Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation
Profil użytkownika

kirilla

Zamieszcza historie od: 17 grudnia 2018 - 18:58
Ostatnio: 16 lipca 2022 - 9:40
  • Historii na głównej: 15 z 16
  • Punktów za historie: 1770
  • Komentarzy: 57
  • Punktów za komentarze: 301
 

#22568

przez Konto usunięte ·
| Do ulubionych
Skoro mnie nie wyklęliście za szczerość w poprzedniej opowieści, ujawnię jeszcze jeden z wielu wieczorów w Ratunkowym.
Tym razem mniej zwykły: tak zwany długi weekend...
W naszym kraju to zjawisko kojarzy się niezwykle pozytywnie: kombinując kilka dni urlopu można wyjechać na dwa tygodnie, a przede wszystkim PIĆ, PIĆ....
Już dawno stwierdziłem, że pomyliłem powołania. Gdybym zamiast użerać się z chorymi (czasem) obywatelami otworzył sklepik monopolowy, jeździłbym wozem za pół miliona i mieszkał w rezydencji...
Ale otwórzmy szafę i mówmy do rzeczy.

Sobota. Noc już ciemna, ale moje miasto nigdy nie zasypia. Co najwyżej traci przytomność...
Kolega z pogotowia chirurgicznego uszczęśliwia mnie typową dla niego i takiego dnia darowizną: kieruje mi do wytrzeźwienia dwóch nieludzko narąbanych ludków. Na nic moje tłumaczenia, że od tego jest inna instytucja. Argumentuje, że obydwaj posiadają obrażenia mord - w tym jeden doznał ich podczas pobytu w szpitalu. Próbował wstać i podłoga podstępnie uderzyła go w twarz, rozcinając szlachetną facjatę i odbierając mu szanse w programie Tap Szpadl...
Cóż robić...
Kładę obydwu delikwentów na sali, zakładam cewniki do pęcherza, żeby mogli oddawać żółtą bez konieczności sprzątania, podłączamy płyny dożylnie i... Można by iść na zaplecze. Kawę spić i wytrwać do rana... Zwłaszcza, że jeden z ochlapusów, starszy gość, śpi słodko.
Niestety, jest i drugi. Piekielny jak....
Kibol. Tatuaże. Coś z metr pięćdziesiąt wzrostu. I drugie tyle ego, odhamowanego wódą...
Najpierw tylko mamrocze i próbuje wstać. Nosi go jak flagę na wietrze. A do tego cewnik jest przywiązany do łóżka...
Toteż uprzedzam, żeby dał spokój, bo sobie zrobi krzywdę.
Potem powtarza to pielęgniarka. I to jest element spustowy.
Zaczyna się drzeć. Wyzywa ją od najgorszych. Dziewczyna znosi to ze stoickim spokojem...
A on dalej swoje. Po pół godzinie próbuje wstać. Siada na wyrku i pięknym przewrotem w tył szusuje na podłogę.
Z zapartym tchem patrzymy na dyndające w powietrzu, wyrwane dwa wkłucia. Co lepsze, przy łóżku dynda cewnik, na końcu którego widać napełniony balonik... Który jeszcze przed chwilą siedział w pęcherzu wredniaka... Ale alkohol działa znieczulająco.
A potem...
Zaczyna składać dziewczynie propozycję. Seksualną. Bardzo wulgarną i baaardzo długą... I rozpina rozporek, żeby ją wprowadzić w czyn...
Tego nie wytrzymałem.
Przez czerwoną mgłę przed oczami widzę pojemnik, z którego wyjmuję rękawiczki. Zakładam.
Wtedy pielęgniarka rzuca do chlora komentarz, który doskonale podsumowuje sytuację:
- Na twoim miejscu udawałabym, ze nie żyję...
Podchodzę, żeby go położyć do łóżka, dostaję cios w klatkę...
A potem huk, łomot, krótki jęk i upragniona cisza...

Kiedy przyjechali Policjanci, gość leżał w pozycji embrionalnej i ssał kciuk... No poważnie... Dorosły kibol, agresor i Casanova pierwszej ligi...
Funkcjonariusz był do tego stopnia zdziwiony (znał kanalię doskonale, wielokrotnie przyjeżdżał do pobitej żony i dziecka), że spytał, co mu daliśmy, że tak zgrzeczniał.
Jak to co? Jedyne lekarstwo na chamstwo i agresję... Piąchopirynę.
W dawce mocno wyciszającej.

Wniosek?
Gwałtowna zmiana osobowości jest możliwa. Wymaga tylko odpowiedniego bodźca...

służba_zdrowia

Skomentuj (103) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 1018 (1138)

#20375

przez Konto usunięte ·
| Do ulubionych
Może tym razem trochę wspomnień z SORu...
Szpitalny Oddział Ratunkowy. Ostoja szpitala, podpora wszystkich cierpiących i cel pielgrzymek setek ludzi, którym wydaje się, że to najlepsze miejsce do leczenia bólu palca od miesiąca czy czegoś równie nagłego...
Dlaczego ta ironia? Nie dlatego - jak sądzą niektórzy Komentujący - żem zwyrodnialec bez czci i wiary, ciemiężyciel staruszek i morderca mrówek...
Po prostu: ratownictwo medyczne w tym kraju zostało sprowadzone do roli służby. Każdemu się wszystko należy, wezwanie karetki do bólu zęba nie dziwi, a potem, kiedy ktoś naprawdę ciężko chory umiera czekając na zespół, pretensji nie mamy do siebie: bo mój pryszcz jest najważniejszy, a do tego płacę składki! Więc, odmiennie, niż w krajach zachodnich, nie sięgam po numer lekarza pierwszego kontaktu (swoją drogą, ciekawe skąd ta nazwa...), tylko 999 i niech się głąby pospieszą!
To samo dotyczy SORu. Tam przychodzi każdy ze skierowaniem od rodzinnego albo i bez - bo nie ma kolejki, a może się uda i zaopatrzą...
Toteż dyżurni tego przybytku nieraz muszą się wykazywać anielską cierpliwością, żeby odsiać tych, którzy cwaniakują od naprawdę potrzebujących pomocy.
Siedziałem sobie przez kilka lat w ambulatorium chirurgicznym. Ta akurat praca obfitowała w piekielnych płci obojga, maści wszelakiej i dręczonych problemami, przy których zatrzymanie krążenia zdaje się błahostką jeno...
Zapamiętałem kilku - ale naprawdę piekielnych...
Sobota. Godzina dwudziesta. Ja w stanie otępienia emocjonalnego po przyjęciu około 60 petentów (bo pacjentów w tej liczbie była co najwyżej połowa). Siedzę więc obok Pielęgniarki, wpisuję kolejne dane do księgi przyjęć i zastanawiam się, o co tu chodzi?
Dlaczego nagle w sobotę wszyscy przypomnieli sobie, że od miesiąca rwie ich duży palec u stopy???
Drzwi do gabinetu otwierają się energicznie i wmaszerowuje dziarsko Pacjent. Z daleka widać, że ciężko chory. Krokiem defiladowym zaparkował przed mym wymiętym obliczem i zameldował:
- Chciałem sobie zdjąć szwy z głowy!
- A czy ja panu przeszkadzam? Tylko może na korytarzu, jeśli łaska, tu dopiero było sprzątane...
- Jak to???
- Chciał Pan sobie zdjąć szwy, rozumiem. Ale co ja mam do tego?
-A pan nie zdejmuje??
- Szanowny Panie, to jest Oddział Ratunkowy. My tu zaopatrujemy pacjentów ze świeżymi urazami lub w stanie zagrożenia życia.. Nie zdejmujemy szwów, nie golimy, nie obcinamy paznokci...
- To co ja mam zrobić?
- Proponuję w poniedziałek udać się do Poradni Chirurgicznej, jak zresztą jest napisane w karcie informacyjnej
- Pan wie jakie tam są kolejki??? A wy się tu obijacie!!! A jak ja nie mam czasu łazić po poradniach, to co będzie???
- No cóż... Trzeba się będzie do tych szwów jakoś przyzwyczaić...

W tym miejscu huk drzwi o futrynę i wrzaski na korytarzu... Zjechał mi rodzinę do siódmego pokolenia.

Innym razem, też weekendowy wieczór. Sytuacja podobna: tłum napiera, my się bronimy. Tłumaczymy jak daleko na liście możliwych stanów zagrożenia życia znajduje się złamany paznokieć jak również co powinno się zrobić z dziwnie rosnącymi rzęsami. Do gabinetu wpada wyraźnie wzburzony młodzieniec.
-Pan mi musi pomóc, ja stąd nie wyjdę dopóki mi nie pomożecie!!!
- Dopiero co pan wszedł... co dolega?
- JAJA MNIE RWĄ !!!
- Po urazie?
- Nie, od pół roku!
Tutaj huk mojej opadającej szczęki...
-A próbował pan w ciągu tego czasu znaleźć urologa?
- Chodziłem, tu mam dokumenty!
I rzuca na stół teczkę grubości akt afery Rywina...
- Urolog oglądał i mówi ze nic tam nie ma!
- To w czym problem?
- A ja się macam kilka razy dziennie i tam są takie zgrubienia na górze i to boli!!!
Policzyłem do dziesięciu...
- Teraz proszę się przygotować, to może być szok...
- Zniosę wszystko!
- Te zgrubienia to najądrza. Każdy to ma. Jak się pan przestanie ciągle macać, to nie będą boleć...
- Pan kłamie! Ja wiem, że to rak!!! Proszę mi natychmiast pomóc!!!
Próbowałem, uwierzcie mi...
Tłumaczyłem, wyjaśniałem, użyłem nawet argumentu, że chirurg urazowy nie jest najlepszym specem od klejnotów... Wszystko na nic. Zaparł się jak stolec po jagodach...
W końcu zaczął wygrażać, używać obelg - w obecności damy... Ta dzisiejsza młodzież.. Cóż było robić... Wziąłem ze stolika duże kleszcze ortopedyczne i uśmiechając się sadystycznie wycedziłem:
- Jeżeli nie wyjdziesz, będziesz musiał na nowo zdefiniować pojęcie "ból jąder"...
Gość wystartował z miejsca z chyżością charta, przecząc tym samym tezie o dużym nasileniu bólu... Wyjrzałem za nim, koło rejestracji nadal nabierał prędkości, wyraźnie świecąc od tarcia atmosfery...
Grunt to odpowiednia motywacja nieprawdaż? :)

służba_zdrowia

Skomentuj (30) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 879 (915)

#19624

przez Konto usunięte ·
| Do ulubionych
Pracuje na ochronie.
Jak wiadomo, stereotyp ochroniarza zobowiązuje: 100 kg wagi, 2 metry wzrostu, bicepsy jak uda przeciętnego śmiertelnika. Taki też jest Benek, kolega z branży z którym dziś rano jechałem autobusem. Co znamienne, Benek przynależy do subkultury "metali", co widać po jego ubiorze i fryzurze.
W autobusie, poza nami, jechała też matka z dzieckiem w wózku i jakaś kobieta w wieku mocno średnim. My, jak przystało na kolegów, ucięliśmy sobie pogawędkę na tematy ogólne. W pewnym momencie Benedykt troche sie zapomniał i użył swojego normalnego, potężnego głosu którym w wolnych chwilach growluje. Starsza kobieta momentalnie zaatakowała.
- Może by tak ciszej?! Tu jest niemowlę! - krzyknęła tak, że obudziłaby cały pułk dzieci. Zdecydowanie głośniej niż Benek.
- Pani nie mówi o noworodkach. - odparł Benedykt smętnym głosem - Głodny sie robię.
Najpiękniejszy w tym wszystkim, był czysty i szczery śmiech matki, do którego po chwili dołączył chichot malca w wózku.

Autobus

Skomentuj (38) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 1269 (1393)

#60320

przez (PW) ·
| Do ulubionych
Historia z czasów zamierzchłych, gdy moja mama - jeszcze wówczas niepełnoletnia - zaczynała podejmować pierwsze obowiązki zawodowe.

Na początku wspomnieć należy, że mama od zawsze, i z przyczyn niewiadomych, panicznie boi się wariatów.

Ponieważ lata bywają gorące, bohaterka naszej historii miała w zwyczaju zdejmować czasem okulary - żeby jej się ze spoconego noska nie zsuwały, a trochę też pewnie coby zadać szyku w środku masowego transportu miasta wojewódzkiego;)
A że okularki jakieś tam dioptrie jednak miały, to chociaż nie całkiem ślepa, do sokolego wzroku rodzicielce było daleko.

Tak też i uczyniła w pewne lipcowe popołudnie, po czym skasowała bilet i zajęła miejsce stojące, trzymając się rurki od kasownika.

Niestety, tej samej rurki chwycił się również pan w średnim wieku, wyróżniający się dość dziwnym zachowaniem. Wyczulona na wszelkie objawy szaleństwa moja przyszła rodzicielka od razu zarejestrowała jakieś dziwne, nieskoordynowane ruchy, parskania, zerkanie na nią kątem oka, wygibasy - no, jednym słowem - świr! Zaniepokojona postanowiła wziąć się w garść i rzucała jedynie podejrzanemu indywiduum karcące spojrzenia.

Podróż trwa, a sytuacja coraz gorsza. Co zakręt, to chłop czyni jakieś wygibasy, ni to przysiady, ni to skłony. Co się na moją mamę spojrzy, to parska, głupie miny strzela.
Mamę panika wmurowała w miejsce, z jednej strony przerażona, z drugiej wściekła,że akurat ją to musiało spotkać.
Do tego w autobusie atmosfera gęsta, wszyscy w nią wpatrzeni, ale nikt nie reaguje.

Nareszcie autobus zbliża się do właściwego przystanku, i matka postanawia założyć okulary,żeby rzucić świrowi ostatnie potępiające spojrzenie (no i żeby się nie zabić na schodkach przy wysiadaniu:) Prawda, którą odkryły jej wzmocnione narzędziem optycznym oczy była porażająca.

Otóż chłopina wiózł sobie zakupione właśnie (bądź zdobyte inną drogą) dość długie i grube rurki aluminiowe. I to właśnie tych rurek, a nie rurki od kasownika, trzymała się mama.Panu najwidoczniej głupio było zwrócić panience uwagę, więc przez całą drogę balansował i zapierał się o podłoże, próbując utrzymać rurki w pionie tak, żeby się mama nie przewróciła. Sytuacja jednak nie sprzyjała powadze, więc resztki energii pożytkował na tłumienie cisnącego się homeryckiego śmiechu w stłumione parsknięcia.

W autobusie ogólna wesołość, mama spiekła buraka, przeprosiła i uciekła, słysząc na odchodnym wymianę zdań gospodyń domowych" pani, ja dwa przystanki już przegapiłam, żeby zobaczyć jak to się skończy.

Ciekawe, jak mogłaby opowiadać tę historię druga strona:
"No i wiecie, że ja się od zawsze boję wariatów. Wiozę sobie raz kulturalnie rurki aluminiowe, a tu mi jakaś pannica się moich rurek łapie zamiast kasownika, jeszcze miny stroi, patrzy na mnie z pogardą, no po prostu świruska!"

komunikacja_miejska

Skomentuj (27) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 942 (1120)

#26734

przez (PW) ·
| Do ulubionych
Nowe przygody rodziny L.

W dzisiejszym odcinku - L. i wiosna.

Ach, piękna jest wiosna w Mordorze! Jak wiecie, miasto to stoi na złożach gliny, w związku z czym gdy tylko pojawią się roztopy, wszędzie stoi woda po kostki.

Wszyscy mieszkańcy mają przy ogrodzeniach wykopane rowy. No, nie wszyscy. L. nie ma. Pani L. nie uznaje takich rzeczy jak rowy. Rowy śmierdzą. Pani L. kupiła działkę nie po to żeby na niej były rowy.
Ale wpadła na bardzo mądry pomysł! Gdy tylko zaczęło się robić wilgotniej obłożyła ogrodzenie folią. TA DAAAM! Genialne, prawda?

Zdaję sobie sprawę, że niektórzy głupoty na pierwszy rzut oka nie widzą. Otóż wodzie wsio ryba czy na powierzchni jest folia, bo przesiąka sobie spokojnie pod nią, i zbiera się na działce. A że od środka ma foliowe burty to i stoi dłużej.

W związku z powyższym u nas wody już nie ma, a L. śmiało mogłaby podjąć działalność gospodarczą jako hodowca karpi.

Na cóż więc wpadła genialna L?

Przekopała tunel od działki na ulicę. A że ulica jest podwyższona... Tak, teraz może już hodować nawet delfiny.
L. nie ma jednak duszy przedsiębiorcy i zdecydowała się pod osłoną nocy wypompować wodę na działkę sąsiada.

Sąsiad jak wiecie ma krowy, i za tę zbrodnię L. go nie lubi. Krowy za to nie lubią L. Wprawdzie na noc bydlątka zamknięte są w pachnącej siankiem i obornikiem obórce, ale krowa kiedy zaniepokoi ją dźwięk pompy przy ścianie może zacząć hałasować. A że dla sąsiada owe mlekodajne zwierzaczki to majątek, to nasłuchuje ich muczenia jak matka płaczu niemowlaka.

I tak biedna rodzinka L. musiała w środku nocy, wiadrami wynosić to co udało im się nalać. W końcu krowy teraz powinny spać, a pompa hałasuje.

Sąsiad nie stosował przymusu, tylko kulturalnie poganiał widłami. Ot, wiosna idzie, trzeba się rozruszać.

Mój Mordor z pierniczków.

Skomentuj (24) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 1050 (1148)

#20530

przez Konto usunięte ·
| Do ulubionych
Tym razem kilka ciekawostek zebranych w mojej kolekcji piekielności. Rozpoznania, teksty pacjentów i takie tam głupotki.

Rozpoznania z ostrych dyżurów, wyprodukowane przez pogotowiarzy:
- Coś z nerkami.
- Stan po kąpieli w rzece Raduni (podtopienie? zatrucie?)
- Obserwacja narządów płciowych zewnętrznych - to akurat widniało w rubryce rozpoznanie na skierowaniu od lekarza POZ... Zadzwoniłem i zapytałem o co chodzi? Odpowiedziała, że facet przyszedł, trzymał się za klejnoty i nie chciał zdradzić natury problemu, to co miała napisać?....

Pewien zmęczony lekarz w Izbie Przyjęć uczynił następujący wpis w księdze rejestracji pacjentów:
"Około 2 w nocy zgłosiła się para podając, że pękło zabezpieczenie gumowe. Zalecono: płukanie, Postinor, wulkanizację".

Kolega z Pogotowia kiedyś nauczył mnie nietypowego objawu u pacjenta: NYNDZENIA...
Zabierał do szpitala staruszka, który na wszelkie pytania co dolega odpowiadał "tak mnie nyndzi"... Nie dało się zdefiniować istoty tego nyndzenia, ponieważ starszy pan zmarł w SORze. Mimo to kolega od tej pory wiezie pacjenta z nyndzeniem do szpitala na sygnałach. Ani chybi jest bowiem ono objawem stanu zagrożenia życia.

Jeszcze ciekawsze są zeznania innych pacjentów. Oto niektóre objawy:
- Odczuwam zwiększone natężenie grawitacji w okolicach głowy - to słowa Pani Nauczycielki z udarem mózgu.
- Podczas mrugania oczy uciekają mi na potylicę - stała pacjentka ratunkowa, której skończyły się powody wezwania
- Prostaki mi wycięli rok nazad - pacjent zapytany o operacje przebyte.
- Mam gorączkie i gulałkie na ci..e - słowa dziewczyny przecudnej urody, kilka dni po porodzie, dom za kilka milionów, beemka na podwórku, mąż 20 lat starszy, drogi garnitur.
- Widzę na niebie znaki od Chińczyków, przez które dają mi znać, że jutro umrę - stojąca na ulicy pani w prochowcu i ciemnych okularach, pomimo 1 w nocy.

I wreszcie hit sezonu.

Koło 22 dostałem wezwanie do wyjazdu. Na karcie napisane: "ciało obce w odbycie" (kolejne...).
Domek na obrzeżu miasta. Otwiera elegancki pan koło 40 i prowadzi do pokoju. Tam, na łóżku siedzi jego ojciec. Siedzi, dodajmy, sztywno jakby kij połknął...
Siadam obok i pytam co się stało.
- Ja panu powiem jak na spowiedzi... Rano siedziałem na sedesie no i mam te zaparcia... i gmerałem takim kijkiem żeby się podleczyć... Nagle jak mnie j.bło w krzyżu! zerwałem się, kijek się zassał i teraz tam siedzi...
- Panie, to było rano? Jest 22, coś pan robił tyle czasu??
- Kwaśne mleko piłem coby kijek wydalić... Ale patrz pan... sraczka jest, a kija nie widać.
- Kochany, na takim nawozie tylko patrzeć jak pędy i liście wypuści...

Zabraliśmy pana do szpitala. Tam chirurg po męczarniach wydobył z groty... trzydziestocentymetrowy, drewniany, rzeźbiony tłuczek do moździerza...
Tłuczek oddaliśmy, z prośbą, żeby zrobić w nim dziurkę i przeciągnąć sznurek. Tak na wszelki wypadek.

służba_zdrowia

Skomentuj (38) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 1005 (1059)

#48885

przez Konto usunięte ·
| Do ulubionych
Przedwczoraj w nocy lub wczoraj rano ktoś, najprawdopodobniej, porzucił na mojej ulicy psa, niewielkiego biało brązowego kundelka. Prawie na pewno jest to suczka z cieczką, bowiem w kilka godzin wkoło niej pojawiło się kilka innych psów. W przeciwieństwie do suczki, one miały obroże lub kagańce - jednak żaden nie miał obok siebie właściciela.
Suczka ewidentnie na kogoś czeka, bowiem co chwila wybiega na ulicę. Nie uciekała przed autami i ludźmi - ignorowała i jednych i drugich, przez co przynajmniej dwa razy omal nie doszło do wypadku. Sfora biegająca dookoła suki też nie wykazywała lęku, wszystkie psy niejednokrotnie przebiegały na centymetry od nóg przechodniów. Uznałem, że tak być nie może.

Wczoraj zadzwoniłem najpierw na straż miejską - szybo mnie zbyli, ale faktycznie okazało się, że oszczekuje złe drzewo, więc nie mam pretensji. Pokierowano mnie do schroniska TOZ, więc zadzwoniłem tam.
Automatyczna gadaczka podała mi numer do Pogotowia dla zwierząt, czyli pana który zwozi bezdomne zwierzęta z miasta do schroniska. Dzwoniłem kilka razy, ani razu się nie dodzwoniłem, zmieniłem wtedy taktykę i wybrałem numer do dyrektorki schroniska.

Po naświetleniu jej sytuacji, z drugiego telefonu, ona sama zadzwoniła do kierowcy, pana Roberta. Wtedy odebrał za pierwszym razem i metoda "na głuchy telefon", przy pomocy pani dyrektor Zofii, przyjął moje zgłoszenie. Miał przyjechać do godziny i sprawę załatwić, jeśli by potrzebował pomocy, miał po mnie dzwonić domofonem.
Po godzinie zadzwoniłem bezpośrednio do pana Roberta. Nie jestem w stanie w tej chwili przytoczyć dokładnie całych dialogów, jedynie wnioski i pewne cytaty, ale chyba uda mi się oddać wiernie całą sytuację.

- Pan Robert był, wysiadł z samochodu, ale psa nie złapał. Czemu? Pies nie chciał do niego podejść!
- Pan Robert się na tym zna i wie, że psa nie złapie, bo jest ogłupiały ze strachu i boi się ludzi.
- "Jemu nie płacą za bieganie za psami."
- Jakby pies podszedł, toby go wziął, ale pies nie podchodzi, to go nie złapie.
- Ten pies pewnie komuś uciekł i wróci do właściciela, albo ktoś go weźmie do domu. - Nie umiał mi odpowiedzieć co się stanie, jeśli jego przewidywania nie są słuszne.
- W całym mieście są bezdomne psy, to co mi ten jeden przeszkadza?
- Jak na razie, do tego psa mieli tylko jeden, mój, telefon więc po co się starać? - Na pytanie od ilu zgłoszeń zaczynają działać, nie chciał odpowiedzieć.
- Wisienką na torcie jest stwierdzenie, że jeśli tak bardzo mi to przeszkadza i jestem taki szybki to mogę sobie sam pobiegać i złapać tego psa!

Rozmowę zakończyłem, bo nie widziałem sensu w rozmowie z kimś takim jak pan Robert. Postanowiłem zadzwonić do jego zwierzchniczki, pani dyrektor Zofii, z opisem sytuacji. Jak się domyślam, pan Robert mnie ubiegł. Tak jak poprzednio, nie przytaczam całych dialogów, a jedynie wnioski i cytaty.

- Pan Robert był, chodził za tym psem, ale go nie złapał. - Na moje stwierdzenie, ze kierowca mówił mi, że tylko wysiadł, a ja sam mam świetny widok na ulicę i widziałem, że nikt za tym psem nie chodził, pani dyrektor powiedziała tylko, że ona przekazuje co wie.
- Pan Robert to świetny specjalista z dużym doświadczeniem, jak mówi, ze się nie da, to się nie da.
- Oni czasem łapią psy i miesiąc, więc nie ma co oczekiwać, że tego jednego złapią w dzień zgłoszenia. Nawet jeśli pies ewidentnie nie ucieka od ludzi i każdy komu się chce, może go pochwycić.
- Najlepiej jakbym sam go złapał, przetrzymał pół godziny w bramie, stojąc przy nim cały czas, i przekazał kierowcy. - Na moje "ale ja muszę iść do pracy" odparła tylko coś w stylu "trudno".
- MOŻE pan Robert zachował się źle, ona z nim porozmawia.
- Ten pies to na pewno suka z cieczką, stąd reszt watahy - gdy zapytałem co z tego i jak to się ma do odłowienia, znów brak odpowiedzi.
- Pan Robert miał dzwonić do mnie do domu domofonem przez kilka minut, ale nie mógł się dobić. - Powiedziałem, ze to bzdura, bo cały czas jestem w domu, wtedy dyrektorka zapytała, czy mieszkam pod adresem XXX (gdzie wiedziała, że mieszkam w mieszkaniu o numer większym), gdy zaprzeczyłem oznajmiła "Widzi pan, zwykłą pomyłka".

Niestety, w mieszkaniu do którego miał się dobijać kierowca, mieszka kobieta z chorym dzieckiem, która nie wychodzi za często z domu, a wtedy była w nim przez cały czas. Poinformowałem o tym panią Zofię, nie powiedziała mi, czy kłamała ona, czy okłamał ją pan Robert.
- Gdy nie wytrzymałem i powiedziałem "Jeśli temu psu coś się stanie..." pani dyrektor przerwał mi i wypaliła "To nie będzie nasza wina! Winny jest właściciel który psa nie dopilnował" - nie wiem kogo przekonywała, mnie czy siebie.
- Po 15:00 gdy przyjdzie druga zmiana, na miejsce zostanie przysłany inny kierowca, który spróbuje złapać psa. Czemu ktoś z drugiej zmiany? "Żeby już nie wysyłać pana Roberta"...

Po tej rozmowie obdzwoniłem jeszcze kilka instytucji w mieście. Okazało się, że pani dyrektor nie odpowiada za swoje decyzje przed nikim - przynajmniej nikim z urzędu miasta. Są tylko ludzie odpowiedzialni za podawanie telefonów do schroniska lub tacy, którzy zajmują się przydzielaniem mu pieniędzy, ale nie ma nikogo kto by kontrolował ten cyrk!
Moje zgłoszenie, przez sztab zarządzania kryzysowego (czy coś o podobnej nazwie) trafiło... znów do schroniska. Jednocześnie uprzedzono mnie, że muszę uzbroić się w cierpliwość, bo schronisko... czasem "długo nie przyjmuje" zgłoszeń od urzędników!
Faktycznie, koło 17 odebrałem telefon od innego kierowcy, który przyjechał szukać psów - niestety, byłem wtedy w pracy i nie mogłem mu pomóc. Drugi kierowca przeprosił mnie za poprzednika i powiedział, ze poszuka, ale niestety, ma tez inne zgłoszenie i niebawem będzie musiał jechać.

Dziś znów widziałem dwa psy z tej ferajny, biegające po osiedlu. Jednym z nich jest suczka od której wszystko się zaczęło - jest chyba coraz bardziej skołowana, bo opuściła miejsce którego pilnowała i zatacza coraz większe koła, zbliżając się coraz bardziej do ulic Kamiennej i Armii Krajowej, bardzo dużych i niebezpiecznych arterii miejskich.

Bardzo wszystkich proszę, piszcie w tej sprawie maile do schroniska (schronisko_wroclaw@wp.pl) z zapytaniem, co zamierzają dalej robić - jeśli nie mają bezpośrednich przełożonych, którzy mogliby ich zdyscyplinować, to niech przypomną sobie, że pensje wypłaca się im z naszych podatków!

https://www.facebook.com/events/121164361409902/?ref=22

Schronisko TOZ

Skomentuj (11) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 303 (483)

#66198

przez (PW) ·
| Do ulubionych
Jest sobie u mnie na osiedlu nieduże skrzyżowanie. Tuż przy nim sklep spożywczy i budka z fast foodem. Zazwyczaj gdy ktoś jedzie samochodem i chce kupić jedzenie, to skręca sobie w prawo i parkuje na malutkim parkingu. Nie wszyscy.

Dwa razy widziałam, jak samochód (wydaje mi się, że ten sam, ale pewności nie mam) zatrzymuje się na pasie do skrętu w prawo, jakieś 10-15 metrów przed światłami. Kierowca włącza awaryjne (albo i nie) i jakby nigdy nic przeskakuje przez trawnik oddzielający chodnik od jezdni, idzie do budki i zamawia sobie jedzenie. Czeka tak kilka minut przy okienku, a potem wsiada do auta i odjeżdża.

Za pierwszym, jak siedziałam na balkonie, zdziwiło mnie czemu auto tak długo stoi przed światłami, skoro przed nim pusto. Nie wiedziałam czy się zepsuło, czy kierowca zasłabł, czy coś innego. Kierowcy chyba też nie wiedzieli o co chodzi, bo ustawili się za tym autem widmem w ilości dość sporej i tak czekali, aż w końcu wyminęli je z lewej i jechali dalej. Za drugim razem widziałam akcję od początku – od wyjścia z auta, do powrotu z kebabem.

Można? Można.

Skomentuj (9) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 310 (370)

#64907

przez (PW) ·
| Do ulubionych
Pracując w warsztacie samochodowym, jak w każdej innej branży usługowej, można zapoznać się z najróżniejszymi typami ludzi, którzy nas odwiedzają. Sam samochód, trochę jak pies, w jakiś sposób interferuje z osobowością właściciela, ukazując różne ludzkie słabości, pasje i piekielności.
Pokusiłem się o spisanie różnych, czasem pojawiających się (nie zawsze piekielnych) typów Spaliniarzy. I Spaliniarek.

Typowy Janusz. Typowy Janusz zwraca się do mechaników per "ty", domaga się natychmiastowego wjazdu do warsztatu i sprawdzenia, co stuka i puka w jego aucie (Janusz prawie zawsze ma diesla). Po stwierdzeniu, co się zepsuło, Janusz wymaga szczegółowej listy potrzebnych części, które Janusz kupi przez internet, na giełdzie, albo znajomy mu załatwi. Kiedy części już przybędą, Janusz wraz ze szwagrem i kolegą Zdziśkiem wymienią sami "na garażu". Janusz w wersji ekstra (lub jak szwagier nie ma czasu) próbuje, jak szef nie widzi, umówić się "na garażu" z którymś z mechaników, by ten "zrobił mu" za flaszkę, lub inną niewygórowaną sumę pieniędzy.
Szef wyczuwa Januszów jak pies androidy, stosuje wtedy, zarezerwowaną na specjalne okazje broń: "diagnostyka przedserwisowa, 60zł".

Kobieta. Kiedy coś się dzieje z samochodem, kobieta przyjeżdża i mówi co się dzieje. My sprawdzamy. Dogadujemy szczegóły i naprawiamy co trzeba. Jeśli warsztat traktuje kobietę poważnie i nie naciąga na kasę, wykorzystując jej niewiedzę, kobieta staje się stałą klientką. Jeśli poziom usług jest odpowiedni, zaczynają przyjeżdżać koleżanki Kobiety.

Kobieta "Blondynka". W sumie nie wie, czemu przyjechała na warsztat. Chyba coś się dzieje, ale nie wie co. Albo facet jej kazał. Tylko doświadczenie mechaników, ich spostrzegawczość i wnikliwa diagnostyka może uratować Blondynkę i jej auto. W którym właśnie skończyły się hamulce, nie ma oleju w silniku, albo, co gorsza, olej jest, ale wlany do zbiorniczka retencyjnego układu chłodzenia. A`propos oleju. Jeśli załoga warsztatu ma choć odrobinę oleju w głowie, to ona wykonuje wszystkie manewry autem Blondynki w warsztacie i jego okolicy, zwłaszcza, jeśli stoją tam auta innych klientów...

Mężczyzna. Mężczyzna przyjeżdża, bo wie co się stało. Albo co się stanie. Mężczyzna ma już części, wie, co trzeba zrobić, jak, czym i gdzie. I za ile. Czasem rzeczywiście wie. Czasem przywiezione części pasują. Czasem to, co kazał zrobić pomaga. Bywa jednak całkiem często tak, że Szef wypowiada sakramentalną formułę: "a może tym razem my sprawdzimy, co się dzieje?". Albo "niech się pan nie denerwuje, odda pan sprzedającemu, to tylko przesyłka na pański koszt, a my za ten czas, żeby było szybciej, zamówimy pasującą część. W tej samej cenie, przywiozą nam ją za dwie godziny..."

Pan Darmoszka. Pan Darmoszka wcale nie jest biedny. Pan Darmoszka kupił, czasem bardzo drogi, samochód i uważa, że na tym inwestycje muszą się zakończyć. Auto ma jeździć i jeździć - za darmo. Perspektywa wydania choćby złotówki na części i naprawy jest dla Pana Darmoszki równie miła, jak pomysł usunięcia owłosienia łonowego za pomocą miotacza ognia. W świecie Pana Darmoszki istnieją tylko używane części z internetu, no ewentualnie te chińskie, zrobione z najtańszych otrąb ryżowych. On nie przyjmuje do wiadomości, że tłumika nie da się po raz dziesiąty pospawać. To olej się kiedyś wymienia? Te opony mają jeszcze 0,00001mm bieżnika i na pewno wytrzymają jeszcze co najmniej jeden sezon. I że niby dlaczego w naszym warsztacie nie zakładamy używanych klocków hamulcowych? Jak to niebezpieczne? Ktoś już ich używał i były dobre. Kiedy Pan Darmoszka płaci w kasie, ma taką minę, że wiemy to na pewno - jesteśmy złymi ludźmi.

Tuner. Tuner ma zazwyczaj najmocniejszą wersję silnikową danego modelu samochodu. Moc tę już dawno zwiększył. O swoim aucie wie wszystko. Zawsze przywozi swoje części, zazwyczaj bardzo drogie. Zawsze należy robić to, co każe. Można się od niego sporo nauczyć. Pieści nasze uszy słowami "przy 160 mam podsterowność", "niestabilne ciśnienie doładowania przy 5 tysiącach obrotów" albo "drgania przy hamowaniu z 200km/h". Tuner potrafi przyjechać, założyć super drogie tarcze hamulcowe i metaliczne klocki najlepszej firmy, następnie przegrzać je na Track Day`u w weekend i w następnym tygodniu z uśmiechem przyjechać założyć jeszcze droższe. Jak to mawia Guy Martin "Nie ma takiej rzeczy jak tanie ściganie". Otoczony szacunkiem i należycie dopieszczony Tuner staje się wizytówką firmy. Samochody Tunerów, jeśli akurat nie stoją na hali, parkujemy zawsze w widocznym miejscu.

"Tunningowiec". Tunningowiec zazwyczaj posiada kilku(nasto)-letni samochód klasy kompakt z niewielkim i ekonomicznym silnikiem, który kiedyś kupił jego dziadek. W rękach Tunningowca pojazd ten przechodzi metamorfozę i staje się bolidem z Szybkich i Wściekłych. Wnuczek katuje do niemożliwości Bogu ducha winne auto, które dziesięć lat temu zwyciężyło w klasie "ekono" Tygodnika Działkowca. Nalepki "Tunning", "Sport", "Rally" oraz napojów energetycznych z daleka informują innych frajerów na drodze, że nie ma żartów. Przyciemniane szyby, tylne lampy i niebieskie diodki są niezbędne przy prędkościach powyżej 300km/kwartał. Bodykit trzymający się na klej, zipy i słowo honoru budzi zrozumiałą zazdrość innych Tunningowców. Każdy Tunningowiec wie, że nic tak nie zwiększa osiągów pojazdu oraz prestiżu właściciela, jak średnica rury wydechowej. Z tego oto powodu auto Tunningowca posiada wiadrowydech o średnicy większej, niż średnica butli gazowej w bagażniku. Wydech ten zapewnia akustyczne tsunami, porównywalne z pierdzeniem Godzilli. "Tunningowcy" na warsztacie są równie lubiani jak granaty z wyciągniętą zawleczką. Ich pojazdy zazwyczaj są ofiarami licznych przeróbek prosto z forum w necie. Nic już nie da się normalnie zrobić, a dotykanie misternie posklecanych na drut i taśmę klejącą patentów dostarcza emocji, które znają saperzy.

Maniak. Maniak, ogarnięty swą manią posiada irracjonalny samochód. Bez sensu, niepraktyczny, nieekonomiczny. Stary. Nie ma do niego części. Nie ma instrukcji. Konstruktor maniakalnego pojazdu zazwyczaj też był maniakiem i zadbał, żeby jego mechanizmy działały w sposób inny niż w normalnych autach. Taki pojazd w końcu znajduje swego pana. Niczym Jin i Jang stają się swoim dopełnieniem. Maniak zaczyna odyseję po warsztatach, starając się naprawić, poprawić, odrestaurować obiekt swej obsesji.
Większość warsztatów spławia Maniaków. Szybciej i wygodniej zmienić klocki, tłumik i rozrząd w popularnych do bólu autach, niż doktoryzować się nad ikoną motoryzacji lat 70`tych. Są też warsztaty, które dobrze wiedzą, że Maniak chętnie zapłaci za poświęcony czas, pod warunkiem, że coś zostanie naprawione "nareszcie", lub zwyczajnie "dobrze". Nic tak nie koi skołatanego serca Maniaka jak słowa "możemy to dorobić" i "to się da zregenerować".

warsztat samochody usługi klient

Skomentuj (43) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 925 (1021)

#4662

przez (PW) ·
| Do ulubionych
Sytuacja typowa: Klient składa reklamację, awanturując się, że dostał celowo uszkodzony towar. Ze spokojem staram się wytłumaczyć jakie są procedury i staram się uspokoić nerwowego Klienta:
[J]: - Proszę nie krzyczeć, jesteśmy przecież inteligentnymi ludźmi....
[K] - To chyba ku*wa pan, bo ja to na pewno nie!!!
Klient dopiero po chwili się zorientował, że nie warto było przerywać i jaką głupotę walnął, zabrał towar i już nie wrócił.

Market motoryzacyjny

Skomentuj (2) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 1998 (2156)