Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation
Profil użytkownika

kartezjusz2009

Zamieszcza historie od: 13 lutego 2018 - 13:11
Ostatnio: 17 października 2019 - 18:40
  • Historii na głównej: 8 z 15
  • Punktów za historie: 752
  • Komentarzy: 227
  • Punktów za komentarze: 641
 

#85176

(PW) ·
| Do ulubionych
Historia https://piekielni.pl/85164 przypomniała mi moje perypetie na drodze.

Jechałem kiedyś z całą rodziną (2+3) do dziadków. Większość drogi autostradą. Dzieci małe, to starałem się jechać ostrożnie. Ale nie byłoby historii bez piekielnego kierowcy.

Pod koniec trasy trafiliśmy na korek. Korek był do bramek na autostradzie - pobranie bileciku na płatny odcinek. Punkt pobrania tekturki to były dwa pasy bez oznaczeń i dwa pasy via toll/via auto. 3 km wcześniej była informacja, że te dwa dodatkowe pasy są dla wszystkich. Mając te informacje wiedziałem, że prawy pas korka powinien być szybszy (3 bramki zamiast 1). Włączyłem kierunkowskaz i grzecznie zmieniłem pas na prawy. Miałem też na uwadze, że będą chętni na podobny manewr, niekoniecznie grzeczni (co chwila było słychać klakson). Znalazł się jeden i dla mnie: czarny Mercedes, bez kierunkowskazu, wciskający się na centymetry. Zareagowałem szybko: hamulec do końca i klakson. Chyba go nieco wkurzyłem, bo ten zamiast toczyć się dalej, na krótką chwilę zatrzymał się do zera i tak stał.

Ale spokojnie, stłuczki uniknąłem. Dojeżdżamy do rozwidlenia drogi i widok nie był zaskakujący: korek ciągnął się do nieoznaczonych bramek, a via toll był pusty (większość kierowców nie doczytała informacji o bramkach po prawej). Jak tylko dojechałem do właściwego miejsca (żeby nie jechać poboczem), ruszyłem do tych pustych bramek. Bilecik pobrałem bez problemu i jadę grzecznie dalej.

130 na liczniku, wyprzedzam tych nieco wolniejszych, jak ktoś szybszy, szukam wolnej na prawym pasie i puszczam. Wtem jeden z tych szybszych, jadący na oko 160 km/h, będąc na mojej wysokości, wjeżdża we mnie i ostro trąbi. Tak, to był ten sam, który wcisnął się na chama w korku.

Czy chciał mnie i całą moją rodzinę zabić?

Skomentuj (4) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 104 (122)

#85390

(PW) ·
| Do ulubionych
Jakiś czas temu na spotkaniu rodzinnym przypomniano historię kuzyna z czasów liceum.

Choć cała rodzina jest raczej techniczna, kuzyn wykazywał także zainteresowanie w stronę artystyczną. Połączył swoje dwie natury w fotografii. Był (w sumie nadal jest) w tym całkiem dobry. Rodzina także wspierała ten kierunek i mimo epoki analogowych kliszy, dobry aparat i kilka rolek zawsze były w domu.

Pewnego razu miała się zdarzyć rzecz niezwykła: zaćmienie podczas letniego wschodu słońca. Nic, tylko wstać, wybrać się na wybraną miejscówkę ze statywem i uchwycić ten właściwy moment. Zdjęcie zrobione i, co tu ukrywać - wyszło super. Może nie jakiś National Geographic, ale i tak na bardzo wysokim poziomie.

Akurat się zdarzyło, że w szkole miała odbyć się wystawa/konkurs na prace zrobione przez uczniów. Technika dowolna, temat dowolny i takie tam. Oczywiście chłopak wiedział, co dać. Zdjęcie wywołane w dużym formacie, oprawione, oddane osobiście. Nauczycielka popatrzyła i stwierdziła, że to na pewno nie praca ucznia, że kupiona/wydrukowana/oszukana i jej nie wystawi. Kuzyn wrócił do domu, powiedział wszystko swoim rodzicom.

Potem były rozmowy między rodzicami a nauczycielką, wyjaśnienia i dopuszczenie pracy do konkursu, ale kuzyn i tak zrezygnował i nie chciał jej wystawić (taka była jego decyzja).

Z mojej perspektywy cała sytuacja była bardzo piekielna, bo wystawa miała pokazać, co uczniowie potrafią, a zamiast docenienia pracy ucznia, perełki wśród wszystkich prac, podcina się skrzydła. Wiem, że takie zdjęcie rzadko się zdarza (1 na 100 albo rzadziej), ale chyba właśnie o to chodziło, żeby odnaleźć talent, wiedzę i doświadczenie jednocześnie?

Skomentuj (19) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 153 (169)
poczekalnia
Może to bardziej demotywator a nie piekielna historia, ale lepiej sami oceńcie:

Od kilku lat wymagana jest od mieszkańców segregacja śmieci. Oczywiście wielu z nich tego nie robi i (podobno) takie zachowanie grozi mandatem.

Ale to jeszcze nie wszystko. Dzisiaj zauważyłem śmieciarkę i patrzyłem, co robią pracownicy. Zauważyłem, że do kontenera trafiają zarówno śmieci oznaczone jako "plastiki" jak i te oznaczone jako "papier". I to niesamowicie demotywuje. Bo po co ja mam segregować śmieci "nie zmieszane", skoro i tak trafiają do jednego wora?

A dlaczego uważam to wszystko jako piekielne? Bo pamiętam czasy, kiedy nie było segregacji narzuconej odgórnie a tylko kontenery typu dzwon i ludzie segregowali ile się dało. Uważam, że lepiej jest edukować niż prawnie wymagać.

Skomentuj (19) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 25 (57)
Rozmawiałem ostatnio ze znajomą, nauczycielką muzyki w gimnazjum (tak, ostatni rocznik).

Dopytywanie uczniów, ustalanie ocen. No i trafiła się trójka takich, co mieli zaśpiewać piosenkę. Tekst zasadniczo powinien być znany, bo od lutego regularnie ćwiczony, ale jedna z uczennic go nie znała. Po krótkiej wymianie zdań nauczycielka chce wstawić ocenę adekwatną do znajomości tekstu, na co uczennica... mdleje.

Nie, to nie było udawane. Okno otwarte, szybko wróciła do "żywych". Potem pielęgniarka szkolna i powrót na zajęcia (nic wielkiego się nie stało). Podobno cała sprawa zahaczyła o interwencję wychowawcy, ale ocena była wystawiona z pełnym uzasadnieniem i podważyć jej się nie dało.

Przyszedł wieczór i nauczycielka miała wpisać oceny do dziennika elektronicznego. Coś ją podkusiło, żeby sprawdzić ogólne oceny tej uczennicy i wyszło, że jest to uczennica "szóstkowa", bez ani jednej niedostatecznej.

Prawdopodobnie ta była jej pierwszą w życiu.

___________
Przyp. red. - miałam wątpliwości co do piekielności historii, ale autor wyjaśnił je w komentarzach.

Skomentuj (18) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 57 (115)
zarchiwizowany
Historia z ostatnich dni.

Krótki rys tła: znajoma ma 3 dzieci. Najmłodsze jeszcze w wózku. Nie pracuje, bo woli wychować dzieci sama. Może, bo mąż zarabia tyle, że stać ich na wszystko co potrzebne. Ale jako że zasiłki są, to biorą te 500+ i inne ("jak jest, to biorę, jak nie będzie, to trudno"). Odkładają na oszczędności, nie biorą nowych kredytów, bez socjałów też by żyli dostatnie.

Jakie upały przechodzą przez Polskę, to chyba każdy zauważył. Ale rano jeszcze da się wyjść. A że sezon na truskawki, to znajoma wyszła na pobliski targ. Mąż do pracy, ona dzieciaki pod pachę i heja na spacer. Jedno w wózku, drugie z prawej, trzecie z lewej. Starsze w miarę grzeczne, nie marudziły nawet jak na swój wiek. Ale to młodsze, jak już byli na tym placu, zechciało drzemki. Tyle, że nikt w pełnym słońcu niemowlaka nie wyjmie z zacienionego wózka. A ten - jak to miał w zwyczaju - zaczął domagać się snu płaczem. Zanim zasnął było kilka akcji typu:

Podeszła obca kobieta do wózka i zaczęła się siłować z przykrywą.
- Co pani robi?
- Przecież dziecko się ugotuje!
- Proszę zostawić.
- Pani się nie zna! Gówniara jedna! Dzieci na pińset plus tylko robi!

Wróciła do domu z mocno podniesionym ciśnieniem. I dwoma kilogramami dobrych truskawek. A po całej opowieści zaczęła się zastanawiać nad dwoma rzeczami:
1. Dlaczego rzeczone kobiety miały około 50 lat? Menopauza? A może bezrobotne i szukały afery? (oczywiście tylko domysły)
2. Czy gdyby poszła na ten targ odstrzelona jak szczur na otwarcie kanału, to czy też wyzywałyby od gówniar? (była ubrana bardziej "na brudno" niż "po kobiecemu", bo przecież przy małych dzieciach liczy się wygoda a nie wygląd)

Skomentuj (4) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: -4 (28)
zarchiwizowany
Niedawno Youtube podpowiedziało mi filmik z chamstwem na drodze. Zestawienie kilkunastu sytuacji nagranych przez kamerki innych uczestników ruchu, a potem nagrodzonych przez policję. Filmik ok, ale osobiście zauważyłem, że te piekielności dzielą się na 3 kategorie: nieuwaga, pośpiech i czyste chamstwo.

Nieuwaga:
Dotyczy każdego. Wystarczy słabiej oznakowane miejsce, jazda na pamięć czy coś podobnego aby kierowca nie zauważył, że coś się stało.
Piekielność z mojej strony: dwupasmówka przedzielona pasem zieleni. Jadę lewym pasem, w kolumnie, trochę powyżej dopuszczalnej. Na prawym jadą o połowę wolniej, tworzy się korek (do centrów handlowych). Dojeżdżam do przejścia dla pieszych. Pamięć podpowiada: tam nikt nigdy nie chodzi. A nawet jeśli, to przecież aut jak mrówków. Ale zdarzył się jeden kulturalny, który puścił (na prawym pasie). Akurat na mnie trafiło, żebym się zatrzymał. Opóźnienie reakcji, pisk opon, ale nie zdążyłem zahamować. Przejechałem po pasach, choć było to jawne złamanie przepisów. Na szczęście piesi mieli olej w głowie, bo nie weszli pod moje koła.
Gdyby policjant mnie zatrzymał, byłoby sporo punktów karnych i wysoki mandat. Zapłaciłbym bez mrugnięcia okiem. Może by mnie to nauczyło większej uwagi na drodze? - Takie podejście harakteryzyje nieuważnego.

Pośpiech:
Myślę, że 95% kierowców łamało przepisy, szczególnie ograniczenie prędkości, żeby szybciej dotrzeć do celu. Mówią "naginam przepisy", ale w prawie nie ma "nagięcia", jest tylko "łamanie".
Teściu miał przyjechać po swoją żonę rano. Ale coś go zatrzymało i cały dzień pracował. W końcu pod wieczór zebrał się w sobie i jechał te 150 km w jedną stronę. Zniecierpliwiona, czekająca żona to jednak spory ciężar na nodze i zamiast przepisowych 50 jechał prawie 90 w terenie zabudowanym. Tak przynajmniej pokazywał radar policyjny. Tata wkurzony, że go złapali, ale wiedział na co się pisze, więc mandat był gotowy przyjąć. Na jego szczęście policjant widząc brak punktów na koncie i słysząc, że facet spieszy się do żony, po prostu odpuścił i dał tylko pouczenie. Skuteczne, bo ostatecznie dojechał na miejsce cało i zdrowo. Teściowa też...

Chamstwo:
W tym przypadku ludzie traktują siebie jako królów szos albo innych supermenów, których zawsze i wszędzie trzeba przepuścić. Albo sami, z premedytacją, tworzą sytuacje groźne.
Niestety nie mam w pamięci niczego szczególnego poza standardem: Dwupasmówka poza terenem zabudowanym, przedzielona pasem zieleni (max 100 km/h), jadę nieprzepisowo, bo 140. Ale warunki na lewym pasie na to pozwalają (z mojej strony "pośpiech"). Prawy z koleinami wielkości Alp pozwalał raczej na max 90 km/h. Pora raczej wieczorna, wczesna noc.
Oczywiście taka prędkość dla króla szos to za mało. On chce jechać 160-180. Podjeżdża więc pod zderzak i mruga. Znaczy próbuje mrugać, bo ja nie widzę - w kilku przypadkach zobaczyłem w tylnym lusterku jakiś majaczący, ciemny kształt i wtedy się zorientowałem, że mam kogoś w d... z tyłu. Nie odpowiedziałem chamstwem na chamstwo, choć korciło.

Kierowcy łamią przepisy i łamać będą. W pierwszym przypadku, o ile nie będą zadufani w sobie, przyjmą mandat i nauczą się czegoś. W drugim czasem się będą wykłócać, ale zasadniczo wiedzą, że łamią przepisy, za co czasem trzeba ponieść konsekwencje. Z chamstwem należy walczyć, ale jak? Chyba tylko nagrania i anonimowe donosy. A jeśli to dotyczy także Ciebie - zacznij od siebie samego. Szanujmy wszystkich uczestników ruchu.

Skomentuj (3) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: -1 (27)

#84363

(PW) ·
| Do ulubionych
Miejsce akcji: niewielka Biedronka. Jedno wejście i wyjście, niewielki przedsionek, a potem dwie pary drzwi: jedna żeby wejść do sklepu, druga żeby odejść od kasy. Czujnik drzwi wejściowych jest na tyle blisko wyjścia, że czasem ludzie wychodzący ze sklepu otwierają drzwi wejściowe.

Sytuacja pierwsza.

Wchodzę do sklepu jak zawsze, idę na wprost, widzę, że ktoś bierze cały karton czekolad Milka (40 tabliczek?). Myślę: Ooo... całkiem sporo, nietypowo. Patrzę kątem oka, a ktoś z zewnątrz wszedł do przedsionka, dał czujce na wejście sygnał i wyprowadził kolegę z czekoladami ze sklepu.

Zareagowałem poinformowaniem pracownika, że chyba im gwizdnęli czekolady.

Sytuacja druga: przed wejściem do sklepu widzę grupkę ludzi i ochroniarza rozmawiających. Mówię „dzień dobry”, wchodzę do sklepu, robię zakupy. Nic szczególnego. Stoję przy kasie i widzę, że ktoś idzie wzdłuż nich z całym kartonem jakiegoś koniaku. Znowu żółta lampka, bo facet się zachowuje dziwnie. Podszedł do wejścia, ale krąży z tym między półkami. Drzwi się otwierają i wychodzi. Ja od razu do kasjerki (akurat mnie zaczęła obsługiwać), że gwizdnęli im karton alkoholu. Ta zaczęła dzwonić po ochronę, ale nie zdążyła, bo ochroniarz wszedł z delikwentem pod linię kas. Po odłożeniu kartonu złodziej zaczął się szamotać, co pogorszyło sprawę (ochroniarz chyba przechodził szkolenie, bo obezwładnił delikwenta sprawnym ruchem).

Gdy odwiedziłem sklep któregoś dnia, zapytałem obsługującą mnie panią, jak się sprawa skończyła i jak mam reagować następnym razem. Ochroniarz widział gościa, zanim ukradł i jak tylko wyszedł ze sklepu ze skradzionym towarem, to go złapał.

Co do reagowania, dowiedziałem się, że nie mam robić absolutnie nic, żeby zatrzymać złodzieja. Mam tylko jak najszybciej poinformować obsługę sklepu o zaistniałej sytuacji.

Skomentuj (9) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 52 (104)

#83274

(PW) ·
| Do ulubionych
Kiedyś obiecałem sobie, że opiszę tę historię na piekielnych. Dzisiaj nie wydaje się ona być zbyt piekielna, ale może kogoś zainteresuje?

Syn, jak był malutki, dostał od dziadków pluszowego zwierzaka (na potrzeby tej historii: kotek). Mały, miły w dotyku, wręcz idealny. Młody nie odstępował go ani na krok, a zasypiał tylko gdy go głaskał. Pierwsza histeria była, gdy po kilku miesiącach zamiast białego futerka było szarobure i postanowiliśmy go wyprać. Oczywiście kotek mokry – syn w ryk. Jakoś z tego wyszliśmy (suszarka do włosów) i zapamiętaliśmy: kotek musi być, i być suchy.

Wiele miesięcy później poszliśmy na spacer zakończony zakupami w supermarkecie. Kotek poszedł z nami. Gdy już musieliśmy wychodzić, okazało się, że w wózku nie ma ukochanego pluszaka. "Huston mamy problem." Wróciłem do sklepu, obszedłem całą drogę, którą szliśmy, a tu kota nie ma. Pytałem w punkcie obsługi klienta - także nikt nic nie widział. Potem poszła żona. Chodziła nawet na czworaka, żeby widzieć pod regałami, czy nie ma go tam. Dzwoniłem do biura rzeczy zagubionych całego centrum handlowego - także brak zwierzaka. Najpewniej ktoś po prostu go wziął ze sobą do domu.

Sobotnie plany się zmieniły: trzeba szybko znaleźć zastępnik. Oczywiście w domu masa innych zabawek i żadne "nie jest moim kotkiem". No nic... może inny kotek? Może znajdziemy odpowiednio podobnego i dziecko nie zauważy? Szukamy po otwartych sklepach z zabawkami, a tam tylko po wcześniejszym zamówieniu przez Internet (czyli poczekamy kilka dni). Wieczór się zbliżał, a kotka jak nie było tak nie ma.

Pierwsza noc była okropna. Zapłakane dziecko, obecność mamy to za mało. Ale oczywiście żona spała praktycznie całą noc z synem. Kolejne noce były już lepsze, tym bardziej, że pojawiło się światełko w tunelu: dziadkowie zauważyli u siebie w sklepie podobnego pluszaka. Nawet więcej podobnych zabawek (na zapas?).

Jeszcze dzień, dwa i dziadek w chwili wolnego przyjechał ze znalezionymi zabawkami. Syn uprzedzony, ucieszony, że kotek się znalazł u dziadka. Ale jak dziadek przyjechał, to nie było "to ten", tylko "większy". Wmówiliśmy mu, że jak poprzedni się zgubił, to urósł i dziadek go znalazł. Pozostałe dwie zabawki były na tyle różne, że nie wzbudziły zachwytu, ale zwykłą radość (jednym kotkiem od razu podzielił się z siostrą). Kryzys zażegnany. Nowy kotek został nazwany imieniem starego, ale już nie zdrobniałym (tak jak "Kiciuś" - "Kicia") i przyjęty jako nowy pluszak do spania.

Gdzie tu piekielność? Z perspektywy czasu: nigdzie. Ale patrząc na uczucia z tamtych dni - wielka, nieświadoma piekielność osoby, która zabrała używaną zabawkę. Ile stresu nabawił się nasz syn, ile my i ile dziadkowie - to nasze.

A dlaczego akurat teraz (po wielu miesiącach) sobie o tym przypomniałem? Bo gdy przyjechała w odwiedziny ostatnio ciocia, to zapytała, czy to ten sam ukochany Kiciuś? No i syn sam odpowiedział, że nie, że poprzedni się zgubił, a ten - większy - przyjechał zamiast tamtego. W tym momencie ja z żoną zaczęliśmy zbierać szczęki z podłogi, że nasz syn, który nie miał wtedy nawet 3 lat dobrze pamiętał tamtą sytuację.

Skomentuj (20) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 131 (183)
zarchiwizowany
O wyścigu szczurów nie tylko w korporacji.

Niecały rok temu pewien pracownik fizyczny postanowił zmienić pracę. Była okazja, praca lepiej płatna, lżejsza, w lepszych warunkach. Ale, że wszystko w okolicy, to i starych kolegów po fachu się spotykało na mieście. No i przy okazji takiego spotkania, odbyła się krótka rozmowa:

- Co tam dzisiaj robiłeś?
- A nic... na młynie siedziałem. 16 bagów przerobiłem.
- 16?! Przecież jak ja tam pracowałem, to od lat było 8 na zmianę!
- No tak, ale jak poszedłeś, przyszło kilku nowych i chcieli się popisać. Każdy przerabiał więcej. Rekordzista zrobił 18.

* Dla niewtajemniczonych:
"młyn" - urządzenie do mielenia odpadów. Wrzucasz jakiś odpad i po zmieleniu wraca na produkcję do ponownego przetopienia.
"bag" - taki duży worek o pojemności ponad 1 m^3. Inne nazwy: worek big bag, worek kontenerowy.

Skomentuj (4) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: -11 (17)
zarchiwizowany
Jadę sobie ostatnio autostradą. Dwa pasy. Po prawej rząd aut jedzie nieco wolniej, po lewej - sytuacja identyczna, ale jadą trochę szybciej. Jednym słowem: tłok. Ustawiłem się na lewym pasie i grzecznie jadę w kolumnie.

W pewnym momencie widzę, że jakiś Lexus robi sobie jaja na drodze: zjechał na prawy pas (było trochę miejsca), zaczął szybko wyprzedzać i zjechał na lewy pas z dużą prędkością. Zrobił tak jeszcze ze dwa razy i więcej nie dał rady - dalej było bardzo ciasno.

Nie stwierdziłem piekielności, dopóki nie spojrzałem na prędkość. 150 km/h u mnie. Na moje oko wyprzedzający miał 170. Przy tej ilości samochodów było to bardzo niebezpieczne.

A dla czepialskich, że sam nie jechałem zgodnie z przepisami, powiem, że jak wepchnąłem się do kolumny pojazdów, to wszyscy mieli 120 km/h. Potem utrzymywałem prędkość taką, jak cała kolumna.

autostrada

Skomentuj Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: -2 (34)