Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation
Profil użytkownika

janhalb

Zamieszcza historie od: 4 lutego 2011 - 17:48
Ostatnio: 30 sierpnia 2019 - 16:10
  • Historii na głównej: 40 z 48
  • Punktów za historie: 25155
  • Komentarzy: 726
  • Punktów za komentarze: 4649
 

#82387

(PW) ·
| Do ulubionych
Trochę o piekielności… systemu. Państwa. Czy jak to tam jeszcze nazwać. Wybaczcie, że będzie trochę długo.

Co to jest 500+ - nikomu tłumaczyć nie trzeba. Jak wiecie - rodzice dostają po 500 zł na drugie i kolejne dziecko, a mogą dostawać także na pierwsze, jeśli dochód miesięczny nie przekracza 800 zł na osobę w rodzinie.

Mam troje dzieci. Tak mi się życie potoczyło, że trzy lata temu zostałem wdowcem. I - co się z tym wiąże - samotnym ojcem.

Kiedy żyła moja Żona, nie byliśmy może bogaci - ale żyliśmy spokojnie, na wszystko starczało, coś tam dało się odłożyć, nie mogliśmy narzekać. Po Jej śmierci wiele się zmieniło - także w naszej sytuacji materialnej. Ja wprawdzie zawsze zarabiałem więcej, ale mam nietypową pracę: jestem tłumaczem i redaktorem, freelancerem, pracuję w domu (głównie na umowy o dzieło), więc nie mam pensji, tylko zarabiam tyle, ile zrobię.

A jako samotny ojciec z trójką dzieci (obecnie 16, 14 i 10 lat) jak się domyślacie czasu na pracę mam znacznie (ZNACZNIE!) mniej niż kiedyś. Więc też zarabiam mniej. Nawet jeśli doliczyć do tego rentę, którą dzieci dostają po Mamie, to uwzględniając inflację dochody na osobę w rodzinie mamy teraz na poziomie połowy tego, co kiedyś. Nie, nie narzekam, wielu ludziom jest znacznie gorzej, z głodu nie umieramy, mamy się w co ubrać - ale budżet jest bardzo "napięty" i z każdym groszem trzeba uważać.

Od kiedy ruszyło 500+ zawsze okazywało się jednak, że moje dochody były za wysokie, żebym się kwalifikował do 500 zł "na pierwsze dziecko". Z rocznego PITu zawsze wychodziło o 20 - 60 zł na osobę za dużo. OK, przeżyję. Ale w pewnym momencie nasi Miłościwie Panujący zaczęli przebąkiwać, że może by ten próg dochodowy nieco podnieść (tak, było to w momencie, kiedy im nieco sondaże spadły). Przez moment miałem nawet nadzieję, że może jak podniosą ten dochód minimalny choćby o 50 zł czy stówę, to się załapię na 500+ także "na pierwsze dziecko" - a nie ukrywam, że w mojej sytuacji byłoby to bardzo pozytywne zjawisko. Dodatkowe pięć stów miesięcznie piechotą nie chodzi… Zacząłem więc dowiadywać się, jak to jest z tym wyliczeniem zarobków w przypadku osoby, która zarobki ma NIEREGULARNE.

Bo przy mojej pracy wygląda to tak: jak tłumaczę książkę, to np. przez dwa czy trzy miesiące moje zarobki są żadne albo minimalne (za jakieś mniejsze prace na bieżąco). A potem kończę książkę - i dostaję jednorazowo dużą sumę. Czyli przez te trzy miesiące mam dochody jak najbardziej kwalifikujące mnie do 500+ "na pierwsze dziecko". Ale już w tym czwartym miesiącu - nie.

I tu objawia się piekielność systemu, który w XXI w. po prostu nie zauważa, że - do jasnej karbidówki - nie każdy pracuje na etacie! Próbowałem dowiedzieć się, co musiałbym zrobić, gdyby próg dochodowy został podniesiony, żeby załapać się na 500 zł na pierwsze dziecko.

Okazało się, że musiałbym CO MIESIĄC dostarczać do stosownego urzędu wszystkie podpisane umowy i zapłacone rachunki z danego miesiąca. Dodatkowo musiałbym - w wersji bardziej korzystnej (bo oczywiście urzędnicy też nie są pewni i wielu rzeczy nie wiedzą) CO MIESIĄC składać oświadczenia o uzyskaniu dochodu (kiedy akurat wypłacili mi pieniądze za książkę), albo "utracie dochodu" (bo w tym miesiącu już prawie nic nie dostaję).

W wersji mniej korzystnej - musiałbym na bieżąco przynosić do urzędu każdą podpisaną umowę i każdy zapłacony przez zleceniodawcę rachunek.

I w tych "lepszych" miesiącach nie dostawałbym 500 zł na "pierwsze dziecko", a w tych "gorszych" - tak. Zapytałem naiwnie, czy nie można by tego rozliczyć według ŚREDNICH zarobków (suma z rocznego PIT dzielona na 4 osoby w rodzinie i na 12 miesięcy). Nieeee, skąd, proszę pana, to by było za proste.

Bo przecież mogłoby być tak, że w danym roku mieści się pan w progu dochodowym, więc PO ZAKOŃCZENIU ROKU składa pan PIT, więc w NASTĘPNYM roku dostaje pan 500 zł na pierwsze dziecko, a po roku składa pan kolejny PIT i okazuje się, że w tym kolejnym roku zarobił pan ciut więcej - i co? I MUSI PAN ZWRACAĆ TE 500+ NA PIERWSZE DZIECKO ZA TEN ROK! Więc sam pan rozumie…

No nie, nie rozumiem. System jest idiotyczny. Mamy XXI w., coraz więcej ludzi nie pracuje na etacie, tylko na innych formach zatrudnienia (albo mając własną działalność gospodarczą). Jak dla mnie - sytuacja piekielna.

500+ urzędy biurokracja

Skomentuj (55) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 198 (250)
zarchiwizowany

#82306

(PW) ·
| było | Do ulubionych
A tak mi się przypomniało…

Znajomy rodziny, pan obecnie koło siedemdziesiątki, (swoją drogą materiał na niejedną piekielną historię…) pracował daaaawno temu w zakładzie, w którym robiło się na zmiany. No i od czasu do czasu kończył pracę o szóstej rano, wracał do domu o wpół do siódmej i kładł się spać (bo co innego mógł zrobić po całej nocy w robocie).

Wrócił kiedyś z takiej "nocki" - była sobota rano - umył się i zapakował do łóżka. Pospał raptem kwadrans - bo o siódmej rano (przypominam, sobota była…) pod jego oknem jakaś pani zaczęła trzepać dywan. Pan mieszkał na trzecim piętrze, a dokładnie poniżej stała wiata śmietnikowa i trzepak.

Sobota. Siódma rano. Po całej nocy w pracy. A tu ŁUP, ŁUP, ŁUP…

W końcu nie wytrzymał. Wstał, podszedł do okna, otworzył - i najgrzeczniej jak umiał zawołał:

- Proszę pani! Proszę pani!

- Taaaak? - odpowiedziała pani z miłym uśmiechem.

- Czy mógłbym mieć do Pani ogromną prośbę?

- Oczywiście, a jaką? - zapytała pani.

- Czy byłaby pani tak łaskawa, żeby wziąć tę trzepaczkę i PALNĄĆ SIĘ NIĄ W TEN GŁUPI ŁEB?!

…i zatrzasnął okno. Poskutkowało - zapadła cisza.

Kto był bardziej piekielny - trudno mi oceniać :-)

blok osiedle trzepak

Skomentuj (4) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: -6 (32)

#68581

(PW) ·
| Do ulubionych
Historia Lenki (http://piekielni.pl/68562) przypomniała mi inna historyjkę sprzed jakichś 15 lat...

Pracowałem jako dziennikarz w redakcji pewnej dużej gazety. Nowoczesny biurowiec, "open-space" (to oczywiste, każdy z każdym musi mieć szybki kontakt) - ale też świadomość, że kolega obok pisze (być może) jakiś bardzo ważny tekst "na wczoraj", więc każdy z nas starał się nie robić za dużo niepotrzebnego hałasu.

Mieliśmy kolegę (nazwijmy go Kowalski), zresztą bardzo sympatycznego chłopaka, który miał paskudny zwyczaj zostawiania telefonu komórkowego na biurku, kiedy wychodził do toalety/szedł na obiad/na kawę/pogadać z naczelnym etc. Dzwonek w telefonie miał wyjątkowo up…dliwy - takie charakterystyczne "DRRRRYŃ", jak w starych telefonach (przypominam - rzecz się działa 15 lat temu, to były jakieś stare Nokie i Siemensy, żadnej tam polifonii, chamski, elektroniczny dźwięk).
Siedzą ludzie, piszą, spieszą się - bo termin goni, bo zaraz kolegium redakcyjne, bo... - a tu dzwoni telefon. I dzwoni. I dzwoni. A Kowalskiego nie ma, po poszedł się kawy napić. A rozmówca zdeterminowany - minuta przerwy i dzwoni znowu. I tak 20 razy dziennie.

Szlag wszystkich trafiał. Tłumaczyliśmy Kowalskiemu: albo, chłopie, zabieraj telefon ze sobą, albo wyciszaj go wychodząc.
Przepraszał, obiecywał poprawę - ale zapominał i nazajutrz było to samo.
Aż ktoś miał dość i pod nieobecność Kowalskiego wziął jego telefon, wszedł w menu i... zmienił mu język. Na chiński.

Kowalski po powrocie męczył się chyba godzinę - ale bez skutku: żeby zmienić język, musiał nawigować po menu, a do tego musiał wiedzieć, co jest napisane na ekranie. A nie wiedział, bo nie znał, biedak, chińskiego. I nikt w redakcji nie znał. Pech. A komórka (jak wspominałem) stara, menu bez numeracji (jak w niektórych Nokiach), no po prostu kanał.
Kowalski musiał oddać telefon do serwisu, gdzie mu jakoś przywrócili język ojczysty, przy okazji (co za pech...) kasując całą książkę telefoniczną.

I wiecie co? Niesamowita historia: Kowalski nigdy więcej nie zapomniał telefonu odchodząc od biurka - nawet jak szedł trzy metry do kosza na śmieci...

redakcja hałas

Skomentuj (6) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 515 (543)
zarchiwizowany

#68708

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Chcę Wam powiedzieć o piekielności związanej z histerią wokół uchodźców uciekających do Europy przed wojną w Syrii.

Nie, absolutnie nie chcę tu wchodzić w dyskusję na temat przyjmowania / nieprzyjmowania etc. Chcę tylko powiedzieć, jakie są skutki kretyńskich uogólnień, stereotypów i fobii uprawianych przez różnych forumowych trolli, a podsycanych przez niektórych politykierów.

Właśnie się dowiedziałem, że przedwczoraj dwóch łysych panów z gatunku "trzy paski na błyszczącym ortalionie" zaatakowało idącego ulicą mojego znajomego, nazwijmy go Jurkiem.

Jurek rzeczywiście jest imigrantem. Jurek ma dość ciemną skórę, gęste, kręcone włosy, niemal czarne oczy - "widać wyraźnie", że jego przodkowie znad Wisły nie pochodzili. Jurek nie ma na imię Jurek - tak nazywają go polscy znajomi, bo jego prawdziwe imię jest dość trudne do wymówienia.

Dwaj łysi panowie podeszli do niego na środku ulicy, wieczorem (ale nie w nocy), oznajmili mu, że "nie chcą tu ciapatych nierobów i muslimów", że "nie pozwolą, żeby Polskę zalała fala takich dzikusów" i wystartowali z pięściami i glanami. Idąca obok Jurka jego żona (w siódmym miesiącu ciąży) usłyszała, że jest k…, co się "z Arabusami puszcza".

Dowcip polega na tym, że Jurek nie jest muzułmaninem - jest chrześcijaninem. Nie jest Arabem, tylko Gruzinem. Przyjechał do Polski z rodzicami jako dziesięcioletni chłopak, dwadzieścia parę lat temu. Tu skończył szkoły, tu studiował, mówi po polsku jak Polak (a na pewno mówi lepszą polszczyzną, niż łysi panowie, co do niego wyskoczyli). Ma polskie obywatelstwo. Pracuje, zarabia nie najgorzej na utrzymanie swoje i rodziny, podejrzewam, że podatków odprowadza rocznie więcej, niż ci dwaj łysi panowie razem wzięci.

Szczęście w nieszczęściu polega na tym, że Jurek jest… instruktorem sztuk walki. Ma bodaj trzeci dan w Aikido i pierwszy dan w Karate.

Dwaj łysi panowie zostali szybko i sprawnie sprowadzeni do parteru, a jak już leżeli na ziemi, to zostali poinformowaniu spokojnym, jureczkowym głosem, że się pomylili. Jurek zapytał też, czy życzą sobie wezwać policję, bo jednak nosy mieli trochę poprzestawiane od szybkich spotkań z glebą i krew im koszulki zalała. Panowie odparli, że sobie nie życzą, za to życzą sobie jak najszybciej się oddalić i więcej Jurka nie oglądać. Ich życzenie zostało spełnione.

Co nie zmienia faktu, że gdyby trafiło na kogo innego, to pewnie czytalibyśmy w gazetach o jakimś lekarzu / inżynierze / malarzu pokojowym gruzińskiego / syryjskiego / czeczeńskiego pochodzenia skatowanym na ulicy, na oczach ciężarnej żony.

Tak właśnie na poziomie konkretu wygląda propaganda strachu przed uchodźcami uprawiana przez wielu polityków w imię zyskania paru głosów w wyborach…

dresy imigranci politycy

Skomentuj (14) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 17 (53)

#66447

(PW) ·
| Do ulubionych
Robimy z córką zakupy w sklepie na L. - ser, masło, codzienności. Ale akurat w ramach "cotygodniowych okazji" leżą na półce dżinsowe, dziewczęce krótkie spodenki. Córka takie chciała kupić, nawet wybierała się do sklepu - a tu proszę, szorty leżą, jakość w miarę rozsądna, cena przystępna, tylko brać.

Bierze zatem córka moja do ręki dwie pary szortów w dwóch rozmiarach i - przykładając je sobie do pasa - zastanawia się, które będą lepiej pasowały. Czy te będą dobre? A może za duże i trzeba wziąć te mniejsze?

I tu pojawia się paniusia w wieku późno-balzakowskim. Najpierw tonem nieznoszącym sprzeciwu oznajmia, że "...te będą lepsze, mówię ci, dziecko, to widać!". Dziecko - dobrze wychowane - grzecznie dziękuje za radę i zastanawia się dalej.

Paniusia jednak nie daje za wygraną, tym razem zwracając się do mnie:

- Pan sobie stanie tam, za tą półeczką, koszyk przytrzyma, to dzieciak będzie mógł przymierzyć. No, dalej, córcia, przymierz sobie, przecież to żaden wstyd, tatuś cię zasłoni...

...i tak dalej. Widziałem, że córka sobie sama nie poradzi, więc bardzo zimnym tonem powiedziałem coś w stylu "Ależ BARDZO PANI DZIĘKUJEMY, poradzimy sobie" - i paniusia poszła, mamrocząc pod nosem coś mało sympatycznego.

Nie wiem, jak pani sobie to wyobrażała: dwunastoletnia dziewczyna ma teraz na środku sklepu (w którym nie ma przymierzalni) ściągnąć spodnie przy ludziach,żeby przymierzyć drugie? Ciekaw jestem, czy pani w podobnej sytuacji też by to zrobiła...

sklepy

Skomentuj (18) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 354 (456)

#64852

(PW) ·
| Do ulubionych
Ciąg dalszy (niestety) historii z telefonem (http://piekielni.pl/64658).

Znalazł się kupiec. Pani kliknęła "Kup teraz", grzecznie zapłaciła 400 zł + 20 za kuriera. Pieniądze przyszły, telefon wysłałem, mailem poprosiłem, aby dała znać, jak dojdzie.

Dała. Następnego dnia wieczorem dostałem bardzo grzecznego maila z informacją, że... pani się pomyliła, bo ona chciała model w wersji Dual SIM, a tu jest tylko pojedynczy SIM, więc ona mi ten telefon zwraca, a ja mam jej zwrócić pieniądze wraz z kosztem przesyłki. Mało tego - dołączyła (w załączniku) list-gotowiec z federacji konsumentów, w którym powołując się na ustawę o prawach konsumenta zwraca przedmiot bez podania przyczyny i _żąda_ zwrotu kasy.

Uświadomiłem miła panią, że to ONA się pomyliła (aukcja była sformułowana jednoznacznie) i ja nie widzę powodu, żeby dopłacać do jej pomyłki. Napisałem także, że jako osoba prywatna, sprzedająca na portalu aukcyjnym prywatny przedmiot, nie mam obowiązku przyjąć od niej zwrotu. Ponieważ jednak jestem zwolennikiem dogadywania się, zgadzam się na zwrot, ale:

Po pierwsze - tylko kwoty, którą realnie dostałem za telefon (420 zł minus koszty przesyłki, minus kwota, którą płacę w formie prowizji dla Allegro; zaproponowałem nawet, że mogę jej wysłać potwierdzenia zapłaty obu kwot).

Po drugie - przelew zrobię dopiero, jak telefon przyjdzie do mnie cały i zdrowy (to chyba jasne, że w takiej sytuacji nie chciałem pani ufać na słowo...).

Nie odpisała, za to po południu zadzwonił do mnie jej mąż. Myślałem, że będzie się kłócił - ale nie, był grzeczny, przeprosił, zgodził się na wymienioną przeze mnie niższą kwotę.

OK. Dziś telefon przyszedł. Sprawdziłem, pieniądze przelałem - a teraz siedzę i czytam _dołączony_ do telefonu ten sam list (tym razem już wydrukowany), w którym pani powołuje się na federację konsumentów, ustawę i prawo do zwrotu w ciągi dziesięciu dni całej kwoty.

Z niecierpliwością czekam na ciąg dalszy korespondencji.

sklepy_internetowe

Skomentuj (10) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 322 (396)

#64726

(PW) ·
| Do ulubionych
Myślałem, że nic mnie już nie zdziwi...

Robię zakupy w małym, lokalnym sklepiku. Właśnie chcę płacić, kiedy wpada wściekła klientka i drze się już od progu:

- To skandal jest! Jak wy klientów traktujecie! Co mi pani wcisnęła!

Sprzedawczyni próbuje dowiedzieć się, o co właściwie chodzi, ale to skutkuje spotęgowaniem słowotoku:

- Skandal! Zepsute! Pytałam, czy dobre, a tu proszę, zepsute! Z-E-P-S-U-T-E! Spleśniałe, całe spleśniałe, o!

Sprzedawczyni usiłuje coś powiedzieć - że jeśli coś nie tak, to wymieni, albo zwróci pieniądze, ale o co właściwie cho...

- NO MÓWIĘ, ŻE ZEPSUTE! Ser u pani kupiłam, pytałam, czy dobry, pani mi naopowiadała, że najlepszy, a w domu rozwijam i co? I CAŁY SPLEŚNIAŁY! Cały! Pleśń od góry do dołu! O, pani patrzy, jaki syf tu sprzedajecie!

...I rzuca na ladę odpakowany ser. I faktycznie, ser jest cały pokryty pleśnią. A na rozwiniętym opakowaniu jak byk widnieje napis:

"Camembert".

sklepy klienci

Skomentuj (20) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 481 (633)

#64658

(PW) ·
| Do ulubionych
Wystawiłem telefon na Allegro. Telefon należy do mojej ciotki - dostała go przy przedłużaniu umowy, ale stary jej odpowiada, więc nowego chce się pozbyć.

Smartfon, nowiutki, prosto z salonu - pudełko, gwarancja, wszystkie papiery, pełen zestaw. Ciocia konta na Allegro nie ma, więc poprosiła mnie. Wystawiam. Cena wywoławcza 350 zł, "Kup teraz" - 400 zł plus 20 zł za przesyłkę (telefon - tylko kurierem). Nie jest to dużo - cioci zależy na czasie, więc cena jest o jakieś 10% niższa niż średnia, za jaką ten model na Allegro "chodzi".

Telefon wystawiłem wczoraj po południu. Do dziś dostałem już ...naście maili (przez Allegro) z "Pytaniem o przedmiot". Wszystkie sprowadzały się (w przybliżeniu) do tego samego:

"To ja ten telefon wezmę za 250, wpłacam od razu". "Proszę podać numer telefonu do kontaktu, dogadajmy się w sprawie telefonu, mogę zapłacić 300 razem z kosztami przesyłki". I tak dalej.

Noż, do cholery. Skoro wystawiam z licytacją od 350, to znaczy, że raczej za mniej nie sprzedam, tak? Skoro przeciętnie ten telefon "chodzi" po 450, to chyba nie mam specjalnych powodów, żeby go sprzedawać za 250, prawda?

Czy to głupota? Czy takie małe, śliskie cwaniactwo? Tak czy owak - jak dla mnie dość piekielne.

sklepy_internetowe

Skomentuj (24) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 359 (575)

#47439

(PW) ·
| Do ulubionych
Ja wiem, że wariaci zdarzają się wszędzie, ale są chyba jakieś granice...
Mój najmłodszy (pięciolatek) chory. Kaszel, trochę gorączki. Idziemy do przychodni. Numerek na 10:00 – u nas zwykle te numerki idą dość sprawnie, ale czasem trzeba chwilę poczekać, wiadomo.

No to czekamy. w naszej przychodni jest taki oddzielny korytarzyk, gdzie są tylko drzwi do pediatrów – dzięki temu małe dzieci nie muszą czekać razem z kaszlącymi dorosłymi. Trzy ławeczki, dwa gabinety, w każdym gabinecie jedna pani doktor. No i czeka sobie w takiej małej poczekalni czwórka małych pacjentów w wieku od 3 do na oko 6 lat. Czwórka małych – to siłą rzeczy osiem osób, bo przecież dziecko samo do lekarza nie chodzi. Traf chciał, że poza mną z maluchami było jeszcze dwóch tatusiów i tylko jedna mamusia. Tylko jedna – ale piekielna za całe stado…

Otóż mamusia okazała się być Wojującą Feministką (WF).
Zaczęło się od tego, że jeden z tatusiów rozmawiając przez telefon powiedział komuś "po drugiej stronie słuchawki", że niestety spóźni się do pracy, bo czeka z córką u lekarza. Pani natychmiast (głośno!) to skomentowała:

(WF): – O, proszę, jaki oburzony, że musi chwilę z własnym dzieckiem poczekać! A jak kobiety chodzą z dziećmi do lekarza, to nikt się nie przejmuje, że muszą czekać!

Oczy otworzyły mi się szeroko ze zdziwienia: pan o którym mowa w żaden sposób nie dał do zrozumienia, że czeka za długo ani że jest tym czekaniem zirytowany – udzielił prostej informacji, że się spóźni bo…

Później był już tylko gorzej. Usłyszeliśmy że "jak się chciało mieć dzieci, to teraz trzeba mieć czas się nimi zajmować!" (powiedziane tonem pouczająco–protekcjonalnym), że "facet to myśli, że kobieta jest od opieki nad dzieckiem, a sam to nie chce d... ruszyć" i tak dalej.

Gryzłem się w język, bo jestem złośliwy i bałem się że chlapnę coś, czego nie chciałbym chlapnąć przy małych dzieciach. W końcu jeden z pozostałych tatusiów przerwał pani WF – skądinąd grzecznie i kulturalnie, ale dość stanowczo – sugerując jej żeby się rozejrzała i zauważyła, że poza nią w poczekalni są właśnie sami tatusiowie, więc swoje pouczające wywody kieruje chyba w zła stronę.

Pomogło – ale na krótko. Każde nasze słowo – czy to skierowane do dzieci, czy przez telefon, czy do innych oczekujących – było natychmiast komentowane z charakterystyczną złośliwością i wyraźnym poczuciem wyższości. Dowiedzieliśmy się, że pani WF jest wykształcona (nie, serio?), więc żebyśmy nie pozwalali sobie na patrzenie na nią z góry (mówiąc szczerze – żaden z nas w ogóle na nią nie patrzył, bo każde spojrzenie wywoływało natychmiastową reakcję: zarzuty o seksizm i "gapienie się"). Chwilami naprawdę żałowałem że kultura nie pozwala mi powiedzieć pani WF co naprawdę myślę.

Ale szczyt nastąpił na kilka chwil przed tym, jak wszedłem z synkiem do gabinetu. Siedziałem, starając się nie zwracać uwagi na gadania WF, odpowiadałem na pięćset czterdzieste pytanie synka ("A dlaczego ta zebra na rysunku ma niebieskie paski?") i bezwiednie stukałem otwartą dłonią o ławkę, wybijając jakiś rytm który kołatał mi się w głowie. Dłoń była prawa. Stukanie było dość metaliczne, bo (nie zdając sobie z tego sprawy) stukałem o ławkę… obrączką, którą miałem na palcu. Błąd.

Pani WF wzięła oddech i wygłosiła długie kazanie sprowadzające się do tego, że małżeństwo to przeżytek wymyślony wyłącznie w celu uciemiężenia kobiety, a poza tym (uwaga!) na pewno robię to specjalnie, żeby (uwaga!) zademonstrować swoją wyższość wobec niej, jako samotnej matki!

Już otwierałem usta, ale w tym momencie otworzyły się drzwi do gabinetu i wysunęła się głowa naszej pani doktor – osoby skądinąd cudownej, ale bardzo stanowczej i zdecydowanej. Pani doktor w krótkich, acz mocnych słowach poradziła pani WF żeby zachowała swoje teorie dla siebie i nie darła się pod drzwiami, bo przeszkadza jej w badaniu pacjentów.

Pani WF umilkła i więcej je nie słyszeliśmy. Żal mi tylko jej dziecka.

służba_zdrowia

Skomentuj (51) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 1021 (1073)
zarchiwizowany

#46885

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Scenka sprzed trzech godzin. Kiedyś myślałem, że Bareja miał wyobraźnię jak smok. Dziś coraz częściej jestem przekonany, że było po prostu uważnym obserwatorem rzeczywistości…
Robię zakupy w naszym lokalnym supermarkecie. Powoli, półka po półce, bo lista długa ("rodzinne" zakupy na tydzień, wiadomo). Chłodnia z serami, masłem, nabiałem. Obok mnie jakaś mocno starsza pani (SP) niepewnie wpatruje się w półki – widać wyraźnie, że nie najlepiej widzi i że nie jest pewna co i jak. Chciałem jej pomóc, ale zanim podszedłem zwróciła się do stojącej obok kobiety (K) w wieku balzakowskim, kształtów obfitych.
(SP): Może pani mi pomoże, bo ja nie wiem… Który z tych jogurtów jest chudszy? Bo ja nie mogę tłustego…
(K): NO JAK TO? (tak wyraźnie mówiła dużymi literami). PANI CHCE TEN OWOCOWY? TOŻ TO SAM CUKIER I W OGÓLE NIEZDROWE! TEN PANI WEŹMIE, NATURALNY, ZDROWSZY!
(SP): O, dziękuję, bo wie pani, ja trochę słabo widzę…
(K): Bo to wszystko słodkie, tłuste i pełno konserwantów! Niezdrowe…
I tu zjawił się młody człowiek (MC) – wysoki, chudy, lat około 20, w wełnianej czapeczce.
(MC): Niech pani nie bierze jogurtów! Trzeba tłusto jeść, tłuszcz jest organizmowi potrzebny! Cukier to trucizna, mąka też, człowiek w ogóle nie powinien glutenu jeść! Masło, tłusta wędlina, mówię pani, żadnych jogurtów i mleka!

Starsza pani jakby się zgarbiła od takiej ilości "dobrych rad", ale jeszcze próbowała jakoś logicznie argumentować:
(SP): Ale widzi pan, bo ja mam cukrzycę i…
(MC): No właśnie! To pani cukru jeść nie powinna, ale tłuste rzeczy tak! Jak najwięcej! (WTF?)
Tu wtrąciła się pierwsza "doradczyni":
(K): Ale co też pan opowiada?! Tłuszcz to śmierć! Nie wolno… (i dalej w podobnym klimacie).

Starsza pani zwróciła się do mnie z nieco bezradnym uśmiechem i retorycznym pytaniem:
(SP): No i niech pan powie, komu wierzyć?…

Odpowiedziałem głośno i wyraźnie, tak żeby mieć pewność że tamci dwoje mnie usłyszą:
– Wie pani, moim zdaniem jak pani nie jest pewna, to niech pani zapyta swojego lekarza, myślę że jego radom może pani zaufać bardziej, niż PRZYPADKOWYM OSOBOM SPOTKANYM W SKLEPIE, które w dodatku nie mają pojęcia o pani stanie zdrowia…

I co? Tak zgadliście: oboje "doradcy" wsiedli na mnie z wrzaskiem. Że się nie znam, że lekarze to mafia i mordercy, którzy źle radzą żeby ludzie chorowali, bo inaczej nie mieliby z czego żyć, że trzeba jeść dużo tłuszczu / nie jeść tłuszczu w ogóle i żebym się zamknął, bo nie wiem co mówię.
Na szczęście akurat z wariatami radzę sobie dość dobrze, więc ich krótko przyciąłem i poszedłem, a starsza pani zdążyła tymczasem włożyć do koszyczka dwa jogurty (naturalne…) i podreptała dalej.
Spotkałem ją jeszcze raz, w sąsiedniej alejce. Uśmiechnęła się i powiedziała że ma cukrzycę i za wysoki cholesterol, więc właśnie lekarz zalecił jej żeby nie jadła zbyt tłustych rzeczy. A ona tylko chciała spytać, który jogurt jest chudszy, nic więcej…

Powiedzcie: skąd na świecie tylu ludzi przekonanych o własnym geniuszu i nieomylności? Czy na pytanie o chudszy jogurt nie można odpowiedzieć po prostu "O, ten!" – tylko trzeba urządzać wykład z dietetyki zupełnie obcej osobie, o której zdrowiu nie ma się pojęcia?

Albo, innymi słowy: skąd na świecie tylu świrów?…

Supermarket. Wariaci pospolici.

Skomentuj (14) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 246 (320)