Profil użytkownika

kerownik ♂
Zamieszcza historie od: | 12 listopada 2014 - 21:34 |
Ostatnio: | 3 kwietnia 2025 - 14:21 |
- Historii na głównej: 33 z 43
- Punktów za historie: 10768
- Komentarzy: 282
- Punktów za komentarze: 1619
Historia #91871 ciąg dalszy.
Roland odwiedzał firmę średnio 2 razy w tygodniu rozmawiając głównie z dyrektorem. Widząc wszędzie pokomunistyczne porządki kręcił głową z niedowierzaniem. Nie obiecywał złotych gór, ale stopniowo było troszkę lepiej: podniósł pensje, wdrożył lepsze i ładniejsze ubrania robocze, przybywało nam ciekawych kontraktów z montażem w Niemczech i delegacjami płatnymi w Deutche Mark!!. To było coś!
Pewnego dnia w firmie pojawiły się dwa wypasione czarne mercedesy. Identyczne. Miały pewnie już swój przebieg, ale na tle naszych maluchów 126p to były turbo pojazdy kosmiczne.
Jednym mercem jeździł dyro, a drugi sobie stał w garażu.
Do wyjazdów zagranicę był przeznaczony wyłącznie jeden mercedes, drugi kursował tylko po kraju i nigdy nie miały prawa jechać razem do tego samego celu.
Długo nie trzeba było, żebyśmy się zorientowali, że ten drugi ma przebijane numery - dowód i numer rejestracyjny miały ten sam (duplikat). Roland - cwaniaczek - tak dopieszczał firmę po swojemu. Potrwało to ze 2-3 lata, wymagało czasem różnych lawiracji na przykład przy przeglądach technicznych, ale wówczas nie było centralnego systemu i to działało.
Przy likwidacji firmy dyrektor kazał wprowadzić przebijanego merca na halę i go zezłomować za pomocą młotów, szlifierek, pras - mieliśmy dowolność. Miał zostać śrut. Pamiętam scenę jak kolega z wielkim młotem wszedł na dach i naparzał z góry po szybach i słupkach. Zutylizował wartość swojej kilkuletniej pensji w godzinę.
Roland odwiedzał firmę średnio 2 razy w tygodniu rozmawiając głównie z dyrektorem. Widząc wszędzie pokomunistyczne porządki kręcił głową z niedowierzaniem. Nie obiecywał złotych gór, ale stopniowo było troszkę lepiej: podniósł pensje, wdrożył lepsze i ładniejsze ubrania robocze, przybywało nam ciekawych kontraktów z montażem w Niemczech i delegacjami płatnymi w Deutche Mark!!. To było coś!
Pewnego dnia w firmie pojawiły się dwa wypasione czarne mercedesy. Identyczne. Miały pewnie już swój przebieg, ale na tle naszych maluchów 126p to były turbo pojazdy kosmiczne.
Jednym mercem jeździł dyro, a drugi sobie stał w garażu.
Do wyjazdów zagranicę był przeznaczony wyłącznie jeden mercedes, drugi kursował tylko po kraju i nigdy nie miały prawa jechać razem do tego samego celu.
Długo nie trzeba było, żebyśmy się zorientowali, że ten drugi ma przebijane numery - dowód i numer rejestracyjny miały ten sam (duplikat). Roland - cwaniaczek - tak dopieszczał firmę po swojemu. Potrwało to ze 2-3 lata, wymagało czasem różnych lawiracji na przykład przy przeglądach technicznych, ale wówczas nie było centralnego systemu i to działało.
Przy likwidacji firmy dyrektor kazał wprowadzić przebijanego merca na halę i go zezłomować za pomocą młotów, szlifierek, pras - mieliśmy dowolność. Miał zostać śrut. Pamiętam scenę jak kolega z wielkim młotem wszedł na dach i naparzał z góry po szybach i słupkach. Zutylizował wartość swojej kilkuletniej pensji w godzinę.
firma samochód
Ocena:
120
(142)
Historia #91871 ciąg dalszy.
Delegacja do Berlina.
Po odkryciu, że ten nasz Roland nie jest kryształowo czystym inwestorem, tylko średnio drobnym cwaniaczkiem trochę inaczej zaczęliśmy go postrzegać. Już nie był zbawcą firmy przysłanym z Zachodu, lecz takim lekkim lawirantem trochę na pograniczu prawa. Inną sprawą jest to, że nie był skąpy. Może nie szastał na prawo i lewo, ale bonusiki w Deutche Markach wpadały.
Pojechaliśmy we trójkę do Berlina na montaż konstrukcji. Na miejscu Roland nas odebrał, wprowadził na budowę, wszystko objaśnił, dał gotówkę na kilka dni i wskazał hotel do noclegu. Powiedział, że jest rezerwacja na hasło - nazwa jego firmy. Wówczas dla nas było jednoznaczne - jego to i naszej.
Wieczorem po robocie pojechaliśmy do hotelu - całkiem przytulnego. W recepcji meldował nas kolega niemieckojęzyczny. Wraca do nas i mówi, że hasło nie działa. My zaskoczeni, podchodzimy wszyscy do portiera i próbujemy odgadywać różne pokrewne hasła. Po trzeciej czy czwartej próbie gościu się wkurzył i wywalił nas stamtąd jako naciągaczy.
Roland wystawił nas do wiatru! Co robić?
Jesteśmy w centrum Berlina, zmęczeni, trochę brudni i bez widoków na nocleg.
W pobliżu świeci nieduży neon "Motel". Wchodzimy. Całkiem przytulny bar, nawet bardzo przytulny. Taki z atłasami i przyciemnionym światłem. Gotówkę mamy więc kolega wynajmuje pokój - przepiękny w dodatku ma łoże z baldachimem!
- Pany, a wiecie co to za miejsce?
- Nie, a co?
- A spałeś kiedyś w burdelu? No to masz okazję.
Na drugi dzień jak to opowiedzieliśmy Rolandowi to najpierw się szczerze roześmiał, a potem pytał dlaczego nie podaliśmy hasła. Okazało się, że hasłem była jego firma niemiecka, ale my o tym nie mieliśmy pojęcia i jej nie znaliśmy. Gościu już wtedy zainwestował w przyszłość. Dziś nazywamy to kupowaniem domen, a wtedy on pozakładał kilkanaście czy kilkadziesiąt firm z przyszłościowymi nazwami i czekał na kupców tych nazw.
Na przykład miał założoną firmę TESLA GMBH. I nic z tym nie robił - czekał na rozwój sytuacji.
Tylko skąd my mieliśmy o tym wiedzieć? On myślał, że to oczywiste, że jego pracownicy znają główną nazwę jego niemieckiej firmy, a my dopiero pierwszy raz wyjechaliśmy z naszego grajdołka na ZACHÓD
Delegacja do Berlina.
Po odkryciu, że ten nasz Roland nie jest kryształowo czystym inwestorem, tylko średnio drobnym cwaniaczkiem trochę inaczej zaczęliśmy go postrzegać. Już nie był zbawcą firmy przysłanym z Zachodu, lecz takim lekkim lawirantem trochę na pograniczu prawa. Inną sprawą jest to, że nie był skąpy. Może nie szastał na prawo i lewo, ale bonusiki w Deutche Markach wpadały.
Pojechaliśmy we trójkę do Berlina na montaż konstrukcji. Na miejscu Roland nas odebrał, wprowadził na budowę, wszystko objaśnił, dał gotówkę na kilka dni i wskazał hotel do noclegu. Powiedział, że jest rezerwacja na hasło - nazwa jego firmy. Wówczas dla nas było jednoznaczne - jego to i naszej.
Wieczorem po robocie pojechaliśmy do hotelu - całkiem przytulnego. W recepcji meldował nas kolega niemieckojęzyczny. Wraca do nas i mówi, że hasło nie działa. My zaskoczeni, podchodzimy wszyscy do portiera i próbujemy odgadywać różne pokrewne hasła. Po trzeciej czy czwartej próbie gościu się wkurzył i wywalił nas stamtąd jako naciągaczy.
Roland wystawił nas do wiatru! Co robić?
Jesteśmy w centrum Berlina, zmęczeni, trochę brudni i bez widoków na nocleg.
W pobliżu świeci nieduży neon "Motel". Wchodzimy. Całkiem przytulny bar, nawet bardzo przytulny. Taki z atłasami i przyciemnionym światłem. Gotówkę mamy więc kolega wynajmuje pokój - przepiękny w dodatku ma łoże z baldachimem!
- Pany, a wiecie co to za miejsce?
- Nie, a co?
- A spałeś kiedyś w burdelu? No to masz okazję.
Na drugi dzień jak to opowiedzieliśmy Rolandowi to najpierw się szczerze roześmiał, a potem pytał dlaczego nie podaliśmy hasła. Okazało się, że hasłem była jego firma niemiecka, ale my o tym nie mieliśmy pojęcia i jej nie znaliśmy. Gościu już wtedy zainwestował w przyszłość. Dziś nazywamy to kupowaniem domen, a wtedy on pozakładał kilkanaście czy kilkadziesiąt firm z przyszłościowymi nazwami i czekał na kupców tych nazw.
Na przykład miał założoną firmę TESLA GMBH. I nic z tym nie robił - czekał na rozwój sytuacji.
Tylko skąd my mieliśmy o tym wiedzieć? On myślał, że to oczywiste, że jego pracownicy znają główną nazwę jego niemieckiej firmy, a my dopiero pierwszy raz wyjechaliśmy z naszego grajdołka na ZACHÓD
praca delegacja
Ocena:
110
(134)
Na początku lat 90 ubiegłego wieku pracowałem w małej firmie produkcyjnej. Akurat otworzyliśmy się na prywatyzację i zostaliśmy kupieni przez Niemca. Dla mnie - młodego - i wielu pracowników starszej daty to było pierwsze zetknięcie z zachodnią cywilizacją na wyciągniecie ręki.
Przyjechał gościu (Roland) lat około 30. Sprawił na nas pozytywne wrażenie - miły, przedsiębiorczy, uśmiechnięty. Opiszę kilka piekielności z tej firmy.
Na przywitanie nowy właściciel zorganizował piknik zapoznawczy. Ja akurat w nim nie uczestniczyłem, więc opiszę przebieg z zasłyszanych relacji.
Roland wynajął mały ośrodek nad jeziorem na popołudniowe spotkanie całej załogi przy ognisku. Zorganizował kiełbaski, pieczywo i - najważniejsze - piwo. Dużo piwa. Niemieckie i w puszkach. Szwedzki stół się uginał.
Przyjechała ekipa - 25 osób z produkcji i 5 z biura. Roland próbował zacieśnić więzy, ale z powodu bariery językowej mógł porozmawiać tylko z dyrektorem i jednym kolegą z produkcji. Reszta się wyraźnie izolowała, jakby bojąc się słyszeć obcą mowę. Biurowi jeszcze jako-tako trzymali poziom, a tymczasem produkcyjni...
Przyszli, wypili po piwie-dwa-trzy, porechotali pomiędzy sobą, doszli do wniosku że tu są za wysokie progi dla nich więc przenoszą imprezę, ale skoro zaopatrzenie jest darmowe to żal żeby się zmarnowało. Każdy po kolei podchodził do stołu, brał kilka kiełbas i piwa ile mógł unieść i pomieścić po kieszeniach po czym z uśmiechem udali się na działkę kolegi Stefana.
Roland oniemiał. Pytał dyrektora o co tu chodzi, co zrobił nie tak? Nie mieściło mu się w głowie, że tak można.
Siara na całej linii.
c.d.n.
Przyjechał gościu (Roland) lat około 30. Sprawił na nas pozytywne wrażenie - miły, przedsiębiorczy, uśmiechnięty. Opiszę kilka piekielności z tej firmy.
Na przywitanie nowy właściciel zorganizował piknik zapoznawczy. Ja akurat w nim nie uczestniczyłem, więc opiszę przebieg z zasłyszanych relacji.
Roland wynajął mały ośrodek nad jeziorem na popołudniowe spotkanie całej załogi przy ognisku. Zorganizował kiełbaski, pieczywo i - najważniejsze - piwo. Dużo piwa. Niemieckie i w puszkach. Szwedzki stół się uginał.
Przyjechała ekipa - 25 osób z produkcji i 5 z biura. Roland próbował zacieśnić więzy, ale z powodu bariery językowej mógł porozmawiać tylko z dyrektorem i jednym kolegą z produkcji. Reszta się wyraźnie izolowała, jakby bojąc się słyszeć obcą mowę. Biurowi jeszcze jako-tako trzymali poziom, a tymczasem produkcyjni...
Przyszli, wypili po piwie-dwa-trzy, porechotali pomiędzy sobą, doszli do wniosku że tu są za wysokie progi dla nich więc przenoszą imprezę, ale skoro zaopatrzenie jest darmowe to żal żeby się zmarnowało. Każdy po kolei podchodził do stołu, brał kilka kiełbas i piwa ile mógł unieść i pomieścić po kieszeniach po czym z uśmiechem udali się na działkę kolegi Stefana.
Roland oniemiał. Pytał dyrektora o co tu chodzi, co zrobił nie tak? Nie mieściło mu się w głowie, że tak można.
Siara na całej linii.
c.d.n.
praca zachód impreza
Ocena:
142
(160)
Zaczęła się jesień, a wraz z nią nieuchronny opad liści z drzew.
W mojej firmie szef nakazał dopilnowanie utrzymania porządku przed biurowcem i na placu. Rośnie tam kilka drzew i rzeczywiście liść ściele się gęsto.
Panowie ze służby porządkowej zorganizowali u swojego kierownika zakup niezbędnych narzędzi, a że firma aspiruje do miana nowoczesnej, to i sprzęt musi dorównać renomie zakładu. Kierownik kupił im spalinową dmuchawę do liści z najwyższej półki. Dzięki temu czyścili hektar placu raz-dwa i mieli czas na bardziej produktywne czynności.
Dziś przechodzę obok biurowca, a tam 3 panów ogarnia liście grabiami i miotłami.
Pytam:
- Co tam, dmuchawa Wam się zepsuła? A taka ładna była, amerykańska.
- Nie, odpowiedzieli, jest bunt na pokładzie.
Zatrzymałem się i dopytuję o ten bunt.
Okazało się, że dmuchawa tak hałasuje i emituje tyle spalin, że paniusie z biurowca skupić się nie mogą. A poza tym jest nieekologiczna i szkodliwa dla robaczków. Z taką skargą poszły do Dyrektora, a ten nakazał powrót do "silent mode" przy ogarnianiu placu.
Odkurzanie trwało pod oknami paniuś max 15 minut co drugi/trzeci dzień. Rzeczywiście nie do wytrzymania.
3 panów metodą ziemia-łopata-powietrze ogarnia plac jakieś pół dnia. Przynajmniej mają zajęcie (sarkazm).
Hiper dmuchawa z kosmiczną technologią wisi na kołku w magazynie.
Panie pracują w nieprzerwanym skupieniu (tiaaa, akurat).
W mojej firmie szef nakazał dopilnowanie utrzymania porządku przed biurowcem i na placu. Rośnie tam kilka drzew i rzeczywiście liść ściele się gęsto.
Panowie ze służby porządkowej zorganizowali u swojego kierownika zakup niezbędnych narzędzi, a że firma aspiruje do miana nowoczesnej, to i sprzęt musi dorównać renomie zakładu. Kierownik kupił im spalinową dmuchawę do liści z najwyższej półki. Dzięki temu czyścili hektar placu raz-dwa i mieli czas na bardziej produktywne czynności.
Dziś przechodzę obok biurowca, a tam 3 panów ogarnia liście grabiami i miotłami.
Pytam:
- Co tam, dmuchawa Wam się zepsuła? A taka ładna była, amerykańska.
- Nie, odpowiedzieli, jest bunt na pokładzie.
Zatrzymałem się i dopytuję o ten bunt.
Okazało się, że dmuchawa tak hałasuje i emituje tyle spalin, że paniusie z biurowca skupić się nie mogą. A poza tym jest nieekologiczna i szkodliwa dla robaczków. Z taką skargą poszły do Dyrektora, a ten nakazał powrót do "silent mode" przy ogarnianiu placu.
Odkurzanie trwało pod oknami paniuś max 15 minut co drugi/trzeci dzień. Rzeczywiście nie do wytrzymania.
3 panów metodą ziemia-łopata-powietrze ogarnia plac jakieś pół dnia. Przynajmniej mają zajęcie (sarkazm).
Hiper dmuchawa z kosmiczną technologią wisi na kołku w magazynie.
Panie pracują w nieprzerwanym skupieniu (tiaaa, akurat).
liście jesień biurowiec
Ocena:
150
(198)
Dzwoni telefon. Odbieram.
- Dzień dobry kurier z tej strony. Mam dla pana paczkę czy będzie ktoś w domu za 15 minut?
- No ja nie, ale ktoś w domu będzie. Zapraszam.
Za 15 minut znów dzwoni.
- Dzień dobry - tu kurier. Jestem pod domem. Niech ktoś przyjdzie do samochodu odebrać paczkę.
- Proszę zadzwonić dzwonkiem i dostarczyć pod drzwi. Ktoś w domu jest to otworzy.
- Ale to duża i ciężka paczka, my takich nie dostarczamy pod drzwi. Trzeba odebrać samodzielnie z auta.
- Szanowny panie. Po pierwsze w domu jest schorowana kobieta - raczej jej do tego nie zatrudnię. To raz. A dwa: przy zamawianiu kuriera nie było wyszczególnionych tych warunków. Usługa kurierska jest opłacona. Proszę dostarczyć pod drzwi albo zabierać paczkę ze sobą, a ja zaraz zadzwonię do centrali i sprawę wyjaśnię raz-dwa.
- Dobrze już, niech pan nie dzwoni. Już wnoszę.
Gdybym był w domu to odebrałbym przesyłkę z auta, nie widzę problemu, ale w takiej sytuacji trzeba się przekomarzać z kurierem żeby wykonał swoją robotę?
- Dzień dobry kurier z tej strony. Mam dla pana paczkę czy będzie ktoś w domu za 15 minut?
- No ja nie, ale ktoś w domu będzie. Zapraszam.
Za 15 minut znów dzwoni.
- Dzień dobry - tu kurier. Jestem pod domem. Niech ktoś przyjdzie do samochodu odebrać paczkę.
- Proszę zadzwonić dzwonkiem i dostarczyć pod drzwi. Ktoś w domu jest to otworzy.
- Ale to duża i ciężka paczka, my takich nie dostarczamy pod drzwi. Trzeba odebrać samodzielnie z auta.
- Szanowny panie. Po pierwsze w domu jest schorowana kobieta - raczej jej do tego nie zatrudnię. To raz. A dwa: przy zamawianiu kuriera nie było wyszczególnionych tych warunków. Usługa kurierska jest opłacona. Proszę dostarczyć pod drzwi albo zabierać paczkę ze sobą, a ja zaraz zadzwonię do centrali i sprawę wyjaśnię raz-dwa.
- Dobrze już, niech pan nie dzwoni. Już wnoszę.
Gdybym był w domu to odebrałbym przesyłkę z auta, nie widzę problemu, ale w takiej sytuacji trzeba się przekomarzać z kurierem żeby wykonał swoją robotę?
kurier
Ocena:
149
(155)
Kolega ma synka, który akurat ząbkuje. Na szczęście nie ma żadnych uciążliwych i bolesnych objawów. Generalnie futruje wszystko dziąsełkami jak wygłodniały bóbr, poza tym da się żyć.
Kilka dni temu kolega wrócił z przejażdżki autem razem z młodym, a tu synek nie chce wysiadać. Powtarza tylko "brum, brum" i łapie za kierownicę. Wobec tego młody został usadzony w foteliku, przypięty, przysunięty do kierownicy, kluczyki zabrane. I tak sobie siedzi cały szczęśliwy kręcąc kółkiem.
Kolega nie miał serca go odrywać od zabawy, więc zostawił otwarte okna w aucie i poszedł do domu nadzorując młodego przez okno. Długi czas był spokój i sielanka, trochę zbyt długo. Czas młodego zabrać do domu. Zobaczył i oniemiał:
- zębiska wbite w kierownicę
- dolna połowa kierownicy poobgryzana jak przez korniki
- wszystko dookoła obślinione
- młody nieziemsko szczęśliwy ;-).
Nowiutkie auto, amerykańskie takie...
Kilka dni temu kolega wrócił z przejażdżki autem razem z młodym, a tu synek nie chce wysiadać. Powtarza tylko "brum, brum" i łapie za kierownicę. Wobec tego młody został usadzony w foteliku, przypięty, przysunięty do kierownicy, kluczyki zabrane. I tak sobie siedzi cały szczęśliwy kręcąc kółkiem.
Kolega nie miał serca go odrywać od zabawy, więc zostawił otwarte okna w aucie i poszedł do domu nadzorując młodego przez okno. Długi czas był spokój i sielanka, trochę zbyt długo. Czas młodego zabrać do domu. Zobaczył i oniemiał:
- zębiska wbite w kierownicę
- dolna połowa kierownicy poobgryzana jak przez korniki
- wszystko dookoła obślinione
- młody nieziemsko szczęśliwy ;-).
Nowiutkie auto, amerykańskie takie...
Ocena:
112
(152)
poczekalnia
Skomentuj
(105)
Pobierz ten tekst w formie obrazka
Na wstępie krótka charakterystyka mojej Pani: osoba wybitnie nietechniczna, a w kwestii motoryzacji to już prawie całkowicie nie ogarnia. Niby to wiem, ale czasem zaskakuje mnie stopniem swojej niewiedzy tak bardzo, że nie mieści mi się w głowie, że to nie sen ...
1. Chce zjeść ciepłą bułeczkę, więc podgrzewa ją w mikrofali (800 W, 2 minuty). Proszę bardzo, można.
Miała przerwę w jedzeniu, a został jej ostatni kęsek tej bułeczki – wystygnięty, więc powtarza operację nie zmieniając nastawów mikrofali. Po dłuższej chwili słyszę krzyk RATUNKU z kuchni. Biegnę.
Kuchenka mikrofalowa otwarta, cała kuchnia zadymiona i śmierdząca spalenizną, moja pani przerażona. W kuchence na talerzu tkwi węgielek – żarzy się i kopci jak węgiel drzewny!
Przychodzi mi do głowy wyłącznie sentencja: znaj proporcje mocium Panie!
2. Pakujemy w pośpiechu auto do podróży – jesteśmy lekko spóźnieni. Wymagało to złożenia na chwilę oparcia pasażera. Potem przywróciłem je do pozycji prawie pierwotnej – lekko pochylone do przodu, żeby moja pani na tylnej kanapie miała ciutkę więcej miejsca. Wsiadamy. Moja pani na fotel pasażera, choć pierwotnie zapewniała, że idzie do tyłu. Ruszamy, wjazd na autostradę i gaz!
- Kotek – niewygodnie mi, oparcie jest zbyt mocno pochylone do przodu.
- Po prawej stronie z boku siedziska jest dźwignia – pociągnij ją do góry i sobie ustaw jak chcesz.
Szuka, maca.
- Nie ma!
- Jest, poszukaj dokładnie. 15 minut temu jeszcze była.
Szuka ponownie.
- Nie ma!
- …
- Mógłbyś mi pomóc?
- Nie dosięgnę, musisz sama.
- To mógłbyś się zatrzymać i mi to zrobić?
- Nie mogę. Jesteśmy na autostradzie, tu nie wolno się zatrzymywać.
Dłuższa chwila ciszy. Przetrawia odpowiedź, szuka opcji.
- JA NIE MOGĘ TAK JECHAĆ. Już mnie plecy bolą. Przecież jak zatrzymasz się na chwileczkę to nic się nie stanie.
- Nie mogę, zrozum.
- TY MNIE W OGÓLE NIE SZANUJESZ. TEJ WAJCHY TU NIE MA. JA JUŻ NIE WYTRZYMAM.
I tak dalej przez 15 minut do pierwszego zjazdu gdzie mogłem się zatrzymać, wysiąść, nakierować jej rękę na WAJCHĘ KTÓREJ NIE MA i odblokować oparcie.
Życie …
3. Dla mnie hit absolutny! Obecne auto mamy od 4 lat, w poprzednim też była klimatyzacja z wyświetlaczem ustawionej temperatury…
Pewnego gorącego dnia jeździłem w kilka miejsc i w międzyczasie ustabilizowałem sobie klimatyzację na optymalnym dla mnie poziomie 21°C. Dosiadła się moja Pani i ruszyliśmy w dalszą 2 godzinną trasę.
Moja Pani mówi, że jej jest bardzo gorąco i czy mogę obniżyć temperaturę? Jeśli to zrobię to wiem, że dla mnie będzie zbyt chłodno, więc włączam jej strefę i przekazuję, żeby sobie indywidualnie dopasowała. Pokręciła. Niby OK, jedziemy dalej.
Po kilku minutach Pani narzeka, że w poprzednim aucie klimatyzacja działała o wiele lepiej, a tu tak bardzo niefajnie, słabiutko, ona w ogóle nie czuje chłodzenia. Ma odrobinkę racji, ale bez przesady. Ja nie narzekam, a już 4 rok a jeżdżę nim codziennie do pracy.
Podpowiadam: podkręć sobie mocniej, w końcu trafisz na odpowiednią dla siebie temperaturę. Wiem, że przy maksymalnym obniżeniu chłodzi bardzo mocno, nie do wytrzymania na dłuższą metę, a tej ciągle mało.
Podkręca, jedziemy, narzeka co chwilę. „Nic nie chłodzi, jest mi coraz bardziej gorąco, tamte auto było lepsze, nie wiem po co je sprzedawałeś…” Myślę sobie: coś jest nie tak. Zaglądam na wskazania strefy mojej lubej, a tam 26°C.
- Kotek, a dlaczego podnosisz sobie temperaturę skoro chcesz się schłodzić?
- Nie podnoszę temperatury, tylko zwiększam moc klimatyzacji.
- Przecież masz przed oczami wyświetlacz z nastawioną temperaturą i widać wyraźnie czego to dotyczy. Stopni Celcjusza.
- SKORO JEST WŁĄCZONA KLIMATYZACJA I CHCĘ ŻEBY DZIAŁAŁA MOCNIEJ TO ZWIĘKSZAM JEJ MOC – przecież to logiczne.
- Kotek – Nad pokrętłem masz 2 kolorowe strzałki: czerwoną w prawo i niebieską w lewo. Dlaczego kręcisz w stronę czerwonej strzałki oczekując ochłody?
Zawiesiła się.
- Jeśli w kranie z mieszalnikiem chcesz mieć bardziej zimną wodę to kręcisz w prawo czy w lewo?
- A BO TO TWOJA WINA, ŻE MI NIE WYTŁUMACZYŁEŚ JAK DZIAŁA KLIMATYZACJA W TYM AUCIE …
Po 4 latach wspólnych jazdy tym autem, po 6 latach wspólnych jazd w ogóle.
Oniemiałem na maksa. Zbieram szczękę do tej pory.
1. Chce zjeść ciepłą bułeczkę, więc podgrzewa ją w mikrofali (800 W, 2 minuty). Proszę bardzo, można.
Miała przerwę w jedzeniu, a został jej ostatni kęsek tej bułeczki – wystygnięty, więc powtarza operację nie zmieniając nastawów mikrofali. Po dłuższej chwili słyszę krzyk RATUNKU z kuchni. Biegnę.
Kuchenka mikrofalowa otwarta, cała kuchnia zadymiona i śmierdząca spalenizną, moja pani przerażona. W kuchence na talerzu tkwi węgielek – żarzy się i kopci jak węgiel drzewny!
Przychodzi mi do głowy wyłącznie sentencja: znaj proporcje mocium Panie!
2. Pakujemy w pośpiechu auto do podróży – jesteśmy lekko spóźnieni. Wymagało to złożenia na chwilę oparcia pasażera. Potem przywróciłem je do pozycji prawie pierwotnej – lekko pochylone do przodu, żeby moja pani na tylnej kanapie miała ciutkę więcej miejsca. Wsiadamy. Moja pani na fotel pasażera, choć pierwotnie zapewniała, że idzie do tyłu. Ruszamy, wjazd na autostradę i gaz!
- Kotek – niewygodnie mi, oparcie jest zbyt mocno pochylone do przodu.
- Po prawej stronie z boku siedziska jest dźwignia – pociągnij ją do góry i sobie ustaw jak chcesz.
Szuka, maca.
- Nie ma!
- Jest, poszukaj dokładnie. 15 minut temu jeszcze była.
Szuka ponownie.
- Nie ma!
- …
- Mógłbyś mi pomóc?
- Nie dosięgnę, musisz sama.
- To mógłbyś się zatrzymać i mi to zrobić?
- Nie mogę. Jesteśmy na autostradzie, tu nie wolno się zatrzymywać.
Dłuższa chwila ciszy. Przetrawia odpowiedź, szuka opcji.
- JA NIE MOGĘ TAK JECHAĆ. Już mnie plecy bolą. Przecież jak zatrzymasz się na chwileczkę to nic się nie stanie.
- Nie mogę, zrozum.
- TY MNIE W OGÓLE NIE SZANUJESZ. TEJ WAJCHY TU NIE MA. JA JUŻ NIE WYTRZYMAM.
I tak dalej przez 15 minut do pierwszego zjazdu gdzie mogłem się zatrzymać, wysiąść, nakierować jej rękę na WAJCHĘ KTÓREJ NIE MA i odblokować oparcie.
Życie …
3. Dla mnie hit absolutny! Obecne auto mamy od 4 lat, w poprzednim też była klimatyzacja z wyświetlaczem ustawionej temperatury…
Pewnego gorącego dnia jeździłem w kilka miejsc i w międzyczasie ustabilizowałem sobie klimatyzację na optymalnym dla mnie poziomie 21°C. Dosiadła się moja Pani i ruszyliśmy w dalszą 2 godzinną trasę.
Moja Pani mówi, że jej jest bardzo gorąco i czy mogę obniżyć temperaturę? Jeśli to zrobię to wiem, że dla mnie będzie zbyt chłodno, więc włączam jej strefę i przekazuję, żeby sobie indywidualnie dopasowała. Pokręciła. Niby OK, jedziemy dalej.
Po kilku minutach Pani narzeka, że w poprzednim aucie klimatyzacja działała o wiele lepiej, a tu tak bardzo niefajnie, słabiutko, ona w ogóle nie czuje chłodzenia. Ma odrobinkę racji, ale bez przesady. Ja nie narzekam, a już 4 rok a jeżdżę nim codziennie do pracy.
Podpowiadam: podkręć sobie mocniej, w końcu trafisz na odpowiednią dla siebie temperaturę. Wiem, że przy maksymalnym obniżeniu chłodzi bardzo mocno, nie do wytrzymania na dłuższą metę, a tej ciągle mało.
Podkręca, jedziemy, narzeka co chwilę. „Nic nie chłodzi, jest mi coraz bardziej gorąco, tamte auto było lepsze, nie wiem po co je sprzedawałeś…” Myślę sobie: coś jest nie tak. Zaglądam na wskazania strefy mojej lubej, a tam 26°C.
- Kotek, a dlaczego podnosisz sobie temperaturę skoro chcesz się schłodzić?
- Nie podnoszę temperatury, tylko zwiększam moc klimatyzacji.
- Przecież masz przed oczami wyświetlacz z nastawioną temperaturą i widać wyraźnie czego to dotyczy. Stopni Celcjusza.
- SKORO JEST WŁĄCZONA KLIMATYZACJA I CHCĘ ŻEBY DZIAŁAŁA MOCNIEJ TO ZWIĘKSZAM JEJ MOC – przecież to logiczne.
- Kotek – Nad pokrętłem masz 2 kolorowe strzałki: czerwoną w prawo i niebieską w lewo. Dlaczego kręcisz w stronę czerwonej strzałki oczekując ochłody?
Zawiesiła się.
- Jeśli w kranie z mieszalnikiem chcesz mieć bardziej zimną wodę to kręcisz w prawo czy w lewo?
- A BO TO TWOJA WINA, ŻE MI NIE WYTŁUMACZYŁEŚ JAK DZIAŁA KLIMATYZACJA W TYM AUCIE …
Po 4 latach wspólnych jazdy tym autem, po 6 latach wspólnych jazd w ogóle.
Oniemiałem na maksa. Zbieram szczękę do tej pory.
Ocena:
63
(109)
Kolega miał psa. Dog niemiecki - wielkie bydlę, ponad 60 kg wagi i łeb jak u konia. Groszek mu było (dogu, nie koledze).
Groszek był bardzo ciekawskim i przyjaznym psem. Niestety ze względu na gabaryty zwierza nie każdy odwzajemniał jego przyjaźń w porę i salwował się ucieczką. Kto nie zdążył bywał oblizany, obśliniony i obwąchany wielkim jak kubek nosem. Czasem groszek szczeknął z radości po poznaniu nowej osoby i ta aż odruchowo przysiadała z wrażenia.
Groszek miał dla siebie całe tylne siedzenie w samochodzie i obowiązkowo otwarte oba okna. Lubił czuć wiatr we włosach ;-).
Pewnego razu, latem, w centrum miejscowości nadmorskiej, kolega zatrzymał się autem na światłach. Pies wystawił łeb przez okno i rozglądał się ciekawsko po okolicznych łąkach. Z drugiej strony zatrzymało się kilku małolatów na motorach i z minami poskramiaczy szos robili sobie przygazówki. Kolega popatrzył na jednego i popukał się palcem w czoło, tamten zamierzał się zbulwersować. Nie zdążył. Tuż obok jego głowy z okna wysunął się koński łeb Groszka, który szczeknął z radości.
Gościa z wrażenia położyło na bok z motorem i rozpoczął kilkuelementowe domino dwukołowców.
Światło się zmieniło, kolega pojechał, a tamci zostali z rozdziawionymi gębami. Groszek nieustannie wymachiwał ogonem - od tylnej szyby do przedniej niemalże...
Groszek był bardzo ciekawskim i przyjaznym psem. Niestety ze względu na gabaryty zwierza nie każdy odwzajemniał jego przyjaźń w porę i salwował się ucieczką. Kto nie zdążył bywał oblizany, obśliniony i obwąchany wielkim jak kubek nosem. Czasem groszek szczeknął z radości po poznaniu nowej osoby i ta aż odruchowo przysiadała z wrażenia.
Groszek miał dla siebie całe tylne siedzenie w samochodzie i obowiązkowo otwarte oba okna. Lubił czuć wiatr we włosach ;-).
Pewnego razu, latem, w centrum miejscowości nadmorskiej, kolega zatrzymał się autem na światłach. Pies wystawił łeb przez okno i rozglądał się ciekawsko po okolicznych łąkach. Z drugiej strony zatrzymało się kilku małolatów na motorach i z minami poskramiaczy szos robili sobie przygazówki. Kolega popatrzył na jednego i popukał się palcem w czoło, tamten zamierzał się zbulwersować. Nie zdążył. Tuż obok jego głowy z okna wysunął się koński łeb Groszka, który szczeknął z radości.
Gościa z wrażenia położyło na bok z motorem i rozpoczął kilkuelementowe domino dwukołowców.
Światło się zmieniło, kolega pojechał, a tamci zostali z rozdziawionymi gębami. Groszek nieustannie wymachiwał ogonem - od tylnej szyby do przedniej niemalże...
pies
Ocena:
154
(196)
Posypało śnieżkiem. W sobotę, lekko w niedzielę. Służby miały szansę nie dać się zaskoczyć i ogarnąć to do poniedziałku. Kierowcy również. Wczoraj nie wiedziałem czy się śmiać, czy płakać.
1. Rano zmierzam do pracy drogą krajową. Wyjeżdżone szerokie koleiny czarnego, suchego asfaltu - i to tyle. Wystarczy tylko na trzymanie się swojego pasa ruchu 90 km/h. Nic więcej. Wyprzedzanie jest mega niebezpieczne bo na środku drogi jest szeroki łan ubitego śniegu. Byli odważni, którzy go przekraczali na dużej prędkości. Ja nie czułem takiej potrzeby.
2. Po pracy zachodzę do dużego marketu. Po zakupach mam pytanie o pewien asortyment. Na sali sprzedaży nikoguśko z obsługi. Idę do kas - jedna czynna. Ludzie tupią. Pani uświadamia gawiedź, że woła o wsparcie do drugiej kasy, ale nikt nie przychodzi. Wychodzę.
Przed sklepem trzy panie z obsługi marketu:
- jedna skuwa ubity na chodniku śnieg plastikową szuflą
- druga posypuje okolice solą
- trzecia wachluje szczotką brukową.
O godzinie 16.00. W szczycie zakupów, 2 dni po opadach śniegu, 9 godzin po otwarciu sklepu. Ręce opadają...
3. Wracam do domu tą samą drogą. Warunki dokładnie te same co rano. Wlokę się w długim korku 65 km/h nie wiem dlaczego, bo nie widzę początku, a nie ma jak wyprzedzać. W połowie drogi dziwnym zbiegiem okoliczności znalazłem się na 2 miejscu peletonu. Przede mną jakiś focusik na tablicach z obcego województwa. Nie widzę istotnego powodu dlaczego tak się wlecze. Może ma letnie opony? Nie wiem.
Na ograniczeniu do 70 km/h on tez oczywiście jeszcze zwalnia, choć już nie bardzo ma z czego. Do 35 km/h. Koniec ograniczenia prędkości, ale kierowca chyba przeoczył ten znak, bo utrzymuje 35 km/h. Kierownicę już pogryzłem, zaraz przyjdzie kolej na lusterko. Wyprzedzam w pierwszym dostępnym miejscu. Rzut oka na kierowcę - młoda blondi, zakutana w szeroki szal, zagadana z psiapsiółką obok i z zaparowaną przednią szybą. Wszystko jasne.
Dostosowała prędkość do panujących warunków jazdy. We mgle lepiej nie przesadzać z brawurą.
1. Rano zmierzam do pracy drogą krajową. Wyjeżdżone szerokie koleiny czarnego, suchego asfaltu - i to tyle. Wystarczy tylko na trzymanie się swojego pasa ruchu 90 km/h. Nic więcej. Wyprzedzanie jest mega niebezpieczne bo na środku drogi jest szeroki łan ubitego śniegu. Byli odważni, którzy go przekraczali na dużej prędkości. Ja nie czułem takiej potrzeby.
2. Po pracy zachodzę do dużego marketu. Po zakupach mam pytanie o pewien asortyment. Na sali sprzedaży nikoguśko z obsługi. Idę do kas - jedna czynna. Ludzie tupią. Pani uświadamia gawiedź, że woła o wsparcie do drugiej kasy, ale nikt nie przychodzi. Wychodzę.
Przed sklepem trzy panie z obsługi marketu:
- jedna skuwa ubity na chodniku śnieg plastikową szuflą
- druga posypuje okolice solą
- trzecia wachluje szczotką brukową.
O godzinie 16.00. W szczycie zakupów, 2 dni po opadach śniegu, 9 godzin po otwarciu sklepu. Ręce opadają...
3. Wracam do domu tą samą drogą. Warunki dokładnie te same co rano. Wlokę się w długim korku 65 km/h nie wiem dlaczego, bo nie widzę początku, a nie ma jak wyprzedzać. W połowie drogi dziwnym zbiegiem okoliczności znalazłem się na 2 miejscu peletonu. Przede mną jakiś focusik na tablicach z obcego województwa. Nie widzę istotnego powodu dlaczego tak się wlecze. Może ma letnie opony? Nie wiem.
Na ograniczeniu do 70 km/h on tez oczywiście jeszcze zwalnia, choć już nie bardzo ma z czego. Do 35 km/h. Koniec ograniczenia prędkości, ale kierowca chyba przeoczył ten znak, bo utrzymuje 35 km/h. Kierownicę już pogryzłem, zaraz przyjdzie kolej na lusterko. Wyprzedzam w pierwszym dostępnym miejscu. Rzut oka na kierowcę - młoda blondi, zakutana w szeroki szal, zagadana z psiapsiółką obok i z zaparowaną przednią szybą. Wszystko jasne.
Dostosowała prędkość do panujących warunków jazdy. We mgle lepiej nie przesadzać z brawurą.
Ocena:
102
(114)
Ostatnio robiłem badania okresowe i spotkała mnie ciekawa, pazerna piekielność.
Koleżanka w HR podpowiedziała żebym wykonał badania w ABC-med (nazwa zmieniona) – mamy z tą kliniką podpisaną umowę na obsługę. Udałem się tam. Duży, stary budynek z dużą wyraźną tablicą ABC-med. Wchodzę. W okienku rejestracyjnym pytam gdzie mam się udać?
- Proszę na trzecie piętro.
Idę. Znalazłem się w połowie długości korytarza. Żadnych tablic, opisów, wskazówek. Po lewej kolejka około 10 pacjentów stoi przed gabinetem. Po prawej 5 pacjentów siedzi przed innym gabinetem. Idę tam gdzie mniej ludzi i pytam w okienku czy dobrze trafiłem na badania okresowe z mojej firmy „Wujek Czesiek & Company”.
Pani ucieszona mówi, że dobrze i prosi o skierowanie od pracodawcy.
Wypisuje dla mnie skierowania i od razu mówi co, gdzie i kiedy załatwić. Idzie gładko.
Skierowania na psycho testy dla kierowców mi nie wystawi, bo nie mają podpisanej umowy, ale mogę to zorganizować sam na trzy sposoby: w konkurencyjnym centrum medycznym DEF-med 200 metrów dalej za 250 pln, w szkole nauki jazdy za 150 pln lub w pobliskim większym mieście nie wiadomo za ile. Terminy mam sobie ustalić sam telefonicznie.
Pierwsza czerwona lampka mi się zapala.
Mówię:
- Z tego co się orientuję to pani rozlicza się z moją firmą za badania, a dla mnie obsługa jest bezgotówkowa.
- No tak, ale wie pan, taka sytuacja. Ale nie ma problemu – pan przyniesie fakturę do mnie, a przecież pana firma i tak pokryje te koszty.
Druga czerwona lampka, ale może czegoś nie wiem, coś się zmieniło w ustaleniach, może chwilowa awaria systemu.
Dzwonię do DEF-med żeby się umówić na badania psychotechniczne. Pani mocno zdziwiona trzy razy mnie pytała kto mnie do nich skierował, a i tak nie uwierzyła.
Trzecia czerwona lampka.
W końcu zrobiłem te psycho testy w szkole nauki jazdy, wracam z wszystkimi wynikami na wizytę u lekarza. Tu poszło bardzo miło i przyjemnie.
Po wizycie czas na odbiór wyniku badań okresowych.
Pani mówi: 300 PLN, w gotówce.
Wielka czerwona lampa, ale już chyba dużo za późno. Po dyskusji zapłaciłem. Pani pytała jeszcze o dane firmy do faktury – co mnie dodatkowo już bardzo zdziwiło. Mają umowę, a pyta o dane?
- A bo wie pan – taki ruch i gdzieś mi się zawieruszyło.
Dostałem potwierdzenie badań, fakturę i do widzenia.
Przekazałem dokumenty do HR i pytam kiedy mogę liczyć na zwrot płatności?
- Jakich płatności? Przecież my rozliczamy się z ABC-med bezpośrednio.
- A ode mnie zażyczyła sobie płatność gotówką i wystawiła fakturę.
Sprawdzamy dane. Jak byk wypisany wystawca XYZ-med, a nie ABC-med.
- To gdzie ty byłeś na badaniach? Miałeś iść do ABC-med.
- Byłem. Tablica informacyjna była właściwa. Pani z recepcji mnie pokierowała na trzecie piętro. I tam zrobiłem badania.
- No. W gabinecie po lewej stronie?
- Nie. Po prawej. Tam już żadnych opisów nie było.
I tu był pies pogrzebany. Sprytna pani otwarła swoją firmę „medycyna pracy XYZ-med” w placówce innej przychodni nie nagłaśniając różnicy. ABC miał gabinet z lewej, XYZ z prawej, czyli łapała nie swoich pacjentów nie informując ich o tym na początku, a potem już było lekko za późno. U mnie skończyło się na zamieszaniu w firmie, ale inni mogli mieć grubszą aferę o zwrot pieniędzy.
Koleżanka w HR podpowiedziała żebym wykonał badania w ABC-med (nazwa zmieniona) – mamy z tą kliniką podpisaną umowę na obsługę. Udałem się tam. Duży, stary budynek z dużą wyraźną tablicą ABC-med. Wchodzę. W okienku rejestracyjnym pytam gdzie mam się udać?
- Proszę na trzecie piętro.
Idę. Znalazłem się w połowie długości korytarza. Żadnych tablic, opisów, wskazówek. Po lewej kolejka około 10 pacjentów stoi przed gabinetem. Po prawej 5 pacjentów siedzi przed innym gabinetem. Idę tam gdzie mniej ludzi i pytam w okienku czy dobrze trafiłem na badania okresowe z mojej firmy „Wujek Czesiek & Company”.
Pani ucieszona mówi, że dobrze i prosi o skierowanie od pracodawcy.
Wypisuje dla mnie skierowania i od razu mówi co, gdzie i kiedy załatwić. Idzie gładko.
Skierowania na psycho testy dla kierowców mi nie wystawi, bo nie mają podpisanej umowy, ale mogę to zorganizować sam na trzy sposoby: w konkurencyjnym centrum medycznym DEF-med 200 metrów dalej za 250 pln, w szkole nauki jazdy za 150 pln lub w pobliskim większym mieście nie wiadomo za ile. Terminy mam sobie ustalić sam telefonicznie.
Pierwsza czerwona lampka mi się zapala.
Mówię:
- Z tego co się orientuję to pani rozlicza się z moją firmą za badania, a dla mnie obsługa jest bezgotówkowa.
- No tak, ale wie pan, taka sytuacja. Ale nie ma problemu – pan przyniesie fakturę do mnie, a przecież pana firma i tak pokryje te koszty.
Druga czerwona lampka, ale może czegoś nie wiem, coś się zmieniło w ustaleniach, może chwilowa awaria systemu.
Dzwonię do DEF-med żeby się umówić na badania psychotechniczne. Pani mocno zdziwiona trzy razy mnie pytała kto mnie do nich skierował, a i tak nie uwierzyła.
Trzecia czerwona lampka.
W końcu zrobiłem te psycho testy w szkole nauki jazdy, wracam z wszystkimi wynikami na wizytę u lekarza. Tu poszło bardzo miło i przyjemnie.
Po wizycie czas na odbiór wyniku badań okresowych.
Pani mówi: 300 PLN, w gotówce.
Wielka czerwona lampa, ale już chyba dużo za późno. Po dyskusji zapłaciłem. Pani pytała jeszcze o dane firmy do faktury – co mnie dodatkowo już bardzo zdziwiło. Mają umowę, a pyta o dane?
- A bo wie pan – taki ruch i gdzieś mi się zawieruszyło.
Dostałem potwierdzenie badań, fakturę i do widzenia.
Przekazałem dokumenty do HR i pytam kiedy mogę liczyć na zwrot płatności?
- Jakich płatności? Przecież my rozliczamy się z ABC-med bezpośrednio.
- A ode mnie zażyczyła sobie płatność gotówką i wystawiła fakturę.
Sprawdzamy dane. Jak byk wypisany wystawca XYZ-med, a nie ABC-med.
- To gdzie ty byłeś na badaniach? Miałeś iść do ABC-med.
- Byłem. Tablica informacyjna była właściwa. Pani z recepcji mnie pokierowała na trzecie piętro. I tam zrobiłem badania.
- No. W gabinecie po lewej stronie?
- Nie. Po prawej. Tam już żadnych opisów nie było.
I tu był pies pogrzebany. Sprytna pani otwarła swoją firmę „medycyna pracy XYZ-med” w placówce innej przychodni nie nagłaśniając różnicy. ABC miał gabinet z lewej, XYZ z prawej, czyli łapała nie swoich pacjentów nie informując ich o tym na początku, a potem już było lekko za późno. U mnie skończyło się na zamieszaniu w firmie, ale inni mogli mieć grubszą aferę o zwrot pieniędzy.
badania okresowe
Ocena:
131
(133)
« poprzednia 1 2 3 4 5 następna »