Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation
Profil użytkownika

kerownik

Zamieszcza historie od: 12 listopada 2014 - 21:34
Ostatnio: 14 września 2021 - 14:58
  • Historii na głównej: 16 z 26
  • Punktów za historie: 8726
  • Komentarzy: 161
  • Punktów za komentarze: 1220
 

#69406

(PW) ·
| Do ulubionych
Jak położyć dobrze prosperującą firmę w rozkwicie? Zatrudnić tatę prezesa.

W bardzo dobrym okresie dla rzutkich biznesmenów (lata 90-te) lawinowy przyrost zysków niektórym przewrócił w głowie. Dla przykładu polecam przeczytać historię rozwoju Art-B. Nie inaczej wydarzyło się w mojej ówczesnej firmie.

Po poprzednim dwukrotnym w ciągu dwóch lat powiększaniu siedziby przedsiębiorstwa, szefostwo zakupiło z rozmachem wielką kamienicę do remontu kapitalnego w celu zaspokojenia potrzeb lokalowych na dłuższy czas. Po przeprowadzce zajmowaliśmy może ćwierć budynku. W związku z potrzebą ogarnięcia całej miejscowej infrastruktury, powstało zapotrzebowanie na zatrudnienie nowego człowieka. Pojawił się tata prezesa. Osobistość znana postronnym jako zarozumialec, który już niejedną swoją działalność pogrążył nieprzemyślanymi decyzjami. Niefortunnie – choć w miarę zrozumiale – cieszył się pełnym zaufaniem syna, dzięki czemu otrzymał wolną rękę i wszelkie plenipotencje w celu wykonania remontu budynku.

Blady strach padł na okolicę. „Dziadek” swoimi pierwszymi wyczynami potwierdził tylko, że krocząca przed nim legenda nie była wyssana z palca. Opiszę tylko jeden z kilku większych jego wyczynów.

Etap modernizacji dachu wielkości połowy boiska piłkarskiego rozpoczął się tradycyjnie: rozesłano zapytania do firm oferujących wszystko co jest niezbędne. Na polu oferentów dachówki pozostały trzy firmy: dwie krajowe i jedna zagraniczna. Akurat byłem świadkiem jak „dziadek” uzasadniał prezesowi wybór zagranicznej (ceny przykładowe, nie pamiętam dokładnych):
- Andrzej nasi chcą za dachówkę po 200 złotych, a tamci w przeliczeniu 80, a jakość mają 200% lepszą!
Ok. Zaufanie zrobiło swoje. Oferta zaakceptowana, zamówienie wysłane.

Po kilku tygodniach wylądowały na placu setki palet z dachówkami prima sort. Robota dobrze skoordynowana, więc stopniowo wjeżdżają na dach i na bieżąco trafiają na swoje docelowe miejsce.
Jakoś tak w połowie układania dachu, przyszedł do firmy monit o brak płatności za dostawę na kolosalną kwotę. W dziale księgowości zawrzało jak w ulu. Raz prezes leciał z rozwianym włosem do księgowej, raz ona z podkasaną kiecką do niego. W końcu wezwali „dziadka” do siebie.

- Co to za koszta?
- No właśnie nie wiem. Pewnie cię chcą oszukać. Przecież nasi chcieli po 200 złotych za dachówkę, a ci tylko 80.
- Tak. Tylko nasi za metr kwadratowy, a oni za sztukę!

Skomentuj (15) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 512 (530)

#69326

(PW) ·
| Do ulubionych
Pojawił się nowy elektryk w firmie – Kolec. Został przydzielony do brygady kolegi. Po tygodniu testów w delegacji wrócił z opinią człowieka, którego prześladuje notoryczny pech, czasami promieniujący na współpracowników. Potem trafił pod moje skrzydła na kontynuację okresu próbnego. To, co los z nim wyprawiał w głowie się nie mieści.

Mogę z ręką na sercu potwierdzić, że nieświadomie rozsiewał wokół siebie aurę destrukcji, a jego anioł stróż był najwyższej klasy specjalistą utrzymując go mimo wszystko przy życiu. Nie zdarzył się jeden dzień, żeby wokół Kolca coś nie spadło, pękło, zawaliło się, utopiło w wapnie, błocie czy betonie, a on wychodził z tego bez szwanku, czasem tylko lekko ochlapany. Do tych zdarzeń absolutnie nie przykładał ręki, nie powstawały z jego winy, a jednak miały miejsce w jego obecności.

On natomiast podchodził do tych czasem niebezpiecznych sytuacji z pełną wyrozumiałością. Czasami wygłaszał swoją sentencję:
- No ja z tym żyję tyle czasu i przywykłem, to wy też możecie się nauczyć.
Normalnie jak w filmie „Pechowiec”.
Przekazałem prezesowi, że nawet gdyby nam dołożył egzorcystę do brygady, to i tak moje orły, sokoły nie chcą z Kolcem pracować.

Prezes – złoty człowiek – zaprezentował mu wizję przyszłości w krótkich, żołnierskich słowach:
- Kolec daję ci ostatnią szansę. Nie spier... tego!

Właśnie kończył się remont kapitalny naszej reprezentacyjnej sali konferencyjnej i tam skierował naszego bohatera do pomocy. Brygadzista wtajemniczony w obecność mocy nadprzyrodzonych towarzyszących nowemu pracownikowi, powierzał mu wyłącznie proste czynności porządkowe, upewniając się wcześniej dwa razy czy okolica jest bezpieczna.

Ostatnim etapem prac było umeblowanie sali. Wyglądało to tak, że ekipa zwoziła i ustawiała meble, a Kolec sam zostawał na miejscu doglądając całości, „bo tak będzie najbezpieczniej dla niego i dla sali”. Następnego dnia miało nastąpić uroczyste otwarcie połączone z bankietem, przy udziale miejskich oficjeli, przedstawicieli kurii i zaprzyjaźnionych przedsiębiorców. Nad przystrajaniem sali pieczę trzymała pani prezesowa. Przyniosła trzy kwietniki do powieszenia na ścianę, a z budowlańców zastała na miejscu wyłącznie Kolca. Poprosiła go o ich zamocowanie wykonując ogólnikowy ruch ręką (jeden gdzieś tu, drugi mniej więcej tam, a trzeci na końcu). Kolec uzbroił się w wiertarkę. Stanął przed ścianą długą na 4 metry, wysoką na 3,5 metra i wywiercił pierwszy otwór.

Z otworu chlusnął strumień gorącej wody pod ciśnieniem. Kolec w pierwszym odruchu zatkał go dłonią. Skutkiem tego dłoń doznała lekkiego poparzenia, a sikawka zmieniła kierunek ze środka sali na sufit. Do Kolca dotarło, że to jest tylko półśrodek, w dodatku cokolwiek bolesny. Skojarzył, że łatwiej będzie zamknąć zawór wodny. W poszukiwaniu obiegł sale dookoła wraz z przyległymi pomieszczeniami. Nie ma! Co robić? Portier będzie wiedział! Biegiem do niego. Na szczęście zawór znajdował się na portierni, sytuacja została opanowana.

I teraz wyobraźcie sobie jak wielkie fatum prześladowało tego człowieka.

Na ścianie o powierzchni 140 tysięcy centymetrów kwadratowych trafił bezbłędnie wiertłem o średnicy 10 mm w rurkę miedzianą 15 mm.

Skomentuj (105) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 1053 (1081)

#69225

(PW) ·
| Do ulubionych
Ropuch spodobał się ostatnio niektórym. No to posłuchajcie, co ten miglanc wywinął.
W trakcie montażu w Niemczech zadzwonił do mnie prezes z poleceniem pilnego przejazdu silnej ekipy na wykańczaną budowę 400 km od nas. Następnego popołudnia miało tam nastąpić otwarcie z wielką pompą, telewizją, fajerwerkami i fontannami (dzieci z kwiatami do przodu), a my mieliśmy ogarnąć całość i pokazać naszą firmę z jak najlepszej strony. Zebrałem brygadę, wyjaśniłem z grubsza co nas czeka. Jako wabik podsunąłem kwaterę w komfortowym hotelu w nowym miejscu i ruszyliśmy dwoma samochodami.

Po drodze miałem gorącą linię telefoniczną z prezesem, zrobiliśmy jakieś tankowanie i wczesnym wieczorem wylądowaliśmy przy hotelu. Ładny, duży, wielopiętrowy. Wszyscy wysiadają, rozprostowujemy kości, ale jednego ludka nie mogę się doliczyć. Podchodzę do drugiego auta wiedziony złym przeczuciem. Jakieś tam opary chmielu czuć, ale po dwa-trzy piwa wypite po drodze dla wprawionego chłopiska to nie jest żaden wynik. Tyle to oni potrafią nosem wciągnąć. Tylko Ropucha mi brakuje.
Zaglądam do samochodu – jest! Leży gwiazda na tylnych fotelach. Jego pozycja wskazuje na pełne napromieniowanie.
- Co tu się stało kurteczka wasza watowana! Który go tak załatwił? – pytam brygadę.
- Kierownik nie krzycz. My kupili grzecznie po kilka piwek przy tankowaniu. Ropuch powiedział, że mu mało będzie to flaszeczkę jeszcze dobrał do tego i złamało chłopa. Wyśpi się i do rana będzie jak nowy.
Co, jak co, ale rację mieli. Dla nich to nie pierwszyzna. Zadysponowałem przetransportowanie upadłego anioła do pokoju, a sam udałem się do recepcji dopełnić formalności. W trakcie meldunku u miłej fräulein wtoczyła się moja ekipa wykorzystując cała szerokość drzwi i większość hallu. Dostaliśmy pokoje na 7 piętrze, więc skierowałem brygadę do windy. Panienka z przejętą miną spytała czy wezwać lekarza. Po mojej odmowie ujrzałem w jej oczach początkowo zdziwienie, a później wyrozumiałość. Pewnie nie po raz pierwszy miała do czynienia z takim traktowaniem odurzonego barbarzyńcy.
Reszta wieczoru upłynęła bez przygód.

Rano pobudka o 7.00. Mycie, golenie, prysznic i idziemy na śniadanko. U współlokatora Ropucha widzę przerażenie w oczach:
- Ropucha nie ma!
- Jak to nie ma? Znowu? Gdzie tą łajzę dardanelską poniosło?
Przeszukaliśmy pokoje, potem zakamarki na piętrze i nic. Trudno. Idziemy do restauracji. Może coś się wymyśli. Na parterze obok windy patrzymy – jest! Siedzi sierota mizerna na schodach z prawie już pustą dwulitrową butelką napoju gazowanego. Zanim zdążyłem poskładać w myślach specjalną wiązankę z okazji spotkania syna marnotrawnego on odezwał się do mnie pokornym tonem.
- Kierownik tylko nie krzycz. Daj klucz od pokoju i zanim zjecie śniadanie zrobię się na bóstwo.
Zrobił się. My zjedliśmy.
W samochodzie opowiedział swoją historię.

Obudził się około 4 rano prawie zdrów, tylko suszyło niemiłosiernie. Woda z kranu śmierdziała chlorem tak, że go odrzuciło. Wyjrzał przez okno i ujrzał oazę pośrodku pustyni – całodobowa stacja benzynowa po drugiej stronie ulicy. Bez namysłu biegusiem popędził zakupić cokolwiek do picia. Po zaspokojeniu pragnienia spokojniutko wrócił pod hotel i tu dopiero zaskoczyła jego pierwsza szara komórka – jaki jest numer jego pokoju?
A tak w ogóle to, na którym piętrze? – zapytała druga.
Wymyślił tyle, że sam na to nie wpadnie i najlepiej zapytać w recepcji.
Aha, akurat – podpowiedziała trzecia – a w jakim niby języku bystrzacho?
Czwarta i chyba ostatnia dobiła go z kretesem – z Twoim obecnym wyglądem i chuchem nawet nie próbuj, bo za 5 minut wylądujesz na dołku w kajdanach.
Najmądrzejsze, co udało mu się wymyślić to usiąść na schodach w strategicznym miejscu i czekać na nas cierpliwie, co też uczynił.

Musiałem to podsumować:
- Ropuch narozrabiałeś jak pijany zając. Dobrze, że udało Ci się z tego wybrnąć. Tak czy inaczej wyglądasz nieszczególnie i na budowie trzymaj się z daleka od kamery. Nawet jakby, który Cię o coś pytał to masz spieprzać i się nie odzywać. Na wszelki wypadek dam Ci na dziś papierkową robotę.
- Oooo dzięki kierownik! Wiedziałem, że jesteś swój gość.
- Ja Ci dam gościa łajzo. Worki po cemencie będziesz z całej budowy zbierał!

Skomentuj (16) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 442 (494)

#68982

(PW) ·
| Do ulubionych
Trafiliśmy z brygadą montażową do maleńkiej popegeerowskiej osady w Podlaskiem, gdzie droga się kończyła. Dalej dookoła był poligon i zakaz wstępu. Istny koniec świata i obyczaje tubylców temu dorównujące. Rozwój cywilizacyjny niektórych – bez urazy – zatrzymał się w latach 50-tych XX wieku.

Przy rozładunku sprzętu i materiałów, asystowało nam pół społeczności oglądając wszystko z niekłamanym zachwytem. Po rozplanowaniu zadań, każdy z moich „orłów” udał się na wskazane rubieże wyjściowe i rozpoczęli natarcie remontowe. Zauważyłem, że społeczność aktywnie kibicuje w grupkach 2-3 osobowych wszystkim naszym czynnościom. Dopóki był spokój nie interweniowałem, a skoro mieliśmy tu spędzić 3 tygodnie, to warto było mieć ich po swojej stronie.
Zadzierzgnięte nici sympatii były systematycznie i starannie podsycane przy spożywaniu „rozmownej wody” na wieczornych ogniskach. Na szczęście tylko wówczas, bo gdyby to się przeciągnęło do godzin pracy to pewnie niejeden z „orłów” osiadłby tam z rozkoszą na stałe. Poniżej anegdotki z owego montażu.

1.Fabian zwany Ropuchem miał nadzór nad rurą miedzianą fi 15 w sporej ilości. Od pierwszej chwili zyskał grupkę wiernych adoratorów, którzy nie przeszkadzając mu w pracy chodzili za nim krok w krok bajerując o „d*pie Maryni” calutki dzień. Któregoś razu jeden z nich - pan Władek – uprzednio rozejrzawszy się bacznie czy aby Kerownika nie ma w pobliżu – konfidencjonalnym szeptem zapytał:

- Fabian, a tej rurki błyszczącej to nie masz trochu za dużo?
- A na ci ci? – spytał.
- A no aparaturkę do bimbru by my zbudowali.

Ropuch wyczuł korupcyjną propozycję, ale nie z nim takie numery. Nie na tak mizerną skalę. Przy negocjacjach o „opylenie” n.p. wagonu cementu byłby pierwszy, ale te biedne kilka metrów rurki to nie jego skala.
Z drugiej strony zachodziła obawa, że tubylcy sami sobie podbiorą, a on nie zdoła się rozliczyć. Wieloletnie doświadczenie budowlańca pozwoliło wybrnąć z tego problemu.

- Widzisz, Władek nie da rady! Ta rura jest skażona chemicznie. Jak puścisz przez nią zacier to nawet nie wypijesz – taki syf się robi! Jeden już próbował i musiał wylać pół beczki.
Władek oniemiał. Pokręcił głową z niedowierzaniem i wyszeptał.
- Rany boskie... pół beczki.

2. Brygada wiertaczy Koklusz i Django otoczona wianuszkiem wielbicieli rozpakowała swój najlepszy sprzęt – superhiper-extramega dużą wiertarę do betonu. Sprzęt rzeczywiście niezawodny i wyposażony prawie jak łazik marsjański. Przez tłum przeszła fala westchnień. Moje orły poczuły się jak mityczni herosi, wkraczający w glorii chwały na podbite tereny. Szybciutko sprzęt podłączyli, drabinę ustawili żeby korzystając z oniemienia tłuszczy, dodatkowo się dowartościować przy wierceniu. Koklusz wskoczył na drabinę, Django ją trzyma, tubylcy wstrzymują oddech. A tu nic się nie dzieje.
Django z góry półgębkiem żeby tylko Koklusz go usłyszał:

- Ty, kuffa, nie działa.
Koklusz podobnie odpowiada.
- No. Teraz sobie przypomniałem. Kabelek pod uchwytem się ułamał i zapomniałem naprawić. Poruszaj nim, to powinna zaskoczyć.

Django z nonszalancką miną pozoruje poszukiwanie wzrokiem odpowiedniego miejsca na ścianie do wykonania otworu, ale lewą ręką aktywnie kręci kabelkiem i szuka styku. Żaden nie daje po sobie poznać, że coś nie idzie zgodnie z planem.
Jest! Ruszyła. Co prawda przerywa czasami, ale te momenty chłopaki wypełniają aktywną pozoracją typu: nie będę wiercił za dużo na raz, bo zakurzę całe pomieszczenie...

Po wywierceniu jednego otworu tak się przypadkiem złożyło, że zrobili sobie przerwę śniadaniową, a to już był banał dla tubylców i poszli sobie do innej ekipy.
Przed odejściem jeszcze jeden z miejscowych wziął wiertarkę do ręki i spróbował włączyć. Oczywiście bez skutku. Podsumował z westchnieniem:
- Patrz pan jaki to sprzęt zmyślny teraz produkują. Nawet jak ukradniesz to nie skorzystasz...

Od tych zdarzeń rura miedziana i elektronarzędzia mogły bezpiecznie leżeć na budowie bez nadzoru. Nic nie zginęło.

P.S. Chciałbym być dobrze zrozumiany: nie sugeruję żądzy przywłaszczenia mienia przez kogokolwiek z tubylców, lecz wieloletnie doświadczenie budowlane jest okrutne. Okazja czyni złodzieja. Nie stwarzaj okazji. Będziesz spał spokojnie.

Skomentuj (13) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 513 (571)

#68794

(PW) ·
| Do ulubionych
Opowieść jednego z moich „orłów”.

W połowie lat 80-tych Zenon uczęszczał do dużego technikum rolniczego czy leśnego z internatem położonego w niezbyt dużej miejscowości. Uczniów było podobno więcej niż mieszkańców owej osady. W owym czasie wybory we wsi wygrała nowa pani sołtys. Kobieta niezwykle energiczna, niesamowity społecznik zwłaszcza w dla młodzieży, a jednocześnie mająca na pieńku z komendantem ochotniczej straży pożarnej.

Pani sołtys umyśliła sobie zrobić największą dyskotekę w okolicy, odbierając palmę pierwszeństwa lokalnej remizie strażackiej. Wyszykowała duży nowoczesny lokal, zatrudniła najlepszą kapelę. Na dyskotece pojawiło się kilka pląsających dziewczyn, na placu szwendały się luźne grupki chłopaków. Jednym słowem – totalna klapa!
Dodatkowo komendant dolał oliwy do ognia komentując porażkę na forum publicznym w tonie mocno szowinistycznym.

Ambicja pani sołtys nie pozwalała tak zostawić stanu rzeczy. Zaproszenia na kolejną dyskotekę nagłośniła w promieniu 30 km oferując za friko dodatkowo jedno wino do zakupionych dwóch biletów. Przykładowo wino kosztowało wówczas 5 zł, a bilet 2 zł.
Do kasy imprezy ludzie szli jak w dym! Frekwencja biletowa pobiła wszelkie dotychczasowe rekordy, Żuk sołtysowej musiał jechać dwa razy do miasta powiatowego po zaopatrzenie.
Oddaję głos Zenonowi:

- Kerownik, Ty wiesz, to była najlepsza impreza, gdzie mało kto wchodził na salę. Nikt nie omijał kolejki po bilet, a po zakupie grzecznie ustawiał się ponownie na końcu ogonka. Ja sam kupiłem 17 biletów! To dopiero była dyskoteka!

Skomentuj (12) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 335 (399)
zarchiwizowany
Urban legend z zaprzyjaźnionej firmy, która od wielu lat wysyła pracowników w delegacje do Niemiec.

1. Pan Zenon 10 km przed celem podróży zabił jelonka samochodem. Dojechał lekko spóźniony trochę pokiereszowanym samochodem. Niemcy pytają o przyczynę kraksy.
- Noszsz wyskoczył mi pod maskę ten, tego…
Tu pan Zenon zapomniał niemieckie słówko na określenie jelenia. Przy próbie gorączkowych skojarzeń przypomniał sobie, że na etykiecie jednego z popularnych niemieckich alkoholi znajduje się dostojny wizerunek tego zwierza. Uradowany natychmiast rozpowszechnił tą wiadomość.
- Wyskoczył mi przed samochód Jägermeister!!
Wszyscy wokół spojrzeli na niego z większym zainteresowaniem.
- I co dalej?
- No i zabiłem go na miejscu.
Tu gospodarze zrobili wielkie oczy.
- Jak to - zabiłem? I co dalej? Pewnie Polizei przyjechało.
Pan Zenon na pełnym luziku:
- A po co tam zaraz Polizei? Patrzę - auto na chodzie to skopałem go do rowu i oto jestem!
W tym momencie Niemcy już mieli problem z przełknięciem śliny i zaczęli rozglądać się za ochroniarzem. Na szczęście pana Zenona jeden z bardziej dociekliwych gospodarzy za pomocą kilku dodatkowych pytań wyjaśnił sytuację przed wezwaniem Polizei.

(niem. Jägermeister = myśliwy)


2. Pan Godfryd był znany z ciętych ripost na pograniczu chamstwa, a czasem nawet z przekroczeniem tej bariery. Zdarzyło się, że w drodze na megaważne spotkanie trafił dzika. Wezwał policję, zgodnie z procedurami spisali protokoły i w związku z tym dojechał mocno spóźniony. Zanim zdążył się usprawiedliwić jeden z Niemców zaczął go opierniczać. Były tam słowa o braku odpowiedzialności, zmarnowanym jego megacennym czasie i mocno niepochlebna opinia o przywarach naszego narodu. Pan Godfryd czekał spokojnie na swoją kolej wypowiedzi, ale po ostatnim słowie interlokutora szlag go trafił. Z przymróżonymi oczami, przez zaciśnięte zęby wycedził:
- Ty gościu sobie uważaj, bo ja już dzisiaj jedną niemiecka świnię zabiłem.
W sali zapadła cisza.

3. Pan Szymon był kierownikiem montażu pewnego urządzenia w niemieckiej fabryce. Przy odbiorach uczestniczyły osoby biorące udział w ustaleniach i trzymające pieczę nad poprawnym wykonaniem - czyli grupa ludzi, którzy już się znali. Podczas gdy pan Szymon tłumaczył ostatnie szczegóły dołączył do nich wolnym krokiem zupełnie nowy uczestnik w garniturze. Po chwili pretensjonalnie rozpoczął wytykanie dziwnych szczegółów: a to nie tak, a tamto nie tu, a owamto to w ogóle do bani. Pan Szymon spojrzał na niego jak na pętaka i rzekł:
- Bardzo przepraszam ale: ja z panem nic nie ustalałem, pan się nie przedstawił, ja pana nie znam. Do widzenia panu.
Gościu "łyknął śliwkę", zawinął na pięcie i zniknął.
Gospodarze z przerażeniem w oczach uświadomili pana Szymona, że właśnie pogonił prezesa ich fabryki.
Dalsza część odbiorów przebiegła pozytywnie i bez zakłóceń.

Skomentuj (4) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 64 (130)
zarchiwizowany
Czas i miejsce: szkoła średnia.
Jak to w wielu takich przybytkach bywa podpalaliśmy papierosy na przerwach po różnych kątach i skrytkach. Żadne z tych miejsc nie było w pełni bezpieczne od nalotów co bardziej gorliwych nauczycieli. Zapewne byliśmy już n-tym pokoleniem "odkrywającym" wciąż na nowo zaciszne ostoje. Jeden z bardziej oblatanych kolegów (Sekwens) wszedł w konszachty z woźnym i korzystał z jego składziku na narzędzia oraz z kotłowni. Po dłuższym czasie nawet się zaprzyjaźnili i przeszli na "ty".
Akcja właściwa.
Cała klasa na lekcji z nauczycielem starej daty panem Owocem, który bardzo pielęgnował wszelkie zasady savoir-vivre. W pewnej chwili spostrzegł przez okno przechodzącego w pobliżu woźnego i zwrócił się do Sekwensa:
- Robercik otwórz okno i poproś pana Parula żeby przyszedł do mnie na chwilę.
Sekwens w mgnieniu oka spełnił jego życzenie i wydarł się na całe gardło:
- Jaaasiu!! Wbijaj tu! Arbuz Cię woła!

Pan Owoc oniemiał. Nas rozłożyło.

Skomentuj (15) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 294 (506)
zarchiwizowany

#65095

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Kerownik w wojsku c.d.

Mój dowódca kompanii kapitan Mintaj wstąpił w związek małżeński. Po ochłonięciu z fali niekończących się poprawin czyli gdzieś po tygodniu zawezwał mnie i trzech kolegów do siebie. Na zimno i bez poufałości zakomunikował nam, że planuje przeprowadzkę i chciałby nas oddelegować na sobotnie popołudnie jako grupę operacyjno-transportową. Oczywiście możemy odmówić jeśli mamy inne plany (sic!), ale nie polecał tego rozwiązania. Mając w perspektywie choć namiastkę wolności na kilka godzin zachowując kamienne twarze zgodziliśmy się wszyscy.

W przepiękną majową sobotę po służbie kapitan poprowadził swoją brygadę na z góry upatrzone pozycje. Z naszego punktu widzenia wyglądało to obiecująco. Przeprowadzka miała nastąpić z parterowego mieszkania kapitana do sąsiedniego bloku również na parter. Pobraliśmy zestaw meblowy na pierwszy kurs i w drogę. W docelowym lokum powitała nas przesympatyczna pani kapitanowa. Po ustawieniu mebli zgodnie z jej dyspozycją zawołała nas do kuchni.
- Chłopcy zapraszam na drobny poczęstunek.
Na stole stoi odpowiednio schłodzona wódka weselna, cztery kieliszki i zakąska. Grzechem byłoby odmówić tak miłemu zaproszeniu. Wychyliliśmy kolejkę nie otarłszy ust. Po spełnieniu żołnierskiego obowiązku szykujemy się do wyjścia, ale w drzwiach zatrzymuje nas pani kapitanowa i dyskretnym szeptem instruuje:
- Ale ani słowa mojemu mężowi żebyście nie mieli kłopotów. A ja zaraz jeszcze jakieś kanapeczki przygotuję.

Noo szykuje się miłe popołudnie. Chwacko zmierzamy po załadunek po drodze zagadując z uśmiechem do grupki dziewczyn w kwiecistych spódniczkach. Na rubieży wyjściowej kapitan przyzywa nas ruchem ręki do pokoju. Na parapecie stoi jakoś dziwnie znajomy zestaw weselny w postaci wódki i kieliszków.
- Panowie, żebyście nie mówili, że u Mintaja o suchym pysku pracowaliście. Proszę – po jednym i w drogę. Tylko uważajcie na moją żonę bo to straszny wróg alkoholu!

Nam już się michy cieszą. Nie dość, że wolność, robota lekka to jeszcze napić się można legalnie. Żyć nie umierać! Idziemy do kapitanowej i już mamy wypracowaną marszrutę: ustawienie mebli, kolejeczka, kanapeczka i spacer powrotny. U Mintaja na odwrót: kolejeczka, zapojka, mebelek. Po drodze w każdą stronę kilka słów przekomarzanek z roześmianymi już dziewczynami.

Tak po czwartym czy piątym kursie czujemy, że tempo nas może przerosnąć. Ale co robić? Odmówić? Dyshonor i żal.
Wpadliśmy na pomysł, że przy każdej kolejce jeden zagada gospodarza/gospodynię, a reszta wlewa wódkę do opróżnionej już wcześniej butelki i chowa gdzieś w pobliżu. W ten sposób powinien być wilk syty i owca cała. Nasz szatański plan został wprowadzony w życie i całkiem zgrabnie funkcjonował. Tym sposobem „wychlaliśmy” w sumie 6 półlitrówek w 4 godziny. Mintaj był podbudowany naszą doskonałą kondycją, a kapitanowa zachwycona, że pozbyła się nadmiarowej weselnej i przedmiot pokusy zniknie z oczu jej małżonka.

Pod wieczór przeprowadzka została zakończona. Kapitanowa z wdzięcznością wręczyła nam na odchodne wałówkę na kolację. Mintaj podziękował męskim ręki uściskiem i kazał wracać grzecznie do koszar uprzedzając, że jutro od rana ma służbę. Odebraliśmy to jako sugestię – najpóźniej jutro rano widzę was w koszarach! Żal było nie skorzystać z takiej okazji. Zapoznane w międzyczasie dziewczyny chętnie skorzystały z naszego zaproszenia na ognisko.

Co to była za noc! Mhmmm… Ognisko nad jeziorem, towarzystwo doborowe, zaopatrzenie bez zarzutu - zabawa na całego do białego rana!

Nad ranem któryś z przytomniejszych towarzyszy melanżu skierował stado nietomnych baranków w kierunku koszar bram. Młodziak na biurze przepustek zabarykadował się i postanowił nie wpuszczać takiej bandy do jednostki. Cóż było robić? Bramę górą sforsowalim… Może w stylu dalekim od komandosa-desantowca, ale z efektem dla nas zadowalającym.
Opowiadali nam później koledzy, że Mintaj obserwował nasz „blitzkrieg” z okna oficera dyżurnego. Uśmiechnął się tylko pod wąsem i sprawiał wrażenie, że tak miało być.

Skomentuj (4) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 70 (224)

#64882

(PW) ·
| Do ulubionych
Kerownik w wojsku c.d.

Drugi miesiąc służby. Zdarzyło się, że dwóch moich niepozornych kolegów (Filut i Minetu) podpadło dla majora Kanibala. Kanibal był niesamowitą szychą w jednostce z racji dużej charyzmy i niepospolicie honorowej postawy godnej Piłsudskiego. Oba orły dostały rozkaz stawienia się w rynsztunku bojowym (plecak, szelki, saperka – bez broni) przy dyżurce oficera dyżurnego. Tam Kanibal ich zbeształ od góry do dołu i zaczął przepytywać z regulaminu wojskowego. Jak jeden z nich czegoś nie wiedział dostawali obaj „karną rundę” biegiem dookoła placu apelowego (jakieś 500 metrów) ze dwa razy. Po powrocie pod dyżurkę mieli się „naumieć” i poprosić Kanibala o ponowne odpytanie.

Po trzeciej, czy czwartej turze Minetu oddychał już rękawami i łapał powietrze jak ryba wyjęta z wody. Filut sprawiał wrażenie zadowolonego z rozwoju wypadków.
Kolejne odpytanie. Minetu z przerażeniem w oczach recytuje piękne formułki wykute przed chwilą na blachę. Filut coś tam niedbale poopowiadał, a pod koniec zdania zająknął się i pokićkał sens całej wypowiedzi. Z wnętrza Minetu wydobył się jęk rozpaczy.

Kanibal zwrócił uwagę na różnicę w podejściu i wytrzymałości jego „Etiopczyków”. Złagodził ton i z ojcowską niemalże troską zapytał:
- Szeregowy Filut. Widzę, że Ty znasz regulamin. Tak czy nie? Tylko mi tu nie ściemniaj!
- Tak jest panie majorze. Znam regulamin.
- To dlaczego uprawiasz mi tu dywersję i nastajesz na życie kolegi? Gadaj mi tu serdeńko jak księdzu na spowiedzi.
- Bo widzi pan major ja w cywilu uprawiałem biegi długodystansowe, przełaje, maratony. A tu nie mam możliwości pobiegać, a nie ukrywam, że bardzo mi tego brakuje. Szkoda mi kolegi, nie pomyślałem o tym.

Kanibal zastanowił się chwilę i wydał werdykt:
- Szeregowy Filut. Od dziś do odwołania otrzymujesz ode mnie przywilej uprawiania biegów w czasie wolnym od zajęć. Jeżeli ktokolwiek w tej jednostce będzie miał zastrzeżenia powołaj się na mnie. Życzę owocnej służby, żołnierzu. Odmaszerować.

Po dwóch miesiącach Filuta oddelegowano do innej jednostki. W cotygodniowej gazetce widziałem fotoreportaż z wojskowych zawodów Układu Warszawskiego. Dał tam chłopak czadu!

Skomentuj (16) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 379 (529)

#64866

(PW) ·
| Do ulubionych
Kerownik w wojsku c.d.

Pod koniec służby trafiłem na miesiąc do wyjątkowej jednostki. Koszary bardzo duże, budynki z czasów armii carskiej i bardzo duży park maszynowy pełen sprzętu. Wojska było tylko tyle żeby obsadzić warty, za to zawodowych około 300 – cały sztab jakiejś większej formacji. Widzieliśmy ich tylko rano jak wchodzili do swojego budynku i popołudniu przy opuszczaniu jednostki.
Moja kompania była jedyną formacją bojową w tym miejscu. Mieliśmy za zadanie wyczyścić i zakonserwować cały sprzęt artyleryjski. Dni mijały na spokojnej robocie, nikt się nie wtrącał, jedzenie wyśmienite, a pogoda wręcz nas rozpieszczała. Istna sielanka. Żyć nie umierać.

Pewnej deszczowej nocy obudziła nas strzelanina. Najpierw strzał pojedynczy, a potem już pełne serie z co najmniej dwóch karabinów. Trwało to około minuty. W tak spokojnej jednostce było to niesamowite wydarzenie. Ogłoszono alarm, pobranie broni i obsadzenie stanowisk zgodnie z planem zagrożenia. Po dwóch godzinach alarm odwołano i do rana dospaliśmy spokojnie. Przy śniadaniu poznaliśmy historię nocnej kanonady.

Jeden z parków maszyn miał formę kwadratu o boku około 250 metrów. Na dwóch przeciwnych narożnikach umieszczone były posterunki. Każdy z wartowników miał pod kontrolą swoją część parku w formie trójkąta i zakaz wkraczania na obszar kolegi.
Jeden z wartowników nosił okulary z nieprzeciętnie grubymi szkłami, a drugi miał wadę słuchu w jednym uchu. Oba chłopki-roztropki zostały namaszczone przez WKU kategorią B czy C i wysłani do lekkiej służby, czyli warta co 24 godz.

W trakcie obchodu posterunku okularnikowi skończyły się zapałki i postanowił skorzystać z pomocy przygłuchego. Skorzystał z najkrótszej do niego drogi, czyli przez park między pojazdami. Będąc już prawie u celu, potknął się o jakieś stalowe liny i przy upadku karabin sam wypalił. Przetaczające się między cysternami echo wystrzału wyrwało przygłuchego ze słodkiej drzemki i poczuł się zagrożony. Pomijając wszelkie komendy i procedury odbezpieczył, przycelował z grubsza i puścił serię „na wszelki wypadek”. Okularnik zacisnął zęby, postanowił, że żywcem go nie wezmą i odpowiedział ogniem spod cysterny. I tak strzelali do siebie radośnie, aż do opróżnienia magazynków.

Najlepsze były ich wyjaśnienia przy przesłuchaniu przez oficera dyżurnego.
- Dlaczego strzelałeś?
- Paanie, samo wypaliło!
- A ty?
- Bo do mnie strzelali...

Skomentuj (21) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 475 (563)