Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation
Profil użytkownika

janhalb

Zamieszcza historie od: 4 lutego 2011 - 17:48
Ostatnio: 1 grudnia 2022 - 20:05
  • Historii na głównej: 60 z 68
  • Punktów za historie: 21588
  • Komentarzy: 1086
  • Punktów za komentarze: 8573
 

#89865

przez (PW) ·
| Do ulubionych
Moja córka studiuje za granicą. Mocno uniwersyteckie miasto, wielkie tradycje i takie tam różne. Akademik. W akademiku towarzystwo nieco międzynarodowe. Sam gmach dosyć stary - co ma swoje uroki (piękny budek, zabytkowy, z klimatem...), ale ma też wady.

Wczoraj w ciągu dnia trzy razy (!) włączał się alarm przeciwpożarowy. I nie były to ćwiczenia (te zrobiono na początku roku akademickiego) - alarm włączał się naprawdę, choć z początku nikt nie wiedział dlaczego, bo żadnego pożaru przecież nie było. Ale przepisy to przepisy: za każdym razem wszyscy studenci mieszkający w budynku musieli natychmiast opuścić pokoje i wyjść na zewnątrz, wrócić mogli dopiero po +/- pół godziny, kiedy obsługa sprawdziła, że na pewno nic się nie pali. Mała przyjemność, zważywszy, że jest początek listopada, a mówimy o kraju słynącym o tej porze roku raczej z zimnych deszczów i mgieł, niż ze słońca. Za każdym razem także przyjeżdżała wzywana w takich razach przez automat straż pożarna.

Co się okazało? Jeden ze studentów - Amerykanin - w niewielkiej, wspólnej kuchence robił sobie jakieś danie smażone w głębokim tłuszczu. Duży garnek oleju, mocno rozgrzany, zaczynał dymić (widać kolega nie bardzo potrafił ten proces opanować) i włączał czujkę dymu - więc odpalał się alarm.

Rozumiem, że coś takiego mogło się zdarzyć... raz. Ale TRZY RAZY w ciągu jednego dnia?! Już pal sześć, że nie bardzo wiem, co można smażyć na głębokim tłuszczu na śniadanie, lunch i obiad - ale czy po pierwszym razie kolega nie załapał, że to nie jest dobry pomysł?

Ale nie, to nie koniec…

Dziś rano moja córka wstaje i... nie ma wody. Krany suche, a w akademikowej sieci informacyjnej wisi komunikat, że jest awaria i prosi się o nieużywanie umywalek, pryszniców i toalet. Co gorsza okazało się, że awaria polega na zatkaniu rur odpływowych - więc zanim ktoś się zorientował, zawartość kilku sedesów wypłynęła... w szybie windy (widać tam akurat szła rura). Więc teraz winda nie jeździ, a z szybu śmierdzi - co mojej córce nie przeszkadza, ale trzem studentom na wózkach inwalidzkich już tak.

Super. Córka wkurzona ogarnęła się, poszła do sąsiedniego akademika, żeby u znajomej się umyć i załatwić. Wracając spotkała hydraulików i zapytała ich, co się właściwie stało.

Zgadniecie?

Tam sam matołek, który wczoraj trzykrotnie uruchomił alarm przeciwpożarowy, wieczorem (jak już się okazało, że to on) został op...przony od góry do dołu przez "portera" włącznie z groźbą, że jak to się powtórzy, to będzie płacił za niepotrzebny przyjazd straży i tak dalej. Więc matołek postanowił pozbyć się problemu - i cały gar zużytego oleju wylał.. do zlewu w kuchni. W budynku, w którym przy każdej umywalce i w każdej łazience wiszą ostrzeżenia, żeby nie wylewać do zlewów żadnych gęstych rzeczy i nie wyrzucać do sedesów NIC poza papierem toaletowym, bo zabytkowe rury kanalizacyjne mają za małą średnicę i łatwo się zatykają. A ten geniusz wylał do umywalki trzy czy cztery litry zużytego oleju - a że to było późnym wieczorem, to do rana olej stężał gdzieś w rurach.

Podobno hydraulicy obiecali, że dziś do północy woda już będzie. Zobaczymy. Ale znając studenckie podejście do życia, kolega z Ameryki będzie miał ciężki tydzień... ;-)

Akademik za granicą bezmyślny student

Skomentuj (18) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 156 (166)

#89790

przez (PW) ·
| Do ulubionych
Mam w domu problem z jednym z grzejników (nie jest zapowietrzony, a nie grzeje). Nie wiadomo, o co chodzi, a sezon grzewczy się zaczyna…

Już w sierpniu pytam znajomych, czy nie znają jakiegoś fachowca - hydraulika, ale żeby znał się na instalacjach grzewczych. Dostaję numer do - podobno - specjalisty.

Dzwonię. Pan odbiera. Jasne, oczywiście, tylko w tej chwili on nie może, bo ma dużo roboty, czy można do niego zdzwonić za trzy tygodnie. Oczywiście, no problem (przypominam - jest sierpień, czasu dużo).

Dzwonię za trzy tygodnie (początek września). Jasne, oczywiście, ale jeszcze nie teraz, zadzwonić za tydzień. OK, rozumiem, że jak dobry fachowiec, to zleceń ma dużo.

Dzwonię za tydzień. Jasne, tak, tylko proszę zadzwonić po weekendzie (jest środa).

Już trochę zirytowany dzwonię w poniedziałek (po weekendzie…). Jasne, proszę zadzwonić jutro, to się umówimy.

Dzwonię we wtorek. Jasne, tylko on jest teraz na jakiejś robocie, nie ma kalendarza, ale oddzwoni jutro i powie, kiedy może przyjść.

Jutro (kto by pomyślał) nie dzwoni.

Więc ja dzwonię. Nie odbiera telefonu. Dzwonię kolejnego dnia. Nie odbiera. Trzeciego - dla odmiany - nie odbiera. Więc piszę SMS - grzecznie, kulturalnie, przypominam się, że byliśmy umówieni na kontakt, żeby się odezwał.

Cisza.

No żesz do jasnej cholery! Że fachowiec ma dużo roboty - rozumiem. Że trudno się z nim umówić, jeśli jest dobry - rozumiem. Ale, ...mać, nie można jak człowiek zadzwonić i powiedzieć: "Sorry, mam za dużo pracy, niestety nie mogę panu pomóc, proszę poszukać innego fachowca"?

Zamiast tego nie odbiera się telefonu, nie odpowiada na SMSy - mimo wcześniejszego umówienia się na telefon? Niepoważne. Po prostu dziecinada.

Znalazłem innego, umówił się, przyszedł, zrobił co trzeba. Można? Można...

Niepoważni fachowcy

Skomentuj (17) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 112 (114)

#89536

przez (PW) ·
| Do ulubionych
Małe miasteczko, 30 km od Warszawy. Ciche osiedle na obrzeżach (domki jednorodzinne, segmenty). Długa, stosunkowo prosta ulica będąca "osią" całego osiedla i biegnąca kawałek dalej. Ruch niewielki.

Kilka lat temu ulica została pięknie wyremontowana i przebudowana. Asfalt gładki jak pupa niemowlęcia, elegancki chodnik, ścieżka rowerowa… Cud-miód.

Ponieważ przestrzeń dla niezmotoryzowanych po obu stronach ulicy nie jest bardzo szeroka, projektanci zdecydowali się na rozwiązanie, które nie przeszłoby w dużym mieście, ale w takim miejscu jest bardzo wygodne: po jednej stronie ulicy biegnie chodnik, po drugiej - ścieżka rowerowa.

Chodnik jest wyłożony elegancką, czerwonawą kostką. Na każdym skrzyżowaniu z boczną uliczką stoi znak drogowy "droga dla pieszych" (C-16). A jakby ktoś miał wątpliwości - na kostce co 20-30 metrów namalowany jest biały piktogram przedstawiający pieszych.

Ścieżka rowerowa jest wyasfaltowana. Na każdym skrzyżowaniu z boczną uliczką stoi znak drogowy "droga dla rowerów" (C-13). A jakby ktoś miał wątpliwości - na asfalcie co 20-30 metrów namalowany jest biały piktogram przedstawiający rower.

No, DO JASNEJ CHOLERY, trzeba być niewidomym, żeby tego nie zauważyć - albo mieć IQ ostrygi, żeby się pomylić.

I co? I d...

CODZIENNIE jeżdżąc tą drogą albo chodząc nią na spacer z psem widzę rowerzystów jadących chodnikiem. I CODZIENNIE widzę pieszych - rodziców z dziećmi, panie z wózeczkami, spacerowiczów z kijkami od nordic walkingu - radośnie tuptających po ścieżce rowerowej.

- Czy pan wie, że idzie ścieżką rowerową?
- Panie, nie chce mi się na drugą stronę przechodzić.

- Dlaczego pani jedzie rowerem po chodniku?
- Co się pan czepia, przecież nikogo nie przejadę.

Ech

Chodniki / ścieżki rowerowe

Skomentuj (10) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 167 (181)

#89515

przez (PW) ·
| Do ulubionych
Reklamy Google… Wszyscy wiemy, jak to działa: chcę kupić śpiwór, przeglądam w sieci różne śpiwory - więc przez kolejne tygodnie wyświetlają mi się reklamy śpiworów, namiotów i sprzętu turystycznego.

Albo - spodobał mi się przypadkiem zauważony na jakiejś stronie internetowej zegarek. Nie, nie zamierzam kupować zegarka, po prostu chciałem go obejrzeć - więc kliknąłem i potem przez kolejne dni mam wszędzie reklamy zegarków. Kiedyś przyszła do mnie córka i pokazała mi (na moim komputerze) jaki kostium kąpielowy chciała sobie kupić - i już, wystarczyło, reklamy atrakcyjnych modelek, eee, wróć: reklamy kostiumów kąpielowych atakują z każdej odwiedzanej w sieci strony.

Czy to jest piekielne? Nie, tak to działa i już, nie przeszkadza a potencjalnie może być pomocne (dla mnie, bo dla reklamodawców oczywiście jest korzystne). I OK.

Ale powiedzcie mi, dlaczego DO JASNEJ, NIESPODZIEWANEJ CHOLERY nie działa to tak samo sprawnie "w drugą stronę"?

Od jakiegoś czasu (miesiąc, dwa) wyświetla mi się (także na tej stronie) reklama jakiejś cudownej metody odchudzającej. Fakt, mam trochę nadwagi, ale nigdy nie szukałem w sieci metod odchudzania (nie jestem naiwny). Reklama jest OBRZYDLIWA: zdjęcie przedstawia jakieś ohydne larwy robali, na widok których robi mi się po postu niedobrze (choć naprawdę nie jestem człowiekiem bardzo wrażliwym i generalnie trudno mnie obrzydzić). Niestety nie da się tu wrzucić zdjęcia, żeby to paskudztwo pokazać.

NIGDY nie kliknąłem w tę reklamę. ZA KAŻDYM RAZEM kiedy mi się wyświetli, uparcie klikam "X" w górnym roku, potem przycisk "Nie wyświetlaj tej reklamy" i w podsumowaniu "Reklama była nieodpowiednia".

Za każdym razem pojawia się informacja typu "Dziękujemy, postaramy się nie pokazywać ci więcej tej reklamy".

A potem wchodzę na kolejną stronę - na przykład na "Piekielnych" - i obrzydliwe larwy atakują mnie wizualnie po raz kolejny.

Czyli: wystarczy jedno kliknięcie w dowolny temat, żeby algorytmy "wiedziały", jakie reklamy mi wyświetlać - ale nie wystarczy sto razy kliknąć, żeby algorytm nauczył się, że TA REKLAMA MNIE NIE INTERESUJE I SOBIE JEJ NIE ŻYCZĘ.

Wiem, że z Googlem nie wygram, ale dla mnie takie traktowanie jest piekielne.

Reklama Google Intermet

Skomentuj (38) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 199 (213)

#89387

przez (PW) ·
| Do ulubionych
Piekielny Decathlon (z pełnym rozmysłem podaje nazwę sklepu - na to, o czym chcę napisać, mam twarde dowody ze zrzutami ekranu włącznie).

Zrobiłem dziś (wtorek, 14 czerwca) zakupy na stronie internetowej Decathlonu. Loguję się (mam tam konto, bo kiedyś już u nich parę rzeczy on-line kupowałem), dodaję wybrany produkt do koszyka. Produkt (co istotne) spełnia podane na stronie kryteria dla darmowej dostawy. Klikam na swój koszyk, wyświetla się informacja „Super! Masz darmową dostawę!”

Niestety po kliknięciu na „Dostawa” okazuje się, że „darmowa dostawa” kosztuje 14,90. Konsultantka na infolinii wyjaśniła mi, że jest to produkt „od zewnętrznego partnera” i w takiej sytuacji nie ma darmowej dostawy. Szkoda, że NIGDZIE na stronie produktu nie ma takiej informacji, a hasło „Super! Masz darmową dostawę!” (w sytuacji, kiedy w koszyku znajduje się już ten, konkretny produkt) zdecydowanie wprowadza klienta w błąd…

No ale OK, po namyśle doszedłem do wniosku, że i tak kupię - 15 zł nie majątek, jakbym chciał jechać do Decathlonu to na paliwo wydałbym więcej. Więc - trochę wkurzony, ale jednak zdecydowany - kupuję. Koszyk, dostawa zatwierdzona, pod informacją o dostawie widnieje napis "u Ciebie za 3 dni". No to fajnie, dziś jest wtorek, to do końca tygodnia będzie, tak?

No jednak nie. Bo jak już zapłaciłem (dopiero wtedy!) w podsumowaniu transakcji pojawia się napis (potwierdzony potem w mailu) "Przewidywany termin dostawy - 21.06.2022".

Może nie byłem orłem z matematyki, ale od 14 do 21 czerwca to nie są trzy dni.

Czyli nie "za 3 dni", tylko za tydzień. I to mnie już naprawdę wkurzyło - bo ta informacja pojawia się (jak napisałem) PO ZAPŁACENIU.

Jeśli robię taki zakup we wtorek przed południem i mam informację "u Ciebie za 3 dni", to mam prawo oczekiwać, że przesyłka będzie u mnie do końca tygodnia. Więc jeśli np. potrzebna mi jest w najbliższy weekend, albo zamawiam ją na prezent, który musi być wręczony w niedzielę, to jest OK. Dostawa za tydzień już nie jest OK i wiedząc, że tyle to potrwa, mógłbym zmienić zdanie.

Bardzo nieprzyjemne i lekceważące podejście do klienta…

sklepy_internetowe Decathlon

Skomentuj (35) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 159 (177)

#84592

przez (PW) ·
| Do ulubionych
Mój syn dostał pewne stypendium, w ramach którego może pojechać m. in. na kurs językowy w wakacje. Stypendium nie jest kosmiczne, ale coś tam się dołoży, dziadkowie też zadeklarowali, że się dołożą - wyliczyliśmy, że "do wydania" mamy jakieś 3,5 tysiąca - maksymalnie do 4. Wydawało mi się, że w tej cenie dwutygodniowy wyjazd językowy do kraju anglojęzycznego da się zorganizować.

Dłuższe szukanie dowiodło, że nie jest to takie proste. Ale OK, proszę bardzo: znajduję kurs językowy w dość znanej szkole. Kurs dwutygodniowy, na Malcie (taniej, niż w Wielkiej Brytanii czy Irlandii). Cena - 3 690 zł, czyli mieści się. OK, szkoła jasno mówi, że w cenie nie ma biletów lotniczych - ale w końcu żyjemy w XXI w., są tanie linie, jak się szybko zamówi to można polecieć i wrócić za niewielkie pieniądze.

Dzwonię, pytam o szczegóły. Miła pani prosi o adres e-mail, przyśle mi szczegółowe wyliczenie.

I przysyła.

Kurs Wakacyjny (!) - 3690 zł.
Podręczniki - 180 zł.
Ubezpieczenie - 220 zł.

OK, dotąd jeszcze rozumiem (choć Bogiem a prawdą, skoro to KURS JĘZYKOWY, do podręczniki powinny być uwzględnione w cenie). Ale dwie kolejne pozycje sprawiają, że cała impreza przestaje mieć jakikolwiek sens:

Opłata administracyjna - 490 zł (serio? pięć stów za „administrację”?)

...i na koniec coś, co mnie po prostu rozwaliło (przypominam, mówimy o kursie WAKACYJNYM):

Dopłata za sezon letni (!) - 700 zł.

No tak, skoro oferta jest wystawiona w maju, a kurs nazywa się "wakacyjny", to za sezon letni trzeba dopłacić, a bez dopłaty będzie w listopadzie. Logiczne, prawda?

A do tego dochodzi:

Transfer w obie strony (czyli dowiezienie nieletniego bądź co bądź delikwenta z lotniska do ośrodka) - 150 zł.

Ubezpieczenie od kosztów rezygnacji (!) - 295 zł.


...i w ten sposób z katalogowych 3690 zł robi się 5725 zł. NIE LICZĄC biletów na samolot.

Ta-Dammm!

Ja rozumiem, że katalogowa cena może powiększyć się o 10%. No dobra, o 15%. Jak cena rzeczywista różni się od katalogowej o 20%, to już jest dużo.

Tutaj cena rzeczywista od katalogowej różni się o 55%. Sama "dopłata za sezon letni" to już 20% ceny katalogowej!

Rozumiem, że w cenie z katalogu nie uwzględnia się ubezpieczenia. Rozumiem jeszcze, od biedy, że nie uwzględnia się przewozu z lotniska do ośrodka (bo może ktoś woli zorganizować to na własną rękę). Rozumiem też - oczywiście - że nie wlicza się opłat DODATKOWYCH (jakichś wejść do muzeów etc. i innych atrakcji) nie będących częścią kursu.

Ale podręczniki, "opłata administracyjna" (czegokolwiek miałaby dotyczyć) czy ta nieszczęsna "dopłata za sezon letni" to są przecież integralne koszty kursu, bez których nie da się wziąć w nim udziału. Więc po co dawać na stronie www i w katalogu cenę, która ma się nijak do rzeczywistych kosztów?

Jak dla mnie - medal Janusza Marketingu...

Kursy językowe

Skomentuj (6) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 265 (279)

#89233

przez (PW) ·
| Do ulubionych
Niby nic nowego, ale zawsze piekielne...

Znajoma - pani koło czterdziestki. Od pewnego czasu coraz silniejsze i bardziej dokuczliwe bóle stawów. Nie takie, żeby się żyć nie dało, ale jednak męczące. Jedne tabletki, drugie... W końcu do lekarza. Jedna wizyta, druga - lekarz internista rozłożył ręce: skoro to nie działa i tamto też, to chyba ma pani jakiś problem reumatologiczny.

No więc skierowanie do reumatologa.

Pacjentka zadzwoniła do Instytutu Reumatologii (Warszawa) - specjalistyczna placówka, tym się tylko zajmująca, najlepsi w tej dziedzinie lekarze na Mazowszu, jedni z najlepszych w Polsce. Więc ją zapisali.

Na godzinę 10:00.

28 maja.

2025 roku...

Tak, za trzy lata.

Pacjentka się za głowę złapała. podzwoniła po innych placówkach - no faktycznie, dało się zapisać szybciej. Za dwa i pół roku. W jednym miejscu udało się nawet na rok 2024! Sukces!

Ale czekać dwa lata - kiepsko, bo raz, że boli, a dwa, że cholera wie, co się przez te dwa lata pokomplikuje, prawda? Więc pacjentka wymyśliła sobie, że pójdzie prywatnie. Pani jest mocno niezamożna (to i tak eufemizm), ale raz wydać dwie stówy na lekarza - no trudno.

Niestety, jej lekarz pierwszego kontaktu sprowadził ją na ziemię. Dwie stówy za wizytę - to dopiero początek wydatków. Bo akurat u reumatologia ZAWSZE jest tak, że żeby to miało sens, to trzeba na dzień dobry zrobić multum badań. A jak pójdziesz do lekarza prywatnie, to już badań na NFZ nie zrobisz. Nieważne, że jesteś ubezpieczona, płacisz składki na ZUS i takie tam. Nie, bo nie.

A pacjentki nie stać na płacenie za kolejne wizyty i kupę (potencjalnie drogich) badań. Więc poczeka. Dwa lata. Ciekawe, czy wtedy jeszcze będzie chodzić.

"Patrz, Europo, jak można pięknie żyć"...

słuzba_zdrowia kolejki system

Skomentuj (30) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 137 (153)

#89038

przez (PW) ·
| Do ulubionych
Wichury były. Pół Polski prądu nie miało, ja też.

O samym prądzie, naprawach i stosunku PGE do obsługi klienta można by piekielną książkę napisać. Żeby nie było - nic nie mam do panów monterów / energetyków / elektryków (czy jak się ich tam fachowo nazywa), bo oni robią swoje, robią to najlepiej jak mogą, a weekend mieli taki, że nie zazdroszczę.

Piekielne jest to, że kiedy prąd wywaliło, przez ponad dwadzieścia godzin (!) nie byłem w stanie w żaden sposób dodzwonić się na alarmowy numer 991 (a żaden inny nie działał, bo była sobota / niedziela). Albo zero sygnału, albo informacja, że "ze względu na dużą ilość połączeń czas oczekiwania na połączenie z konsultantem wynosi ponad godzinę". Raz nawet czekaliśmy przy telefonie godzinę - a potem nas rozłączyło. Ciekawe, że ten sam komunikat brzmiał w słuchawce o godzinie drugiej w nocy - wiatr uspokoił się już kilka godzin wcześniej i NA PEWNO o tej porze nie dzwoniło aż tyle osób.

Wreszcie w niedzielę koło 13:00 - czyli 22 godziny po wyłączeniu prądu... - kiedy po raz kolejny usłyszałem komunikat o konieczności czekania ponad godzinę, wściekłem się: zadzwoniłem po raz kolejny, ale tym razem wybrałem "0", czyli zgłoszenie sytuacji zagrożenia życia. Połączyło mnie. Wyjaśniłem o co chodzi. Pani konsultantka skarciła mnie, że tu to się dzwoni w sytuacji zagrożenia życia. Odpowiedziałem, że próbuję się dodzwonić od prawie doby i może mi powie, co mam robić? Prądu nią ma na mojej uliczce i czterech sąsiednich, sto metrów dalej już jest, a ja nawet nie wiem, czy w PGE w ogóle WIEDZĄ, że u nas nie ma. Bo nie mogę się dodzwonić, do cholery.

- To ja pana przełączę.

Przełączyła mnie. Usłyszałem z automatu, że jestem drugi w kolejce, po minucie było połączenie z "normalnym" konsultantem. Czyli NIE BYŁO kolejki dzwoniących na godzinę czekania. Rozmawiałem potem z jednym z monterów, których przydybałem jak w okolicy naprawiali jakieś kable. Zapytałem go o to. - Panie, oni po prostu blokują tę infolinię, bo i tak mają pełno zgłoszeń, więc nie chcą już odbierać. Ale ja panu tego nie mówiłem...

Wisienka na torcie:

Jak się dzwoni na 991, to automat najpierw informuje, że dodzwoniłeś się do PGE, rejon energetyczny X. Potem jest litania o przetwarzaniu danych osobowych i co trzeba nacisnąć albo na jaką stronę wejść, żeby poznać szczegóły dotyczące administrowania danymi osobowymi. Trwa to wszystko jakąś minutę, może nawet półtorej. A dopiero POTEM pada stwierdzenie:

W przypadku zgłoszenia sytuacji zagrożenia życia wybierz "0".

Fajnie, co?... Ciekawe, kiedy dzwoniąc na 112 czy 999, żeby zgłosić wypadek, zawał czy udar, też będę musiał NAJPIERW przez minutę słuchać o danych osobowych...

Skomentuj (11) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 165 (177)

#88923

przez (PW) ·
| Do ulubionych
Przeczytałem wpis https://piekielni.pl/88917 - i taka historia smutna mi się przypomniała…

Kiedy jeszcze żyła moja Żona, mieliśmy takich znajomych / przyjaciół. Bardzo specyficzna rodzina, zwłaszcza za sprawą Tatusia - hipochondryka, wiecznie chorego (spora część jego przypadłości była absolutnie prawdziwa, żeby nie było - ale momentami ostro przerysowana; a część była na moje oko zwyczajnie "wciskaniem kitu" - nie wiem, na ile świadomym).

Kiedy się poznaliśmy, ich syn miał dwa lata. Kiedy moja Żona (M.) po raz pierwszy go zobaczyła, po dwóch minutach podeszła do mnie i powiedziała, że jej zdaniem z tym dzieckiem "coś jest nie tak". Co istotne - M. z wykształcenia była pedagogiem specjalnym i terapeutką, przez parę ładnych lat współprowadziła terapię pewnego autystycznego chłopca i naprawdę do autyzmu ma "dobre oko". Ja tego z początku nie widziałem, ale kiedy pokazała mi pewne charakterystyczne zachowania - i reakcje dzieciaka na określone sytuacje - też załapałem o co jej chodzi.

No ale jak powiedzieć rodzicom? Zwłaszcza takim? Zorganizowaliśmy spotkanie. M. powiedziała co i jak. Matka chłopca się przejęła. M. - korzystając ze swoich kontaktów - załatwiła wizytę u specjalistów. Wizyta, na którą wtedy normalnie czekało się rok, miała mieć miejsce za trzy miesiące.

I co? Tak, zapewne się domyślacie. Tatuś postawił się okoniem. Oznajmił że nie chce "wmawiać dziecku choroby", że przecież nic mu nie jest, że "on ma złe doświadczenia z psychologami" i w ogóle po co.

I dzieciak do specjalistów nie trafił.

Później przez długi czas wydawało się, że wszystko jest OK. Przedszkole, szkoła - z nauką radził sobie dobrze, tyle że koledzy nie bardzo go lubili, ale nic złego się nie działo. Tak to przynajmniej wyglądało w relacjach, bo "fizycznie" z tymi ludźmi widywaliśmy się bardzo rzadko. – No cóż, wygląda na to, że się pomyliłam, chwała Bogu - powiedziała mi M. prawie 10 lat później.

Przedwcześnie, jak się okazuje.

Problemy zaczęły się, kiedy chłopak miał jakieś 13 czy 14 lat. Jakieś "jazdy" w szkole, jakieś coraz ostrzejsze kłótnie, jakieś problemy, matka (no bo któżby inny? Tatuś był przecież ciężko chory...) co tydzień była w szkole. Pewnego dnia chłopiec po raz pierwszy usiłował w szkole zrobić coś bardzo głupiego (nieważne co). Jakoś udało się to załagodzić - ale kiedy sytuacja się powtórzyła, dyrektor szkoły powiedział że on więcej ryzykować nie będzie (nie dziwię mu się zresztą...) i wezwał po prostu pogotowie. Chłopca odwiedziono na oddział psychiatryczny, gdzie spędził jakiś czas na obserwacji i badaniach.

Diagnoza? Zespół Aspergera. Jak powiedzieli lekarze - stosunkowo łagodny, ale "podręcznikowy". I nie leczony. A mógł być.

Moja Żona była po prostu wściekła - ale co z tego? Nic.

Dzieciak mógł zostać zdiagnozowany i rozpocząć terapię w wieku dwóch lat. Przy zespole Aspergera (i to tzw. "wysokofunkcjonującym", skoro w szkole radził sobie z nauką świetnie) mogło go to ustawić pozytywnie na całe życie, pozwolić dużo osiągnąć, nauczyć panować nad swoimi problemami etc.

Ale tatuś wiedział lepiej…

Rodzice leczenie

Skomentuj (19) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 162 (170)

#88884

przez (PW) ·
| Do ulubionych
Wiem, głupstwo - ale w moim odczuciu piekielny jest poziom absurdu…

Robię zakupy w sklepie, w którym są m. in. kasy samoobsługowe. Kasy te mają takie oprogramowanie, że kiedy ktoś kasuje alkohol, kasa musi wezwać kogoś z obsługi, żeby sprawdził, czy osoba kupująca alkohol jest pełnoletnia. No i słusznie.

Ja od jakiegoś czasu kupuję czasami pewien konkretny gatunek piwa typu radler (owocowe). I oczywiście za każdym razem kasa "woła" osobę z obsługi, no bo ktoś piwo kupuje i trzeba sprawdzić, czy to nie dzieciak.

Gdzie piekielność?

Otóż w tym, że jestem abstynentem, alkoholu nie piję w ogóle, a piwo, które kupuję, jest BEZALKOHOLOWE. Podkreślam - nie "niskoalkoholowe", ale takie kompletnie bez alkoholu, na etykiecie widnieje duży symbol "0,0%". Czyli - de facto - nie jest to piwo, ale owocowa lemoniada z dodatkiem chmielu.

Ostatnio robiłem zakupy w innym sklepie, w normalnej kasie. Kasjerka o dowód mnie nie prosiła, bo jednak moja aparycja dość jednoznacznie wskazuje, że osiemnaste urodziny miałem daaawno temu... Ale z czystej ciekawości zapytałem ją o to. I potwierdziła: jak ktoś kupuje piwo BEZALKOHOLOWE, a wygląda młodo, ona ma obowiązek sprawdzić dowód. A jak ten ktoś nie ma 18 lat, to piwa BEZALKOHOLOWEGO nie kupi. Dlaczego, pytam? Przecież to kompletny absurd… "Zgadzam się z panem" - odpowiada mi kasjerka. "Ale takie są przepisy i inaczej nie możemy postępować".

Co ciekawe - na przykład kwas chlebowy, któremu technicznie rzecz biorąc do piwa znacznie bliżej, a który niewielkie ilości alkoholu MOŻE zawierać (teoretycznie nawet do 2%, zwykle nie więcej niż 0,5%) można kupić bez problemów. Nie wspominając o cholernie niezdrowych i szkodliwych na dłuższą metę "energetykach", które bez problemów ma prawo kupić nawet pięciolatek…

idiotyczne przepisy

Skomentuj (38) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 196 (226)