Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation
Profil użytkownika

kluskaa

Zamieszcza historie od: 14 lutego 2017 - 9:38
Ostatnio: 6 lutego 2019 - 20:31
  • Historii na głównej: 24 z 25
  • Punktów za historie: 4208
  • Komentarzy: 15
  • Punktów za komentarze: 129
 

#83990

(PW) ·
| Do ulubionych
Mieszkam w ścisłym centrum miasta, więc każde miejsce do parkowania jest na wagę złota. Pomimo tego, że parkingów jest sporo, to jest też dużo miejsc takich, jak uczelnia, biura, knajpy czy właśnie bloki.

Pod moim blokiem jest podwórko, w nim parking na którym miejsca wyznaczone są „wyjeżdżeniem” ziemi, betonowe płyty są tylko po środku.

Ostatnio, po świętach, ktoś postanowił pozbyć się choinki, przez wkopanie jej na podwórku. OK, drzew nigdy za dużo, zwłaszcza w betonowym centrum miasta. Ale. Wkopano ją na samym skraju jednego z miejsc parkingowych w taki sposób, że osoby jeżdżące kombi mogą albo najechać na choinkę (jest to malutkie drzewko), albo częściowo zastawić kawałek wjazdu na podwórko. To miejsce parkingowe jest zaraz przy trawniku, więc kilkanaście centymetrów dalej, a choinka dla nikogo nie byłaby problemem.

Ja osobiście jeżdżę małym autem, ale dlaczego osoby mające kombi albo vany mają nie mieć możliwości zaparkowania na miejscu, bo ktoś sobie wkopał tam drzewko?

Dziś wezwano straż miejską i założono blokadę na koło, bo ktoś znowu wjechał na to drzewo, żeby nie utrudniać nikomu wjazdu albo wyjazdu z podwórka.

Czy w ogóle można sobie sadzić rośliny, gdzie się chce, czy potrzebna jest jakaś zgoda spółdzielni mieszkaniowej? Dodam jeszcze, że zaraz obok jest park, w którym jedno drzewo więcej na pewno nikomu by nie przeszkadzało.

Skomentuj (9) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 74 (96)

#83933

(PW) ·
| Do ulubionych
Moja sąsiadka z dołu cały czas skarży się, że jestem za głośno i nie daję jej żyć. Często przychodzi i drze się, że mam być cicho.

Na początku, po wprowadzeniu się, myślałam, że moja podłoga, a jej sufit jest bardzo cienka i na prawdę jej to przeszkadza, ale ja nic nie słyszałam od moich sąsiadów z góry.

Potem zaczęłam ją ignorować i przestałam otwierać drzwi, gdy to ona za nimi stała. Nie robię żadnych imprez, odkurzam raz na kilka dni i w normalnych godzinach, generalnie "normalnie" użytkuję moją podłogę.

Dzisiaj przeszła samą siebie. Wróciłam do domu ok. 15. Gdy wchodziłam po schodach, usłyszałam, jak coś, a raczej ktoś głośno wali. Poszłam dalej, a tam ta starucha wali w moje drzwi. Gdy mnie zobaczyła zaczęła się drzeć, że mam być cicho i ci, z którymi mieszkam też, bo ona żyć nie może. Popukałam się w czoło i poszłam do siebie. Jeszcze coś tam krzyczała, ale ją zignorowałam.

No cóż. Nie wiem, czy się bać, czy spróbować wysłać ją na jakieś leczenie, czy może to już część jej rutyny, że musi mi truć d*pę, ale mieszkam sama i nikogo u mnie nie było.

Skomentuj (21) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 220 (226)

#83454

(PW) ·
| Do ulubionych
Robiłam dziś zakupy w jednym z marketów. Podeszłam do kasy, która była połączona z BOKiem, gdy w BOKu nikogo nie ma, to kasjerka z tej kasy, pomiędzy klientami robiącymi zakupy, zajmuje się klientami, którzy przyszli z jakaś sprawą.

Przede mną ze dwie osoby. Wtedy do kasy dopycha się Ona. I od razu do kasjerki z awanturą, swoją drogą dość głośną, że została oszukana. Ziemniaki na stoisku kosztują x, a na paragonie dwa razy tyle. Rozumiem, że ktoś może się zdenerwować, ale żeby od razu w taki sposób krzyczeć na kasjerkę? Przyciągnięty krzykami zjawił się ochroniarz i jakaś druga kobieta (też klientka).

Kasjerka i ochroniarz przeprosili klientów i zajęli się kobietami. Nikt z kolejki się nie sprzeciwiał.

Pierwsza cały czas się awanturowała, druga postanowiła, ze zwróci ziemniaki. Pierwsza zdecydowała, że też zwróci. Ale, nagle: „Ło Jezu, przecież ja już paragon wyrzuciłam.”.

Tak. Przyszła się awanturować o za wysoką cenę produktu na paragonie, który wcześniej wyrzuciła.

Oczywiście ziemniaków nie zwróciła, ale wyszła ze sklepu odgrażając się, że ona zrobi tu porządek.

Ja rozumiem, że ktoś np. żyje pod kreską i jest dla niego ważny każdy grosz, ale nie cierpię, gdy ktoś robi takie awantury, krzycząc na kogoś, kto nie jest niczemu winien, zamiast załatwić to na spokojnie.

Skomentuj (3) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 91 (117)

#83148

(PW) ·
| Do ulubionych
Historia o religii w szkołach.

Do liceum, które skończyłam, chodzi moja kuzynka. Po pierwszym zebraniu, tym organizacyjnym i otrzymaniu planów zajęć na cały semestr, wśród rodziców zawrzało. Według nich jest za dużo religii (2 w tygodniu) i chore zasady, czyli pierwszopiątkowa msza dla uczniów, która jest obowiązkowa i jest w zamian pierwszej lekcji tego dnia. Dodatkowo nie ma możliwości zwolnienia się z religii i zamienienia jej na etykę.

Wiecie, mogłoby to się wydawać dziwne, jak na szkołę. Jest tylko jedno ale. Jest to szkoła katolicka. Prywatna, w której dyrektorem jest ksiądz. Nikt nikomu nie każe posyłać tam dzieci, a szkoła ta istnieje od ponad dwudziestu lat, więc zasady, które w niej obowiązują są powszechnie znane. Dodatkowo w naszym mieście jest dużo szkół, a w jej bliskim sąsiedztwie dwie inne, więc to nie jest tak, że ktoś tam idzie, bo nie ma innej szkoły blisko domu. Co prawda, jest w niej wysoki poziom i stuprocentowa zdawalność matur, ale oczywiście to nie jedyna taka szkoła...

Naprawdę nie można iść do innej szkoły, skoro takie rzeczy tak bardzo przeszkadzają?

Skomentuj (50) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 164 (212)

#82542

(PW) ·
| Do ulubionych
Jest sobie skrzyżowanie w kształcie +. „Pozioma” stoi w obie strony, ja chcę przejechać „Pionową”. Całe szczęście kierowcy myślący, zostawili wolny przejazd przez skrzyżowanie. Zatrzymałam się tuż przed „Poziomą”, patrzę w lewo, prawo, czy aby korek nie rusza i mogę bezpiecznie przejechać. Wszystko nadal stoi, więc jadę, ale za chwilę też stoję, z motocyklem wbitym w lewe drzwi (całe szczęście, jechałam „anglikiem”).

Wiadomo policja, karetka. Motocyklistę zabrali do szpitala, mi nic się nie stało.

Czy tylko ja uważam, że dla motocykli powinien być zakaz jeżdżenia slalomem, albo jeżeli już to robią, to powinni zachować szczególną ostrożność?

Dodam jeszcze, że jechał dość szybko, zwłaszcza jak na centrum miasta oraz, co najważniejsze, jest to skrzyżowanie bez znaków, a on jechał z mojej lewej, więc miałam pierwszeństwo, a on nawet nie zwolnił.

Skomentuj (14) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 85 (117)

#82449

(PW) ·
| Do ulubionych
Semestr na studiach powoli się kończy, jeszcze tylko sesja i wakacje. Podczas tego roku zebrało mi się kilka mniejszych historii związanych z jedną grupą studentów.

Erasmus... W mojej grupie było pięć osób z tego programu, wszystkie z Turcji. Nie wiem, czy u nich takie rzeczy są normalne, ale dla mnie były strasznie irytujące.

1. Notoryczne spóźnianie się. Wchodzą do sali, w której zajęcia już się dawno zaczęły i gadają, nie zwracając na nic uwagi. Gdy usiądą, od razu telefon w łapę i nic innego się nie liczy. Tłumaczą, że autobus się spóźnił. Trzeba jeszcze zaznaczyć, że mieszkają w akademiku z kilkoma innymi osobami z naszej grupy, które jakimś cudem zawsze są na czas.

2. Rzucie gumy. Okej, mi też nie raz się zdarzyło, ale kilku z nich tak mlaska, że momentami, wykładowca musi przerywać wykład i ich upomnieć. Wtedy wyrzucają gumę, a za chwilę co? Nowa do paszczy i kontynuujemy koncert!

3. Projekty. Praktycznie nigdy nie uważają na zajęciach. Gdy wykładowca każe zrobić na zaliczenie prezentację, albo jakiś esej, piszą na grupowym czacie, żeby wysłać im, co trzeba zrobić. No i to też mogę jeszcze zrozumieć, bo może nie zdążyli zapisać. Ale. Za każdym razem jedna z nich pisze do niektórych osób z grupy, żeby wysłali jej swoje skończone projekty, bo nie wie, jak to zrobić. Raz jej wysłałam. Myślałam, że zobaczy sobie, o co chodzi, i napisze swoją prezentację. Ale nie. Praktycznie skopiowała całą prezentację, zmieniła tylko tło i kilka szczegółów. Nigdy więcej ode mnie nikt z nich nie dostał żadnego projektu. Całe szczęście, wykładowca nie zwrócił uwagi.

4. Egzaminy. Ściągają na potęgę. Gdy wykładowca ich złapie, obrabiają mu d*pę, że jest taki zły, bo np. zabrał im telefon, albo kartkę. Niektórzy wykładowcy są tacy "dobroduszni", że gdy złapią kogoś na ściąganiu z telefonu, zabierają telefon i pozwalają pisać dalej, niektórzy od razu zabierają kartkę i zapraszają na termin poprawkowy.

Ogólnie są tak oderwani od rzeczywistości, jakby przyjechali tu na roczne wakacje, a nauka i uczelnia, to tylko jakaś dodatkowa atrakcja. Całe szczęście zajęcia już się skończyły.

Erasmus

Skomentuj (10) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 113 (149)

#82379

(PW) ·
| Do ulubionych
Korzystając z pięknej pogody, odwiedziłam moją kuzynkę (K). K mieszka z mężem (M) i dziećmi w domu jednorodzinnym. Najstarszy syn K ma 18 lat i właśnie przygotowuję się do egzaminu na prawo jazdy.

Młody bardzo chciał się pochwalić, co już umie, jego ojciec też. Wiadomo, dumny tata i w ogóle.

Chłopak dostał kluczyki i jeździł sobie w kółko. No super. Do czasu.

Po jakichś 30 minutach przy bramie zatrzymał się radiowóz. M ich wpuścił i zaczęła się rozmowa. Okazało się, że jednym z policjantów był ojciec kolegi młodego, więc trochę sobie wszyscy pogadali.

Otóż uprzejmy sąsiad zadzwonił na policję, że "gówniarz bez prawa jazdy jeździ samochodem i na pewno zaraz kogoś przejedzie". Nie powiedzieli, który sąsiad, ale tylko jeden przed przyjazdem radiowozu wyszedł z domu i niby przypadkiem ustawił sobie krzesło koło płotu.

Niby słusznie, prawda? Ale. Chłopak przez cały czas jeździł po zamkniętym podwórzu. K i M mają firmę transportową, więc jeździć jest gdzie bez wyjeżdżania na ulicę, dodatkowo całe podwórze jest pod obstrzałem kamer, więc gdyby ktoś się uparł, to dowód jest.

Nie wiem, co na celu miało wzywanie policji. Czy sąsiad liczył na jakąś gó**oburzę z nimi, czy tak fajnie jest "blokować" patrol, w razie gdyby na prawdę coś się działo.

Skomentuj (19) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 150 (188)

#82146

(PW) ·
| Do ulubionych
Przeglądałam sobie starsze historie i jedna przypomniała mi historię z zeszłych wakacji.

Często z drugą połówką podczas urlopów pływamy w rejsy. Wsiada się na statek gdzieś we Włoszech lub Hiszpanii, a potem przez następny tydzień lub dwa pływa się po morzu śródziemnym i Atlantyku. Jest to o tyle fajne, że:
1. można zobaczyć mnóstwo miejsc, bo codziennie jest się w innym mieście, a nawet kraju
2. gdy trafi się na dobry moment z rezerwacją, wychodzi dużo taniej niż wakacje nad polskim morzem.

Ale do rzeczy.

W zeszłym roku zabraliśmy na taki rejs naszych wspólnych bliskich znajomych. Wiedzieliśmy, że są to ludzie troszkę leniwi, ale nie wiedzieliśmy, że będzie aż tak.

Rejs trwał dwa tygodnie, byliśmy w dziewięciu portach. Oni zobaczyli tylko dwa z nich (dodatkowo, były to miasta, w których już byli na wakacjach, wcześniej). Całe dnie leżeli w kabinie, wychodzili tylko na jakieś posiłki, ewentualnie czasami przenosili się z leżeniem na leżaki obok basenu.

Nie dało się ich wyciągną do żadnego baru, knajpy, basenu etc. (wszystkie atrakcje na statku), bo cały czas byli zmęczeni (nicnierobieniem).

Rozumiem, gdyby np. nie mieli kasy na wycieczki, ale prawie w każdym porcie można łatwo dostać się do centrum i zwiedzać na własną rękę, często jest też darmowy transport.

Najbardziej piekielne było, jak wróciliśmy do Polski.

Przez długi czas mieli pretensje, że zabraliśmy ich na tak beznadziejne i drogie wczasy. Zapytani, czemu zamiast leżeć całymi dniami, nie poszli czegoś zobaczyć w tych miastach, mówili, że myśleli, że statek będzie jakoś bliżej (tak, najlepiej, żeby wpłynął do samego centrum miasta i zacumował przy głównej ulicy), wycieczki z przewodnikiem to nie dla nich, a sami to na pewno by się zgubili.

Płacili za to dużo, bo oczywiście czekali praktycznie do ostatniego momentu z rezerwacją i wzięli najdroższą kabinę (z balkonem).

Oczywiście przed rejsem wszystko im opowiedzieliśmy, jak to wygląda, jak z wycieczkami i tego typu rzeczy. Oczywiście byli bardzo podekscytowani i już nie mogli się doczekać, że zobaczą tyle ciekawych miejsc.

Nigdy więcej wakacji ze znajomymi.

Skomentuj (30) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 146 (170)

#82024

(PW) ·
| Do ulubionych
Historia o bokserce Gusi przypomniała mi historię naszego czworonoga.

Gdy zdechł nasz pies, postanowiliśmy znaleźć nowego. Przez cały czas mieliśmy w domu chociaż jednego psa, więc z przyzwyczajenia, mieszkanie beż żadnego nie wchodziło w grę.

Tata znalazł w gazecie ogłoszenie, że ktoś ma do oddania rocznego szczeniaka. Morda przecudna, więc od razu w samochód i po psa. Był mieszanką, ale z przewagą rasy, którą od zawsze mieliśmy i znaliśmy usposobienie tych psów. Nie była to mieszanka kundla z kundlem, tylko dwóch czystych ras.

Na miejscu pierwsze co, to zobaczył tego psiaka zamkniętego w malutkim, prowizorycznym kojcu. Na zabranie go był już zdecydowany, ale jeszcze tak z ciekawości popytał o powody.

Chcieli się go pozbyć, bo:
- wszystko niszczył i był "nieokiełznany". Serio? Od szczeniaka oczekiwali, że od razu będzie ułożonym, spokojnym psem...
- nie był rasowy, a oni chcieli jeździć z nim na wystawy. Nie wiem, skąd go wzięli, ale chyba kupując nie zorientowali się, że nie miał rodowodu,
- sika na podłogę, no cóż, psa czasami trzeba wyprowadzać, a szczeniaka nauczyć, żeby nie załatwiał się w domu, nawet jeśli ma się dom z ogrodem,
- zjada jedzenie zostawione na niskim stoliku, serio??? tak trudno nauczyć psa, żeby nie ruszał nie swojego jedzenia?
- jest agresywny w stosunku do dzieci. Tata opowiadał, że widział te dzieciaki na podwórzu i patrząc na to, jak się bawiły, a raczej jak siały zniszczenie dookoła, dla psa nie były łaskawsze.

Powiedzieli też, że chcieli go podrzucić do schroniska bo od dłuższego czasu nikt się nim nie interesował.

I całe szczęście, bo od kilku lat mamy przecudnego kanapowca, co prawda wyrósł spory, trochę mniejszy od doga. Największy przytulas na świecie. A tamte dzieciaki na prawdę musiały wzbudzić w nim jakąś traumę swoim zachowaniem, bo do dzisiaj ma problemy z obecnością dzieci w swoim otoczeniu.

Skomentuj (10) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 156 (174)

#81861

(PW) ·
| Do ulubionych
Historia o nagłośnieniu w kościołach przypomniała mi historię mojej znajomej.

Było to kilka lat temu. Obie mieszkałyśmy w dużym mieście, ale w dzielnicy, która była trochę odseparowana od miasta. Można powiedzieć, że była osobnym małym miasteczkiem - większość ludzi się znała, nie było tam żadnych bloków, same domy i jeden kościół, do którego chodzili wszyscy z dzielnicy.

Pewnego razu proboszcz poprosił znajomą o projekt ołtarza (znajoma jest architektem). To nie było nic wielkiego. Odmalowanie ścian i sufitu, ale ksiądz chciał coś nowego, dlatego potrzebny był ktoś, kto się na tym zna.

Co ważne, znajoma nie wzięła zapłaty za tę pracę. Dla niej to było parę minut roboty. Zanim zacznie się hejt, chcę wyjaśnić, dlaczego. Projekt takiego ołtarza kosztowałby sporo, a wiedziała, że ksiądz może spożytkować te pieniądze w inny sposób. Proboszcz jest zupełnie inny, niż ci hejtowani w internecie. To znaczy nie ma takiego parcia na kasę. Często udziela sakramentów za darmo, jeśli wie, że ktoś po prostu nie ma na to pieniędzy. Często organizuje wyjazdy dla dzieci, też właśnie z biedniejszych rodzin. Znajoma powiedziała księdzu, żeby pieniądze, które chciał dać jej za projekt, wydał na jakąś wycieczkę dla dzieci, jakieś dwa tygodnie później odbyła się wycieczka do zoo. Pojechało na nią sporo dzieciaków, które z rodzicami na pewno by nie pojechały.

Remont się skończył, wierni zobaczyli i zaczął się lament. Co to za projekt? Na to poszły nasze pieniądze? (dodam, że wykonanie nie było bardzo drogie, bo jedyne, czego było potrzeba to rusztowanie, farba i dwóch malarzy). Projekt był bardzo prosty. Wszyscy ludzie, gdy rozniosło się, że znajoma bierze w tym udział, zaczęli, można powiedzieć, że słowny lincz na niej. Jak napisałam, dzielnica jak małe miasto, ludzie wiedzieli, ile znajoma bierze za małe projekty, to obliczyli, że za to musiała wziąć kilka tysięcy, a do tego przecież takie coś można było zrobić bez żadnego projektu. Przez dobre kilka tygodni krążyły plotki o tym, ile znajoma wzięła, że parafianie zasponsorowali jej nowy dom (kilka tygodni przed tym projektem, znajoma kupiła nowy dom w innym mieście. To też się rozniosło, oczywiście ludzie uznali, że kupiła go za pieniądze z kościoła).

Ksiądz kilka razy (na każdej mszy w niedzielę, po zakończeniu) mówił, że dziękuję za projekt, że za darmo, oczywiście ładniej ubrał to w słowa. Ale ludzie jak zwykle wiedzieli lepiej. Parę dni po zakończeniu, znajoma przeprowadziła się do nowego domu, plotki zakończyły się kilka tygodni po przeprowadzce.

Skomentuj (7) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 166 (174)