Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation
Profil użytkownika

janhalb

Zamieszcza historie od: 4 lutego 2011 - 17:48
Ostatnio: 23 czerwca 2019 - 13:33
  • Historii na głównej: 38 z 47
  • Punktów za historie: 24939
  • Komentarzy: 718
  • Punktów za komentarze: 4591
 

#46165

(PW) ·
| Do ulubionych
Jestem miłośnikiem wiecznych piór. Nie, nie mam wielkiej kolekcji drogich zabawek typu Mont Blanc czy Aurora - ale mam kilka piór Parkera (mam duży sentyment do tej firmy) i jednego pięknego Sheaffera Imperiala. Nic wielkiego - ale też rzadko ich używam, bo na co dzień piszę głównie na klawiaturze, niestety. Co nie zmienia faktu, że jeśli już piszę ręcznie - to tylko piórem.

Ostatnio zdarzył się mały wypadek - moja córka (lat dziewięć...) oglądała sobie jedno z piór i... tak, upuściła. Pióro całe, ale stalówka... Szkoda gadać: nic się już z nią nie dało zrobić.

Pióro - żaden rarytas, Parker Rialto w wersji czarno-złotej - miało jednak pewną wartość sentymentalną: dostałem je od rodzonego ojca w prezencie po obronie pracy magisterskiej (czyli prawie dwadzieścia lat temu).

No to do roboty: wujek Google wskazuje mi autoryzowany serwis Parkera. Dzwonię, wyłuszczam sprawę. Pan (bardzo uprzejmy) czegoś tam szuka w katalogach, po czym informuje mnie że wprawdzie tego modelu już jakiś czas nie produkują, ale stalówka jest taka sama jak w jakimś innym, więc nie ma problemu, proszę przysłać pióro kurierem na nasz koszt. Ile to będzie kosztowało? Pan mówi że dokładnie nie wie, ale rzuca orientacyjną kwotę rzędu 45 zł. I dodaje, że i tak przed podjęciem naprawy dostanę maila z wyceną, a jak się nie zgodzę - odsyłają na swój koszt.

Wysyłam. Czekam. Dziś rano dostaję maila. "Szanowny Panie..." etc. łączny koszt naprawy (przypominam, chodzi o wymianę stalówki w piórze wcale nie z "najwyższej półki"!) to razem z VAT... prawie 250 zł.

Trzy razy czytałem, bo mózg nie chciał zaakceptować tego, co oczy widziały.

Dowcip polega na tym, że takie pióro można obecnie kupić (NOWE - wprawdzie już nie produkują, ale w magazynach jeszcze trochę leży...) za niecałe 200 zł. Czyli nawet gdyby to była kwestia życia i śmierci - to mogę TANIEJ kupić nowe pióro i wymontować z niego stalówkę.

Nie rozumiem.

usługi

Skomentuj (26) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 757 (803)

#21151

(PW) ·
| Do ulubionych
Historyjki z "piekielnymi kontrolerami" przypomniały mi własną. Pan kontroler był piekielny - ale JA TEŻ! :-)

Po wyprowadzce ze stolicy (kupiliśmy mały domek w miasteczku o 30 km od Warszawy) jeszcze przez kilka lat pracowałem w dawnym miejscu pracy. Do Warszawy dojeżdżałem pociągiem podmiejskim (szybciej i sprawniej niż samochodem...), więc miałem wykupiony bilet miesięczny - z mojej miejscowości do stacji Warszawa Śródmieście.

Kiedyś jednak musiałem pojechać kawałek dalej - miałem coś do załatwienia na Pradze, więc chciałem wysiąść na Dworcu Wschodnim. Zapomniałem, rzecz prosta, że mój bilet miesięczny obowiązuje do Śródmieścia - dalej była już kolejna strefa odległościowa...

Już w tunelu za Śródmieściem pojawił się pan kontroler (nie konduktor, tylko pracownik zewnętrznej firmy kontrolerskiej). Sprawdza mój bilet, informuje mnie że na tym odcinku jest już nieważny. "Poproszę dokumenty..." - i tak dalej.

Ano cóż - moja strata, jak się nie myśli, to się traci... Zrobiłem skwaszoną minę (...a niby jaką miałem zrobić? Wtedy ta przyjemność kosztowała bodaj 120 złotych...), ale co robić: pan był w prawie, ja nie miałem ważnego biletu, sytuacja (niestety) aż nadto oczywista.

Wyciągam zatem dokumenty... Ale widzę że pan kontroler rozgląda się, sprawdza czy za blisko ktoś nie stoi, po czym mówi (już dużo ciszej, niż przedtem):

- No, chyba że się dogadamy... Da pan trzy dychy i po sprawie.

Uuuuu... Źle trafił. Na punkcie uczciwości jestem niemal przeczulony. Nabrałem oddechu i walnąłem tak, żeby cały wagon słyszał:

- Drogi panie! Jadę bez biletu, moja wina, grzecznie przyjmuję karę. A to, co pan mi proponuje, to jest zwykłe ZŁODZIEJSTWO. A jak pan jesteś ZŁODZIEJ, to pańska sprawa, mnie w to proszę nie mieszać! To pisze pan ten kwitek, czy nie?!

Pociąg akurat stanął na przystanku Warszawa Stadion - wszyscy ludzie w zasięgu wzroku patrzyli w naszym kierunku (niektórzy na kontrolera z oburzeniem, inni na mnie jak na idiotę...) - a pan kontroler nabrał koloru dojrzałej wiśni i... zwiał. Normalnie uciekł z pociągu na peron.

Pewnie pierwszy raz spotkał "idiotę", który zamiast dać mu w łapę, wolał zapłacić uczciwie karę... Potem żałowałem, że nie spisałem jego danych...

PKP firma kontrolerska

Skomentuj (15) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 443 (665)

#20725

(PW) ·
| Do ulubionych
Historia "z dawnych czasów" - pani o której opowiem zmarła dobre parę lat temu, a piekielna była tylko czasami...

W mojej "rodzinnej" parafii w Warszawie żyła sobie taka Babcia (wszyscy ją tak nazywali): kobieta (wtedy) koło osiemdziesiątki, dość charakterystycznie ubrana (zawsze miała na głowie chustkę zawiązaną w specyficzny sposób...). Generalnie do rany przyłóż, ale ponieważ (o czym wszyscy wiedzieli) miała problemy natury psychicznej, potrafiła być nieobliczalna i czasami reagowała w sposób absolutnie nieprzewidywalny. Większość księży (a było ich tam sporo, bo parafia zakonna) Babcię szanowała i lubiła, Babcia codziennie była na mszy - choć często (z racji wieku...) większą część mszy przesypiała grzecznie i cicho siedząc w ławeczce... Ale też wszyscy wiedzieli, że Babci nie należy zaczepiać ani irytować, bo Nigdy Nie Wiadomo, co jej przyjdzie do głowy.

Niedziela, kilka minut do rozpoczęcia popołudniowej mszy. Babcia siedzi już w ławce, głowa jej się zaczyna kiwać - i po kilku chwilach (nadal siedząc) ewidentnie drzemie. Traf chciał - idzie przez kościół młody kleryk, który jeszcze z Babcią nie miał do czynienia. Przechodzi obok i widząc śpiącą staruszkę budzi ją (delikatnie, wyraźnie w dobrych intencjach), mówiąc:

- Niech pani nie śpi, zaraz się msza zaczyna!

Babcia podnosi głowę, błysk w oku zwiastuje że zaraz będzie sajgon... Ale kleryk (nieświadomy zagrożenia) idzie dalej i znika w zakrystii.

W czasie mszy ten sam kleryk chodzi z tacą, akurat po tej samej stronie kościoła. Obserwujemy jak zbliża się do Babci. Ludzie wrzucają jakieś pieniądze na tacę, kleryk uśmiecha się i mówi "Bóg zapłać", wszystko jak należy. Dochodzi do Babci, Babcia już z daleka uważnie go obserwuje. I ten błysk w oku... Ludzie obok Babci coś wrzucają, a Babcia nagle bierze się pod boki i gromkim głosem doskonale słyszalnym w całym, niemałym kościele (akurat skończyła się pieśń) wrzeszczy nieszczęsnemu klerykowi prosto w oczy:

- NIE MA SPANIA - NIE MA PŁACENIA!!!

Ludzie śmiali się tak, że myślałem że się poprzewracają, ksiądz sprawujący mszę musiał dłuższą chwilę stać w ciszy, żeby nie parsknąć śmiechem...

A kleryk? Uwierzcie mi: nie miałem pojęcia, że zakonnej sukni można tak szybko biec w stronę zakrystii.

Skomentuj (7) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 568 (650)
zarchiwizowany

#20862

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Historyjka sprzed godziny - o pani Piekielnej, ale nie do końca.

Podjeżdżam na stację benzynową. Akurat wszystkie dystrybutory z "właściwą stroną" są zajęte (wlew paliwa mam na prawym boku auta). Czekam.

Podjeżdża pani [P]iekielna, koło pięćdziesiątki, tleniony blond, futrzana kurtka, eleganckie i dość drogie auto. Ona też ma wlew po prawej. Staje za mną... Ale nie do końca. Trochę z tyłu, trochę z boku. Potem podjeżdża kawałek do przodu i czeka niemal równo ze mną. Widzę, że cały czas gada przez komórkę.

Zwalnia się miejsce przy jednym z dystrybutorów i co? Jasne: [P]iekielna rusza niemal z piskiem opon i pakuje się pierwsza. Bardziej mnie to rozśmieszyło, niż zirytowało - OK., myślę sobie, pewnie pani się spieszy. Mnie się akurat nie spieszyło, więc niech tankuje pierwsza.

Ale nie, pani nie tankuje. Samochód stoi przy dystrybutorze - a ona nie wysiada, tylko dalej gada przez telefon.

Po chwili zwalnia się drugie miejsce, ja podjeżdżam - widzę że [P] gada dalej siedząc w aucie.

Otwieram wlew, leję ropę. Pani gada.

Kończę lać, zamykam wlew. Pani gada.

Idę do kasy zapłacić. Pani gada.

Wychodzę, idę do samochodu - pani gada dalej, nie wysiadając z auta i blokując dystrybutor. Tu już nie wytrzymałem i parsknąłem śmiechem, nawet nie specjalnie się z tym kryjąc i jednoznacznie patrząc w jej stronę. No bo - myślę sobie - wciska się na chama, a teraz nie tankuje tylko siedzi i gada. Powiem szczerze - pomyślałem sobie "Głupia baba".

I w tym momencie pani kończy rozmowę, wychodzi z samochodu, po czym uśmiecha się do mnie promiennie i wali tekst:

[P]: Pewnie pan sobie pomyślał "Co za głupia baba", zgadłam?

Padłem. Rozbroiła mnie kompletnie. Obśmiałem się, rzuciłem coś w stylu "JA tego nie powiedziałem"... - i odjechałem.

Poprawiła mi humor na cały wieczór...

Stacja benzynowa

Skomentuj (10) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 229 (275)

#19684

(PW) ·
| Do ulubionych
Tytułem wstępu: mój dziadek ze strony taty był z pochodzenia Żydem. Poza 1/4 genów odziedziczyłem po nim dość charakterystyczne nazwisko. Nazwisko brzmi lekko z niemiecka, ale osoba choćby minimalnie świadoma historii i języka polskiego od razu skojarzy, że nazwisko jest żydowskie. Dla mniej świadomych tłumaczę, że gdybym był z tego portalu, to nie nazywałbym się Piekielny czy Piekielski, ale raczej na przykład Piekielbaum czy Piekielberg ;-)

Lat temu już niemal trzynaście, szykowałem się do ślubu. Jednym z dokumentów potrzebnych do ślubu kościelnego jest świadectwo chrztu. Choć od urodzenia mieszkałem w Warszawie, z różnych rodzinnych przyczyn chrzczony byłem zupełnie gdzie indziej - w rodzinnym mieści moich dziadków ze strony mamy. Mogłem oczywiście załatwić sprawę korespondencyjnie, ale że akurat byłem niedaleko, zajechałem do miasta P., aby sprawę załatwić. Idę do właściwej parafii, pukam do kancelarii, wchodzę - widzę że ksiądz (młody człowiek, pewnie niedługo po trzydziestce) rozmawia z jakąś starszą panią o wyglądzie typowo moherowym. Właściwie - nie tyle rozmawia, co z dość jednoznacznie udręczoną miną wysłuchuje jakiejś tyrady. Przeprosiłem i chciałem się wycofać, aby poczekać na korytarzu, ale ksiądz z naciskiem powiedział, żebym wszedł, bo on JUŻ KOŃCZY. Wyglądało na to, że uratowałem go od konieczności dalszego słuchania tyrad tej pani.

Mówię zatem o co chodzi, ksiądz z wyraźną ulgą siada do komputera (tak, już wtedy w większości parafii kancelaria była "wrzucona" do komputera, nie trzeba było szukać w księgach, wystarczyło znaleźć i wydrukować). Podaję rok urodzenia i nazwisko...

...I w tym momencie moherowa babcia (która cały czas siedziała na krześle obok) uniosła wysoko brwi i wygłosiła w stronę księdza (mnie nawet nie zaszczycając spojrzeniem):

- No ja nie wiem, proszę księdza! Przecież to chyba nie jest POLSKIE NAZWISKO!

Mnie w tym momencie szczęka lekko opadła, ksiądz popatrzył najpierw na panią z miną męczennika, potem na mnie z miną typu "Sam pan widzi, co ja tu mam..." - i nic nie mówiąc wrócił do przygotowywania zaświadczenia.

Ale babcia nie dała za wygraną. – To nie jest POLSKIE nazwisko, ja księdzu mówię, znam się na tym! Ja nie wiem, czy to tak można po prostu dać papierek! Ja myślę, że to trzeba chyba do biskupa zgłosić! (...i tak dalej, i tak dalej).

Już nabierałem powietrza, żeby powiedzieć babci co myślę (a nie byłoby to miłe), ale ksiądz nie wytrzymał pierwszy. Ochrzanił babcię (choć, muszę przyznać, w sposób kulturalny) i kazał jej "opuścić lokal". Babcia wyszła, wielce obrażona, rzucając jeszcze na odchodnym że "ona się proboszczowi poskarży", co ksiądz skwitował krótkim "Powodzenia".

Po wyjściu babci ksiądz kończył papierki, wydrukował, podpisał, pieczątkę przybił - ale widziałem, że jest wkurzony. Chcąc rozładować sytuację, powiedziałem żeby się nie przejmował, bo ludzie są różni, jak wiadomo, po czym dodałem pół-żartem:

- No ale w sumie ta panie miała rację, to faktycznie nie jest polskie nazwisko...

Na co ksiądz popatrzył na mnie zmęczonym wzrokiem i powiedział:

- A wie pan, jak ta pani się nazywa? Z domu Schimdt, po mężu Schwarzmüller. I używa obu nazwisk.

Myślałem że się uduszę ze śmiechu.

Skomentuj (27) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 3849 (3921)

#19652

(PW) ·
| Do ulubionych
Piekielnym był mój znajomy - piekielność była po części planowana, ale... nie aż na takim poziomie.

Znajomi mają córkę - czternaście lat (prawie piętnaście), bardzo sympatyczna dziewczyna, ładna, inteligentna, dobrze się uczy i generalnie większych problemów rodzicom nie sprawia. Na użytek tego opisu powiedzmy, że nazywa się Ania.

Ania ma jedną wadę: jest POTWORNĄ bałaganiarą. Generalnie jest tak, że gdzie skończy jakiejś rzeczy używać, tam ją zostawia. Nie robi tego ani celowo, ani złośliwie - ot, taki typ bujającej w obłokach artystki, która nie skupia się na tak przyziemnych sprawach, jak sprzątnięcie po sobie szczotki do włosów ze środka stołu, a kiedy ją upomnieć - jest zdziwiona (szczerze!) że coś zostawiła. "JA tu położyłam? Nie pamiętam...".

Moi znajomi dawno już odpuścili sobie namawianie jej, żeby posprzątała swój pokój - ma tam "artystyczny nieład" (czytaj: burdel na kółkach), ale to jej teren, nikt tam nie wchodzi, wiec nikt się nie przejmuje. Gorzej z resztą domu, bo też wszędzie można znaleźć różne rzeczy "zapomniane" przez Anię, od książek, przez jakieś ciuchy, na używanych talerzach skończywszy.

Znajomy - człowiek uparty, a przy tym z dużym poczuciem humoru - wymyślił metodę tyleż brutalną, co zabawną: jak Ania zostawi coś "gdzieś w domu", to znajduje to potem u siebie: w najlepszym razie w pokoju, na łóżku (np. brudne talerze), a najgorszym - w plecaku do szkoły albo w kieszeniach. Zawsze wtedy pokornie zanosi rzeczy na miejsce i uśmiecha się przepraszająco. Ale pewnego razu...

Przyszliśmy do znajomych na imieniny. Siedzimy, gadamy. Wchodzi Ania. Przywitała się z nami, coś tam powiedziała do matki, a na ojca spojrzała tak, że niemal widziałem krew w jej oczach. I poszła do siebie.

Patrzę, a mój znajomy czerwony, jego żona czerwona - i po chwili zaczynają się śmiać, starając się nie robić tego zbyt głośno. O co chodzi?...

Otóż dwa dni wcześniej Ania - przebierając się w łazience - zostawiła na środku podłogi całe swoje ubranie, po czym wyszła do koleżanki. Jej tata zachował się konsekwentnie, upychając kolejne części garderoby córki po jej plecaku, kieszeniach szkolnej kurtki, szafkach w pokoju.

No i pech chciał, że następnego dnia, po wyjściu ze szkoły, Ania poszła sobie do pizzerii, gdzie zaprosił ją pewien kolega (koledze najwyraźniej wpadła w oko, on jej też). Siedzieli sobie, gruchali nad pizzą, a w pewnym momencie Ania sięgnęła ręka do kieszeni kurtki wiszącej na oparciu krzesła, aby wyciągnąć paczkę chusteczek i - kompletnie zaskoczona, na oczach równie zaskoczonego kolegi - wyciągnęła... urocze, ciemnoniebieskie majtki. Z koronkami.

Ania od dwóch dni nie odzywa się do ojca.

Skomentuj (46) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 1078 (1132)

#19774

(PW) ·
| Do ulubionych
Opowiem Wam, jak się znęcałem nad psem. Sadystycznie. Uwaga - tylko dla ludzi o mocnych nerwach...

Mieszkam w domku (typu "peerelowska kostka"), na osiedlu podobnych domków w małym miasteczku niedaleko Dużego Miasta. Mamy psa marki suka. Mamy też sąsiadów. Większość z nich to naprawę fajni i sympatycznie ludzie. Niestety, jedni (z sąsiedniej ulicy) okazali się mieć wyjątkowo piekielną teściową. Teściowa mieszka na drugim końcu Polski, przyjeżdża rzadko (na szczęście)... Kiedyś, przechodząc obok naszego płotu, zachwyciła się naszą suką. Że piękna, że taka efektowna, że ach-och i w ogóle. I poszła.

Kolejny raz była na naszym osiedlu bodaj trzy miesiące później. Była zima, temperatura - kilka stopni poniżej zera, śniegu sporo. Psica leżała sobie spokojnie na tym śniegu, leniwie obserwując wrony na drzewie.

I nagle - wrzask przy furtce! Teściowa sąsiadów. Awantura jak stąd na Kamczatkę. Dzwoni do furtki, drze się, k..wami rzuca. Ale o co chodzi?

Otóż pani chodziło o to, że na takim mrozie (!) psa trzymamy, że jesteśmy bez serca, że to jest znęcanie, że nawet budy nie ma, że ona to zgłosi... I tak dalej. Usiłowałem pani coś wytłumaczyć, ale się nie dało. Kompletna blokada danych przychodzących, że tak powiem. Poszła. Uff.

Ale po dwudziestu minutach - dzwonek do furtki. Straż miejska. Panowie strażnicy z dość surowymi minami, że się nad psem znęcam podobno.

Ręce mi opadły. Pokazałem panom psicę - razem z książeczką zdrowia, świadectwami szczepień i tak dalej - i zapytałem, czy wygląda na ofiarę znęcania. No, nie wyglądała.

Ale przecież na dworze... W mróz... Budy nie ma? Ano, nie ma.

Już się tłumaczę. Po pierwsze - pies budy nie ma, albowiem mieszka w przedsionku naszego domu, gdzie ma swoje posłanie, michy i w ogóle (wszyscy znajomi śmieją się, że do naszego domu wchodzi się przez psią budę...).

Po drugie, pies leży sobie na śniegu w mrozie, ponieważ to lubi. Ponieważ, co widać na pierwszy rzut oka, pies jest ALASKAŃSKIM MALAMUTEM.

Dla niewtajemniczonych: alaskan malamute to pies, który w warunkach naturalnych przy temperaturze do -30 stopni śpi sobie na śniegu. A jak temperatura spada poniżej -30, to kopie sobie w tym śniegu dołek - i śpi dalej. A takie tam -10 to dla niego jak plaża na Lazurowym Wybrzeżu...

Nasza psica w zimie - kiedy włączamy ogrzewanie - nawet do domu nie wchodzi. To znaczy wchodzi, robi krótki rekonesans pt. "co nowego w kuchni", po czym drapie w drzwi że chce wyjść, bo jej za gorąco...

Strażnicy pośmiali się, poszli. Godzinę później zadzwonił sąsiad, przepraszając mnie "za tę idiotkę". Myślałem, że to koniec historii - ale nie...

Pół roku później. Lato w pełni, upał, gorąco. Dzwonek do furtki. Strażnicy miejscy. CI SAMI. Widać, że im głupio - ale mają zgłoszenie. Pies. Znęcam się podobno.

Co, znowu? Co tym razem?

Pani tym razem zgłosiła, że... głodzimy psa. Że jak była zimą to był taki a taki, a tera przyjechała, patrzy, a pies chudy, zagłodzony...

Taaak...

Już się tłumaczę: jak już wspomniałem, to jest malamut. A malamuty (podobnie jak husky czy samojedy...) mają to do siebie, że na wiosnę LINIEJĄ. Ale nie tak, jak większość psów, że trochę kłaków z nich leci. Nie - malamut po zimie się kompletnie "przebiera w letnie ciuchy". Wygląda to tak, że przez jakies dwa tygodnie z psa wyłazi cały podszerstek - taka zbita, biała wata, rodzaj puchu który (jak sama nazwa wskazuje) jest pod sierścią właściwą. Lata toto po całym ogródku i czepia się wszystkiego... A jak skończy wyłazić - to pies rzeczywiście wygląda tak, jakby na szerokość została go połowa.

No cóż, następny raz pani teściowa będzie chyba tej zimy. Ciekawe, co wymyśli tym razem, jak znowu zobaczy psicę w pełnym futrze - może że ją spasłem?...

Skomentuj (36) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 897 (929)
zarchiwizowany

#19834

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Jak już o psach...

Dawno, dawno temu (choć wcale nie "za górami za lasami"), kiedy byłem jeszcze płochym nastolatkiem i mieszkałem z mamą, mieliśmy dwa psy - a konkretnie dwie suki - dalmatyńczyki. Matkę i córkę zresztą.

Matka była "nietypowa" (jak na dalmatyńczyka) - spokojna, przyjacielska, po prostu duży biały pluszak czarne łaty. Za to jej córeczka... Nadrabiało cholerstwo charakterem za matkę i jeszcze kilkanaście sztuk.

Tu wyjaśnienie: ludzie mają obraz dalmatyńczyków wyrobiony na podstawie znanego filmu Disneya. Prawda jest niestety nieco inna: dalmatyny są charakterne jak mało jaka rasa, czasami kompletnie "walnięte", mają humory, tresura niespecjalnie na nie działa (jak mają ochotę - wykonają każde, nawet najbardziej skomplikowane polecenie, ale jak akurat nie maja ochoty... Zapomnij. Możesz gardło zedrzeć i nic). A w dodatku bywają ostre...

No i nasza młodsza suka taka właśnie była. Złe toto było jak jasna, nagła, niespodziewana cholera. Każdy pies to wróg, każdy obcy człowiek takoż, zęby ostre, siły dużo... Oczywiście domowników kochała pełną psią miłością, ale nikt inny się do niej nie zbliżał. Miało to swoje zalety, rzecz prosta: kiedyś jakiś podpity osiłek z mojego osiedla - dziś nazwalibyśmy go "dresiarzem" - chciał mi udowodnić, że jego pies jest silniejszy. Więc... mnie tym psem poszczuł. Pies był suką doga niemieckiego. DUŻĄ suką. I ta DUŻA suka się na mnie, niedużego czternastolatka, rzuciła na komendę "bierz go!". Nawet ją odratowali, ale ucha nie udało się uratować i pies był potem lekko niesymetryczny, a jak widział z daleka COKOLWIEK co było biało-czarne, to brał ogon pod siebie i czmychał... Ale nie o tym miało być.

Z uwagi na "charakterek" biedne bydlę całe życie chodziło na smyczy (wtedy jeszcze były nieco inne przepisy, które mówiły że pies ma być na smyczy LUB w kagańcu). Czasami zdarzali się ludzie, którzy chcieli "pieska pogłaskać", ale mówiłem wtedy że lepiej nie, bo pies jest agresywny - każdemu z grubsza myślącemu człowiekowi to wystarczało. Gorzej z tą resztą...

Idę sobie z suką na spacer. Z przeciwka idzie [B]abcia, lat - na oko - koło siedemdziesięciu. Ot, taka zwykła starsza pani, z jakąś siatką. Widzę, że na widok naszej potwory oczy jej się śmieją - i nie dziwię się, bo psica była naprawdę śliczna. Podchodzi zatem (a ja, już nawet odruchowo, skracam smycz, owijając ją sobie wokół ręki i łapiąc drugą ręką bliżej obroży, bo wiem że jak psica wystartuje z długiej smyczy, to jej po prostu nie utrzymam.

[B] O, dalmatyńczyk! To są takie kochane pieski!

...i rusza w stronę psicy, najwyraźniej w celu pogłaskania. Ja skracam smycz jeszcze bardziej i mówię (grzecznie, zawsze mnie uczono szacunku do starszych ludzi...):

[J] Niech jej pani nie głaszcze, ona jest niestety dość agresywna. ("dość" agresywna, uroczy eufemizm...)

[B] Proszę się nie bać, mnie nie ugryzie, mnie wszystkie psy lubią!

...i kontynuuje nalot. Jest już o metr czy półtora ode mnie. A ja widzę, jak psicy jeży się sierść na karku, wszystkie mięśnie się napinają, uszy unoszą a pysk wyraża nadzieję: "Tak, tak, zrób jeszcze kroczek! Zjem cię, zagryzę, zamorduję, wypatroszę! TAK TAK TAK!"

Wiecie, to jest taka psia mina i postawa, przy których każdy kto ma JAKIEKOLWIEK pojęcie o psach reflektuje się i nie podchodzi bliżej. Ale babcia widać pojęcia nie miała.

[J] (niemal błagalnie) Proszę pani, ona gryzie, naprawdę, proszę jej nie ruszać...

[B] Ależ na pewno mnie nie ugryzie, skądże, przecież to taki miły piesek...

...nie dokończyła, bo właśnie w tym momencie "miły piesek" uznał, że dystans "fight or flight" został przekroczony, a w tym konkretnym przypadku psa opcja "flight" (ucieczka) była po prostu fabrycznie dezaktywowana. Więc uruchomiona została opcja "fight" (walka).

"Miły piesek" wystartował do przodu jak lamborghini, już w locie prezentując miłej babci caaaały garnitur najwyższej jakości uzębienia. A muszę powiedzieć, że był to widok budzący respekt.

Byłem na to przygotowany, ściągnąłem smycz "do zera" i w dół, tak że Potworna Paszcza kłapnęła tylko jakieś ...naście centymetrów od nosa babci, bez kontaktu. Na szczęście. Pies ściągnięty, złapany za obrożę, unieruchomiony.

Ale babcia przestraszyła się na tyle, że... usiłując się odruchowo cofnąć klapnęła na ziemię.

Kiedy się z niej zerwała, myślałem że mnie zabije. Zaczęła się drzeć jak opętana, że wezwie milicję (tak, to były jeszcze czasy milicji), że trzeba uśpić "takiego potwora", że to pies-morderca (no patrz pan, a jeszcze przed chwilą był miły piesek...). Krzyczała chyba kwadrans, i tylko fakt że "potwór" dalej był na smyczy przy mojej nodze uchronił mnie przed śmiercią z rąk uroczej babci...

Tak, mój pies BYŁ piekielny. Ale babcia też...

Skomentuj (19) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 229 (257)

#19504

(PW) ·
| Do ulubionych
Nasi znajomi mają piątkę dzieci. Sporo, zwłaszcza w dzisiejszych czasach, prawda?

Zawsze chcieli mieć trójkę - ale za trzecim razem urodziły się im bliźniaki (więc już było czworo), a potem wzięli jeszcze taką małą bidę z domu dziecka, opiekują się nią jako rodzina zastępcza.

On prowadzi własną sporą firmę, zatrudnia kilkanaście osób, zarabia naprawdę dużo - maja ładny, spory dom (bez szaleństw, ale wygodny), dwa auta (bo jak on jest w pracy, to ona musi jakoś z dziećmi się poruszać). Ona "siedzi w domu" (piszę to w cudzysłowie, bo jak się ma pod opieką piątkę dzieci w wieku od 3 do 8 lat to akurat "siedzieć" w ciągu dnia udaje się rzadko) - z wyboru i z własnej woli. Dodam jeszcze, że ona jest już po trzydziestce, ale wygląda bardzo młodo (taki typ urody, takie geny): jak idzie sama bez dzieci, to można pomyśleć że dziewczyna koło dwudziestki - zupełnie nie wygląda na kobietę która urodziła czwórkę dzieci :-)

Zaskakująco często zdarza się, że zupełnie obcy ludzie - gdzieś na ulicy, w sklepie, w centrum handlowym - pozwalają sobie na niegrzeczne, a czasami wręcz chamskie uwagi dotyczące... Tak, zgadliście, ilości dzieci.

Bo bo przecież "wiadomo", że jak ktoś ma piątkę dzieci, to na pewno "z przypadku", pewnie patologia, alkohol, menelstwo i w ogóle dlaczego się gówniarzeria nie zabezpiecza, prawda? Nasza znajoma nauczyła się już na takie teksty nie reagować - bo w końcu po co sobie nerwy strzępić. Ale że jest osobą dość wrażliwą, to potem - żeby odreagować - opowiada nam takie co lepsze scenki...

No i kilka dni temu, scenka w dużym centrum handlowym w Warszawie. Wielki supermarket na A, ludzi sporo, sobotnie przedpołudnie. Nasza znajoma z dzieciakami na zakupach: wózek już dość pełny, starsze dzieci (8 i 6 lat) coś tam pomagają, ale młodsze bliźniaki (3,5 roku) trudno oczywiście opanować, a najmłodsza dziewczynka (ta z domu dziecka,3 lata) też dość żywa.

Cała gromadka ustawia się 2 kolejce do kasy - kolejka średniej długości, na dziesięć minut stania. Starszaki o czymś gadają, znajoma stara się zająć młodszą trójkę tłumacząc im, że po wyjściu ze sklepu spotkają się z tatusiem i pojadą razem bodaj do babci...

A za nimi stoi pan - na oko "byznesmen": elegancki garnitur, na ręku drogi (...) zegarek. Trzydzieści kilka lat, w ręku koszyk z kilkoma butelkami wina i jakimiś drobiazgami. Ponieważ kolejka do kasy nie idzie tak szybko, jakby się chciało, w pewnym momencie "byznesmen" [B] rzuca władczym tonem do naszej znajomej [Z]:

[B] Pani mnie przepuści, ja mam tylko kilka rzeczy, a pani cały wózek.

Znajoma opowiadała potem, że może by go nawet przepuściła, gdyby usłyszała PYTANIE, albo chociaż magiczne słowo "proszę". Ale nie, to najwyraźniej było POLECENIE.

[Z] Przykro mi, ale trochę mi się spieszy.

[B] KOBITO (pisownia dosłowna, ton pogardliwy), ale gdzie ci się niby może spieszyć, widać że jesteś kura domowa, a ja mam PRACĘ! Jak nie pracuję, to tracę! Wejdę przed tobą.

[Z] (Jeszcze dość spokojnie) Proszę pana, stoję w kolejce tak samo jak pan, a w dodatku z małymi dziećmi, przykro mi, ale pana nie przepuszczę. Poza tym z taką ilością rzeczy w koszyku może pan podejść do "szybkiej kasy" (kasy do 10 artykułów), tam będzie znacznie szybciej.

[B] CO?! Ja mam gdzieś chodzić bo ty tak każesz?! Co ty sobie wyobrażasz? Bachorów sobie gówniara narobiła i myśli że ważna! Menelstwo sobie dzieci robi, a potem tacy jak ja muszą to utrzymywać! Pewnie żyjesz z opieki społecznej! (...i jeszcze kilkanaście zdań w tym stylu).

[Z] (zimnym głosem, z trudem panując nad wściekłością) Po pierwsze, nie jesteśmy na "ty". Po drugie, jeśli jeszcze jednym słowem obrazi pan mnie albo moje dzieci, wezwę policję. Po trzecie, BURAKU, nie wyjeżdżaj mi tu z opieką społeczną, bo moja rodzina płaci miesięcznie samych podatków więcej, niż ty zarabiasz przez pół roku. A po czwarte, jak chcesz grać wielkiego biznesmena, to kup sobie PRAWDZIWEGO roleksa, a nie tę nędzną podróbę.

...Cisza...

Twarz pana "byznesmena" nabrała koloru dojrzałych wiśni i już nabierał powietrza żeby powiedzieć coś, co pewnie nie nadawałoby się do druku, ale w tym momencie - co za pech... - do naszej znajomej dołączył jej mąż [M], który przyjechał nieco wcześniej i szukał jej w sklepie.

[M] O, jesteś kochanie... Czyżby ten miły pan miał do ciebie jakąś sprawę?

"Miły pan" momentalnie spokorniał i wyniósł się razem ze swoim garniturkiem i podróbką roleksa na drugi koniec supermarketu.

Być może jego błyskawiczna reakcja była związana z faktem, że mąż naszej znajomej - skądinąd człowiek spokojny, grzeczny, uprzejmy i absolutnie nieagresywny - ma nieco ponad dwa metry wzrostu, na oko drugie tyle na szerokość i waży 140 kilo...

Supermarket na A Warszawa

Skomentuj (33) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 813 (867)

#11357

(PW) ·
| Do ulubionych
Historia z wczoraj, z dużego centrum handlowego w Warszawie.

Zbliża się nasza rocznica ślubu - wybrałem się więc "po cichu" do Warszawy, żeby kupić jakiś miły prezent dla żony. Jakiś czas temu upatrzyłem sobie taką bransoletkę, która na pewno by się mojej pani spodobała.

Idę więc do sklepu jubilerskiego, oglądam bransoletki, poza tą upatrzoną widzę jeszcze dwie, które by się "nadawały", więc proszę panią z obsługi, żeby mi je pokazała. Pani wyciąga trzy bransoletki, kładzie na takiej specjalnej, miękkiej "tacce" (nie wiem, jak to się fachowo nazywa) i podaje mi do obejrzenia. Przyglądam się, przyglądam... I trochę jestem w kropce, bo wszystkie trzy podobają mi się tak samo. Pani [P] - najwyraźniej chcąc mi pomóc w decyzji - dopytuje o szczegóły, pytając między innymi, o jaką okazję chodzi. Odpowiadam, zgodnie z prawdą, że o rocznicę ślubu - i wtedy się zaczyna...

[P] (z oburzeniem): Ależ proszę pana, no co pan, na rocznicę ślubu to SIĘ NIE KUPUJE SREBRNEJ BIŻUTERII, tylko złotą!

...i (nadal z oburzeniem) chowa te trzy bransoletki z powrotem do gabloty.

[P]: Ja panu zaraz pokażę złote bransoletki, mamy ogromny wybór!

[J] (nieco zdziwiony): Pani wybaczy, ale ja WIEM, co chcę kupić i nie chcę złotej bransoletki, tylko właśnie srebrną.

[P]: Ależ pan nie wie co pan mówi, na rocznicę ślubu to TYLKO złoto, żadna kobieta NIE CHCIAŁABY srebra na rocznicę ślubu! Ja panu zaraz pokażę...

[J] (przerywam): Proszę pani, ja NIE CHCĘ złotych bransoletek, chcę wybrać jedną z tych trzech, które oglądałem.

[P]: Ależ mówię panu, że tak nie można (???). Każda kobieta...

[J] (wkurzony): Ale ja nie kupuję bransoletki dla każdej kobiety, tylko dla KONKRETNEJ kobiety i wiem, o co mi chodzi.


[P]: No właśnie, ale to PANU o to chodzi, ale pana żonie NA PEWNO by się to nie spodobało, więc ja panu pokażę te złote... A jeśli pana NIE STAĆ, to zapewniam, że wśród tych złotych także są dosyć tanie... A pańska żona...

[J] (powoli zaczyna mnie szlag trafiać): Proszę pani, znam moją żonę od 17 lat, od 12 lat jesteśmy małżeństwem. Czy pani chce mi zasugerować że wie pani LEPIEJ, co mojej żonie się spodoba? Proszę mi NATYCHMIAST pokazać z powrotem tamte trzy bransoletki i proszę poprosić kogoś innego, żeby mnie obsłużył, bo jeszcze minuta takiej dyskusji i straci pani klienta.

To ostatnie powiedziałem już tak lodowatym głosem, że pani się zmyła. Po chwili przyszła inna, która obsłużyła mnie grzecznie, z uśmiechem, coś tam doradziła i nie mądrzyła się na temat tego "co się kupuje".

Tak się składa, że moja żona w ogóle nosi niewiele biżuterii, a złota po prosu nie lubi - zdecydowanie woli srebro (dlatego nawet nasz pierścionek zaręczynowy był srebrny, choć "tak się nie robi"). Złote mamy tylko obrączki...

Skomentuj (30) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 698 (738)