Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation
Profil użytkownika

kajka666

Zamieszcza historie od: 12 czerwca 2011 - 19:15
Ostatnio: 11 października 2021 - 18:54
  • Historii na głównej: 16 z 20
  • Punktów za historie: 12810
  • Komentarzy: 384
  • Punktów za komentarze: 3315
 

#88619

(PW) ·
| Do ulubionych
Internetowi napinacze wiedzą najlepiej.

Znalazłam męską saszetkę w rządku wózków zakupowych pewnej hurtowni. W pobliżu nikogo, kogo można zapytać, nie ma żadnego świadka tej sceny. Z całym wózkiem udałam się zatem do informacji, wytłumaczyłam co i jak, przywołano ochronę, żeby komisyjnie w oku kamer ustalili jej zawartość.

Natychmiast na lokalnych forach wrzuciłam informację o tym, że saszetka koloru czarnego jest do odebrania w punkcie ochrony w tej konkretnej hurtowni.

Posypały się na mnie gromy, że w środku były na pewno dokumenty, mogłam znaleźć adres i odwieźć wszystko właścicielowi. Moje tłumaczenie, że nie czułam się uprawniona  grzebać sama w cudzej saszetce, że poza tym nie miałam pewności czy nie porzucił jej złodziej po uprzednim wyczyszczeniu z gotówki, było wyśmiewane. Ileś osób mnie wręcz obrażało, bo nie mam empatii, że człowiek przeze mnie pewnie w stresie, jestem idiotką i kropka.

No pewnie, gdybym mu przekopała saszetkę i pojechała pod adres zameldowania, a on akurat zawróciłby z drogi i w hurtowni dowiedział się, że nikt saszetki nie oddał, to byłby super uspokojony, na luzie wróciłby do domu sprawdzić czy uczciwy znalazca nie czeka pod jego drzwiami. Ale internetowych napinaczy nie przekonasz.

sklepy

Skomentuj (4) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 211 (217)

#58154

(PW) ·
| Do ulubionych
Klienci rzadko osobiście odwiedzają naszą firmę - większość usług świadczymy w siedzibie klienta, lub zdalnie przez internet.
Wczoraj odwiedził nas jeden: pan elegancko ubrany (dobrze skrojony garnitur, eleganckie buty, elegancki wełniany płaszcz, kaszmirowy szalik).

Zajechał pod firmę "wypasionym" samochodem. Zamówił wykonanie usługi (nie będę się zbytnio wgłębiać w szczegóły - ważne, że robota nudna, pracochłonna, którą mógłby wykonać sam, ale mu się nie chce, bo "ma ważniejsze rzeczy na głowie"). Usłyszał cenę 150 zł i się zapowietrzył. Cóż, przywykliśmy już, że najczęściej ci niebiedni najbardziej grymaszą przy płaceniu. W końcu po chwilowym sapaniu i wywracaniu oczami zaakceptował warunki. Już się miał pożegnać, gdy przypomniało mu się, że czeka go dłuższa jazda samochodem, więc zapytał czy mógłby skorzystać z toalety. Ależ proszę - i wskazałam drzwi.
Odgłos spuszczanej wody słychać dobrze. Troszkę mnie zdziwiło, że po tym odgłosie pan dość długo jeszcze przebywał w toalecie. Może chciał postać przed lustrem by kilka minut napawać się swoim nienagannym wyglądem?

Pan jednak wykonał manewr, który zdruzgotał moją wybujałą wyobraźnię. On nam ukradł rolkę papieru toaletowego, a czas był mu potrzebny by odwinąć z niej papier i pozostawić na miejscu pusty tekturowy walec!
Mam pewność, że to on. Tuż przed jego przyjściem zauważyłam, że w toalecie jest kończąca się rolka papieru. Zatem, by któraś z kolejnych osób nie miała niemiłej niespodzianki, udałam się do magazynku i przyniosłam dwie zapasowe rolki. Po wyjściu pana w toalecie po jednej z tych rolek został tylko goły walcowaty kartonik...

Ciekawa jestem, czy ten odwinięty papier wyniósł w kieszeni swojego eleganckiego garnituru, czy też w kieszeni eleganckiego wełnianego płaszcza. A może moja wyobraźnia jest zbyt mizerna i pan zastosował jakąś ciekawszą metodę- np. papier nawinął sobie na szyję, co maskował kaszmirowy szalik?

toaleta

Skomentuj (27) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 523 (695)

#50851

(PW) ·
| Do ulubionych
Monitor komputerowy to dla niektórych urządzenie magiczne.

A już z 8 lat przeleciało od czasu tej historyjki... Rzecz się działa w dużym biurowcu.
Stoimy sobie w palarni. Przy sąsiedniej popielniczce stoją panie z urzędu celnego. Korytarzem idzie administrator sieci urzędu celnego. Pcha przed sobą wózek załadowany „LCD'ekami”. A wózek wydaje z siebie głośne: kiwiiit, kiwiiit, kiwiiit.

Pan administrator zatrzymuje się przy palarni i prosi panie celniczki o klucz od pokoju, bo właśnie będzie im monitory wymieniał na nowe. Panie klucz dały i wróciły do rozmowy. Po chwili jedna z nich gasi nerwowo papierosa i puszcza się cwałem za administratorem, wrzeszcząc (żeby to kiwiiit przebić):
- Panie Mieeeeciu! Panie Mieeeciu! Ale ja tam mam ważne ikony na monitorze!
Ostatnio usłyszałam tą historyjkę w formie kawału o blondynkach - znaczy, że puszczona w świat zaczęła żyć własnym życiem.

Trzy lata później zmieniłam pracę, jednak z branżą się nie rozstałam.
W pierwszym dniu pracy szef mnie oddelegował z bardzo poważną misją. W sklepie z zaopatrzeniem medycznym zepsuł się monitor, monitor był u nas w naprawie (a na czas naprawy panie dostały od naszej firmy monitor zastępczy). Moim zadaniem było zawieźć naprawiony monitor i odebrać ten nasz.

Wchodzę do sklepu i tłumaczę z jakąż to „poważną” misją przybyłam. Oczywiście co słyszę? Że one tam mają na tym monitorze ważne ikony! W porządku - to ja im ten monitor podłączę tak, żeby te ikony nie zginęły. Ściągam płaszczyk, zadzieram kiecę i wpełzam pod biurko podpiąć kabelki. Tadaaaam! - ikony nie zginęły! Czuję się jak prestidigitator, który właśnie włożył sobie chusteczkę do lewego ucha, by po chwili wyjąć ją z ucha prawego.

Ale to nie koniec mojej bardzo ważnej misji - mam paniom sprawdzić czy im wszystkie programy działają. Tłumaczę zatem, że programy to sobie mieszkają w tej dużej buczącej szarej skrzyneczce, która stoi pod biurkiem i to czy działają czy nie, to nie kwestia monitora. Taaa, jasne - one się nie dadzą nabrać! No dobrze - ja mogę sprawdzać, tyle że mój czas kosztuje. Panie zapłaciły stówkę za to, że im pokazałam że wszelkie programy działają: od programów księgowych, przez edytory tekstu, gadu-gadu, aż po pasjansa...

Trzecia historyjka w komentarzach, żeby tutaj nie przedłużać.

Skomentuj (35) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 534 (668)

#36722

(PW) ·
| Do ulubionych
Dużo się trąbi o bezpieczeństwie dzieci w przestrzeni internetowej. A o telefonach komórkowych prawie wcale...

Popijam poranną kawę przeglądając służbową korespondencję. Na moją prywatną komórkę przychodzi SMS. Nie odrywam się od roboty i kawusi. Po chwili przychodzi kolejny, po nim następny. Sięgam po telefon, bo może jednak coś ważnego.

Wszystkie trzy wiadomości są z nieznanego mi numeru. Normalny 9-ciocyfrowy numer – czyli raczej nie spam. Czytam. "Cześć co u ciebie słychać". Na anonimy nie odpisuję z zasady... "Wstałaś już odp". Na tego też nie odpiszę. Trzeci to MMS. Otwieram. Dobrze, że kawę odstawiłam, bo bym się zakrztusiła na bank. Parsknęłam śmiechem. Komórka znowu piszczy - kolejny SMS: "Fajnego mam?" (zapewne domyślacie się co było w MMS-ie). Ponieważ moja komórka nie przestawała piszczeć i przychodziły kolejne SMS-y, wzbudziło to zainteresowanie koleżeństwa, więc się podzieliłam swoim nieszczęściem, że się do mojego telefonu przyczepił GSM-owy zbok. Treści kolejnych SMS-ów już nie przytoczę, bo piekielnych czytają też dzieci i młodzież.

No i właśnie. Początkowo ryczeliśmy ze śmiechu. "Słuchajcie, ale ten gość mnie nie zna - on to wysyła w ciemno (przecież w jednym z kolejnych esów sam zapytał jak mam na imię) - równie dobrze mógł to wysłać do jakiegoś dziecka!" No i tu na chwilę zapadła cisza, po której rozpętała się istna burza i nagonka na mnie: że nikt z moich współpracowników sobie nie życzy, żeby taki zbok rozsyłał swoje zdjęcia i literaturę pornograficzną na chybił-trafił, bo jakby to trafiło na ich dzieci?! "Kajka musisz coś z tym zrobić!"

Pomalowałam zmarszczki na twarzy w barwy wojenne i wkroczyłam na odpowiednią ścieżkę. Howgh!

telefonia

Skomentuj (15) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 492 (568)

#35387

(PW) ·
| Do ulubionych
Myślałam, że im jestem starsza, tym mniej rzeczy będzie mnie zaskakiwać...

Stoję w małej kolejeczce w Żabce. Jakaś kobitka jest kasowana, za nią przed chwilą ustawił się normalnie wyglądający facet, a za facetem ja. Nienawidzę jak ktoś mi staje „na plecach”, dyszy mi w kark, itp., zatem zgodnie z zasadą „nie czyń drugiemu co tobie niemiłe” staję za panem na odległość wyciągniętej ręki.

Kątem oka dostrzegam, że pan zaczyna poprzez kieszeń spodni gmerać sobie w okolicy genitaliów. Odwracam się tak, by tej czynności nie mieć w polu widzenia. Klientka płaci i wychodzi, pan nie przesuwa się do przodu, tylko z dość sporej odległości podaje kasjerce kolejne produkty oraz pieniądze. Klient obsłużony - wychodzi. Chcę podejść do kasy, jednak zerkając na podłogę zastygam. Mowę też mi odebrało.

Po panu została spora kałuża moczu.

sklepy

Skomentuj (23) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 597 (649)

#32945

(PW) ·
| Do ulubionych
Dawno temu pracowałam w Domu Dziecka jako wychowawca. W zasadzie ciężko to nazwać domem, bo był to istny moloch z setką wychowanków na pokładzie.

W tak licznej grupie dzieci wiecznie ktoś chorował, bardzo zatem zabiegaliśmy, żeby choć na kilka godzin w tygodniu wpadał do nas lekarz. W końcu odpowiednie władze się zgodziły i pozostało nam tylko z utęsknieniem czekać na pierwszą wizytę.

Kiedy pani doktor po raz pierwszy wkroczyła do placówki odebrało nam mowę: upalna końcówka sierpnia, a kobita odziana w wysokie kozaki, wełniane rajstopy, wełnianą garsonkę i dwa (!) płaszcze. Wymalowana na wzór gejszy, włosy wytapirowane i upięte w kok na tą samą modłę. Ale nie oceniajmy książki po okładce.

Niebawem jedno moje pisklę się rozchorowało - obudziło się rano z gorączką, wymiotami, a z dzióbka zalatywało mu acetonem. No to słaniającego się pisklaczka cap pod pachę i dyrdam po schodach do pani doktor.
Puk-puk!

- Proszszsz...
Wchodzę do gabinetu i proszę o zbadanie dziecka, bo chyba je angina dopadła.

- Zostawi dziecko na korytarzu!
(OK - pewnie chce wywiad zebrać, to nawet miło, że nie chce żeby mu przypominać drastyczne sceny z jego dzieciństwa.)

- Poda kartotekę dziecka!
(Podaję - przecież dłużej tu pracuję i z zamkniętymi oczami potrafię po nią sięgnąć.)

- Tu trzeba antybiotyk, coś osłonowego i witaminy. Za tydzień do kontroli.
- Pani doktor, proszę jednak zerknąć najpierw na dziecko. Chodź Kasieńko, pokaż pani doktor gardełko.

W tym momencie pani doktor jednym susem dopada najodleglejszy kąt gabinetu i histerycznie zaczyna krzyczeć:
- Proszę wyjść! Wyjść natychmiast! Ja sobie nie życzę w gabinecie żadnych bakterii! Chcecie mnie zabić!

Jak się później okazało, pani doktor nie była piekielna - kobiecina była chora psychicznie.
Piekielnym był jej zwierzchnik, który przyznawał jej „godziny”, żeby sobie dorobiła do renty. Wcale jej tym przysługi nie zrobił, bo osaczona przez rozliczne bakterie i wirusy popadła w skrajną paranoję i wylądowała na długo w zakładzie zamkniętym. Szczęście w nieszczęściu, że nie zdążyła nam żadnego dziecka uszkodzić.

już nie istnieje

Skomentuj (12) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 883 (927)
zarchiwizowany

#32891

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Wśród emerytów, jak w każdej populacji bywają zarówno piekielni jak i wspaniali. Ja tego dnia trafiłam na wspaniałych, a kumpel wręcz odwrotnie.

Nagły kataklizm mnie dopadł a objawił się on bezgłosem i koszmarnymi atakami kaszlu. Podreptałam do mojej ulubionej przychodni i jako „nagły przypadek” miałam czekać aż pani doktor mnie zawoła na specjalną niezaplanowaną audiencję. W poczekalni grupa emerytów. Gawędzą sobie o tym kto na co choruje, jakie leki przyjmują itp. Grzecznie się przywitałam wskutek czego się mało sympatycznie rozkaszlałam. Tak sobie siedzę i cherlam, państwo rozmawiają o tym, że ta pani co weszła to chyba coś poważnego ma, bo wizyta się przeciąga. Ja sobie cherlam. Pani doktor odprowadza pacjentkę do rejestracji a wracając zaprasza do gabinetu panią Iksińską. Pani Iksińska wstaje i prosi panią doktor, żeby najpierw przyjęła mnie, bo oni wszyscy na standardowe „przeglądy techniczne” a ja siedzę i się męczę. Mojej wdzięczności dla tych przemiłych ludzi nie potrafię opisać.

Zaopatrzona w leki wracam do domu gdzie zastaje mnie wiadomość, że kumpel nie mógł dokończyć mojego zlecenia, bo się rozchorował. No ja też się zepsułam, więc jestem pełna zrozumienia. A on w ramach usprawiedliwienia wali swoją historią...

Angina go dopadła: ropy w gardle tyle, że Kuwejt się ze swoimi złożami może schować. Na czole można mu jajecznicę smażyć. Co było robić- zebrał się jakoś do kupy i powlókł do przychodni. Resztką sił stoczył walkę zgodną z zasadami MMA o miejsce w kolejce, oklapł na ostatnie wolne krzesełko i czeka na swoją kolej. Dochodzą kolejni pacjenci- między nimi facet kaszlący tak, że wszyscy tylko czekają kiedy gość wykaszle własne płuca.

Generalnie widać, że chłopina ciągnie ostatkiem sił, tak jest wymęczony kaszlem. Ludzie oczywiście komentują, że taki chory do lekarza przyszedł i pewnie ich pozaraża, ale nikt nie chce nawet słyszeć, żeby chłopinę wpuścić poza kolejką. W pewnym momencie lekarka wychodzi na chwilę ze swojego gabinetu i mojemu kumplowi udaje się ją zagadać i ubłagać, żeby cherlaka przyjęła poza kolejką pomimo protestów ludzi, bo chłopina się za chwilę udusi w poczekalni. Ludzie wrzask, chłopina cherla a lekarka została w oku cyklonu. Chyba kobita growlowała za młodu w jakiejś kapeli death metalowej, bo jak ryknęła: „CIIII-SZAAA!!!” to cała banda aż przykucnęła z wrażenia.

Lekarka złapała cherlaka pod ramię i zaprowadziła do swojego gabinetu. Oczywiście cały tłum rzucił się na kumpla z pretensjami, ale on zwyczajnie zlewał wyzwiska i obelgi rzucane pod jego adresem.

Nagle do/z gabinetu zaczęły wbiegać/wybiegać pielęgniarki, ruch się zrobił jakiś nerwowy. W pewnym momencie przez poczekalnię przeszło dwóch ratowników z noszami i w pospiechu wynieśli cherlaka do karetki i odjechali na sygnale.

W poczekalni zapadła cisza, która aż dzwoniła w uszach. Pani doktor wyszła do pacjentów i mściwym głosem oznajmiła: „Państwo macie 4 godziny czasu na modlitwy o własne zdrowie- idźcie pod cudowny obraz i żarliwie się módlcie, żebyście się nie zarazili od tego biednego człowieka. A w tym czasie my zdezynfekujemy przychodnię i od piętnastej zaczniemy znowu przyjmować.” Nikt nawet nie pisnął, na bezdechu wszyscy ewakuowali się z przychodni.
Kiedy kumpel wrócił do przychodni po tych czterech godzinach w środku wiatr hulał – tylko on jeden odważył się wrócić.
Najwyraźniej cała reszta nie była aż tak potrzebująca konsultacji lekarskiej.

przychodnia w Piekarach Śl

Skomentuj (22) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 278 (304)

#31754

(PW) ·
| Do ulubionych
Historia http://piekielni.pl/31746 przypomniała mi sytuację z czasów gdy pracowałam w domu dziecka. Mieliśmy bardzo otyłą wychowankę, a ponieważ trudno ją było w placówce zmotywować do diety, to miała przejść odchudzanie na oddziale diabetologii i dietetyki. Termin przyjęcia do szpitala wyznaczony na 8.XII.

Zajeżdżam z Iwonką na oddział. A pani ordynator rozkłada ręce i mówi, że mamy się stawić po nowym roku, ponieważ mają tyle przyjęć dzieci ze śpiączką cukrzycową, że mali pacjenci leżą już nawet na korytarzach. Ręce i piersi mi opadły jak usłyszałam wyjaśnienie tej plagi: durnota rodziców, którzy wiedząc, że dziecko ma cukrzycę w Mikołajki robią jednodniową amnestię, "No bo cóż, że cukrzyca... Niech się choć w Mikołajki dzieciak naje słodyczy za cały rok".

Po nowym roku Iwonka została znacznie odchudzona. Przy wypisie lekarz prowadzący pyta mnie na ile zalecona dieta ma szansę być utrzymywana. Więc zgodnie z prawdą odpowiadam, że dołożymy wszelkich starań, jednak np. na podjadanie w szkole nie mamy wpływu. Na co pani dr macha ręką i mówi, że to i tak nieźle, bo dla niej już nie dziwota, że rodzice przy wypisie do dziecka puszczają przy niej tekst, że "tak cię tu biedaku głodzili, to teraz cię mamusia/tatuś weźmie do McDonalda to się najesz".

Nic tylko zacytować kultowy tekst: "I cały misterny plan też w p*zdu.". A to wszystko za naszą kasę, a przede wszystkim kosztem zdrowia dzieci.

próżnia pomiędzy uszami niektórych rodziców

Skomentuj (9) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 637 (679)
zarchiwizowany
O bezsensownej walce ze stereotypami...

Do miasta przyjechała szkoła tańca współczesnego z NY. Właścicielka szkoły: kobieta doświadczona przez życie, która ciężką pracą doszła ze slumsów na Broadway. Postanowiła w czasie pobytu, pomiędzy czysto komercyjnymi zajęciami poprowadzić charytatywnie cykl zajęć w domu dziecka.

Po ostatnich zajęciach pożegnaniom nie było końca. A Rita za „chwilę” miała mieć spektakl. Jak na złość rozszalała się burza- z nieba wali się „Niagara”, prądu brak, telefony głuche. Tłumaczę jej, że pobiegnę na postój taksówek i załatwię jej podwózkę, żeby nie zmokła jak ta kura. A ta się broni: bo już ileś razy próbowała taksówkami i pal sześć, że ją kroili za kurs jak za lot w kosmos, ale obwozili ją po niemal całym Śląsku, byle nabić na taksometrze odpowiednią sumkę, i już raz się przez to na spektakl spóźniła.

Krew mi zabulgotała, że przez kilku idiotów teraz cały Nowy Jorek będzie mówił, że u nas to same chciwe hieny i oszuści. Patriotyzm mi się uruchomił do walki ze stereotypami więc obiecując, że wszystko załatwię na światowym poziomie, udałam się na postój taksówek szukać uczciwego taksówkarza. Jeszcze za bramę nie wyszłam a już wiatr rozłożył mój parasol na części pierwsze, zatem to co zostało mi w ręce zamaszystym ruchem umieściłam w koszu.
Do postoju taksówek dobiegłam świńskim truchtem, przemoczona do samych majtek, wściekła i bojowo nastawiona na ewentualność jakiegokolwiek sprzeciwu .

Na postoju cztery bryki. Wszyscy czterej kierowcy siedzą w pierwszej bryce i umilają sobie niepogodę pogawędkami. Pukam w szybkę, szybka się uchyla a ja wyrzucam z siebie informacje z prędkością karabinu maszynowego: „Tu niedaleko z domu dziecka trzeba bardzo szybko przewieźć Amerykankę do teatru „takiego-i-takiego”, sprawa ważna i pilna, ja płacę z góry.”

A panowie słuchając i patrząc jak mi deszcz spływa strugami po facjacie wybuchają śmiechem, że z takim problemem to na postój bagażówek.
Wykład im rozwścieczona walnęłam, że stereotypy to głupota, że nie każda Amerykanka ma gabaryty hipopotama albo wieloryba, bo ta akurat jest tancerką i chudsza jest od szprychy rowerowej i teksty tego typu to chamstwo i drobnomieszczaństwo. Panowie spojrzeli po sobie, znów gruchnęli śmiechem. Głównodowodzący oznajmił, że jak mi pasuje to za dychę „się obskoczy”. Pasowało.


Po drodze mnie oświecił, jaką to swoim wykładem zrobiłam z siebie piekielną idiotkę- bo oni nie ulegli żadnym stereotypom, że Amerykanki to wieloryby, tylko cały czas myśleli, że ja o takim meblu - „amerykance” mówię.

Śląsk

Skomentuj (6) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 231 (305)

#30666

(PW) ·
| Do ulubionych
O imprezie „na cześć sąsiadów”...

Kumpela (dziewczę spokojne, nieimprezowe, zapracowane) kupiła mieszkanko w czteropiętrowym bloku w dość spokojnej dzielnicy. Sąsiedzi milusi i sympatyczni - niestety poza małżeństwem mieszkającym bezpośrednio pod jej lokum. Pierwsza interwencja policji była już drugiego wieczora bo: już po 22:00 a u niej chyba pijane chordy tureckie uczą się stepować...

Policjanci troszkę zdziwieni, kiedy otworzyła im drzwi kobitka odziana w szlafrok i zwyczajne domowe kapciuszki. Kumpela wyrozumiała - skoro sąsiadom przeszkadza kłapanie kapciuszkami, to na wieczory zaopatrzyła się w kapciuchy typu "pluszowe króliczki".

Później interwencje policji były bo: ogląda telewizję, słucha radia, rozmawia przez telefon, itp. Oczywiście stróżom prawa rzecz była zawsze przedstawiana baaardzo dramatycznie. Kumpela zakupiła zatem słuchawki bezprzewodowe, a telefonu nie używała w godzinach ciszy nocnej. Przez jakiś czas tkwiła w areszcie ciszy absolutnej, jednak jako rasowy seryjny zbrodniarz pewnego wieczora zaatakowała znowu.

Otóż wróciła z delegacji tuż przed ciszą nocną. Zdążyła założyć szlafrok, włosy owinąć ręcznikiem, stópki odziać w seksowne króliczki zanim do drzwi załomotał patrol policji. Bo oni mieli zgłoszenie, że przed 22:00 to jakieś orgie w łazience odchodziły w strumieniach lejącej się wody i o mały włos sąsiedzi nie zostali zatopieni (tłumacząc na „nasze”: prysznic brała), a później to już takie hałasy, że aż bali się, że im sufit na głowy spadnie (czytaj: ”przepranie pończoch i mycie zębów”).

Tu w anielskiej kumpeli coś pękło, zaprosiła panów na oględziny miejsca zbrodni i podjęła rozmowę co może z tym fantem zrobić. Starszy stopniem dzierżył w dłoni dowód osobisty kumpeli, celem spisania notatki służbowej, gdy nagle jego oblicze rozpromieniło się blaskiem jakimś nieziemskim:

- Pani ma za tydzień w sobotę urodziny... Pewnie dużo gości będzie, tańce jakieś, dziewczyny w butach na obcasach, głośna muzyka, śpiewy... My mamy służbę w tym dniu, więc prośba - proszę powiadomić sąsiadów, że cały dzień będzie głośno. Ale ciszy nocnej proszę nie „gwałcić”!

I ja tam byłam, od 13:00 do 21:55 głośno się bawiłam, miód i wino piłam.

p.s.: Sympatyczni sąsiedzi ucieszyli się, że ktoś upierdliwcom wreszcie utrze nosa - zapakowali dzieciaki w wózki i udali się na łono natury na majówkę. W efekcie od kilku lat w tym bloku można wziąć prysznic czy umyć zęby w godzinach ciszy nocnej.

spokojne osiedle

Skomentuj (24) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 671 (735)