Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation
Profil użytkownika

kerownik

Zamieszcza historie od: 12 listopada 2014 - 21:34
Ostatnio: 14 września 2021 - 14:58
  • Historii na głównej: 16 z 26
  • Punktów za historie: 8726
  • Komentarzy: 161
  • Punktów za komentarze: 1220
 

#88249

(PW) ·
| Do ulubionych
W wojsku, lata 90-te.
Był sobie w pułkowym areszcie szeregowy Cudzik. Taki sobie niespecjalnie postawny, a krnąbrny na wszystko oportunista. I razu pewnego, jak warta wyprowadziła aresztantów na spacer, to Cudzik sobie nawiał. Zdesperowany knypek w trampkach jest szybszy niż kilku wartowników w trepach i z bronią. Nie mieli szans go dogonić, a na strzał w plecy to sobie nie zasłużył.

Po dwóch dniach wrócił w kajdanach i zarządzono apel pułkowy. Postawiono na środku placu 160 centymetrów Cudzika, a po jego bokach dwóch wartowników, którym nawiał. Przy Cudziku wyglądali jak King-Kongi.

Już sam ten widok wprowadził nas w wesoły nastrój.
Dodatkowo pułkownik zagotowany do czerwoności rzucał mięchem ile wlazło:

- Co to za wojsko? To ma być armia? Siły Zbrojne? Kozy wam po łąkach pasać gamonie żałosne! Cudzik im sp%$#dolił, a na komandosa to on nie wygląda.

Szeregi lekko zafalowały powstrzymując śmiech.

Cudzik podniósł głowę i wolnym ruchem obejrzał sobie oba King-Kongi od dołu. Lekko się wychylił w stronę dowódcy i mówi:

- Panie pułkownik. To nie te. Tamte większe byli...

Skomentuj (15) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 178 (210)

#88216

(PW) ·
| Do ulubionych
Mieszkam w bloku. Wymyśliłem sobie remont łazienki. Większość sam ogarnę, ale przyłącza rur c.o. do grzejnika nie chcę ruszać ze względu na korporacyjną politykę mojej spółdzielni mieszkaniowej.

Wpisuję się w wymogi regulaminu i zgłaszam wniosek na piśmie (mailem) - zakres prac z wyraźnym zaznaczeniem, że do c.o. chcę zatrudnić ekipę remontową SM. Dzwoni do mnie kierownik owej szacownej instytucji - nudziarz jakich mało, powtarza po kilka razy zarówno swoje stwierdzenia jak i prawdy oczywiste ogólnie znane. Każdą rozmowę rozwleka jakby ktoś mu za to płacił. Dopytał o kilka szczegółów, pomądrował się w każdym zakresie i podsumował, że to bardzo dobrze, że chcę skorzystać z ich ekipy bo: oni są najlepsi, wiedzą co-gdzie-jak bo są u siebie, jakby co to elastycznie zareagują, w razie wpadki ja nie będę obciążany i tak dalej w kółko Macieju. Skoro wynajmuję ekipę SM to on odeśle akceptację jak najszybciej i od razu załatwi spuszczenie wody z instalacji na przyszły tydzień oraz dogra termin z fachowcami, oni sami do mnie zadzwonią, a do tego czasu nie wolno mi nic ruszyć na własną rękę.

Okej. Byłem z grubsza przygotowany na takie korpowykłady, więc spokojnie czekam.
Przyszło pismo poleconym - akceptacja. O terminie ani słowa, ale pamiętam co mi naćwierkał przez telefon i czekam na kontakt. Tak w okolicach środy dzwonię żeby rozpoznać co w trawie piszczy.
- Paaanie szanowny, ale wodę z instalacji to my już wczoraj dla pana spuściliśmy. Już od wczoraj może pan umawiać się z monterami.
- Ale miałem czekać na telefon od nich. Sam pan zadeklarował załatwienie z nimi tematu.
- A nieeee, najlepiej będzie jak pan sam zadzwoni i się dogadacie.

Dzwonię do szefa monterów. Nikt nie odbiera pół dnia. Dzwonię do montera.

- A tak, ja wszystko wiem, damy radę, wchodzimy w każdej chwili, wszystko mamy gotowe i nie ma problemu. Tylko szef musi się zgodzić albo wydać dyspozycję i działamy. Inaczej nic z tego.
- Ale szef nie odbiera telefonu.
- No, tak. Bo jest na urlopie.
- To jak niby mam to przeskoczyć?
- Nooo, nie da się.
- A kiedy wraca?
- W środę.
- Czyli w pracy będzie w czwartek?
- No tak.
"Jestem oazą spokoju, taflą jeziora, nic mego spokoju nie jest w stanie zakłócić..."
- To teraz niech pan się dobrze zastanowi zanim coś mi dalej odpowie, bo jak wpadnę do tej spółdzielni i złapię was obu z kierownikiem spółdzielni za szmaty to nie ręczę za siebie! Zaraz się okaże kto pierdzi w stołek za moje opłaty z czynszu! Kiedy dostanę konkretną odpowiedź o terminie przesunięcia dwóch rurek w mojej łazience?
- ...To ja to w poniedziałek załatwię i zadzwonię do szefa. Albo zadzwonię do szefa i załatwię. Albo załatwię, a jak szef wróci to mu przekażę. Albo...
- Okej. Tyle mogę poczekać. Zatem usłyszenia w poniedziałek rano. Tylko proszę mieć świadomość, że innej opcji nie przewiduję.

Ciekawe czy będzie ciąg dalszy do pisania? Wolałbym nie.

Skomentuj (1) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 113 (117)

#87975

(PW) ·
| Do ulubionych
Nawiązanie do historii #87969 czyli "Kierownik, teściowa i laptok" ciąg dalszy epizod 3 ;-).

Dalsza ciotunia małżowinki poprosiła o dosłanie świeżych zdjęć rodzinnych mailem. Tę odpowiedzialną misję mi powierzono. Zrobiłem z fotografii zgrabny katalog z opisami, datami komentarzami, stroną tytułową i inne takie fanaberie, aż mi się to zaczęło podobać. Standardowo umieściłem go w chmurze, link wklejony do maila i... palec zawisł nad komendą "wyślij".

Myślę sobie - warto załączyć jeszcze szersze grono rodzinne jako adresatów, niech mają, a ja chwalon będę po wsze czasy.
I poszło wklepywanie adresów: druga ciotka, wujek Kazek, siostra wujka, kuzyn Edek, wujek szwagra... i teściowa.
Wysłane. Zacieram rączki i czekam na spływające gratulacje, "aby przynależną cnotliwym chwałą i powszechną miłością okryty chodził".

Przeczucie mnie nie zawiodło, było wiele ciepłych telefonów z podziękowaniami i ciekawych wspominek, aż do SMSa od mamuni o treści w wolnym tłumaczeniu: "Ty głąbie tępawy! Do ciotki Elizy miałeś to wysłać, a nie do mnie!".

Skomentuj (13) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 161 (181)

#87969

(PW) ·
| Do ulubionych
Teściowa chciała kupić laptoka (pisownia oryginalna z wymowy onej).
Ja - nauczony doświadczeniem, że jak zacznę jej w tym pomagać to końca nie będzie widać - nie oponuję bezpośrednio. Zadaję tylko niewinne pytanka:
- Po co?
- Bo chcę, bo sąsiadka ma i zadowolona.
- A w czym tkwi różnica pomiędzy nowym laptokiem, a sprawnym komputerem, który mamunia posiada?
- A bo będzie mogła używać wszędzie, a nie tylko przy biurku.
- A po co wszędzie skoro i tak używa go tylko od wielkiego dzwonu?
- A bo tak!
Logika poległa, odparłem, że się na tym nie znam, zarobiony jestem - niech pyta wnuka, mojego 17 letniego syna.

Synek również przerabiał takie sytuacje z kochaną babcią i wykpił się przygotowaniem do egzaminów.

Na to przyjechał szwagier. Kochane chłopisko, które bardzo dobrze zna się na sprzęcie komputerowym. Nie zdążyłem go uprzedzić i nieostrożnie zgodził się jechać do marketu z teściową w charakterze doradcy.

Wrócili po godzinie. Teściowa rozpromieniona, a szwagier taki trochę zniesmaczony. Zapytałem go o przebieg akcji. Otóż po wejściu do sklepu błyskawicznie nawinął się doradca handlowy i wbrew zdecydowanej opinii szwagra wcisnął teściowej drogie byle co. Tak wyglądała jego fachowa pomoc - zbagatelizowany na całego.
Co nie zmienia faktu, że w mniemaniu teściowej skoro "kupiliśmy" to teraz drogi zięciu podłącz mi tu wszystko i pokaż jak to obsługiwać.
Ciężko było. Oj, bardzo opornie szło to tłumaczenie. Ze dwie godziny z hakiem.

W końcu szwagier się zawinął do domu. Wieczorem teściowa odpala laptoka i coś jej nie gra. Przychodzi do mnie po pomoc. Ja z milutkim uśmiechem przypominam swoje słowa z dzisiejszego poranka: mówiłem przecież mamusi, że na laptokach to ja się w ogóle nie wyznaję. A na systemie Win 10 to już w szczególności. To taka nowość jest i taka droga, że mnie na to nie stać. Sorry, nie znam się, zarobiony jestem...

Skomentuj (35) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 157 (195)

#86015

(PW) ·
| Do ulubionych
Kolejny kierowca BMW emituje wokół zasady przypisane do tej marki samochodów. Muszę sobie kiedyś sprawić to autko, żeby zobaczyć co zmusza człowieka do tak jednoznacznej transformacji ;-)

Jadę sobie z córką. Wjeżdżam z głównej drogi w osiedlową uliczkę szerokości 1,5 samochodu, czyli przy mijaniu jeden musi zjechać na pobocze - haniebnie rozbite z dziurami wypełnionymi deszczówką. Po drugiej stronie jest wysoki krawężnik uniemożliwiający jakikolwiek manewr.
Nagle widzę bardzo szybko zbliżające się światła z przeciwka. Płynnie zwalniam w celu wjechania na pobocze z minimalną prędkością. Widocznie trwało to o dwie sekundy za długo ponieważ widzę kilkukrotny błysk długich świateł. Domyślam się ich znaczenia. Wtedy też zauważam znaczek pojazdu na przedniej klapie.
Mówię na głos: - Jeszcze kurna zatrąb, pajacu.
Kierowiec w BMW chyba mnie usłyszał, bo natychmiast spełnia życzenie.
Oboje z córką wybuchamy śmiechem. Jesteśmy już na poboczu i zaglądamy co się dzieje obok. Drajwer mijając nas pruje się na maxa i macha rękami. Istny kabaret.

W duchu podziękowałem gościowi, że poprawił mi humor na dobre pół dnia ;-)

Skomentuj (11) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 123 (127)

#82997

(PW) ·
| Do ulubionych
Od kilkunastu lat posiadam niedużego psa (poniżej kolana). W związku z tym doedukowałem się w zakresie behawioryzmu, żeby nam się lepiej żyło. Dzięki temu potrafię odczytać nastrój i zamiary również obcych psów i wiem, jak powinienem w danej sytuacji postąpić. Myślę, że dzięki temu uratowałem raz mojego pupila przed poważnym wypadkiem.

Parę lat temu wprowadziła się nowa sąsiadka z dużym psem rasy chart afgański. Uprzedzając fakty, nadmienię, że dziewczę było maści blond, inteligencji tudzież, a psa wychowywała metodą bezstresową (?). Tego wszystkiego dowiedziałem się dopiero później. Początkowo sprawiała wrażenie księżnej pani, a „dzień dobry” nie przechodziło jej przez gardło.

Siłą rzeczy czasami spotykaliśmy się na psim wybiegu (pole przy osiedlu), ale raczej z dużej odległości. Pewnego dnia mój pieseł już hasał po polu, kiedy od strony osiedla pojawił się samotny afgan w samej obroży. Zauważyłem u niego ochotę do polowania: aktywnie węszył jakiś trop, całe ciało napięte, maksymalnie skupiony na swoim zadaniu. Stopniowo zajął pozycję pomiędzy mną, a moim psem oddalonym o jakieś 30 metrów i zaczął go zaganiać do zakrzaczonego narożnika. Pieseł zorientował się w sytuacji i próbował wymanewrować przeciwnika, ale trudno jest na krótkich łapkach wyminąć dużego biegacza. Zorientowałem się, że może być spięcie. Ruszyłem szybkim krokiem w kierunku zwierzaków, a do paniusi krzyknąłem, żeby odwołała swego kudłacza. Nietrudno się domyślić, jak reaguje bezstresowo wychowany pies na komendę: nie reaguje.

Widząc, że muszę sam opanować sytuację, przyspieszyłem kroku. Afgan był całkowicie skupiony na uchwyceniu mojego psa i wreszcie dopiął swego. Rozpoczęła się walka, mój odgryzał się dzielnie. Byłem już kilka kroków od nich i w pierwszym odruchu miałem zamiar zasunąć bydlakowi potężnego kopa, ale w sandałach to ja bym pewnie mocniej odczuł. Wobec tego złapałem futrzaka oburącz za szyję, ścisnąłem i wykonałem nim rzut na ziemię. Nie zwalniając uchwytu przydusiłem żebra do ziemi kolanami.

Kwiknął, sapnął, próbował się odgryźć, ale nie miał za co mnie złapać, a uchwytu nie puszczałem. Po długiej chwili szamotania zorientował się, że został zdominowany i odpuścił. A może już tchu mu brakło?

Na to nadbiegła paniusia w szpileczkach i krzyczy z paniką w oczach:
- Co pan robi?! Proszę go puścić! Udusi mi pan psa!
- To niech pani nad nim zapanuje.
- On już będzie grzeczny. Już będzie się słuchał.
- Nie mam takiej pewności, a nie chcę być pogryziony. Nie puszczę, dopóki go pani nie zapnie na smycz i przytrzyma krótko.
- Ale to pana pies jest agresywny, a nie mój!
- Tak? Serio?

I tu spojrzałem na mojego pchlarza, wskazując go głową paniusi. Stał sobie spokojnie kilka metrów od nas i, dysząc, czekał na mnie cierpliwie. Tu już sąsiadce zabrakło argumentów, zapięła smycz i poszliśmy każdy w swoją stronę.

Mojemu psisku nic się nie stało. Zauważyłem, że po tej przygodzie nabrał większego zaufania do mnie. Przez chwilę rozważałem zgłoszenie zdarzenia do odpowiednich służb, ale doszedłem do wniosku, że oboje dostali solidną nauczkę na przyszłość.

Afgan od tamtej pory omijał nas bardzo szerokim łukiem, a sąsiadka sama z siebie pierwsza zaczęła mi mówić „dzień dobry”.

Skomentuj (23) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 145 (173)

#69548

(PW) ·
| Do ulubionych
Poprzednio zaprezentowałem jak Dziadek kończył karierę w firmie. Czas na pokazanie jak zaczynał.

W obrębie jego pola zainteresowań znalazł się nasz „dział małego transportu” czyli auta osobowe i ciężarowe do 3,5 t. Dotychczas wyglądało to tak, ze klucze od pojazdów wisiały w szafce recepcji u pani Eli, a dowody rejestracyjne u niej w szufladzie biurka. Zainteresowany wyjazdem pobierał jedno i drugie, a pani Ela z grubsza to odnotowywała w swoim małym zeszyciku. Przy zwrocie kolejność była odwrotna.

Dziadek odkrył, że tu się kryje przeolbrzymi potencjał do naszych szubrawych „lewych” kursów i „krojenia” paliwa na potęgę. Owszem, zdarzały się jakieś prywatne transporty mebli, czy wyjazd w innej pilnej potrzebie, ale zawsze z umiarem i po akceptacji prezesa. Polegaliśmy na swoim wzajemnym zaufaniu i naprawdę funkcjonowało to przy dwustronnej korzyści.

Dziadek mianował się samowładnie Kierownikiem Działu Transportu i zakomunikował wszem i wobec, że „on ten burdel ogarnie raz-dwa, a my zaczniemy u niego chodzić jak zegarki”. Jakoś nas tym nie przeraził, a nasza solidarna przekora grupowa odpowiedziała mu w myślach: "nie strasz, nie strasz, bo się... "zarymuje".

Z pierwszym dniem panowania nowego suwerena zostały wprowadzone precyzyjne karty drogowe, które „będą drobiazgowo rozliczane”. Niewiele z tego wynikło, bo jak powszechnie wiadomo – papier jest cierpliwy i każdy wpis przyjmie, a Dziadkowi brakowało argumentów na podważanie naszych uzasadnień.

No to drugie podejście – wszystkie pojazdy muszą być „zlitrażowane”, tzn. powinien zostać określony poziom zużycia paliwa na 100 km. Polegało to na tym, że jeśli ktokolwiek jechał w dłuższą trasę, Dziadek zabierał się z nim. Przed startem wspólnie komisyjnie tankowali auto do pełna spisując licznik. Po przejechaniu 100-120 km (zależnie od kaprysu) powtarzali operację notując wyniki. Kierowca jechał dalej, a Dziadek wracał sobie bez pośpiechu PKS lub PKP.
Tego dnia oczywiście Dział Transportu był nieczynny i ruch w firmie lekko zamierał niezależnie od naszych potrzeb i zobowiązań. Po jakimś miesiącu na raty miał zgromadzone "mocne dane" na kierowców i zaczęło się polowanie na czarownice. W jego rozumieniu oczywiście.

- Panie Kowalski ostatnio przekroczył pan normę zużycia paliwa o 2 litry. Piszę wniosek o obciążenie panu pensji.
- Aha, akurat. Normował mi pan puste auto, a ja wracałem pełnym w dodatku ciągnąc przyczepę. Czy to jest w porządku według pana?
- Aaaa to nie. Daruję tym razem, ale mam na pana oko!

- Panie Wiśniewski. Ostatnio jechałem swoim Fiatem do naszej filii w X i z powrotem i jest dokładnie 250 km, a pan zrobił 252! Jak to możliwe?
- Panie Rudolfie, bo pan swoją osobówką mógł się trzymać osi jezdni, a ja dużym autem wszystkie łuki i zakręty muszę wykręcać po dużym promieniu po zewnętrznej i się uzbierało...
- A no tak, rzeczywiście.

Największą akcję przeżył kolega Andrzej. Jako posiadacz prywatnego diesla nie był podejrzanym u Dziadka – on był praktycznie urodzonym złodziejem paliwa firmowego!

- Panie Andrzeju proszę o uzupełnienie kart drogowych z ostatnich 2 miesięcy, bo ja wykryłem niezgodność na 2000 km i zostanie pan tym obciążony. Termin ostateczny kończy się jutro w południe, bo muszę jeszcze to wszystko dokładnie sprawdzić!

Andrzej to akurat systematycznością nie grzeszył, ale jego uczciwość nie podlegała najmniejszym podejrzeniom. Przejął się zagrożeniem, pozbierał swoje prawie puste karty drogowe i uzbrojony w mapę drogową Polski zamknął się w pokoju na 2 godziny. Rozpisał precyzyjnie dzień po dniu terminy i cele przejazdu z kapelusza, a odległości z mapy do kwoty 2000. Oddał w terminie. Tym razem Dziadek zamknął się w pokoju w celu ujawnienia dowodów samowoli i dobicia jej ostatecznym ciosem.

Wyszedł pół dnia później wymęczony i osowiały.
- I jak tam panie Rudolfie? Wszystko gra?
Odpowiedź była wymuszona i daleka od zachwytu:
- Gra. Nie ma się do czego przyczepić. Nie można tak było od razu?...

Skomentuj (2) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 369 (401)

#69406

(PW) ·
| Do ulubionych
Jak położyć dobrze prosperującą firmę w rozkwicie? Zatrudnić tatę prezesa.

W bardzo dobrym okresie dla rzutkich biznesmenów (lata 90-te) lawinowy przyrost zysków niektórym przewrócił w głowie. Dla przykładu polecam przeczytać historię rozwoju Art-B. Nie inaczej wydarzyło się w mojej ówczesnej firmie.

Po poprzednim dwukrotnym w ciągu dwóch lat powiększaniu siedziby przedsiębiorstwa, szefostwo zakupiło z rozmachem wielką kamienicę do remontu kapitalnego w celu zaspokojenia potrzeb lokalowych na dłuższy czas. Po przeprowadzce zajmowaliśmy może ćwierć budynku. W związku z potrzebą ogarnięcia całej miejscowej infrastruktury, powstało zapotrzebowanie na zatrudnienie nowego człowieka. Pojawił się tata prezesa. Osobistość znana postronnym jako zarozumialec, który już niejedną swoją działalność pogrążył nieprzemyślanymi decyzjami. Niefortunnie – choć w miarę zrozumiale – cieszył się pełnym zaufaniem syna, dzięki czemu otrzymał wolną rękę i wszelkie plenipotencje w celu wykonania remontu budynku.

Blady strach padł na okolicę. „Dziadek” swoimi pierwszymi wyczynami potwierdził tylko, że krocząca przed nim legenda nie była wyssana z palca. Opiszę tylko jeden z kilku większych jego wyczynów.

Etap modernizacji dachu wielkości połowy boiska piłkarskiego rozpoczął się tradycyjnie: rozesłano zapytania do firm oferujących wszystko co jest niezbędne. Na polu oferentów dachówki pozostały trzy firmy: dwie krajowe i jedna zagraniczna. Akurat byłem świadkiem jak „dziadek” uzasadniał prezesowi wybór zagranicznej (ceny przykładowe, nie pamiętam dokładnych):
- Andrzej nasi chcą za dachówkę po 200 złotych, a tamci w przeliczeniu 80, a jakość mają 200% lepszą!
Ok. Zaufanie zrobiło swoje. Oferta zaakceptowana, zamówienie wysłane.

Po kilku tygodniach wylądowały na placu setki palet z dachówkami prima sort. Robota dobrze skoordynowana, więc stopniowo wjeżdżają na dach i na bieżąco trafiają na swoje docelowe miejsce.
Jakoś tak w połowie układania dachu, przyszedł do firmy monit o brak płatności za dostawę na kolosalną kwotę. W dziale księgowości zawrzało jak w ulu. Raz prezes leciał z rozwianym włosem do księgowej, raz ona z podkasaną kiecką do niego. W końcu wezwali „dziadka” do siebie.

- Co to za koszta?
- No właśnie nie wiem. Pewnie cię chcą oszukać. Przecież nasi chcieli po 200 złotych za dachówkę, a ci tylko 80.
- Tak. Tylko nasi za metr kwadratowy, a oni za sztukę!

Skomentuj (15) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 512 (530)

#69326

(PW) ·
| Do ulubionych
Pojawił się nowy elektryk w firmie – Kolec. Został przydzielony do brygady kolegi. Po tygodniu testów w delegacji wrócił z opinią człowieka, którego prześladuje notoryczny pech, czasami promieniujący na współpracowników. Potem trafił pod moje skrzydła na kontynuację okresu próbnego. To, co los z nim wyprawiał w głowie się nie mieści.

Mogę z ręką na sercu potwierdzić, że nieświadomie rozsiewał wokół siebie aurę destrukcji, a jego anioł stróż był najwyższej klasy specjalistą utrzymując go mimo wszystko przy życiu. Nie zdarzył się jeden dzień, żeby wokół Kolca coś nie spadło, pękło, zawaliło się, utopiło w wapnie, błocie czy betonie, a on wychodził z tego bez szwanku, czasem tylko lekko ochlapany. Do tych zdarzeń absolutnie nie przykładał ręki, nie powstawały z jego winy, a jednak miały miejsce w jego obecności.

On natomiast podchodził do tych czasem niebezpiecznych sytuacji z pełną wyrozumiałością. Czasami wygłaszał swoją sentencję:
- No ja z tym żyję tyle czasu i przywykłem, to wy też możecie się nauczyć.
Normalnie jak w filmie „Pechowiec”.
Przekazałem prezesowi, że nawet gdyby nam dołożył egzorcystę do brygady, to i tak moje orły, sokoły nie chcą z Kolcem pracować.

Prezes – złoty człowiek – zaprezentował mu wizję przyszłości w krótkich, żołnierskich słowach:
- Kolec daję ci ostatnią szansę. Nie spier... tego!

Właśnie kończył się remont kapitalny naszej reprezentacyjnej sali konferencyjnej i tam skierował naszego bohatera do pomocy. Brygadzista wtajemniczony w obecność mocy nadprzyrodzonych towarzyszących nowemu pracownikowi, powierzał mu wyłącznie proste czynności porządkowe, upewniając się wcześniej dwa razy czy okolica jest bezpieczna.

Ostatnim etapem prac było umeblowanie sali. Wyglądało to tak, że ekipa zwoziła i ustawiała meble, a Kolec sam zostawał na miejscu doglądając całości, „bo tak będzie najbezpieczniej dla niego i dla sali”. Następnego dnia miało nastąpić uroczyste otwarcie połączone z bankietem, przy udziale miejskich oficjeli, przedstawicieli kurii i zaprzyjaźnionych przedsiębiorców. Nad przystrajaniem sali pieczę trzymała pani prezesowa. Przyniosła trzy kwietniki do powieszenia na ścianę, a z budowlańców zastała na miejscu wyłącznie Kolca. Poprosiła go o ich zamocowanie wykonując ogólnikowy ruch ręką (jeden gdzieś tu, drugi mniej więcej tam, a trzeci na końcu). Kolec uzbroił się w wiertarkę. Stanął przed ścianą długą na 4 metry, wysoką na 3,5 metra i wywiercił pierwszy otwór.

Z otworu chlusnął strumień gorącej wody pod ciśnieniem. Kolec w pierwszym odruchu zatkał go dłonią. Skutkiem tego dłoń doznała lekkiego poparzenia, a sikawka zmieniła kierunek ze środka sali na sufit. Do Kolca dotarło, że to jest tylko półśrodek, w dodatku cokolwiek bolesny. Skojarzył, że łatwiej będzie zamknąć zawór wodny. W poszukiwaniu obiegł sale dookoła wraz z przyległymi pomieszczeniami. Nie ma! Co robić? Portier będzie wiedział! Biegiem do niego. Na szczęście zawór znajdował się na portierni, sytuacja została opanowana.

I teraz wyobraźcie sobie jak wielkie fatum prześladowało tego człowieka.

Na ścianie o powierzchni 140 tysięcy centymetrów kwadratowych trafił bezbłędnie wiertłem o średnicy 10 mm w rurkę miedzianą 15 mm.

Skomentuj (105) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 1053 (1081)

#69225

(PW) ·
| Do ulubionych
Ropuch spodobał się ostatnio niektórym. No to posłuchajcie, co ten miglanc wywinął.
W trakcie montażu w Niemczech zadzwonił do mnie prezes z poleceniem pilnego przejazdu silnej ekipy na wykańczaną budowę 400 km od nas. Następnego popołudnia miało tam nastąpić otwarcie z wielką pompą, telewizją, fajerwerkami i fontannami (dzieci z kwiatami do przodu), a my mieliśmy ogarnąć całość i pokazać naszą firmę z jak najlepszej strony. Zebrałem brygadę, wyjaśniłem z grubsza co nas czeka. Jako wabik podsunąłem kwaterę w komfortowym hotelu w nowym miejscu i ruszyliśmy dwoma samochodami.

Po drodze miałem gorącą linię telefoniczną z prezesem, zrobiliśmy jakieś tankowanie i wczesnym wieczorem wylądowaliśmy przy hotelu. Ładny, duży, wielopiętrowy. Wszyscy wysiadają, rozprostowujemy kości, ale jednego ludka nie mogę się doliczyć. Podchodzę do drugiego auta wiedziony złym przeczuciem. Jakieś tam opary chmielu czuć, ale po dwa-trzy piwa wypite po drodze dla wprawionego chłopiska to nie jest żaden wynik. Tyle to oni potrafią nosem wciągnąć. Tylko Ropucha mi brakuje.
Zaglądam do samochodu – jest! Leży gwiazda na tylnych fotelach. Jego pozycja wskazuje na pełne napromieniowanie.
- Co tu się stało kurteczka wasza watowana! Który go tak załatwił? – pytam brygadę.
- Kierownik nie krzycz. My kupili grzecznie po kilka piwek przy tankowaniu. Ropuch powiedział, że mu mało będzie to flaszeczkę jeszcze dobrał do tego i złamało chłopa. Wyśpi się i do rana będzie jak nowy.
Co, jak co, ale rację mieli. Dla nich to nie pierwszyzna. Zadysponowałem przetransportowanie upadłego anioła do pokoju, a sam udałem się do recepcji dopełnić formalności. W trakcie meldunku u miłej fräulein wtoczyła się moja ekipa wykorzystując cała szerokość drzwi i większość hallu. Dostaliśmy pokoje na 7 piętrze, więc skierowałem brygadę do windy. Panienka z przejętą miną spytała czy wezwać lekarza. Po mojej odmowie ujrzałem w jej oczach początkowo zdziwienie, a później wyrozumiałość. Pewnie nie po raz pierwszy miała do czynienia z takim traktowaniem odurzonego barbarzyńcy.
Reszta wieczoru upłynęła bez przygód.

Rano pobudka o 7.00. Mycie, golenie, prysznic i idziemy na śniadanko. U współlokatora Ropucha widzę przerażenie w oczach:
- Ropucha nie ma!
- Jak to nie ma? Znowu? Gdzie tą łajzę dardanelską poniosło?
Przeszukaliśmy pokoje, potem zakamarki na piętrze i nic. Trudno. Idziemy do restauracji. Może coś się wymyśli. Na parterze obok windy patrzymy – jest! Siedzi sierota mizerna na schodach z prawie już pustą dwulitrową butelką napoju gazowanego. Zanim zdążyłem poskładać w myślach specjalną wiązankę z okazji spotkania syna marnotrawnego on odezwał się do mnie pokornym tonem.
- Kierownik tylko nie krzycz. Daj klucz od pokoju i zanim zjecie śniadanie zrobię się na bóstwo.
Zrobił się. My zjedliśmy.
W samochodzie opowiedział swoją historię.

Obudził się około 4 rano prawie zdrów, tylko suszyło niemiłosiernie. Woda z kranu śmierdziała chlorem tak, że go odrzuciło. Wyjrzał przez okno i ujrzał oazę pośrodku pustyni – całodobowa stacja benzynowa po drugiej stronie ulicy. Bez namysłu biegusiem popędził zakupić cokolwiek do picia. Po zaspokojeniu pragnienia spokojniutko wrócił pod hotel i tu dopiero zaskoczyła jego pierwsza szara komórka – jaki jest numer jego pokoju?
A tak w ogóle to, na którym piętrze? – zapytała druga.
Wymyślił tyle, że sam na to nie wpadnie i najlepiej zapytać w recepcji.
Aha, akurat – podpowiedziała trzecia – a w jakim niby języku bystrzacho?
Czwarta i chyba ostatnia dobiła go z kretesem – z Twoim obecnym wyglądem i chuchem nawet nie próbuj, bo za 5 minut wylądujesz na dołku w kajdanach.
Najmądrzejsze, co udało mu się wymyślić to usiąść na schodach w strategicznym miejscu i czekać na nas cierpliwie, co też uczynił.

Musiałem to podsumować:
- Ropuch narozrabiałeś jak pijany zając. Dobrze, że udało Ci się z tego wybrnąć. Tak czy inaczej wyglądasz nieszczególnie i na budowie trzymaj się z daleka od kamery. Nawet jakby, który Cię o coś pytał to masz spieprzać i się nie odzywać. Na wszelki wypadek dam Ci na dziś papierkową robotę.
- Oooo dzięki kierownik! Wiedziałem, że jesteś swój gość.
- Ja Ci dam gościa łajzo. Worki po cemencie będziesz z całej budowy zbierał!

Skomentuj (16) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 442 (494)