Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation
Profil użytkownika

kirilla

Zamieszcza historie od: 17 grudnia 2018 - 18:58
Ostatnio: 2 czerwca 2020 - 9:54
  • Historii na głównej: 11 z 13
  • Punktów za historie: 1301
  • Komentarzy: 46
  • Punktów za komentarze: 105
 
poczekalnia
Zacznę banalnie: może mało piekielne, ale...męczące.

Dziś odkryłam jedyne, jak na razie, na serio sensowne zastosowanie maseczki ;-)

Robiłam zakupy w osiedlowym sklepiku. Godziny wczesnopopołudniowe, ruch niewielki. Stałam sobie samotnie w alejce, więc zsunęłam sobie maseczkę z nosa, żeby okulary mniej parowały (Wiem, nie powinnam, ale w pobliżu nie było nikogo). To, że ktoś wszedł w alejkę, zarejestrował w pierwszej kolejności mój nos. Przed i za wchodzącym w alejkę młodym mężczyzną ciągnął się mocny, intensywny i ostry zapach perfum w typie Old Spice, który kazał mi naciągnąć maseczkę porządnie na nos i ewakuować w inne rejony. Niestety, Pan wciąż kręcił się gdzieś w pobliżu. Sklep nieduży, od zapachu nie udało się uciec, na zrobieniu zakupów mi zależało, więc przyjęłam sytuację z dobrodziejstwem inwentarza i ustawiłam się za panem w kolejce do kasy (pechowo podszedł tam chwilkę przede mną), wyjątkowo pieczołowicie respektując nakaz dwumetrowego odstępu i błogosławiąc maseczkę, która minimalnie, bo minimalnie, ale od duszącego zapachu odgradzała.
Tu apel do wszystkich fanów zapachów wszelakich: fajnie jest spryskać się perfumami, żeby ładnie pachnieć, ale, na bogów, warto zachować umiar. Wyobraźcie sobie podróż zatłoczonym autobusem, kiedy np. śpieszycie się do pracy i nie ma opcji, żeby wysiąść i poczekać na następny, kiedy opok staje ktoś tak hojnie wyperfumowany. W najlepszym wypadku następstwem będzie dyskomfort, w gorszym - ból głowy czy mdłości. Ja nie jestem bardzo wrażliwa na zapachy, ale tutaj intensywność była porażająca. Ktoś bardziej wrażliwy miałby znacznie gorzej.

Uprzedzając komentarze:
Nie mam zamiaru wywoływać dyskusji o sensowności noszenia maseczek, więc mam nadzieję, że nikt nie będzie tego wątku drążył.
Nie mam nic do Old Spice, chodziło mi przede wszystkim o zobrazowanie ostrości zapachu. Ktoś lub Old Spice, inni Kenzo, inni Brutala, a jeszcze inni podróbkę z bazarku jadącą spirytusem. Ich prawo. Wszystko fajne, byle z umiarem :-)

Skomentuj (19) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 23 (73)

#86247

(PW) ·
| Do ulubionych
Historia sprzed godziny.

Dzwoni mój telefon. Wyświetla się nieznany numer. Odbieram. Odzywa się miła [P]ani.
[P]: Dzień dobry, ja dzwonię w imieniu Link4, w sprawie ubezpieczenia komunikacyjnego, czy ma Pani chwilę czasu na rozmowę?
Ja: (mam samochód ubezpieczony w Link4, więc na początku nie miałam żadnych podejrzeń) Tak, słucham?
[P]: Bo niedługo kończy się Pani ubezpieczenie, czy może zadzwonić do Pani konsultant i przedstawić ofertę?
Ja: Tak, oczywiście. Może zadzwonić.
[P]: A pamięta Pani, kiedy dokładnie kończy się Pani umowa?
Ja: Niestety, nie pamiętam.
[P]: A może miesiąc chociaż?
Ja: No niestety. Nie muszę pamiętać, bo zawsze dzwonicie z przedłużeniem umowy.
[P]:Aha. To proszę sprawdzić i jutro konsultant zadzwoni.
Ja: Dobrze. Proszę zadzwonić po 17.00.
[P]: Dziękuję, do widzenia.

Odłożyłam telefon i dopiero w tym momencie dotarł do mnie absurd całej sytuacji. Kolejne auta ubezpieczam w Link4 już od kilkunastu lat. Po pierwsze: numer telefonu nie należał do Link4, a mają dosyć charakterystyczny. Po drugie: NIGDY nie musiałam Link4 podawać żadnych danych polisy, sami wszystko wiedzą, a rozmowy, z tego co pamiętam, mają rejestrowane. No i nie dzwonią o 20.00...

"Wyguglowałam" sobie numer 534 325 198. I co przeczytałam?
"Naciągacze. Po pytaniu "skąd mają Państwo mój numer" rozłączają się"
"Niby Link4. Pani chciała wiedzieć, do kiedy mam oc a nie wiedziała o jakie auto pyta"
"Nie odbierać. Nękają telefonami"

To tylko kilka cytatów. Jest tego więcej. Zastanawiam się, czy nie napisać do Link4, że taki nr. telefonu się pod nich poszywa.

Ciekawe, czy jutro zadzwonią. Może być zabawnie :-)

Skomentuj (8) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 111 (121)

#85885

(PW) ·
| Do ulubionych
Kolejne oszustwo, tym razem na FB.

Przeglądając FB, natknęłam się na post mniej więcej takiej treści: "Zaginęła 8-lenia Kaja! Pomóż ją odnaleźć" itp. Link przekierowuje na stronę niby informacyjną, ale relacja o zaginięciu dziewczynki zawiera sporo błędów - między innymi najpierw podana jest data jej zaginięcia 2019-13-15 (!), potem zaś data ze stycznia 2020. Po postem jest filmik, który, jak można domniemywać, ma pokazywać osobę, która może być w sprawę zamieszana. Próba odtworzenia filmiku powoduje "prośbę" o zalogowanie się na FB. Pomimo, iż jesteśmy już zalogowani... W ten sposób oszust przejmuje konta tych, którzy nieopatrznie podadzą swój login i hasło.

Oczywiście, osoby świadome będą czujne, nie podadzą wrażliwych danych i nie dadzą się oszukać. Ale ile osób w dobrej wierze kliknie "udostępnij", nie czytając i nie weryfikując informacji? Sama widziałam kilka udostępnień, pomimo, iż na FB pojawiły się już ostrzeżenia o oszustwie.

Reasumując: nawet, jeśli jesteśmy czujni i nie dajemy się naciągać, weryfikujmy posty, które udostępniamy! Sporo postów o np. zbiórkach na chore dziecko, porwanych dzieciach i innych tragediach ludzkich (i zwierzęcych), to robota oszustów, którzy wykorzystują naszą empatię czy zachowania typu "nie pomogę, to chociaż udostępnię".

oszuści na FB

Skomentuj (12) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 94 (100)

#85721

(PW) ·
| Do ulubionych
Wjeżdżam na stację benzynową.Nieduża stacja z 2 dystrybutorami, czyli 4 stanowiska do tankowania. Wszystkie zajęte, ale nikt nie czeka w kolejce. Akurat w tym momencie zwolniło się miejsce przy ostanim, więc od razu podjeżdżam. Chwilę później tuż za mną podjeżdża auto, wyskakuje z niego pan i krzyczy z oburzeniem, że on był pierwszy.
Jak to możliwe?
Otóż na moją stację wjechać można zarówno z głównej drogi, jak i małej drogi gruntowej za stacją. Owszem, widziałam stojący przy tamtym wjeździe samochód. Wyróżniał się z innych tam stojących (jest tu stacja diagnostyczna, a nad nią sklep meblowy i zawsze obok kilka samochodów stoi), że miał zapalony silnik. Dlaczego więc nie przepuściłam pana? Bo w żaden sposób nie zasygnalizował, że czeka w kolejce - ani kierunkowskazem, ani chociażby takim ustawieniem auta, które sugerowałoby, że chce wjechać pod dystrybutor. Ot, po prostu pan sobie stał i zapewne był przekonany, że to oczywiste, że przyjechał tankować. No dla mnie nie było. Dlatego wysiadłam, powiedziałam z godnie z prawdą "przykro mi, nie widziałam pana" i ignorując oburzone pomruki zajęłam się tankowaniem.
Inwestować w szklaną kulę czy jakiś kurs jasnowidzenia?

stacja benzynowa

Skomentuj (8) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 50 (98)

#85622

(PW) ·
| Do ulubionych
Nie wiem, czy piekielne czy po prostu znak naszych czasów...

Zastępowałam dziś kolegę w knajpie jako kelnerka/barmanka. Ruch nie był duży, więc miałam trochę czasu na przyglądanie się ludziom. W pewnym momencie weszła trójka ludzi tak na oko ok. 30 lat, może ciut ponad - pan i dwie panie. Podeszłam, podałam menu, państwo od razu zamówili piwo i powiedzieli, że się zastanowią, co dalej. Podałam piwo i dostałam informację, że to na razie wszystko. Po otrzymaniu napojów cała trójka wyciągnęła telefony i zapatrzyła się w ekraniki smartfonów. Ok. Ich prawo :-)

Kręciłam się po sali przyjmując i przynosząc inne zamówienia, a że wspomniani państwo siedzieli niemal na środku sali, to siłą rzeczy wciąż ich miałam "na widoku". Cały czas nieruchomo zapatrzonych w telefony. Po jakimś czasie pan poniósł się, żeby zamówić kolejne piwa. Jak je podawałam, nie wszyscy oderwali twarze od telefonów, chociaż "dziękuję" powiedzieli wszyscy ;-)

Żeby było zabawniej w pewnym momencie sala opustoszała i państwo zostali sami. I zapanowała niemal idealna cisza (niemal, bo cichutko grała muzyka). I tak przez jakieś pół godziny. Czułam się trochę dziwnie :-)

Potem państwo się zabrali i wyszli.
I najwięcej z tego wszystkiego odzywał się pan - dwa razy zamawiał piwo, a na końcu płacił, więc siłą rzeczy mówił do mnie.

Czy tylko dla mnie kuriozalne jest pójście do knajpy na piwo, żeby zbiorowo i w milczeniu pogapić się w smartfona? I zaznaczam, że nie koloryzuję, państwo spędzili u nas ponad godzinę i nie rozmawiali ze sobą. Od pewnego momentu specjalnie zwracałam na to uwagę.

gastronomia

Skomentuj (26) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 124 (176)

#85452

(PW) ·
| Do ulubionych
Wiele tu historii o piekielnych taksówkarzach, moja będzie o piekielnym panu z Ubera.

Ostania niedziela.
Syn został zaproszony na urodziny do pewnego miejsca rozrywki w Piasecznie. W tamtą stronę podwiózł znajomy, a w powrotną, jako że autko mam w naprawie, został Uber.
Zamawiam. Informacja, że kierowca przyjedzie za 8 minut. Dla mnie świetnie, ponieważ miałam do zrobienia pewną pracę i trochę się śpieszyłam.

Czekam, czekam... coś długo to trwa, więc sprawdzam. Widzę, że kierowca ominął skręt - zdarza się, miejsce nie jest dobrze oznakowane - i jedzie w stronę Warszawy. Nic to, myślę, na skrzyżowaniu zawróci i będzie ok. Nie zawraca. Ani na najbliższym, ani następnym. Aplikacja pokazuje coraz to inny czas: 10, 12, 15, 22 min. do przyjazdu kierowcy. Zaczynam się trochę niepokoić, bo czas ucieka, a bateria w telefonie na wyczerpaniu. Za chwilę dostaję wiadomość "odmovi zakaz". No nie, tak się bawić nie będziemy. "Jak nie może Pan przyjechać, proszę anulować przejazd". Chwila ciszy, patrzę na apkę, a Pan Uber już przy lotnisku! I za moment wiadomość w "ja ne mogu odmovi zakaz".

Zeźlił mnie, weszłam na Bolta (mając już 2% baterii), na szczęście tu dostałam info, że kierowca będzie za 3 minuty. I tak raczej było, bo chociaż godziny już nie mogłam sprawdzić (rozładowany telefon), to Bolt był za kilka chwil.
Po dojechaniu na miejsce podłączyłam telefon i zajęłam się pracą. Potem sprawdziłam - miałam 4 nieodebrane połączenia z nieznanego numeru, wszystkie w odstępie minuty. Domyśliłam się, że to Pan Uber, ale - szczerze - miałam to w nosie.

Dziś, zamawiając synowi Ubera, zajrzałam z ciekawości w swoje przejazdy i co widzę?
Wczorajszy przejazd anulowany, spoko. Ale zaraz... Jak byk stoi, że Pan Uber jechał/wiózł mnie z Dworcowej na Puławską? Zajęło mu to 17 minut(?) i naliczono mi 8 zł(?!).
Szybka reklamacja i natychmiastowy powrót środków na konto (a raczej na apkę, do wykorzystania na następny przejazd), więc niby ok, ale tak się zastanawiam: jeśliby kierowca tylko anulował przejazd, to nie powinno mi ściągnąć kasy z karty. Skoro opłata się naliczyła, to zełgał, łobuz, że przyjechał, a mnie nie było. Nieładnie.

uber

Skomentuj (12) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 146 (160)

#85470

(PW) ·
| Do ulubionych
Znajoma potrzebowała na szybko kogoś do pomocy przy pewnym projekcie. Nie wymagała specjalnych kwalifikacji, ot, jeszcze parę rąk do pracy. Na jej prośbę wrzuciłam ofertę na OLX, podałam szczegóły, stawkę oraz JEJ numer telefonu.

I tak w ciągu 2-3 dni dostałam:

1. Kilkanaście IDENTYCZNYCH wiadomości o treści: "Szanowni Państwo, W odpowiedzi na przedstawioną ofertę pracy załączam moje CV. Uprzejmie proszę o rozpatrzenie mojej aplikacji i informację zwrotną Pozdrawiam".

2. Kilkanaście telefonów na mój numer z pytaniami o szczegóły. Większość na info, że numer telefonu jest podany w ogłoszeniu i tam proszę dzwonić, grzecznie dziękowała i się rozłączała. Cześć rozłączała się bez słowa. W kilku przypadkach tuż przed rozłączeniem usłyszałam kilka "ciepłych słów". hmmm...

3. Kilkanaście tzw. "sygnałów" tj. dzwonił do mnie nieznany numer, ale zanim zdążyłam odebrać, połączenie było zakończone (po jednym sygnale). ??
Znaczy się, miałam oddzwaniać?

Mam wrażenie, że większość nie zawracała sobie głowy przeczytaniem ogłoszenia, a jeśli nawet, to pobieżnie i bez zrozumienia.

PS. Kilka osób jednak doczytało, co trzeba, zadzwoniło, gdzie trzeba i pracownik się znalazł.

OLX

Skomentuj (15) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 97 (129)
zarchiwizowany

#85403

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Porządkowałam dokumenty, wpadł mi w ręce wypis ze szpitala i przypomniała się historia sprzed 2 lat. Będzie o służbie zdrowia, a raczej o ludzkiej bezmyślności.
Zdarzyło mi się przewrócić na oblodzonym chodniku. Ot, wyskoczyłam rano do sklepu po bułki, wracając poślizgnęłam się i następne, co pamiętam, to to, że siedzę na kanapie we własnym salonie, a zaniepokojeni synowie (szczęśliwie nie zdążyli jeszcze wyjść do szkoły) próbują się ze mną dogadać. Potem już było standardowo: przyjazd karetki, szpital, wenflon, wywiad, tomograf i jedziemy na oddział. Szczerze, nawet nie pamiętam jaki. Po jakimś czasie zjawił się lekarz, przyniósł dokumentację, powiedział, że mam wstrząs mózgu, ale poza tym cała jestem, dał zalecenia (odpoczywać, leżeć, żadnej telewizji, komputera itp.) i stwierdził, że na noc nie trzeba mnie zatrzymywać, ale tak do 17.00 na obserwacji mam zostać.
Ok. I tu się zaczyna robić zabawnie.
Nie wiem, kto mnie obserwował, może ukryta kamera albo sąsiadka z łóżka obok (ale niedługo, bo zabrali ją na zabieg i już jej nie widziałam) bo poza paniami roznoszącymi obiad nawet pies z kulawą nogą do mnie nie zajrzał. W okolicy 17.00 stwierdziłam, że dość tego gapienia się w sufit, czas do domu. Podreptałam niepewnie, na wszelki wypadek przy ścianie (ciągle miałam zawroty głowy) do dyżurki pielęgniarek. Wyłuszczyłam sprawę, na co usłyszałam, że jak mam wypis, to mogę iść. Super. Na pytanie, gdzie jest wyjście, panie odpowiedziały, że korytarzem do końca i schodami w dół…Świetnie….
Zadzwoniłam do męża, żeby już przyjeżdżał i powolutku, przy poręczy, odpoczywając na półpiętrach (schodziłam chyba z 2 lub 3 piętra) zeszłam sobie na parter. (Wiem, może nie powinnam, trzeba było czekać na męża, ale już miałam dość tej szpitalnej atmosfery, zwłaszcza, że oddział był dość pusty i cichy i czułam się trochę jak w horrorze). Na paterze ludzi było sporo, bez problemu namierzyłam izbę przyjęć, usiadłam i czekałam na transport.
Mąż przyjechał, wychodzimy, już w drzwiach zorientowałam się, że czegoś mam za dużo…nadprogramowym bagażem był wenflon, którym wychodząc zahaczyłam o klamkę….
W tył zwrot i do gabinetu. Zaglądam, wszyscy zajęci, każą poczekać, ale na moje pytanie, czy z tym czymś w ręku to ja na pewno mam jechać do domu jedna z pielęgniarek spojrzała, zaniemówiła na chwilkę, szybciutko posadziła mnie na krzesełku i igłę wyciągnęła.
Wychodzi na to, że wyjść ze szpitala można w każdej chwili i dowolnym stanie i nikt się specjalnie tym faktem nie zainteresuje. Wiem, że to nie jest reguła, ale jak widać się zdarza.

słuzba_zdrowia

Skomentuj (29) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 27 (89)

#85169

(PW) ·
| Do ulubionych
Sytuacja dosłownie sprzed minuty.

Siedzę sobie na tarasie. Od ulicy mnie nie widać, drzewa zasłaniają. Chodnikiem idzie mama z kilkuletnim dzieckiem, na oko (a raczej na słuch - nie widziałam "bohaterów" tej historii), 4-5 lat. Słyszę głośną dyskusję, dziecko histeryzuje, że mama nie kupiła "jajka niespodzianki", kobieta spokojnym głosem tłumaczy, że kupiła wcześniej, że dostało coś innego itp. Nagle dzieciak krzyczy:
- Nie kocham cię! Jesteś dupa!
- Nie wolno tak mówić, zobacz, pani idzie za nami i słyszy, jak do mnie mówisz.
- JESTEŚ DUPA! Dlaczego mi nie kupiłaś!? Jesteś GŁUPIA!

I co dalej? No nic w zasadzie. Minęli mój dom i głosy zaczęły się oddalać. Dzieciak coś tam jeszcze się buntował, pokrzykiwał, mama namawiała "no chodź już, idziemy". Cały czas spokojnym, proszącym wręcz głosem. Ja nie twierdzę, że miała młodemu zrobić na środku ulicy "jesień średniowiecza", a tym bardziej bić, ale gdybym ja wycięła taki numer mojej mamie (nie wyobrażam sobie tego w ogóle), to podejrzewam, że zostałabym stanowczo wzięta za rączkę i przebierałabym nożkami do domu w tempie ekspresowym i absolutnym milczeniu, ze świadomością klęsk wszelakich, które na mnie spadną, gdy już do tego domu dotrę.

Albo świat się tak bardzo zmienił, albo ja się starzeję i nie nadążam...

Skomentuj (79) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 171 (257)

#85041

(PW) ·
| Do ulubionych
Może piekielność mała, ale dla mnie uciążliwa. Oceńcie sami.

Wybrałam się z synem na weekendową wycieczkę do pięknej podlaskiej miejscowości. Noclegi zamówiliśmy sobie w małym pensjonacie. Miejsce jak najbardziej spełniało nasze oczekiwania: wygodny pokój z łazienką, na parterze, tuż obok dobrze wyposażona kuchnia i salonik. W pokoju spędzaliśmy tylko wieczory i noce, całe dnie zwiedzaliśmy. Chodziło w zasadzie tylko o to, żeby dobrze wypocząć przed kolejnym dniem. No właśnie….

W piątek wieczorem poszliśmy spać dość późno, a w sobotę tuż przed 7.00 obudził mnie spory hałas. Jakaś większa grupka pensjonariuszy szykowała się do wyjścia. Stukanie naczyń w kuchni (chociaż dla mnie brzmiało to, jak próba generalna na perkusji), głośne omawiane planu dnia (szczegółowo dowiedziałam się, dokąd wyruszają i ile czasu zajmie pokonanie kolejnych etapów), a następnie radosny wymarsz okraszony solidnym trzaskaniem drzwiami (brzmieli tak dziarsko, że tylko czekałam, jak wyruszą ze śpiewem na ustach).

I żeby nie było: nie jestem świętą krową, nie oczekuję idealnej ciszy, bo jaśnie pani życzy się wyspać. Dla porównania: chwilę po nich wstała para z małym dzieckiem (może też zostali przez dzielnych piechurów obudzeni), też poszli do części wspólnej, ale rozmawiali półgłosem, słyszałam lekkie postukiwanie naczyń, a jak dziecko zaczynało zachowywać się głośno, to szybciutko reagowali. Sen mam dość mocny, gdyby to oni wstali pierwsi, prawdopodobnie nic bym nie słyszała. A nawet jeśli, to z pewnością nie miałabym żadnych pretensji.

Piekielność nie była może wielka, mieliśmy budzik nastawiony na 8.00, więc koniec końców dużo snu nam nie uciekło, ale ta godzinka więcej wobec planów całodziennego zwiedzania na pewno by się przydała.

Dla mnie brak wyobraźni albo szacunku dla innych, albo i jedno i drugie.

Skomentuj (2) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 54 (128)