Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation
Profil użytkownika

kerownik

Zamieszcza historie od: 12 listopada 2014 - 21:34
Ostatnio: 1 maja 2021 - 21:10
  • Historii na głównej: 14 z 24
  • Punktów za historie: 8443
  • Komentarzy: 158
  • Punktów za komentarze: 1208
 

#87975

(PW) ·
| Do ulubionych
Nawiązanie do historii #87969 czyli "Kierownik, teściowa i laptok" ciąg dalszy epizod 3 ;-).

Dalsza ciotunia małżowinki poprosiła o dosłanie świeżych zdjęć rodzinnych mailem. Tę odpowiedzialną misję mi powierzono. Zrobiłem z fotografii zgrabny katalog z opisami, datami komentarzami, stroną tytułową i inne takie fanaberie, aż mi się to zaczęło podobać. Standardowo umieściłem go w chmurze, link wklejony do maila i... palec zawisł nad komendą "wyślij".

Myślę sobie - warto załączyć jeszcze szersze grono rodzinne jako adresatów, niech mają, a ja chwalon będę po wsze czasy.
I poszło wklepywanie adresów: druga ciotka, wujek Kazek, siostra wujka, kuzyn Edek, wujek szwagra... i teściowa.
Wysłane. Zacieram rączki i czekam na spływające gratulacje, "aby przynależną cnotliwym chwałą i powszechną miłością okryty chodził".

Przeczucie mnie nie zawiodło, było wiele ciepłych telefonów z podziękowaniami i ciekawych wspominek, aż do SMSa od mamuni o treści w wolnym tłumaczeniu: "Ty głąbie tępawy! Do ciotki Elizy miałeś to wysłać, a nie do mnie!".

Skomentuj (13) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 155 (173)

#87969

(PW) ·
| Do ulubionych
Teściowa chciała kupić laptoka (pisownia oryginalna z wymowy onej).
Ja - nauczony doświadczeniem, że jak zacznę jej w tym pomagać to końca nie będzie widać - nie oponuję bezpośrednio. Zadaję tylko niewinne pytanka:
- Po co?
- Bo chcę, bo sąsiadka ma i zadowolona.
- A w czym tkwi różnica pomiędzy nowym laptokiem, a sprawnym komputerem, który mamunia posiada?
- A bo będzie mogła używać wszędzie, a nie tylko przy biurku.
- A po co wszędzie skoro i tak używa go tylko od wielkiego dzwonu?
- A bo tak!
Logika poległa, odparłem, że się na tym nie znam, zarobiony jestem - niech pyta wnuka, mojego 17 letniego syna.

Synek również przerabiał takie sytuacje z kochaną babcią i wykpił się przygotowaniem do egzaminów.

Na to przyjechał szwagier. Kochane chłopisko, które bardzo dobrze zna się na sprzęcie komputerowym. Nie zdążyłem go uprzedzić i nieostrożnie zgodził się jechać do marketu z teściową w charakterze doradcy.

Wrócili po godzinie. Teściowa rozpromieniona, a szwagier taki trochę zniesmaczony. Zapytałem go o przebieg akcji. Otóż po wejściu do sklepu błyskawicznie nawinął się doradca handlowy i wbrew zdecydowanej opinii szwagra wcisnął teściowej drogie byle co. Tak wyglądała jego fachowa pomoc - zbagatelizowany na całego.
Co nie zmienia faktu, że w mniemaniu teściowej skoro "kupiliśmy" to teraz drogi zięciu podłącz mi tu wszystko i pokaż jak to obsługiwać.
Ciężko było. Oj, bardzo opornie szło to tłumaczenie. Ze dwie godziny z hakiem.

W końcu szwagier się zawinął do domu. Wieczorem teściowa odpala laptoka i coś jej nie gra. Przychodzi do mnie po pomoc. Ja z milutkim uśmiechem przypominam swoje słowa z dzisiejszego poranka: mówiłem przecież mamusi, że na laptokach to ja się w ogóle nie wyznaję. A na systemie Win 10 to już w szczególności. To taka nowość jest i taka droga, że mnie na to nie stać. Sorry, nie znam się, zarobiony jestem...

Skomentuj (34) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 150 (184)
poczekalnia

#87970

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Nawiązanie do historii #87969 czyli "Kerownik, teściowa i laptok" ciąg dalszy.

Dziękuję za ciekawe komentarze. Wiele osób zrozumiało jak działa taka roszczeniowa osoba, która zamiast się czegoś solidnie nauczyć woli nadużywać notorycznie pomocy najbliższego otoczenia, aż do zmęczenia materiału i powiedzenia głośno i wyraźnie: DOSYĆ! I ten etap mam już właśnie za sobą. A poniżej kilka historyjek, które również miały na to wpływ.

1. Po założeniu światłowodów Idea na osiedlu chodzili przedstawiciele w celu przepisywania do nich umów z TPSA. Było kilka opcji do wyboru. Ja wyliczyłem sobie, że dla potrzeb naszej rodziny wystarczy 10 Mb/s na 2-3 komputery i nie żałuję tego. Nie jest to potęga, ale filmy i gry on-line u dzieciaków chodziły jak należy, a opłata była niska. Po kilku dniach gościliśmy u teściowej kiedy przypadkiem odwiedził ją przedstawiciel. Przy wspólnym stole przedstawił swoje oferty i pyta o wybór opcji. Mamunia wypala: 100 Mb/s plus telefon plus TV.
Pytam się grzecznie po co jej telefon i te 100 mega? Do czego niby je użyje? Do odczytania i napisania dwóch maili co drugi dzień? Do pasjansa off-line? Gier nie uprawia, filmów nie ogląda, w Skype nie potrafi, nie ściąga torrentów... Do czego, bo nie ogarniam?
Moje pytania odleciały w próżnię jaką zlokalizowałem w głębi jej oczu i nie doczekały się odpowiedzi. Do dziś płaci około 120 pln wykorzystując internet może w 5%, ale piszczy, że nie ma pieniędzy...

2. - Kerownik, Eureka! Kupiłam se (!) książkę "Komputer i internet dla seniorów" i tam jest wszystko tak ładnie i prosto opisane, że teraz już nie będę potrzebować Twojej pomocy. Łaski bez! (W domyśle - pałuj się kmiocie, już cię nie potrzebuję, sama se będę mądra).
Myślę sobie - pięknie... byłoby. Odpocząłbym od tłumaczenia oczywistych rzeczy i że komunikat "baza wirusów została zaktualizowana" nie jest podstawą do paniki i nieprzespanej nocy, ale jestem realistą. Daję jej tydzień, max dwa...
... jakieś 10 dni później:
- Kerownik, a bo mi się tu wyświetla i ja nie wiem co...
- A co jest napisane w mądrej książce na ten temat?
- No nie wiem, nie przeczytałam...

3. Mamunia pasjami grała w pasjansa. Taki duży, rozbudowany, skomplikowany. Codziennie po 2-3 godziny ciurkiem, może i więcej - nie zwracałem na to większej uwagi. Przynajmniej spokój był. Jednak któregoś razu coś mnie zastanowiło - jak ona to robi, że każdą partię wygrywa? Fenomen na światową skalę! Może ją jeszcze nauczę grać w szachy, albo w pokera i wystawię do turnieju obstawiając grubo bukmachera?
Przy kolejnej pomocy przy komputerze zajrzałem do ustawień jej pasjansa, a tam zaznaczona opcja "użyj tylko jednego koloru". Oj, nieładnie, żeby tak przyszły mistrz świata w pasjansie sportowym obniżał loty! Przełącznik na "użyj wszystkich kolorów" - cyk!
Patrzę dalej - poziom "nowicjusz". Cyk - i jest "ekspert".
Wyłączyłem, poszedłem do domu. Usiadłem sobie w fotelu bujanym na trawniku, zimne piwko w ręku i - nie wiedzieć czemu - błogi uśmieszek w kącikach ust dopełniał kontemplacji wieczora...

Skomentuj (25) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 74 (118)

#86015

(PW) ·
| Do ulubionych
Kolejny kierowca BMW emituje wokół zasady przypisane do tej marki samochodów. Muszę sobie kiedyś sprawić to autko, żeby zobaczyć co zmusza człowieka do tak jednoznacznej transformacji ;-)

Jadę sobie z córką. Wjeżdżam z głównej drogi w osiedlową uliczkę szerokości 1,5 samochodu, czyli przy mijaniu jeden musi zjechać na pobocze - haniebnie rozbite z dziurami wypełnionymi deszczówką. Po drugiej stronie jest wysoki krawężnik uniemożliwiający jakikolwiek manewr.
Nagle widzę bardzo szybko zbliżające się światła z przeciwka. Płynnie zwalniam w celu wjechania na pobocze z minimalną prędkością. Widocznie trwało to o dwie sekundy za długo ponieważ widzę kilkukrotny błysk długich świateł. Domyślam się ich znaczenia. Wtedy też zauważam znaczek pojazdu na przedniej klapie.
Mówię na głos: - Jeszcze kurna zatrąb, pajacu.
Kierowiec w BMW chyba mnie usłyszał, bo natychmiast spełnia życzenie.
Oboje z córką wybuchamy śmiechem. Jesteśmy już na poboczu i zaglądamy co się dzieje obok. Drajwer mijając nas pruje się na maxa i macha rękami. Istny kabaret.

W duchu podziękowałem gościowi, że poprawił mi humor na dobre pół dnia ;-)

Skomentuj (11) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 123 (127)
zarchiwizowany

#85707

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Miałem w podstawówce nauczycielkę muzyki – strasznie wredną małpę. Zgryźliwa, czepialska i kłótliwa. Wszystkim uczniom zaszła za skórę przez długie lata, ale była nie do ruszenia – żona dyrektora tej samej placówki. Potrafiła na lekcji z nerwów przyłożyć cymbałkami w łeb jak ktoś podpadł. Nie było na nią silnych. Pozostawało tylko wyczekać do końca szkoły i zapomnieć o traumie.

Po kilku latach jak już miałem prawo jazdy jechałem sobie tatowym maluszkiem przez miasto. Było bardzo upalne lato, wszystko nagrzane do granic możliwości. Pomagał tylko lekki przeciąg przy otwartych szybach.

Dojechałem do skrzyżowania gdzie było trochę pod górkę, a dojazd blokował maluszek stojący na moim pasie tuż przed wjazdem. Wyglądało na to, że zgasł, a kierowca co jakiś czas uruchamiał rozrusznik. Bez efektu. I wtedy zwróciłem uwagę na kierowcę – to była ta wredna małpa z podstawówki! Momentalnie przypomniały mi się wszystkie krzywdy i traumy przez nią spowodowane. Bez namysłu uruchomiłem klakson. Na maxa! Długo i namiętnie. Zauważyłem oczekiwaną reakcję: dodatkowe zdenerwowanie u małpiszona, grubsze strugi potu na czole, częstsze i coraz bardziej desperackie szarpanie rozrusznikiem. Dobrze! Dołożyłem mruganie długimi światłami i wymachiwanie ręką przez okno. To chyba ją ugotowało do reszty. Zaciągnęła ręczny hamulec, wysiadła, trzasnęła fest drzwiami i … poszła gdzieś szybkim krokiem. Chyba wyczerpały jej się możliwości, a w pobliżu nie znalazła ofiary, na której mogłaby bezkarnie odreagować.

Za każdym razem jak sobie to przypomnę to mi się sama micha cieszy. Jest sprawiedliwość na tym świecie ;-).

Szkoła

Skomentuj (2) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 4 (38)

#82997

(PW) ·
| Do ulubionych
Od kilkunastu lat posiadam niedużego psa (poniżej kolana). W związku z tym doedukowałem się w zakresie behawioryzmu, żeby nam się lepiej żyło. Dzięki temu potrafię odczytać nastrój i zamiary również obcych psów i wiem, jak powinienem w danej sytuacji postąpić. Myślę, że dzięki temu uratowałem raz mojego pupila przed poważnym wypadkiem.

Parę lat temu wprowadziła się nowa sąsiadka z dużym psem rasy chart afgański. Uprzedzając fakty, nadmienię, że dziewczę było maści blond, inteligencji tudzież, a psa wychowywała metodą bezstresową (?). Tego wszystkiego dowiedziałem się dopiero później. Początkowo sprawiała wrażenie księżnej pani, a „dzień dobry” nie przechodziło jej przez gardło.

Siłą rzeczy czasami spotykaliśmy się na psim wybiegu (pole przy osiedlu), ale raczej z dużej odległości. Pewnego dnia mój pieseł już hasał po polu, kiedy od strony osiedla pojawił się samotny afgan w samej obroży. Zauważyłem u niego ochotę do polowania: aktywnie węszył jakiś trop, całe ciało napięte, maksymalnie skupiony na swoim zadaniu. Stopniowo zajął pozycję pomiędzy mną, a moim psem oddalonym o jakieś 30 metrów i zaczął go zaganiać do zakrzaczonego narożnika. Pieseł zorientował się w sytuacji i próbował wymanewrować przeciwnika, ale trudno jest na krótkich łapkach wyminąć dużego biegacza. Zorientowałem się, że może być spięcie. Ruszyłem szybkim krokiem w kierunku zwierzaków, a do paniusi krzyknąłem, żeby odwołała swego kudłacza. Nietrudno się domyślić, jak reaguje bezstresowo wychowany pies na komendę: nie reaguje.

Widząc, że muszę sam opanować sytuację, przyspieszyłem kroku. Afgan był całkowicie skupiony na uchwyceniu mojego psa i wreszcie dopiął swego. Rozpoczęła się walka, mój odgryzał się dzielnie. Byłem już kilka kroków od nich i w pierwszym odruchu miałem zamiar zasunąć bydlakowi potężnego kopa, ale w sandałach to ja bym pewnie mocniej odczuł. Wobec tego złapałem futrzaka oburącz za szyję, ścisnąłem i wykonałem nim rzut na ziemię. Nie zwalniając uchwytu przydusiłem żebra do ziemi kolanami.

Kwiknął, sapnął, próbował się odgryźć, ale nie miał za co mnie złapać, a uchwytu nie puszczałem. Po długiej chwili szamotania zorientował się, że został zdominowany i odpuścił. A może już tchu mu brakło?

Na to nadbiegła paniusia w szpileczkach i krzyczy z paniką w oczach:
- Co pan robi?! Proszę go puścić! Udusi mi pan psa!
- To niech pani nad nim zapanuje.
- On już będzie grzeczny. Już będzie się słuchał.
- Nie mam takiej pewności, a nie chcę być pogryziony. Nie puszczę, dopóki go pani nie zapnie na smycz i przytrzyma krótko.
- Ale to pana pies jest agresywny, a nie mój!
- Tak? Serio?

I tu spojrzałem na mojego pchlarza, wskazując go głową paniusi. Stał sobie spokojnie kilka metrów od nas i, dysząc, czekał na mnie cierpliwie. Tu już sąsiadce zabrakło argumentów, zapięła smycz i poszliśmy każdy w swoją stronę.

Mojemu psisku nic się nie stało. Zauważyłem, że po tej przygodzie nabrał większego zaufania do mnie. Przez chwilę rozważałem zgłoszenie zdarzenia do odpowiednich służb, ale doszedłem do wniosku, że oboje dostali solidną nauczkę na przyszłość.

Afgan od tamtej pory omijał nas bardzo szerokim łukiem, a sąsiadka sama z siebie pierwsza zaczęła mi mówić „dzień dobry”.

Skomentuj (23) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 145 (173)
zarchiwizowany

#82794

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Żarty o logice blondynek to nie żarty - to czysta prawda.

Miałem na zbyciu odkurzacz. Wystawiłem niedrogo na znanym portalu. W opisie 3-zdaniowym zawarłem m.in treść:
"Dodatkowo 1,5 opakowania worków. Filtr do wymiany."
Stan i obecność worków potwierdziłem załączając ich fotografię. Wkleiłem również link do strony producenta gdzie zawarte są wszystkie szczegóły techniczne i cennik części zamiennych.

Już po kilku minutach pojawiło się pierwsze pytanie od kobiety:
- Aktualne? Jestem zainteresowana. On jest bezworkowy?
Hmm. Oniemiałem, ręce mi opadły, ale chcę się go pozbyć, więc odpowiadam delikatnie:
- Aktualne. Workowy - co widać na zdjęciu i w opisie.
Jedną szarą komórkę rozmówczyni zaspokoiłem, ale okazało się, że posiada ona bliźniaka:
- Ten filtr, którego brakuje, drogi jest?
Tu już nie chciałem przekroczyć granicy mądrowania się i dostosowałem poziom odpowiedzi do szanownej klientki:
- Nie mam bladego pojęcia.

Skąd wiem, że to blondi? Towar odebrał jej mąż - mój znajomy z pracy.

Skomentuj (2) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: -6 (32)

#69548

(PW) ·
| Do ulubionych
Poprzednio zaprezentowałem jak Dziadek kończył karierę w firmie. Czas na pokazanie jak zaczynał.

W obrębie jego pola zainteresowań znalazł się nasz „dział małego transportu” czyli auta osobowe i ciężarowe do 3,5 t. Dotychczas wyglądało to tak, ze klucze od pojazdów wisiały w szafce recepcji u pani Eli, a dowody rejestracyjne u niej w szufladzie biurka. Zainteresowany wyjazdem pobierał jedno i drugie, a pani Ela z grubsza to odnotowywała w swoim małym zeszyciku. Przy zwrocie kolejność była odwrotna.

Dziadek odkrył, że tu się kryje przeolbrzymi potencjał do naszych szubrawych „lewych” kursów i „krojenia” paliwa na potęgę. Owszem, zdarzały się jakieś prywatne transporty mebli, czy wyjazd w innej pilnej potrzebie, ale zawsze z umiarem i po akceptacji prezesa. Polegaliśmy na swoim wzajemnym zaufaniu i naprawdę funkcjonowało to przy dwustronnej korzyści.

Dziadek mianował się samowładnie Kierownikiem Działu Transportu i zakomunikował wszem i wobec, że „on ten burdel ogarnie raz-dwa, a my zaczniemy u niego chodzić jak zegarki”. Jakoś nas tym nie przeraził, a nasza solidarna przekora grupowa odpowiedziała mu w myślach: "nie strasz, nie strasz, bo się... "zarymuje".

Z pierwszym dniem panowania nowego suwerena zostały wprowadzone precyzyjne karty drogowe, które „będą drobiazgowo rozliczane”. Niewiele z tego wynikło, bo jak powszechnie wiadomo – papier jest cierpliwy i każdy wpis przyjmie, a Dziadkowi brakowało argumentów na podważanie naszych uzasadnień.

No to drugie podejście – wszystkie pojazdy muszą być „zlitrażowane”, tzn. powinien zostać określony poziom zużycia paliwa na 100 km. Polegało to na tym, że jeśli ktokolwiek jechał w dłuższą trasę, Dziadek zabierał się z nim. Przed startem wspólnie komisyjnie tankowali auto do pełna spisując licznik. Po przejechaniu 100-120 km (zależnie od kaprysu) powtarzali operację notując wyniki. Kierowca jechał dalej, a Dziadek wracał sobie bez pośpiechu PKS lub PKP.
Tego dnia oczywiście Dział Transportu był nieczynny i ruch w firmie lekko zamierał niezależnie od naszych potrzeb i zobowiązań. Po jakimś miesiącu na raty miał zgromadzone "mocne dane" na kierowców i zaczęło się polowanie na czarownice. W jego rozumieniu oczywiście.

- Panie Kowalski ostatnio przekroczył pan normę zużycia paliwa o 2 litry. Piszę wniosek o obciążenie panu pensji.
- Aha, akurat. Normował mi pan puste auto, a ja wracałem pełnym w dodatku ciągnąc przyczepę. Czy to jest w porządku według pana?
- Aaaa to nie. Daruję tym razem, ale mam na pana oko!

- Panie Wiśniewski. Ostatnio jechałem swoim Fiatem do naszej filii w X i z powrotem i jest dokładnie 250 km, a pan zrobił 252! Jak to możliwe?
- Panie Rudolfie, bo pan swoją osobówką mógł się trzymać osi jezdni, a ja dużym autem wszystkie łuki i zakręty muszę wykręcać po dużym promieniu po zewnętrznej i się uzbierało...
- A no tak, rzeczywiście.

Największą akcję przeżył kolega Andrzej. Jako posiadacz prywatnego diesla nie był podejrzanym u Dziadka – on był praktycznie urodzonym złodziejem paliwa firmowego!

- Panie Andrzeju proszę o uzupełnienie kart drogowych z ostatnich 2 miesięcy, bo ja wykryłem niezgodność na 2000 km i zostanie pan tym obciążony. Termin ostateczny kończy się jutro w południe, bo muszę jeszcze to wszystko dokładnie sprawdzić!

Andrzej to akurat systematycznością nie grzeszył, ale jego uczciwość nie podlegała najmniejszym podejrzeniom. Przejął się zagrożeniem, pozbierał swoje prawie puste karty drogowe i uzbrojony w mapę drogową Polski zamknął się w pokoju na 2 godziny. Rozpisał precyzyjnie dzień po dniu terminy i cele przejazdu z kapelusza, a odległości z mapy do kwoty 2000. Oddał w terminie. Tym razem Dziadek zamknął się w pokoju w celu ujawnienia dowodów samowoli i dobicia jej ostatecznym ciosem.

Wyszedł pół dnia później wymęczony i osowiały.
- I jak tam panie Rudolfie? Wszystko gra?
Odpowiedź była wymuszona i daleka od zachwytu:
- Gra. Nie ma się do czego przyczepić. Nie można tak było od razu?...

Skomentuj (2) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 369 (401)

#69406

(PW) ·
| Do ulubionych
Jak położyć dobrze prosperującą firmę w rozkwicie? Zatrudnić tatę prezesa.

W bardzo dobrym okresie dla rzutkich biznesmenów (lata 90-te) lawinowy przyrost zysków niektórym przewrócił w głowie. Dla przykładu polecam przeczytać historię rozwoju Art-B. Nie inaczej wydarzyło się w mojej ówczesnej firmie.

Po poprzednim dwukrotnym w ciągu dwóch lat powiększaniu siedziby przedsiębiorstwa, szefostwo zakupiło z rozmachem wielką kamienicę do remontu kapitalnego w celu zaspokojenia potrzeb lokalowych na dłuższy czas. Po przeprowadzce zajmowaliśmy może ćwierć budynku. W związku z potrzebą ogarnięcia całej miejscowej infrastruktury, powstało zapotrzebowanie na zatrudnienie nowego człowieka. Pojawił się tata prezesa. Osobistość znana postronnym jako zarozumialec, który już niejedną swoją działalność pogrążył nieprzemyślanymi decyzjami. Niefortunnie – choć w miarę zrozumiale – cieszył się pełnym zaufaniem syna, dzięki czemu otrzymał wolną rękę i wszelkie plenipotencje w celu wykonania remontu budynku.

Blady strach padł na okolicę. „Dziadek” swoimi pierwszymi wyczynami potwierdził tylko, że krocząca przed nim legenda nie była wyssana z palca. Opiszę tylko jeden z kilku większych jego wyczynów.

Etap modernizacji dachu wielkości połowy boiska piłkarskiego rozpoczął się tradycyjnie: rozesłano zapytania do firm oferujących wszystko co jest niezbędne. Na polu oferentów dachówki pozostały trzy firmy: dwie krajowe i jedna zagraniczna. Akurat byłem świadkiem jak „dziadek” uzasadniał prezesowi wybór zagranicznej (ceny przykładowe, nie pamiętam dokładnych):
- Andrzej nasi chcą za dachówkę po 200 złotych, a tamci w przeliczeniu 80, a jakość mają 200% lepszą!
Ok. Zaufanie zrobiło swoje. Oferta zaakceptowana, zamówienie wysłane.

Po kilku tygodniach wylądowały na placu setki palet z dachówkami prima sort. Robota dobrze skoordynowana, więc stopniowo wjeżdżają na dach i na bieżąco trafiają na swoje docelowe miejsce.
Jakoś tak w połowie układania dachu, przyszedł do firmy monit o brak płatności za dostawę na kolosalną kwotę. W dziale księgowości zawrzało jak w ulu. Raz prezes leciał z rozwianym włosem do księgowej, raz ona z podkasaną kiecką do niego. W końcu wezwali „dziadka” do siebie.

- Co to za koszta?
- No właśnie nie wiem. Pewnie cię chcą oszukać. Przecież nasi chcieli po 200 złotych za dachówkę, a ci tylko 80.
- Tak. Tylko nasi za metr kwadratowy, a oni za sztukę!

Skomentuj (15) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 510 (528)

#69326

(PW) ·
| Do ulubionych
Pojawił się nowy elektryk w firmie – Kolec. Został przydzielony do brygady kolegi. Po tygodniu testów w delegacji wrócił z opinią człowieka, którego prześladuje notoryczny pech, czasami promieniujący na współpracowników. Potem trafił pod moje skrzydła na kontynuację okresu próbnego. To, co los z nim wyprawiał w głowie się nie mieści.

Mogę z ręką na sercu potwierdzić, że nieświadomie rozsiewał wokół siebie aurę destrukcji, a jego anioł stróż był najwyższej klasy specjalistą utrzymując go mimo wszystko przy życiu. Nie zdarzył się jeden dzień, żeby wokół Kolca coś nie spadło, pękło, zawaliło się, utopiło w wapnie, błocie czy betonie, a on wychodził z tego bez szwanku, czasem tylko lekko ochlapany. Do tych zdarzeń absolutnie nie przykładał ręki, nie powstawały z jego winy, a jednak miały miejsce w jego obecności.

On natomiast podchodził do tych czasem niebezpiecznych sytuacji z pełną wyrozumiałością. Czasami wygłaszał swoją sentencję:
- No ja z tym żyję tyle czasu i przywykłem, to wy też możecie się nauczyć.
Normalnie jak w filmie „Pechowiec”.
Przekazałem prezesowi, że nawet gdyby nam dołożył egzorcystę do brygady, to i tak moje orły, sokoły nie chcą z Kolcem pracować.

Prezes – złoty człowiek – zaprezentował mu wizję przyszłości w krótkich, żołnierskich słowach:
- Kolec daję ci ostatnią szansę. Nie spier... tego!

Właśnie kończył się remont kapitalny naszej reprezentacyjnej sali konferencyjnej i tam skierował naszego bohatera do pomocy. Brygadzista wtajemniczony w obecność mocy nadprzyrodzonych towarzyszących nowemu pracownikowi, powierzał mu wyłącznie proste czynności porządkowe, upewniając się wcześniej dwa razy czy okolica jest bezpieczna.

Ostatnim etapem prac było umeblowanie sali. Wyglądało to tak, że ekipa zwoziła i ustawiała meble, a Kolec sam zostawał na miejscu doglądając całości, „bo tak będzie najbezpieczniej dla niego i dla sali”. Następnego dnia miało nastąpić uroczyste otwarcie połączone z bankietem, przy udziale miejskich oficjeli, przedstawicieli kurii i zaprzyjaźnionych przedsiębiorców. Nad przystrajaniem sali pieczę trzymała pani prezesowa. Przyniosła trzy kwietniki do powieszenia na ścianę, a z budowlańców zastała na miejscu wyłącznie Kolca. Poprosiła go o ich zamocowanie wykonując ogólnikowy ruch ręką (jeden gdzieś tu, drugi mniej więcej tam, a trzeci na końcu). Kolec uzbroił się w wiertarkę. Stanął przed ścianą długą na 4 metry, wysoką na 3,5 metra i wywiercił pierwszy otwór.

Z otworu chlusnął strumień gorącej wody pod ciśnieniem. Kolec w pierwszym odruchu zatkał go dłonią. Skutkiem tego dłoń doznała lekkiego poparzenia, a sikawka zmieniła kierunek ze środka sali na sufit. Do Kolca dotarło, że to jest tylko półśrodek, w dodatku cokolwiek bolesny. Skojarzył, że łatwiej będzie zamknąć zawór wodny. W poszukiwaniu obiegł sale dookoła wraz z przyległymi pomieszczeniami. Nie ma! Co robić? Portier będzie wiedział! Biegiem do niego. Na szczęście zawór znajdował się na portierni, sytuacja została opanowana.

I teraz wyobraźcie sobie jak wielkie fatum prześladowało tego człowieka.

Na ścianie o powierzchni 140 tysięcy centymetrów kwadratowych trafił bezbłędnie wiertłem o średnicy 10 mm w rurkę miedzianą 15 mm.

Skomentuj (105) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 1052 (1080)