Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation
Profil użytkownika

kirilla

Zamieszcza historie od: 17 grudnia 2018 - 18:58
Ostatnio: 1 grudnia 2019 - 11:19
  • Historii na głównej: 7 z 9
  • Punktów za historie: 922
  • Komentarzy: 42
  • Punktów za komentarze: 108
 

#85622

(PW) ·
| Do ulubionych
Nie wiem, czy piekielne czy po prostu znak naszych czasów...

Zastępowałam dziś kolegę w knajpie jako kelnerka/barmanka. Ruch nie był duży, więc miałam trochę czasu na przyglądanie się ludziom. W pewnym momencie weszła trójka ludzi tak na oko ok. 30 lat, może ciut ponad - pan i dwie panie. Podeszłam, podałam menu, państwo od razu zamówili piwo i powiedzieli, że się zastanowią, co dalej. Podałam piwo i dostałam informację, że to na razie wszystko. Po otrzymaniu napojów cała trójka wyciągnęła telefony i zapatrzyła się w ekraniki smartfonów. Ok. Ich prawo :-)

Kręciłam się po sali przyjmując i przynosząc inne zamówienia, a że wspomniani państwo siedzieli niemal na środku sali, to siłą rzeczy wciąż ich miałam "na widoku". Cały czas nieruchomo zapatrzonych w telefony. Po jakimś czasie pan poniósł się, żeby zamówić kolejne piwa. Jak je podawałam, nie wszyscy oderwali twarze od telefonów, chociaż "dziękuję" powiedzieli wszyscy ;-)

Żeby było zabawniej w pewnym momencie sala opustoszała i państwo zostali sami. I zapanowała niemal idealna cisza (niemal, bo cichutko grała muzyka). I tak przez jakieś pół godziny. Czułam się trochę dziwnie :-)

Potem państwo się zabrali i wyszli.
I najwięcej z tego wszystkiego odzywał się pan - dwa razy zamawiał piwo, a na końcu płacił, więc siłą rzeczy mówił do mnie.

Czy tylko dla mnie kuriozalne jest pójście do knajpy na piwo, żeby zbiorowo i w milczeniu pogapić się w smartfona? I zaznaczam, że nie koloryzuję, państwo spędzili u nas ponad godzinę i nie rozmawiali ze sobą. Od pewnego momentu specjalnie zwracałam na to uwagę.

gastronomia

Skomentuj (22) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 91 (137)

#85452

(PW) ·
| Do ulubionych
Wiele tu historii o piekielnych taksówkarzach, moja będzie o piekielnym panu z Ubera.

Ostania niedziela.
Syn został zaproszony na urodziny do pewnego miejsca rozrywki w Piasecznie. W tamtą stronę podwiózł znajomy, a w powrotną, jako że autko mam w naprawie, został Uber.
Zamawiam. Informacja, że kierowca przyjedzie za 8 minut. Dla mnie świetnie, ponieważ miałam do zrobienia pewną pracę i trochę się śpieszyłam.

Czekam, czekam... coś długo to trwa, więc sprawdzam. Widzę, że kierowca ominął skręt - zdarza się, miejsce nie jest dobrze oznakowane - i jedzie w stronę Warszawy. Nic to, myślę, na skrzyżowaniu zawróci i będzie ok. Nie zawraca. Ani na najbliższym, ani następnym. Aplikacja pokazuje coraz to inny czas: 10, 12, 15, 22 min. do przyjazdu kierowcy. Zaczynam się trochę niepokoić, bo czas ucieka, a bateria w telefonie na wyczerpaniu. Za chwilę dostaję wiadomość "odmovi zakaz". No nie, tak się bawić nie będziemy. "Jak nie może Pan przyjechać, proszę anulować przejazd". Chwila ciszy, patrzę na apkę, a Pan Uber już przy lotnisku! I za moment wiadomość w "ja ne mogu odmovi zakaz".

Zeźlił mnie, weszłam na Bolta (mając już 2% baterii), na szczęście tu dostałam info, że kierowca będzie za 3 minuty. I tak raczej było, bo chociaż godziny już nie mogłam sprawdzić (rozładowany telefon), to Bolt był za kilka chwil.
Po dojechaniu na miejsce podłączyłam telefon i zajęłam się pracą. Potem sprawdziłam - miałam 4 nieodebrane połączenia z nieznanego numeru, wszystkie w odstępie minuty. Domyśliłam się, że to Pan Uber, ale - szczerze - miałam to w nosie.

Dziś, zamawiając synowi Ubera, zajrzałam z ciekawości w swoje przejazdy i co widzę?
Wczorajszy przejazd anulowany, spoko. Ale zaraz... Jak byk stoi, że Pan Uber jechał/wiózł mnie z Dworcowej na Puławską? Zajęło mu to 17 minut(?) i naliczono mi 8 zł(?!).
Szybka reklamacja i natychmiastowy powrót środków na konto (a raczej na apkę, do wykorzystania na następny przejazd), więc niby ok, ale tak się zastanawiam: jeśliby kierowca tylko anulował przejazd, to nie powinno mi ściągnąć kasy z karty. Skoro opłata się naliczyła, to zełgał, łobuz, że przyjechał, a mnie nie było. Nieładnie.

uber

Skomentuj (12) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 141 (155)

#85470

(PW) ·
| Do ulubionych
Znajoma potrzebowała na szybko kogoś do pomocy przy pewnym projekcie. Nie wymagała specjalnych kwalifikacji, ot, jeszcze parę rąk do pracy. Na jej prośbę wrzuciłam ofertę na OLX, podałam szczegóły, stawkę oraz JEJ numer telefonu.

I tak w ciągu 2-3 dni dostałam:

1. Kilkanaście IDENTYCZNYCH wiadomości o treści: "Szanowni Państwo, W odpowiedzi na przedstawioną ofertę pracy załączam moje CV. Uprzejmie proszę o rozpatrzenie mojej aplikacji i informację zwrotną Pozdrawiam".

2. Kilkanaście telefonów na mój numer z pytaniami o szczegóły. Większość na info, że numer telefonu jest podany w ogłoszeniu i tam proszę dzwonić, grzecznie dziękowała i się rozłączała. Cześć rozłączała się bez słowa. W kilku przypadkach tuż przed rozłączeniem usłyszałam kilka "ciepłych słów". hmmm...

3. Kilkanaście tzw. "sygnałów" tj. dzwonił do mnie nieznany numer, ale zanim zdążyłam odebrać, połączenie było zakończone (po jednym sygnale). ??
Znaczy się, miałam oddzwaniać?

Mam wrażenie, że większość nie zawracała sobie głowy przeczytaniem ogłoszenia, a jeśli nawet, to pobieżnie i bez zrozumienia.

PS. Kilka osób jednak doczytało, co trzeba, zadzwoniło, gdzie trzeba i pracownik się znalazł.

OLX

Skomentuj (14) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 94 (126)
zarchiwizowany

#85403

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Porządkowałam dokumenty, wpadł mi w ręce wypis ze szpitala i przypomniała się historia sprzed 2 lat. Będzie o służbie zdrowia, a raczej o ludzkiej bezmyślności.
Zdarzyło mi się przewrócić na oblodzonym chodniku. Ot, wyskoczyłam rano do sklepu po bułki, wracając poślizgnęłam się i następne, co pamiętam, to to, że siedzę na kanapie we własnym salonie, a zaniepokojeni synowie (szczęśliwie nie zdążyli jeszcze wyjść do szkoły) próbują się ze mną dogadać. Potem już było standardowo: przyjazd karetki, szpital, wenflon, wywiad, tomograf i jedziemy na oddział. Szczerze, nawet nie pamiętam jaki. Po jakimś czasie zjawił się lekarz, przyniósł dokumentację, powiedział, że mam wstrząs mózgu, ale poza tym cała jestem, dał zalecenia (odpoczywać, leżeć, żadnej telewizji, komputera itp.) i stwierdził, że na noc nie trzeba mnie zatrzymywać, ale tak do 17.00 na obserwacji mam zostać.
Ok. I tu się zaczyna robić zabawnie.
Nie wiem, kto mnie obserwował, może ukryta kamera albo sąsiadka z łóżka obok (ale niedługo, bo zabrali ją na zabieg i już jej nie widziałam) bo poza paniami roznoszącymi obiad nawet pies z kulawą nogą do mnie nie zajrzał. W okolicy 17.00 stwierdziłam, że dość tego gapienia się w sufit, czas do domu. Podreptałam niepewnie, na wszelki wypadek przy ścianie (ciągle miałam zawroty głowy) do dyżurki pielęgniarek. Wyłuszczyłam sprawę, na co usłyszałam, że jak mam wypis, to mogę iść. Super. Na pytanie, gdzie jest wyjście, panie odpowiedziały, że korytarzem do końca i schodami w dół…Świetnie….
Zadzwoniłam do męża, żeby już przyjeżdżał i powolutku, przy poręczy, odpoczywając na półpiętrach (schodziłam chyba z 2 lub 3 piętra) zeszłam sobie na parter. (Wiem, może nie powinnam, trzeba było czekać na męża, ale już miałam dość tej szpitalnej atmosfery, zwłaszcza, że oddział był dość pusty i cichy i czułam się trochę jak w horrorze). Na paterze ludzi było sporo, bez problemu namierzyłam izbę przyjęć, usiadłam i czekałam na transport.
Mąż przyjechał, wychodzimy, już w drzwiach zorientowałam się, że czegoś mam za dużo…nadprogramowym bagażem był wenflon, którym wychodząc zahaczyłam o klamkę….
W tył zwrot i do gabinetu. Zaglądam, wszyscy zajęci, każą poczekać, ale na moje pytanie, czy z tym czymś w ręku to ja na pewno mam jechać do domu jedna z pielęgniarek spojrzała, zaniemówiła na chwilkę, szybciutko posadziła mnie na krzesełku i igłę wyciągnęła.
Wychodzi na to, że wyjść ze szpitala można w każdej chwili i dowolnym stanie i nikt się specjalnie tym faktem nie zainteresuje. Wiem, że to nie jest reguła, ale jak widać się zdarza.

słuzba_zdrowia

Skomentuj (29) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 26 (88)

#85169

(PW) ·
| Do ulubionych
Sytuacja dosłownie sprzed minuty.

Siedzę sobie na tarasie. Od ulicy mnie nie widać, drzewa zasłaniają. Chodnikiem idzie mama z kilkuletnim dzieckiem, na oko (a raczej na słuch - nie widziałam "bohaterów" tej historii), 4-5 lat. Słyszę głośną dyskusję, dziecko histeryzuje, że mama nie kupiła "jajka niespodzianki", kobieta spokojnym głosem tłumaczy, że kupiła wcześniej, że dostało coś innego itp. Nagle dzieciak krzyczy:
- Nie kocham cię! Jesteś dupa!
- Nie wolno tak mówić, zobacz, pani idzie za nami i słyszy, jak do mnie mówisz.
- JESTEŚ DUPA! Dlaczego mi nie kupiłaś!? Jesteś GŁUPIA!

I co dalej? No nic w zasadzie. Minęli mój dom i głosy zaczęły się oddalać. Dzieciak coś tam jeszcze się buntował, pokrzykiwał, mama namawiała "no chodź już, idziemy". Cały czas spokojnym, proszącym wręcz głosem. Ja nie twierdzę, że miała młodemu zrobić na środku ulicy "jesień średniowiecza", a tym bardziej bić, ale gdybym ja wycięła taki numer mojej mamie (nie wyobrażam sobie tego w ogóle), to podejrzewam, że zostałabym stanowczo wzięta za rączkę i przebierałabym nożkami do domu w tempie ekspresowym i absolutnym milczeniu, ze świadomością klęsk wszelakich, które na mnie spadną, gdy już do tego domu dotrę.

Albo świat się tak bardzo zmienił, albo ja się starzeję i nie nadążam...

Skomentuj (79) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 168 (254)

#85041

(PW) ·
| Do ulubionych
Może piekielność mała, ale dla mnie uciążliwa. Oceńcie sami.

Wybrałam się z synem na weekendową wycieczkę do pięknej podlaskiej miejscowości. Noclegi zamówiliśmy sobie w małym pensjonacie. Miejsce jak najbardziej spełniało nasze oczekiwania: wygodny pokój z łazienką, na parterze, tuż obok dobrze wyposażona kuchnia i salonik. W pokoju spędzaliśmy tylko wieczory i noce, całe dnie zwiedzaliśmy. Chodziło w zasadzie tylko o to, żeby dobrze wypocząć przed kolejnym dniem. No właśnie….

W piątek wieczorem poszliśmy spać dość późno, a w sobotę tuż przed 7.00 obudził mnie spory hałas. Jakaś większa grupka pensjonariuszy szykowała się do wyjścia. Stukanie naczyń w kuchni (chociaż dla mnie brzmiało to, jak próba generalna na perkusji), głośne omawiane planu dnia (szczegółowo dowiedziałam się, dokąd wyruszają i ile czasu zajmie pokonanie kolejnych etapów), a następnie radosny wymarsz okraszony solidnym trzaskaniem drzwiami (brzmieli tak dziarsko, że tylko czekałam, jak wyruszą ze śpiewem na ustach).

I żeby nie było: nie jestem świętą krową, nie oczekuję idealnej ciszy, bo jaśnie pani życzy się wyspać. Dla porównania: chwilę po nich wstała para z małym dzieckiem (może też zostali przez dzielnych piechurów obudzeni), też poszli do części wspólnej, ale rozmawiali półgłosem, słyszałam lekkie postukiwanie naczyń, a jak dziecko zaczynało zachowywać się głośno, to szybciutko reagowali. Sen mam dość mocny, gdyby to oni wstali pierwsi, prawdopodobnie nic bym nie słyszała. A nawet jeśli, to z pewnością nie miałabym żadnych pretensji.

Piekielność nie była może wielka, mieliśmy budzik nastawiony na 8.00, więc koniec końców dużo snu nam nie uciekło, ale ta godzinka więcej wobec planów całodziennego zwiedzania na pewno by się przydała.

Dla mnie brak wyobraźni albo szacunku dla innych, albo i jedno i drugie.

Skomentuj (2) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 53 (125)

#85245

(PW) ·
| Do ulubionych
Przed chwilą odebrałam telefon z nieznanego numeru:

[K]onsultant: Dzień dobry, dzwonię z firmy Time For Relax (tak przynajmniej usłyszałam), rozmowa jest rejestrowana. W związku z otwarciem nowego salonu w pani miejscowości, mam specjalnie dla pani bon podarunkowy...
[Ja]: (z uprzejmym zaciekawieniem): W mojej miejscowości, to znaczy gdzie?
[K]: Biip, biip, biip...

A tak chciałam się dowiedzieć, gdzie mieszkam. :-)

call_center

Skomentuj (8) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 171 (187)

#84424

(PW) ·
| Do ulubionych
Historia z ostatniej soboty.

Wracałam samochodem z Warszawy do mojej satelickiej mieściny z synem i córką przyjaciółki. Już blisko domu przypomniało mi się, że muszę wstąpić do sklepu. Podjechałam pod mój osiedlowy sklepik. Szybko wzięłam, co musiałam i biegiem do kasy, bo już mi się robiło krótko z czasem. Przy kasie lekki zator, jakaś starsza pani o kuli i z torbą na kółkach wyraźnie nie radzi sobie z ogarnięciem całkiem sporych zakupów. Na szczęście ekspedientki u nas fajne, pomogły, zapakowały wózeczek i pani rusza do wyjścia. W drzwiach się zachwiała, jakaś klientka pomogła, woła do ekspedientek o stołek, bo pani słabo. Dziewczyny niosą jakąś skrzynkę, wyprowadzają panią na powietrze.

Mimo woli uczestniczę w całej akcji, bo panie blokują wejście przez dłuższą chwilę. Włączam się do rozmowy, pytam, gdzie pani mieszka, czy da radę sama wrócić. Pytanie głupie, bo przecież widzę, że pani do przystanku nie dojdzie sama i nie da rady doczekać autobusu, który jeździ co godzinę, a na przystanku nie ma nawet ławki. Pani podaje ulicę, szybka kalkulacja – blisko, 10 minut mnie nie zbawi. Mówię „zapraszam ze mną, odwiozę panią”. Pani szczęśliwa, ruszamy wolnym krokiem do samochodu, ostrożnie holuję panią i jej torbę na kółkach. Po drodze pani opowiada, jak to syn i synowa długo pracują, wnuki w szkole, ona wprawdzie ma kłopoty z chodzeniem, ale chce rodzinę odciążyć i zakupy sama robi. Słucham sobie uprzejmie, chociaż tak mi się ciśnie na usta, że te dwa przystanki autobusem to każdy może podjechać, nasz sklep jest czynny od 6-22, a wnuki przecież od świtu do nocy w szkole nie siedzą? Zwłaszcza że dziś sobota. Ale dobra, nie komentuję, wsadzam panią do samochodu i jedziemy.

5 minut później wysadzam panią pod furtką. Za ogrodzeniem ujadają dwa spore pieski, na końcu długiego podjazdu widzę młodą dziewczynę, która na nasz widok odwraca się w stronę domu i woła „mamo!”. Aha, czyli ktoś jest w domu i nie będę musiała holować pani przez cały podjazd w towarzystwie średnio przyjaznych psów. I tak sobie stoimy, czekam, żeby dziewczyna podeszła, ale ona się jakoś nie wybiera, a ja nie chcę zostawić chwiejącej się staruszki samej pod tą furtką. W końcu zniecierpliwiona przywołuję ją ręką. Podbiega, widać, że niezadowolona i mówi cicho „babciu, co ty wyprawiasz?!”. Nie mam siły i czasu na dyskusje, przekazuję panią w ręce wnuczki i odjeżdżam.

I tak sobie myślę: co miały w głowie córka i wnuczka, wysyłając schorowaną, ledwo chodzącą staruszkę samą na zakupy?! Czy młoda, zdrowa licealistka (wiem z opowiadań babci) nie jest w stanie przejść 800 metrów z zakupami? Albo poczekać na autobus? Nie wiem, znieczulica, głupota czy brak wyobraźni?

Skomentuj (23) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 103 (165)

#84473

(PW) ·
| Do ulubionych
Pocztex. Historia sprzed kilku chwil.

Mąż zamówił sobie rower. Za pobraniem. Pocztexem.

Kwota niemała, więc upewniał się kilka razy, czy można zapłacić kartą. Wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazywały, że można. Ba, nawet w sms-ie jak byk stoi: "2019-04-24 kurier Pocztex będzie doręczać Twoją przesyłkę nr XXXXXXXX. Za pobranie możesz zapłacić kartą”.

Kurier przyjechał, mówię, że chcę zapłacić kartą.

K: Proszę pani! My już od dawna terminala nie mamy, same kłopoty z nim były, zrywał połączenia, trzeba było czekać, tylko problemy, to zrezygnowaliśmy.
Ja: Ale na stronie piszą, że każdy kurier ma terminal.
K: A, to może w Warszawie, ale nie u nas (mieszkam w Piasecznie)!

Wychodzi na to, że do Piaseczna jeszcze cywilizacja do końca nie dotarła...

kurierzy

Skomentuj (12) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 123 (133)

1