Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation
Profil użytkownika

janhalb

Zamieszcza historie od: 4 lutego 2011 - 17:48
Ostatnio: 23 czerwca 2019 - 13:33
  • Historii na głównej: 38 z 47
  • Punktów za historie: 24939
  • Komentarzy: 718
  • Punktów za komentarze: 4591
 

#84592

(PW) ·
| Do ulubionych
Mój syn dostał pewne stypendium, w ramach którego może pojechać m. in. na kurs językowy w wakacje. Stypendium nie jest kosmiczne, ale coś tam się dołoży, dziadkowie też zadeklarowali, że się dołożą - wyliczyliśmy, że "do wydania" mamy jakieś 3,5 tysiąca - maksymalnie do 4. Wydawało mi się, że w tej cenie dwutygodniowy wyjazd językowy do kraju anglojęzycznego da się zorganizować.

Dłuższe szukanie dowiodło, że nie jest to takie proste. Ale OK, proszę bardzo: znajduję kurs językowy w dość znanej szkole. Kurs dwutygodniowy, na Malcie (taniej, niż w Wielkiej Brytanii czy Irlandii). Cena - 3 690 zł, czyli mieści się. OK, szkoła jasno mówi, że w cenie nie ma biletów lotniczych - ale w końcu żyjemy w XXI w., są tanie linie, jak się szybko zamówi to można polecieć i wrócić za niewielkie pieniądze.

Dzwonię, pytam o szczegóły. Miła pani prosi o adres e-mail, przyśle mi szczegółowe wyliczenie.

I przysyła.

Kurs Wakacyjny (!) - 3690 zł.
Podręczniki - 180 zł.
Ubezpieczenie - 220 zł.

OK, dotąd jeszcze rozumiem (choć Bogiem a prawdą, skoro to KURS JĘZYKOWY, do podręczniki powinny być uwzględnione w cenie). Ale dwie kolejne pozycje sprawiają, że cała impreza przestaje mieć jakikolwiek sens:

Opłata administracyjna - 490 zł (serio? pięć stów za „administrację”?)

...i na koniec coś, co mnie po prostu rozwaliło (przypominam, mówimy o kursie WAKACYJNYM):

Dopłata za sezon letni (!) - 700 zł.

No tak, skoro oferta jest wystawiona w maju, a kurs nazywa się "wakacyjny", to za sezon letni trzeba dopłacić, a bez dopłaty będzie w listopadzie. Logiczne, prawda?

A do tego dochodzi:

Transfer w obie strony (czyli dowiezienie nieletniego bądź co bądź delikwenta z lotniska do ośrodka) - 150 zł.

Ubezpieczenie od kosztów rezygnacji (!) - 295 zł.


...i w ten sposób z katalogowych 3690 zł robi się 5725 zł. NIE LICZĄC biletów na samolot.

Ta-Dammm!

Ja rozumiem, że katalogowa cena może powiększyć się o 10%. No dobra, o 15%. Jak cena rzeczywista różni się od katalogowej o 20%, to już jest dużo.

Tutaj cena rzeczywista od katalogowej różni się o 55%. Sama "dopłata za sezon letni" to już 20% ceny katalogowej!

Rozumiem, że w cenie z katalogu nie uwzględnia się ubezpieczenia. Rozumiem jeszcze, od biedy, że nie uwzględnia się przewozu z lotniska do ośrodka (bo może ktoś woli zorganizować to na własną rękę). Rozumiem też - oczywiście - że nie wlicza się opłat DODATKOWYCH (jakichś wejść do muzeów etc. i innych atrakcji) nie będących częścią kursu.

Ale podręczniki, "opłata administracyjna" (czegokolwiek miałaby dotyczyć) czy ta nieszczęsna "dopłata za sezon letni" to są przecież integralne koszty kursu, bez których nie da się wziąć w nim udziału. Więc po co dawać na stronie www i w katalogu cenę, która ma się nijak do rzeczywistych kosztów?

Jak dla mnie - medal Janusza Marketingu...

Kursy językowe

Skomentuj (9) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 203 (207)

#84389

(PW) ·
| Do ulubionych
Mieszkam w średniej wielkości miasteczku, pół godziny drogi od stolicy. W miasteczku są dwa warsztaty z serwisem rowerowym (to znaczy - może jest więcej, ale te dwa znam). Z serwisu pierwszego (nazwijmy go S1) korzystałem od lat. Serwis drugi (S2) jest bardziej "trendy", podobno bardzo dobry, ale znany jako droższy.

Dziś zawiozłem rower starszego syna do S1. Klasyka (robimy to co roku): wyczyścić części mechaniczne, przesmarować, wyregulować przerzutki, z tyłu wymienić klocki hamulcowe, bo zużyte. Zwykle za taką operację płaciłem koło stówy (plus cena części).

Niestety, okazało się, że mechanik, który zawsze pracował w S1, już tam nie pracuje. Pojawił się jakiś nowy - młody, wyszczekany, "śliski". Rzucił okiem na rower mojego syna - ale dosłownie "rzucił okiem", nawet nie podszedł, żeby go dokładnie obejrzeć) i wygłosił cały wykład, że "żeby było dobrze", to on tu musi połowę części wymienić, bo łańcuch rozciągnięty, bo wielotryb, bo linki z pancerzami też, a w takich hamulcach, to on klocków nie wymieni, tylko musi całe hamulce, bo to szmelc no-name…

Rentgen w oczach? Czy po prostu z założenia tak traktuje rowery tańszych marek? Rower syna to nie jest sprzęt z górnej półki - zdaję sobie z tego sprawę - ale też nie g… z supermarketu: B'Twin z Decathlonu, syn na nim jeździ juz parę lat i bardzo sobie chwali. Z ciekawości zapytałem, ile w takim razie kosztowałaby taka naprawa. Pan zaczął dodawać, wszystkie części, linki, śminki - wyszło mu prawie 800 zł (!).

Parsknąłem śmiechem po prostu - bo za taką sumę to wolałbym dołożyć dwie-trzy stówy i kupić nowy rower… Próbowałem dyskutować. Że nie chcę wymiany hamulców - że wymiana klocków zupełnie wystarczy (już kilka razy to było robione, w tym samym warsztacie, i zawsze się dało…). Że nie rozumiem potrzeby wymiany linek razem z pancerzami, bo chodzą sprawnie i nie są postrzępione. Nawet zapytałem złośliwie, czy może chciałby jeszcze ramę przemalować, bo za bardzo niebieska…

Zero refleksji. On tu jest wielki fachowiec i wie lepiej, a ja mu szmelc przynoszę i czegoś wymagam. No cóż - pozostało powiedzieć "do widzenia".

Pojechałem do S2, gdzie rower przyjęli do serwisu bez cienia protestu. Pan powiedział, że powinno się zamknąć w 200 zł razem z częściami - czyli więcej, niż w S1 w zeszłym roku, ale wiadomo, że S2 był droższy.

Czy panom z S1 nie opłacało się na mnie zarobić? Za dużo pracy? Czy do końca liczyli, że zedrą z frajera? Nie wiem. Wiem, że stracili klienta.

serwis rowerowy

Skomentuj (8) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 152 (156)

#83495

(PW) ·
| Do ulubionych
Sytuacja (potencjalnie) piekielna, warto ostrzec znajomych.

Czekam na przesyłkę, która ma zostać wysłana do paczkomatu InPost. Dostałem SMS o treści:

"Wysyłka pod wskazany adres jest droższa. Prosimy dopłacić 1PLN, brak dopłaty oznacza anulowanie zamówienia."

…i pod spodem od razu link do miejsca, gdzie można wpłacić. Przypuszczam, że kliknięcie w niego oznaczałoby albo wirusa w telefonie, albo zapisanie się do jakiejś wysoko płatnej subskrypcji.

Najgorsze jest to, że SMS doskonale udaje te przychodzące z serwerów InPostu (telefon umieszcza go w tym samym wątku, w którym są inne wiadomości od InPostu - o przesyłkach czekających na odbiór w paczkomatach etc.

Biuro obsługi klienta InPost (dzwoniłem) zaprzecza, nigdy tego typu wiadomości nie wysyłają.

Uważajcie.

Spamerzy próba oszustwa

Skomentuj (7) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 192 (196)

#83336

(PW) ·
| Do ulubionych
Argh, wściekłem się - i napiszę "po imieniu" o pewnej firmie, jak chcą, niech mnie pozwą.

Eventim, proszę Państwa. Wielka, międzynarodowa firma zajmująca się sprzedażą biletów na różne wydarzenia kulturalne i nie tylko. Zaznaczam - nie mówię o całej firmie, ale o jej polskim oddziale. Ile razy mam do czynienia z polskim Eventimem, tyle razy doświadczam tego, jak nieprawdopodobny bajzel tam panuje i jak bardzo mają w nosie klienta. Dwa kwiatki - jeden sprzed roku, drugi sprzed tygodnia (ale jeszcze nie zakończony).

1. Moja 15-letnia córka jest wielką fanką Eda Sheerana. Już rok temu kupiła za własne, odłożone pieniądze bilety na jego koncert w sierpniu na Narodowym. Koncert był super (tzn. ona tak mówi, ja nie byłem :-) - ale zderzenie z Eventimem... Ech.

Najpierw - kupno biletów. Oczywiście, zdaję sobie sprawę, że jak zaczyna się sprzedaż na koncert tak popularnego piosenkarza, to w pierwszej chwili szturm jest taki, że strony internetowe sprzedawcy siadają. Tak było w całej Europie. Tyle, że WSZĘDZIE indziej (sprawdzałem!) jak się wchodziło na taką przeciążoną stronę, to widniał na niej komunikat (po angielsku, niemiecku, francusku - w zależności od tego, czy weszło się na eventim.uk, .de czy .fr...) informujący, że trzeba CZEKAĆ - bo strona nie nadąża, ale "jesteś w kolejce", więc czekaj spokojnie. I rzeczywiście (sprawdzałem!) jak się spokojnie poczekało, to po kwadransie czy po pół godziny otwierał się panel, gdzie można było kupić bilety.

A na polskiej stronie? Guzik: nasi "fahoffcy" dali w tym miejscu napis typu "strona przeciążona, PROSIMY SPRÓBOWAĆ PÓŹNIEJ". Więc każdy próbował od nowa ładować stronę (F5) albo od nowa wpisywać adres, nie mając pojęcia, że w ten sposób ląduje za każdym razem na końcu kolejki oczekujących...

Potem - jak już udało się kupić bilety - przez PRAWIE ROK, niemal do ostatniego dnia przed koncertem, nie było dokładnie wiadomo, jak będzie z wejściem na Narodowy w przypadku osób niepełnoletnich. Córka szła na koncert z osobą dorosłą (rzecz prosta), ale ta osoba nie była członkiem rodziny, tylko znajomą. ...Naście telefonów do Eventimu - i za każdym razem inna informacja. Raz - że potrzebna pisemna zgoda od opiekuna prawnego. Innym razem - że także podpisana deklaracja o wzięciu odpowiedzialności od osoby, z którą nieletnia wchodzi. Raz, że na takim formularzu. Potem, że na innym. A ostatecznie i tak okazało się, że informacje udzielane przez Eventim miały się nijak do tego, czego wymagał organizator koncertu.

2. Tydzień temu - córka postanowiła, że chce iść na koncert Dawida Podsiadło. Umówiły się we cztery "fanki" (w tym jedna pełnoletnia). Kupujemy bilety. Podsiadło to nie Sheeran, więc na stronę dało się wejść od razu. Przechodzimy całą procedurę, dochodzimy do przelewu (z mojego konta). DotPay potwierdza, że płatność przyjęta, po czym przekierowuje z powrotem na stronę Eventimu, gdzie czeka na nas wiadomość "Przepraszamy, wystąpił błąd nie mogliśmy zrealizować zamówienia". Zonk.

Zaglądam na konto - płatność jak najbardziej ZOSTAŁA zrealizowana, czyli pieniądze poszły. Ale zamówienie - nie.

Jest godzina 19:00. Infolinia Eventimu działa do 18:00. Dzwonię następnego dnia, wyłuszczam sprawę nieco przestraszonej konsultantce. Sprawdza. Rzeczywiście, błąd, nie możemy zrealizować zamówienia, ale możemy spróbować kupić jeszcze raz.

Zaraz, a co z moimi pieniędzmi? Oni zwrócą się (!) do DotPay o zwrot kasy na moje konto.

Od tego czasu minął tydzień. Jestem po bodaj czterech telefonach do Eventimu. Dziś usłyszałem, że "z nieznanych (pani konsultantce) przyczyn przelew nie został zlecony. Więc teraz już ZOSTAŁ zlecony. I na pewno będzie najdalej we wtorek (!).

W "międzyczasie" na podany na stronie Eventimu adres wysłałem DWUKROTNIE maila z reklamacją, szczegółowo opisując całą sytuację. Cisza, nic, nawet głupiej odpowiedzi z automatu. "Drogi kliencie, wzięliśmy od ciebie pieniądze, biletów ci nie damy, pieniądze może kiedyś zwrócimy, a jak ci się nie podoba, to pocałuj nas w pompkę".

Żenujące.

Eventim

Skomentuj (10) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 213 (221)

#83290

(PW) ·
| Do ulubionych
Tak mi się przypomniało...

Mąż znajomej - powiedzmy, że Andrzej - wygląda trochę jak Gregor Clegane z "Gry o tron": wzrostu 2,02, a przy tym potężny, szeroki w barach, łapy jak szufle do węgla, do tego dosyć bujna broda. No, po prostu wiking na sterydach. Do tego dochodzi twarz. Jakby to powiedzieć... taka bardziej do radia niż do TV. Mówiąc krótko - zdecydowanie nie jest to ktoś, kogo chciałoby się spotkać wieczorem w ciemnej uliczce.

Pozory mylą: jest to jeden z najspokojniejszych, najłagodniejszych i najbardziej nieagresywnych ludzi, jakich znam. Życzliwy, przyjazny, zawsze uśmiechnięty, każdemu pomoże, muchy nie skrzywdzi.

Andrzej - z powodu różnych zawirowań życiowych - nie skończył studiów. Zawodowo pracuje głównie jako spawacz - choć przy tym jest człowiekiem oczytanym, inteligentnym i z dużą wiedzą o świecie. Jego hobby - jak sam mówi - jest "robienie różnych rzeczy z metalu". Te "różne rzeczy" to na przykład repliki średniowiecznych mieczy dla różnych bractw rycerskich, ale też inne przedmioty. Kiedyś - na skutek jakiegoś zakładu z kumplem - zrobił z metalu... kij bejsbolowy. Można powiedzieć: replika w skali 1:1, ale ze lśniącej, srebrzystej stali. Ot, wygłup hobbysty. I ten kij znajomi mają w domu - wisi na ścianie w przedpokoju (to też taka forma żartu: wchodzisz i masz wrażenie, że trafiłeś do kibolskiej meliny ;-)

Znajomi mieszkają w dzielnicy, która przez lata miała w Warszawie złą sławę "krainy latających scyzoryków". Dziś jest już nieco inaczej, ale jeszcze się kwiatki zdarzają. No i taki właśnie kwiatek się zdarzył: chodzili po ich kamienicy jacyś dziwni ludzie (dresy, łyse łby, gęby zakazane), pukając do drzwi i zadając różne pytania - wszystko wskazywało na to, że to jakieś lewusy, które próbują się zorientować, gdzie ewentualnie warto się włamać.

Andrzej wiedział już, że chodzą, więc się przygotował. Kiedy zapukali do jego drzwi i po otworzeniu zapytali, "...czy zastali Marcina", Andrzej - swoim spokojnym, uprzejmym basem - odpowiedział, że to chyba pomyłka, bo żadem Marcin tu nie mieszka.

Zrobił to opierając się łokciami o obie strony framugi drzwi, głową sięgając prawie do nadproża, a w prawej ręce trzymając ten właśnie wielki kij bejsbolowy ze lśniącej stali.

Panom za drzwiami miny zrzedły, grzecznie przeprosili i dali nogę. Ponoć Andrzej usłyszał jeszcze dobiegające z dołu "Nieeee, k...a, tu chyba lepiej nie...".

Skomentuj (11) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 135 (167)

#83134

(PW) ·
| Do ulubionych
Tak, wiem, że na temat PKP napisano już wszystko i pewnie nawet trochę więcej. No ale do licha…

Mój starszy syn zaczął w tym roku naukę w liceum. Mieszkamy w podwarszawskim miasteczku G., liceum w Warszawie. Szkoła położona w samym centrum, jak się wyjdzie ze stacji PKP Warszawa Śródmieście, to do drzwi szkoły idzie się równe 5 minut. Z naszego miasteczka do centrum stolicy pociąg jedzie obecnie (w zależności od godziny) od 25 do 30 minut. Teoretycznie… A w praktyce?

Pociąg z G. odjeżdża 7:19. Według rozkładu powinien być na miejscu 7:45.
- Rewelacja - mówię chłopakowi. - Nawet jak się pięć minut spóźni (…bądźmy realistami…), to i tak jesteś w szkole dobre 5 minut przed dzwonkiem.

Akurat. Rok szkolny zaczął się 3 września. Dziś mamy 12 września. Przez półtora tygodnia pociąg ANI RAZU nie dojechał do Warszawy o czasie. Raz stał 10 minut przed Zachodnią, innym razem za Pruszkowem, jeszcze innym po prostu się wlókł. NAJWCZEŚNIEJ lądował na PKP Śródmieście o 7:52.

Więc syn zaczął jeździć wcześniejszym pociągiem - odjazd z G. 7:06, na miejscu - 7:34.

I znowu - TEORETYCZNIE. W praktyce nigdy nie był na Śródmieściu wcześniej niż 7:40, a zwykle raczej 7:45.

No do jasnej, nagłej, niespodziewanej cholery! Codziennie?! Po kiego grzyba Koleje Mazowieckie w ogóle wywiesza rozkłady, skoro pociąg NIGDY nie dociera na miejsce o czasie? Tłumaczenia ze strony kolei są zawsze takie same: "Bo na odcinku z G. do Warszawy są obecnie remonty torów".

Ale, do licha, remonty trwają OD DWÓCH LAT - chyba można było w tym czasie jakoś wyliczyć REALNY rozkład? Nie mówiąc już o tym, że dla nas, mieszkańców G., paradoksalnie przez remont pociągi (teoretycznie…) dojeżdżają do Warszawy szybciej niż zwykle, bo jadą torem dalekobieżnym, nie zatrzymując się na stacjach pośrednich (których mieszkańcy muszą korzystać z komunikacji zastępczej).

Dawno, dawno temu, w czasach PRL, pewien znajomy mojej mamy, Anglik, uczący się polskiego, był przekonany, że angielskie słowo "the train" tłumaczy się na polski jako "opóźniony pociąg". Bo jak stał na Dworcu Centralnym w Warszawie, to każda zapowiedź zaczynała się od słów "Opóźniony pociąg z… do… wjedzie na peron…".

Minęło ponad 30 lat, pociągi są czyste, zadbane, nowoczesne, klimatyzowane… i dalej jeżdżą jak chcą.

PKP

Skomentuj (42) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 175 (195)

#82659

(PW) ·
| Do ulubionych
Stoimy z córką w kolejce do kasy w supermarkecie. Kolejka się dłuży, moja córka wyjmuje telefon i czyta mi tekst z jakiegoś portalu - o tym, jak to Anglicy głosowali w plebiscycie na najważniejsze postaci z historii Anglii. Śmieszkujemy sobie trochę z tego, jak to jest, że w takim plebiscycie księżna Diana ma 3. miejsce, a taki Szekspir dopiero 5., nie wspominając o innych wielkich ludziach "upchniętych" gdzieś koło siódmej czy ósmej dziesiątki… Ale gdzieś po drodze pada nazwisko Paula McCartneya (pozycja 19., nieźle…).

I tu do rozmowy włącza się pan stojący za nami. I zaczyna nam opowiadać (z zaangażowaniem, entuzjastycznie), że "…z tym McCartneyem, to nie wiem, czy państwo wiecie, ale to jest ściema! Bo prawdziwy Paul McCartney nie żyje, zginął w wypadku w 1966, a Beatlesi zastąpili go sobowtórem, a potem na licznych płytach podawali sugestie, że Paul nie żyje…" - i w ten deseń przez dobrych pięć minut (historia jest znana, poczytajcie choćby w Wiki: https://pl.wikipedia.org/wiki/Paul_nie_żyje).

Potakiwałem grzecznie, tam, gdzie trzeba wrzucałem wstawki typu "O, to ciekawe!" czy "Nie wiedziałem" i cały czas zastanawiałem się, czy w ramach wdzięczności za oświecenie podzielić się z panem wiadomością, że dla odmiany Elvis żyje… Ale uznałem, że za dużo ludzi dookoła, żeby mówić o tak poważnych tajemnicach.

Uwielbiam miłośników teorii spiskowych, dają otoczeniu więcej radości niż dobry kabaret…

sklepy kolejka teorie spiskowe

Skomentuj (21) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 31 (135)

#82541

(PW) ·
| Do ulubionych
Parę "psich" historyjek zainspirowało mnie do napisania paru słów.

Jestem psiarzem. Moja babcia była lekarzem weterynarii, więc miłość do psów - można powiedzieć - wyssałem z mlekiem matki (no, pośrednio...). Dawno temu, jak mieszkałem z rodzicami, mieliśmy najpierw spaniela, potem dalmatyńczyki, potem wyżły węgierskie (jedne z pierwszych w Polsce!) - a "po drodze" całą masę innych czworonogów mniej lub bardziej rasowych.

Jak się ożeniłem i urodziło nam się pierwsze dziecko - pojawił się i pies (suka malamutka, kiedyś tu o niej pisałem). Niestety, Szelma (tak miała na imię) odeszła do krainy wiecznych śniegów już parę lat temu, a że "w międzyczasie" pojawiły się różne trudne życiowe sytuacje, to nowego psa przez jakiś czas nie było. Pracy dużo, czasu mało, nie chciałem brać psa tylko po to, żeby nie mieć czasu się nim zająć. Ale w zeszłym roku moja córka ubłagała, żeby wziąć takiego śmiesznego pokraka ze schroniska. Lucek jest psem przekomicznym: przypomina krzyżówkę corgi z lisem, jest dłuuugi - jak leży wydaje się psem średniej wielkości (waży swoje 15 kilo), ale jak wstanie to… okazuje się, że jednak jest mały, bo łapy ma zdecydowanie od innego psa. Za krótkie. I krzywe. Mówiąc krótko - nie jest to wyżeł, raczej niżeł i dłużeł.

Lucek jest głuptas, niestety, nie bardzo chce się nauczyć przychodzić na zawołanie - więc na spacery chodzi jednak na smyczy (ale przez resztę czasu biega luzem - mamy ogródek przy domu). Lucek jest psem niezwykle przyjaznym… najczęściej. Ale czasami nie. Ma na osiedlu kilka psów, których nie znosi (z wzajemnością) i jak je widzi, to odstawia przedstawienie z gatunku PUŚĆCIE MNIE DO NIEGO TO GO ZJEM A POTEM WYPLUJĘ I ZJEM JESZCZE RAZ!!!

No niestety, nie puszczamy.

My nie puszczamy. Ale inni...

Klasyczny obrazek: idziemy z Luckiem na spacer. Lucek na smyczy. Idzie pańcia z dwoma piesełami. Jeden mały, kudłaty, wielkości półtora szczura - ale drugi spory, na pewno od Lucka większy (na wagę, bo że wzwyż, to jasne). Oba zwierzaki luzem. Oba idą w naszą stronę, wyraźnie chcąc się zaprzyjaźnić. A ja nie wiem, czy to dobry pomysł. Może tak. A może nie. Więc proszę panią, żeby zawołała swoje psy. Pani woła. Psy mają to w okolicach ogona i idą dalej. Pani woła głośniej. Psy mają to w tym samym miejscu i idą dalej. Coraz bliżej.

Proszę panią jeszcze raz, już zirytowany. Na co pani z uśmiechem na twarzy rzuca klasycznym tekstem:

- Ale przecież on nic nie zrobi!

Wkurzyłem się i odpowiedziałem:

- A jaką pani ma gwarancję, że MÓJ czegoś nie zrobi?

Zreflektowała się, złapała to półtora szczura, a wtedy duży (zresztą chyba bardzo łagodny) poszedł za nią.

Innym razem moja córka, jak była sama na spacerze z Luckiem, musiała wracać do domu okrężną drogą, dookoła osiedla, bo jakiś gość stał na ulicy, gadał przez telefon, a jego pies - duży, kudłaty, w typie owczarka niemieckiego - biegał luzem i córka się bała, czy nie będzie problemów. Pan na kolejne prośby o wzięcie psa na smycz nie reagował, aż w końcu powiedział mojej córce (piętnastolatce!) żeby "nie zachowywała się jak c*pa, a jak się boi psów, to niech sama z psem nie chodzi". Jak to od córki usłyszałem wyszedłem wyjaśnić panu, jak zachowuje się c*pa, ale na (jego) szczęście już go nie było.

"Ale on nie gryzie". A że skoczy, że przewróci na przykład małe dziecko, że akurat przypadkiem trafi na psa, którego nie polubi - albo który jego nie polubi - i będzie awantura... Co tam.

Dla mnie sprawa jest prosta: przepisy mówią, że w przestrzeni publicznej pies ma być na smyczy. A jeśli masz w nosie przepisy, puszczasz go luzem - to musisz mieć GWARANCJĘ, że zawróci i przyjdzie do ciebie na pierwsze zawołanie.

Psy właściciele smycz

Skomentuj (10) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 110 (130)

#82387

(PW) ·
| Do ulubionych
Trochę o piekielności… systemu. Państwa. Czy jak to tam jeszcze nazwać. Wybaczcie, że będzie trochę długo.

Co to jest 500+ - nikomu tłumaczyć nie trzeba. Jak wiecie - rodzice dostają po 500 zł na drugie i kolejne dziecko, a mogą dostawać także na pierwsze, jeśli dochód miesięczny nie przekracza 800 zł na osobę w rodzinie.

Mam troje dzieci. Tak mi się życie potoczyło, że trzy lata temu zostałem wdowcem. I - co się z tym wiąże - samotnym ojcem.

Kiedy żyła moja Żona, nie byliśmy może bogaci - ale żyliśmy spokojnie, na wszystko starczało, coś tam dało się odłożyć, nie mogliśmy narzekać. Po Jej śmierci wiele się zmieniło - także w naszej sytuacji materialnej. Ja wprawdzie zawsze zarabiałem więcej, ale mam nietypową pracę: jestem tłumaczem i redaktorem, freelancerem, pracuję w domu (głównie na umowy o dzieło), więc nie mam pensji, tylko zarabiam tyle, ile zrobię.

A jako samotny ojciec z trójką dzieci (obecnie 16, 14 i 10 lat) jak się domyślacie czasu na pracę mam znacznie (ZNACZNIE!) mniej niż kiedyś. Więc też zarabiam mniej. Nawet jeśli doliczyć do tego rentę, którą dzieci dostają po Mamie, to uwzględniając inflację dochody na osobę w rodzinie mamy teraz na poziomie połowy tego, co kiedyś. Nie, nie narzekam, wielu ludziom jest znacznie gorzej, z głodu nie umieramy, mamy się w co ubrać - ale budżet jest bardzo "napięty" i z każdym groszem trzeba uważać.

Od kiedy ruszyło 500+ zawsze okazywało się jednak, że moje dochody były za wysokie, żebym się kwalifikował do 500 zł "na pierwsze dziecko". Z rocznego PITu zawsze wychodziło o 20 - 60 zł na osobę za dużo. OK, przeżyję. Ale w pewnym momencie nasi Miłościwie Panujący zaczęli przebąkiwać, że może by ten próg dochodowy nieco podnieść (tak, było to w momencie, kiedy im nieco sondaże spadły). Przez moment miałem nawet nadzieję, że może jak podniosą ten dochód minimalny choćby o 50 zł czy stówę, to się załapię na 500+ także "na pierwsze dziecko" - a nie ukrywam, że w mojej sytuacji byłoby to bardzo pozytywne zjawisko. Dodatkowe pięć stów miesięcznie piechotą nie chodzi… Zacząłem więc dowiadywać się, jak to jest z tym wyliczeniem zarobków w przypadku osoby, która zarobki ma NIEREGULARNE.

Bo przy mojej pracy wygląda to tak: jak tłumaczę książkę, to np. przez dwa czy trzy miesiące moje zarobki są żadne albo minimalne (za jakieś mniejsze prace na bieżąco). A potem kończę książkę - i dostaję jednorazowo dużą sumę. Czyli przez te trzy miesiące mam dochody jak najbardziej kwalifikujące mnie do 500+ "na pierwsze dziecko". Ale już w tym czwartym miesiącu - nie.

I tu objawia się piekielność systemu, który w XXI w. po prostu nie zauważa, że - do jasnej karbidówki - nie każdy pracuje na etacie! Próbowałem dowiedzieć się, co musiałbym zrobić, gdyby próg dochodowy został podniesiony, żeby załapać się na 500 zł na pierwsze dziecko.

Okazało się, że musiałbym CO MIESIĄC dostarczać do stosownego urzędu wszystkie podpisane umowy i zapłacone rachunki z danego miesiąca. Dodatkowo musiałbym - w wersji bardziej korzystnej (bo oczywiście urzędnicy też nie są pewni i wielu rzeczy nie wiedzą) CO MIESIĄC składać oświadczenia o uzyskaniu dochodu (kiedy akurat wypłacili mi pieniądze za książkę), albo "utracie dochodu" (bo w tym miesiącu już prawie nic nie dostaję).

W wersji mniej korzystnej - musiałbym na bieżąco przynosić do urzędu każdą podpisaną umowę i każdy zapłacony przez zleceniodawcę rachunek.

I w tych "lepszych" miesiącach nie dostawałbym 500 zł na "pierwsze dziecko", a w tych "gorszych" - tak. Zapytałem naiwnie, czy nie można by tego rozliczyć według ŚREDNICH zarobków (suma z rocznego PIT dzielona na 4 osoby w rodzinie i na 12 miesięcy). Nieeee, skąd, proszę pana, to by było za proste.

Bo przecież mogłoby być tak, że w danym roku mieści się pan w progu dochodowym, więc PO ZAKOŃCZENIU ROKU składa pan PIT, więc w NASTĘPNYM roku dostaje pan 500 zł na pierwsze dziecko, a po roku składa pan kolejny PIT i okazuje się, że w tym kolejnym roku zarobił pan ciut więcej - i co? I MUSI PAN ZWRACAĆ TE 500+ NA PIERWSZE DZIECKO ZA TEN ROK! Więc sam pan rozumie…

No nie, nie rozumiem. System jest idiotyczny. Mamy XXI w., coraz więcej ludzi nie pracuje na etacie, tylko na innych formach zatrudnienia (albo mając własną działalność gospodarczą). Jak dla mnie - sytuacja piekielna.

500+ urzędy biurokracja

Skomentuj (55) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 198 (250)

#68581

(PW) ·
| Do ulubionych
Historia Lenki (http://piekielni.pl/68562) przypomniała mi inna historyjkę sprzed jakichś 15 lat...

Pracowałem jako dziennikarz w redakcji pewnej dużej gazety. Nowoczesny biurowiec, "open-space" (to oczywiste, każdy z każdym musi mieć szybki kontakt) - ale też świadomość, że kolega obok pisze (być może) jakiś bardzo ważny tekst "na wczoraj", więc każdy z nas starał się nie robić za dużo niepotrzebnego hałasu.

Mieliśmy kolegę (nazwijmy go Kowalski), zresztą bardzo sympatycznego chłopaka, który miał paskudny zwyczaj zostawiania telefonu komórkowego na biurku, kiedy wychodził do toalety/szedł na obiad/na kawę/pogadać z naczelnym etc. Dzwonek w telefonie miał wyjątkowo up…dliwy - takie charakterystyczne "DRRRRYŃ", jak w starych telefonach (przypominam - rzecz się działa 15 lat temu, to były jakieś stare Nokie i Siemensy, żadnej tam polifonii, chamski, elektroniczny dźwięk).
Siedzą ludzie, piszą, spieszą się - bo termin goni, bo zaraz kolegium redakcyjne, bo... - a tu dzwoni telefon. I dzwoni. I dzwoni. A Kowalskiego nie ma, po poszedł się kawy napić. A rozmówca zdeterminowany - minuta przerwy i dzwoni znowu. I tak 20 razy dziennie.

Szlag wszystkich trafiał. Tłumaczyliśmy Kowalskiemu: albo, chłopie, zabieraj telefon ze sobą, albo wyciszaj go wychodząc.
Przepraszał, obiecywał poprawę - ale zapominał i nazajutrz było to samo.
Aż ktoś miał dość i pod nieobecność Kowalskiego wziął jego telefon, wszedł w menu i... zmienił mu język. Na chiński.

Kowalski po powrocie męczył się chyba godzinę - ale bez skutku: żeby zmienić język, musiał nawigować po menu, a do tego musiał wiedzieć, co jest napisane na ekranie. A nie wiedział, bo nie znał, biedak, chińskiego. I nikt w redakcji nie znał. Pech. A komórka (jak wspominałem) stara, menu bez numeracji (jak w niektórych Nokiach), no po prostu kanał.
Kowalski musiał oddać telefon do serwisu, gdzie mu jakoś przywrócili język ojczysty, przy okazji (co za pech...) kasując całą książkę telefoniczną.

I wiecie co? Niesamowita historia: Kowalski nigdy więcej nie zapomniał telefonu odchodząc od biurka - nawet jak szedł trzy metry do kosza na śmieci...

redakcja hałas

Skomentuj (6) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 515 (543)