Dla niego brało się osobny długopis i gdy już podpisał to już ten długopis zostawał. Nie było ochoty, aby dotykać coś dotkniętego przez tego człowieka.

Mieszkanie w secesyjnej kamienicy. Pokój. Zero mebli. W jednym kącie jakiś barłóg, na środku pokoju palenisko ogniska (sic) w drugim kącie "ubikacja" - nie, to za dużo powiedziane. Po prostu tam srali, bezpośrednio na podłogę i gazetami przykrywali.

Za to w piątki na każdej klatce pachnie smażoną rybą :-)

Skomentuj (15) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 265 (285)

#75735

(PW) ·
| Do ulubionych
Tego jeszcze w kinie "Moje życie" nie grali.

Jestem listonoszem Poczty Polskiej.
Dziś miałem rozbiórkę u kolegi (część jego rejonu do wyniesienia).
Polecony pod adres, gdzie mieszkają Cyganie.
Polecony trzeba pokwitować, podpisać.
W domu trzy albo nawet cztery pokolenia. Nikt nie chce, nie wie, nie umie... Nie wiem, jazgot jak na jarmarku, a tylko jedna (chyba) osoba mówi po naszemu. List chodzi z ręki do ręki, każdy patrzy, obraca, czyta (ciekawe, czy umieli i czy rozumieli), ja za tym listem biegam, pilnuję coby nie wsiąkł. Masakra.

Ostatecznie stanęło, że podpiszą. Ale nie oni. Babcia.
Zaprowadzili mnie w głąb domu do babci, co to pewnie cara Mikołaja pamięta, i jej kazali podpisać. I coś jej tłumaczą, krzyczą. Ostatecznie chyba się zgodziła. Chyba, bo też po polsku nie mówi.
Okazało się, że jest ślepa...
Trzeba było jej palca naprowadzić na miejsce, gdzie ma podpisać. Komisyjnie, przez tłumacza. Czyli przy tym całym jazgocie, potopie niezrozumiałych słów.
W końcu się udało. Uff.
Wychodząc musiałem zapalić. A miałem rzucić.

Skomentuj (16) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 272 (298)