Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation
Profil użytkownika

krolJulian

Zamieszcza historie od: 6 kwietnia 2012 - 10:58
Ostatnio: 28 października 2018 - 23:26
  • Historii na głównej: 2 z 10
  • Punktów za historie: 558
  • Komentarzy: 163
  • Punktów za komentarze: 903
 

#83229

(PW) ·
| Do ulubionych
Rowerzyści - temat starszy niż świat.

Idę dzisiaj przez miasto i przed sobą widzę panią "rowerzystkę". Pani "rowerzystka" stoi na chodniku i grzebie w telefonie. Wybrała do tego miejsce idealne, bo przy wjeździe w bramę. Podjeżdża samochód, widać, że chce w bramę wjechać, pani nic. Świat zewnętrzny nie dociera. W końcu trąbnięcie budzi ją do życia, systemy ponownie się załączają, odjeżdża.

Po chodniku.
Obok mając pięknie przygotowany pas dla rowerów wydzielony z jezdni (ulica z ograniczeniem do 50km/h, mało kto jedzie tam szybciej). Zatem werbalnie zwracam "rowerzystce" uwagę, że ma zjechać na swój pas i nie jechać po chodniku, bo jej nie wolno. Wskazuję nawet palcem, bo widać pięknie wymalowany znak roweru - nie ma szans się pomylić co do przeznaczenia tego fragmentu jezdni.
Pani patrzy na mnie tępo, ja zauważam słuchawki na uszach - aha, czyli jesteśmy odcięci od świata, impulsy przez mózg nie przepływają, można jechać jak idiota i nawet nie zdawać sobie z tego sprawy.
"Rowerzystka" jedzie dalej, po chodniku rzecz jasna, a ja ubolewam nad jej debilizmem.

I teraz tylko pytanie - czy jeżeli ta sama pani posiada prawo jazdy, to samochodem też jedzie po chodniku?
Żałuję, że nie stanęłam przed nią, tak aby nie mogła mnie wyminąć - zazwyczaj złośliwie robię tak z rowerzystami wykorzystującymi chodnik do jazdy w miejscach gdzie jazda rowerem po jezdni nie generuje dla nich żadnego niebezpieczeństwa (centrum miasta, strefa tempo 30). Częsty argument? "Bo tu są kocie łby, to mi niewygodnie jechać". Takiemu niewygodnie, a ja muszę uciekać z chodnika, który ponoć służy pieszym... I potem zdziwienie, że rowerzystów się nie lubi...

"rowerzystka"

Skomentuj (24) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 109 (139)
zarchiwizowany
Piekielne Pańcie i ich psiuńcie.

Wybraliśmy się z chłopakiem i znajomymi na spacer nad Motławę. Kto był, ten wie, że ludzi sporo i czasem trudno przejść. Tym razem nie było najgorzej, idziemy względnie bez wymijania tych, co drepczą wolniej. Z przeciwka nadciąga Pańcia z Psiuńciem rasy "trochę większe toto od szczura" i kilkorgiem znajomych. Psiuńcio na smyczy, wyprowadzać nikt nie zabrania, wszystko niby ładnie pięknie.
No właśnie niby. Pańcia uznała bowiem, że psiuńcio na dłuższym lassie na pewno będzie szczęśliwszy i prowadzi toto małe całą szerokością deptaka - pańcia przy jednej krawędzi, psiuńcio przy drugiej krawędzi buszuje przy okazji między straganami.
No i pech chciał że smycz rozciągnięta w poprzek deptaka zagradza nam drogę. W pierwszej chwili myślałam, że pańcia się zreflektuje i przyciągnie zwierzaka do siebie, każdy rozejdzie się w swoją stronę i nie będzie tematu. Niestety, pani uznała że przywołanie psa uwłacza jej czci, więc jedynie zawołała w naszą stronę "skaczcie, młodzi!". Cóż, przeszliśmy nad smyczą, ja rzuciłam w jej kierunku pytanie czy wyglądam na kangura - nic więcej nie zrobiliśmy, bo cięte riposty zawsze przychodzą po czasie. Teraz pewnie chwyciłabym smycz i pociągnęła w swoją stronę - wtedy zgłupiałam kompletnie.
I może sytuacja bardzo piekielna nie jest, ale co jeśli na naszym miejscu była osoba zamyślona albo starsza? Też miałyby skakać? Czy może pańcia turlałaby się ze śmiechu patrząc na osobę która zaliczyła bliskie spotkanie z chodnikiem dzięki rozciągniętej smyczy?
Cóż, u pańci kultura wywietrzała chyba równo z pierwszym powiewem wiosennego zefirku...

pańcie i ich psiuńcie

Skomentuj (7) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 27 (103)
zarchiwizowany

#70313

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Wybrałam się dzisiaj do lekarza rodzinnego, pierwszy raz od dawna z powodu choroby. W rejestracji poinformowali mnie, że kobieta, do której jestem zapisana, wyjechała na urlop (może i dobrze, bo co ona czasem wyprawia to zwyczajny cyrk). Lekarki nie ma, ale jeśli chcę, to mogę podejść do innego lekarza, zapytać się czy mnie przyjmie bez rejestracji. Mi w to graj, uśmiech nr 5 i idę pod gabinet.
Wcześniej widziałam, że na konsultację czeka jedna kobieta z dzieckiem, jak podeszłam, to najwyraźniej już była w gabinecie. Odczekałam, za mną nikogo (a podobno tyle osób zapisanych na dzisiaj), pani wychodzi. Podchodzę, pukam do drzwi, powoli otwieram - widzę że do faceta akurat zadzwonił telefon, więc nie ładuję się na chama, tylko drzwi przymykam (a było zamknąć do końca), stoję, w międzyczasie lekarz podchodzi do drzwi z drugiej strony i zamyka mi je przed nosem. No nic, kiepski początek znajomości.
Po chwili otwiera drzwi, zaprasza mruknięciem do środka.
-Dzień dobry, chciałabym się dowiedzieć, czy jest pan w stanie przyjąć mnie dodatkowo, bo mojej pani doktor nie ma, a w rejestracji powiedzieli, że tylko tak mogę się dostać
-Ale ja mam już zarejestrowanych pacjentów. Co takiego nagłego?
-Nic nagłego, po prostu się rozłożyłam, zaraz wyjeżdżam i chciałabym być na chodzie.
-No dobrze, przyjmę panią, ale jeśli przyjdzie ktoś zapisany to jego w pierwszej kolejności będę badać.
-Jasna sprawa, nie ma problemu.

Idę do rejestracji po kartę, wracam, pukam, wchodzę do gabinetu, podaję kartę, odkładam torbę i kurtkę, siadam.
Panu dzwoni telefon.
-Proszę chwilę poczekać, muszę odebrać.
-Oczywiście
-Ale proszę poczekać za drzwiami.

Eeeee, ok, może coś tajnego, MI5 albo inne służby, wychodzę zatem i czekam grzecznie. Po kilku minutach otwierają się drzwi, pan łaskawie zaprasza do środka.
-No to co się dzieje takiego?
Tłumaczę co i jak, pan bada, przyczepić się nie można.
-No, nie jest źle.
(Tyle to ja też wiem)
Siadamy zatem oboje, pan wypisuje kartę. W międzyczasie dzwoni panu telefon. Pan odbiera, i jednocześnie pisząc receptę, rozmawia z kimś po drugiej stronie (na pewno nie pilna konsultacja lekarska, dało się wyłapać z kontekstu). Rozmowa się kończy, pan podaje mi receptę, mówi co i kiedy brać, pięknie.
Żegnam się i wychodzę.

I teraz tak się cieszę, że niezbyt często choruję. Dodatkowo wiem, że czas zmienić przychodnię, bo tutaj najważniejsze jest dla lekarza gadanie przez telefon o sprawach, które można załatwić później, niż zajmowanie się osobą która jest aktualnie w gabinecie. Ciekawe czy z poważniejszymi przypadkami też tak robi, że najpierw pogaduchy, potem pacjent. Ja tymczasem rozważam skargę - pewnie i tak nic nie da...

przychodnia

Skomentuj Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: -13 (27)
zarchiwizowany
Czasem mam wrażenie, że u niektórych ludzi część mózgu odpowiedzialna za rozumienie mowy wykształciła się jedynie w minimalnym stopniu...
A dlaczego tak uważam? Ano posiadam numer telefonu dawniej używany przez właściciela jakiejś firmy [XYZ] (zarejestrowany w 1997, ja mam go od 2007). Zakładam też, że część dawnych kontrahentów firmy XYZ ma niezaktualizowane dane i często zdarza się, że odbieram telefony i tłumaczę, że pomyłka. Zazwyczaj trafia, ale dziś...

[Pani z firmy krzak] Dzień dobry, z tej strony hmhmmhm, czy z właścicielem firmy mogę rozmawiać?
[Ja] Nie, to jest numer prywatny.
[P] Może pani powtórzyć?
[Ja] To jest numer prywatny.
[P] Przepraszam, coś przerywa, może pani powtórzyć?
[Ja] TO JEST NUMER PRYWATNY.

bip...bip...bip...
Pani dzwoni drugi raz...

[P] Przepraszam, coś rozłączyło, może pani powtórzyć?
[Ja] (już solidnie wkurzona, bo siedzę w pracy i nie mam czasu na tłumaczenie że numer prywatny to nie numer firmowy) DODZWONIŁA SIĘ PANI NA NUMER PRYWATNY.
[P] Ale czy ja z właścicielem firmy mogę rozmawiać?
[Ja] NIE JESTEM WŁAŚCICIELEM, NIE ZNAM ŻADNEGO WŁAŚCICIELA, TO JEST NUMER PRYWATNY.
[P] A może mi pani dać kontakt do właściciela?
[Ja] POWTARZAM PO RAZ KOLEJNY, TO JEST NUMER PRYWATNY.
[P] To to nie jest firma XYZ?
[Ja] NIE, TO NIE JEST ŻADNA FIRMA, TO JEST NUMER PRYWATNY.
[P] A, to do widzenia.

5 minut trwało tłumaczenie, szczęśliwie do pani dotarło, że nie wyczaruję jej kontaktu do właściciela.

A czasem panie dzwonią i pytają się
"Dzień dobry, dodzwoniłam się do Świnoujścia?"

...

Skomentuj (1) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: -9 (23)
zarchiwizowany

#63953

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Opowiem wam bajkę, jak kot palił fajkę.... A nie, to jednak będzie historia prawdziwa, dla mnie osobiście piekielna, chociaż właśnie kwiczę ze śmiechu.

We wrześniu wyjechałam na Erasmusa do Bratysławy. Pierwszy raz miałam zamieszkać w akademiku, ale udało mi się znaleźć taki, gdzie łazienka przypada na dwie osoby, nie na sześć, w dodatku ogólne warunki są super, bo akademik dawniej był hotelem (wszystko oczywiście odpowiednio droższe, ale czego się nie robi w imię wygody). Właściciel przysłał mi wiadomość, że moją współlokatorką będzie hiszpanka, studiująca prawo na prywatnej uczelni. Pogadałyśmy przez facebooka, dziewczyna wydawała się być sympatyczna.
Przyjazd niestety zweryfikował pierwsze wrażenie.

1.Hiszpanka ma o sobie baaaaardzo wysokie mniemanie, jej racja jest jedyną słuszną. Uwielbia uczyć ludzi, jak wymawiać angielskie słówka (na przykład: "no przecież mówi się <sałer>, a nie <szałer> [shower]), a jej studia są najlepsze i w ogóle to "wy biedni z tych publicznych uczelni nic nie wiecie o studiowaniu".

2.Hiszpanka lubi się chwalić - "Dostałam D z testu ze słowackiego! Nic się nie uczyłam a dostanę certyfikat! Wpiszę go sobie do CV!!!"

3.Hiszpanka jest wzorowym przykładem studenta prawa:
"Popatrz! Byłam na imprezie i ukradłam kufel do piwa! Będzie na prezent dla wujka, przynajmniej nie wydam pieniędzy!"
Dzień później:
"Ty wiesz co mnie spotkało? Ktoś mi ukradł jedzenie z lodówki!!! I jeszcze napisał, że następnym razem mam dać więcej keczupu!!! Ja tego tak nie zostawię!!!"

4.Hiszpanka nie lubi się myć - przynajmniej nie za często. Wystarczy raz na tydzień, szczególnie jak ma okres. Zapaszki wydziela cudowne... które zabija perfumami, nazwanymi przeze mnie "rzygi calineczki".

5.Ale jak już się umyje, to zostawi włosy wszędzie - w postaci firan na ściance od prysznica, w postaci futrzatego zwierzątka w toalecie i drugiego pod umywalką.

6.Hiszpanka jest wysoce upierdliwa (a specjalnie zakładam słuchawki żeby dać jej do zrozumienia, że nie mam chęci na rozmowę)
"Wiesz, rozmawiałam dzisiaj z mamą, i ona zawołała moje koty, i ja do nich potem wołałam, a one robiły mrrrrr mrrrrr mrrrrr"

7.Tak, hiszpanka uwielbia kotki - szczególnie na filmikach o 9 rano. Słuchawek już tak bardzo nie lubi...

8.Chwila, 9 rano??? Nieee, błąd, 13. Bo w końcu wróciła z imprezy o 4. Trzeci dzień z rzędu... No i o to w końcu dzisiaj w nocy była kłótnia, bo dziewczę wróciło, otworzyło drzwi do łazienki i włączyło światło (więc także wiatrak). No i robi coś w łazience, wiatrak hałasuje, światło świeci. Podeszłam, podziękowałam wściekle za obudzenie mnie i zamknęłam drzwi.
Panna za chwilę wychodzi, staje w drzwiach i przegląda telefon.

[j] Hej, możesz wejść do łazienki i zamknąć drzwi? Albo zgaś światło, nie potrzebujesz go do oglądania internetu.
[h] Potrzebuję!
[j] Ale nie o 3 w nocy, znowu mnie obudziłaś!
[h] Ty mnie ostatnio o 7 obudziłaś, a ja nic nie mówiłam!
[j] Tak, bo miałam egzamin. I to było raz, a nie trzeci raz z rzędu jak idziesz na imprezę i wracasz i hałasujesz!
[h] Nie twoja sprawa czy chodzę na imprezy! A poza tym jak ty coś robisz źle to ja nic nie mówię!
[j] No to mów jak ci coś się nie podoba!
[h] Zostawiasz brudne naczynia na stole i to potem śmierdzi!
[j] A gdzie mam zostawiać jak robisz wszędzie bałagan? (wspólne duże biurko to jej syf i moje dwa garnki, dwie paczki herbaty i cukier)
[h] Ale to mój bałagan! Ja nie będę z tobą dyskutować o 4 rano!

A teraz mea pulpa, mea pulpa, mea maxima pulpa:
tak, przyznaję się, zostaną czasem na noc, bo mi się nie chce łazić do kuchni i potem biorę hurtem... talerz, łyżeczkę, kubek i miseczkę.
I te kilka miesięcy siedziałam cicho, bo nie chciałam powodować spięć. Kilka razy zwróciłam uwagę na włosy pod prysznicem, zawsze słyszałam "ojejku, zapomniałam!", co też mi powtórzyła w czasie kłótni. Zwracałam uwagę, żeby używała słuchawek. Ale dorosłej pannie nie powiem przecież, że śmierdzi, bo się nie umyła. Chociaż może powinnam?


Czemu teraz o tym piszę? Nieee, nie jestem nabuzowana kłótnią (no, może trochę). Po prostu dojrzała studentka właśnie wykasowała mnie ze znajomych na fejsbusiu.
Tak mi przykro...

akademik

Skomentuj (20) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 0 (96)

#59583

(PW) ·
| Do ulubionych
Przeglądałam ostatnio z nudów stare historie na stronie i trafiłam na opowieść o kupowaniu biletów w kasie PKP, która przypomniała mi sytuację z zeszłego roku.

Wracałam z chłopakiem pociągiem z miasteczka A, gdzie wypoczywaliśmy na wakacjach. Miasteczko małe, blisko granicy, 3 pociągi dziennie i kasa otwarta pół godziny przed odjazdem każdego z nich.

Zaplanowaliśmy trasę powrotną, korzystając oczywiście ze strony z rozkładami PKP. Trasa wyglądała następująco: z miasteczka A do miasta B pociągiem Regio, z B do C pociągiem TLK, z C do D również TLK. Co ważne, mieliśmy ze sobą jeden rower.

Przezornie wybraliśmy się na staję w A, tak aby być pół godziny przed odjazdem Regio, czyli w momencie otwarcia kasy. Przed nami dziewczyna, przy okienku zakonnica z jakąś kobietą. W ciągu 25 minut które tam spędziły, zdążyły się wypytać o chyba całą ofertę PKP, o to, czy jak na jakiejś stacji ktoś się do nich dosiądzie, to będzie miał miejsce w tym samym przedziale co one, czy aby na pewno pociąg z Moskwy do Nowego Jorku odjeżdża o 23:59:59. Ale ostatecznie alleluja! Obie panie odchodzą od okienka.

Przepuszczona przez dziewczynę szturmuję kasę i wyrzucam z siebie jednym tchem:
- Poproszę bilet studencki, uczniowski i na rower z A do D, tu proszę, sprawdzone połączenia i numery pociągów (podałam pani w tym momencie telefon z zapisanymi numerami połączeń).
Widać było, że do pani niewiele dotarło, więc powtarzam, pokazuję, że tu, proszę, są numery pociągów, wystarczy tylko wklepać i odpowiednie bilety sprzedać.
Nie, pani to nie wystarczy, ona musi sprawdzić. I uwaga, uwaga, otwiera stronę z rozkładami PKP, na której wyszukuje połączenie (dokładnie to, co pokazałam jej wcześniej na telefonie).
Myślałam, że już pójdzie gładko, ale nie...

Pani wklepuje numer pociągu z C do D, po czym informuje mnie, że nie ma już biletów na rower dla tego połączenia. Trudno, poproszę w takim razie z A do B i z B do C. Drukuje bilet z B do C, odkłada na bok, zabiera się za drukowanie z A do B. Przypominam jej, że potrzebuję studencki, uczniowski i na rower.

-To pani z B do C też chce na rower???
-Nie, wcale, przecież zostawiam rower w B...
-To z kim jedzie ten rower?
-Jak to z kim?
-No na studencki czy uczniowski?
-A jest jakaś różnica? (Bilet rowerowy to osobny druczek, niezależny od biletu na osobę)
-No na studencki czy uczniowski?
-Uczniowski!

Pani drukuje, do odjazdu pociągu bodajże minuta, za mną kolejka długa na całą poczekalnię wzdycha i wyzywa kasjerkę do pięciu pokoleń wstecz, ja również delikatnie zwracam uwagę, że można było wszystko szybciej załatwić (chociażby ukrócić dyskusję z zakonnicą lub uwierzyć mi, że podaję rzeczywiste numery pociągów). Co słyszę?
-To przychodzi się pół godziny wcześniej, a nie na ostatnią chwilę!!!

Dostaję bilety, płacę, lecę na peron. Wsiadam z chłopakiem już na spokojnie do pociągu, widzę, że konduktor nie robi problemów z kupowaniem biletu u niego - swoją drogą bardzo miło z jego strony.

Dojeżdżamy do B, wsiadamy do pociągu TLK, konduktor sprawdza nasze bilety, okazuje się, że dopisek "z rowerem" na bilecie uczniowskim nie jest równoznaczny z biletem na rower... Eh, wiedziałam, że tak będzie... Ponownie jednak okazuje się, że konduktorzy to równi goście, bo kupujemy bilet bez dodatkowej opłaty.

A w C okazuje się, że bilety na rower były dostępne, ale teraz już za późno (pociąg do domu za 15 min.) i nie ma już miejscówek. Co skazało nas na 5 godzin czekania w najgorszym upale tamtego lata.

Tak oto po ok. 14h zakończyliśmy szczęśliwie podróż do domu - nie bez przygód, niestety, bo ociężałość pani w okienku osiągnęła w upale chyba maksymalne wartości...

kochane pociągi

Skomentuj (5) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 325 (383)
zarchiwizowany
Chyba zmienił się w rejonie listonosz. Po czym wnioskuję? Ano z poprzednim problemów nie było. A teraz są. Dwa na raz.

Chłopak zamówił sobie na mój adres paczkę-ot, nie chce czekać na koniec sesji i powrót do domu. Mija kilka dni, na stronie informacja, że przesyłka awizowana, wpisana do księgi nadanych. Pytam rodzinkę, czy jakieś awizo było? Nie, nic nie widzieli. Lecę do skrzynki (co ważne, ma naklejone nasze nazwisko i nazwę ulicy razem z numerem-nawet dwie, taki psikus układu ulic, że pomiędzy dwiema nasz dom stoi). W skrzynce awizo na tatę i list priorytetowy. Do jakiejś pani kilka numerów dalej, której nie znam (pomiędzy sąsiadami się nie bawimy i jak coś trafi nie na nasze nazwisko, to odnosimy). Dostaję odgórny prikaz "Idź na pocztę, oddaj, bo to drugi raz wrzucone". Idę na pocztę, tłumaczę w czym rzecz, przesyłka na chłopaka wydana (wspomniałam, że awizo zaginęło w czasoprzestrzeni), oddaję list, pani obiecuje zająć się sprawą.

Mijają dwa dni, sprawdzam co nowego w skrzynce. Tak, list wrócił jak bumerang.

Teraz na pocztę idzie mama. Cytując słowa piosenki "będzie się działo, będzie zabawa".

poczta

Skomentuj (2) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 65 (197)
zarchiwizowany
Drodzy Piekielni, liczę na waszą opinię o sytuacji, którą opiszę poniżej.

Obecnie trwający weekend to czas finału Szlachetnej Paczki. Jako wolontariuszka intensywnie działam i rozwożę paczki do swoich rodzin i nie tylko. Dodatkowo udostępniam samochód (ze mną w roli kierowcy), nie jest on jednak mój, a mojego taty, co dość istotne w tej sytuacji, bo ubezpieczenie i wszystko inne jest na niego.
Dostałam hasło, że przewozimy paczki do rodziny. Wsiadam zatem w auto, żeby podjechać pod drzwi magazynu, który mieści się w salce przy kościele. Wycofuję, patrzę, ze z kościoła właśnie wychodzą ludzie i staram się na nich uważać. Ale oni są po prawej, więc nie zerkam tak często w lewe lusterko. I w pewnym momencie patrzę, jak wyrasta mi z tyłu samochód-tak, wtedy spojrzałam w lusterko. Niestety było już za późno, zahamowałam z prędkości 3km/h, ale koła się ślizgnęły i w efekcie stuknęłam w nadkole tamtego auta. A jego kierowca właśnie wyszedł z kościoła...
Gaszę silnik, wysiadam, a on do mnie zaczyna wrzeszczeć.
[K]ierowca: Co pani robi, uderzyła pani w samochód, czy pani wie co pani zrobiła???
[J] Tak, najmocniej pana przepraszam, po prostu nie spojrzałam w lusterko..
[K] To nie mój samochód, ja nie zamierzam płacić, on jest służbowy, ja chcę oświadczenie!!!
[J] Ale czy może mi pan dać dojść do słowa? Naprawdę nie chciałam uderzyć w pana samochód, proszę mi uwierzyć, że to nie celowe, rozwożę Paczki i się spieszę...
[K] Mnie to nie obchodzi, czy się pani spieszy, czy nie, ja chcę oświadczenie o pani winie!!!
W tym momencie podchodzi mój chłopak i kolega, którzy widzieli całe zajście, a panu na widok wsparcia mina rzednie. Oglądają nadkole i zgodnie stwierdzają, że nic tam nie ma, że kopniakiem większą krzywdę by zrobili. I faktycznie, na lakierze może jedno kilkumilimetrowe zadrapanie. Włączają się do dyskusji, którą pan ucina ciągłym powtarzaniem, że on chce oświadczenie i już. Ostatecznie spisuje numery auta na jakiejś ulotce i odchodzi, bo reszta kościoła idzie z procesją. Ja pakuję paczki i odjeżdżam, uspokajana przez chłopaka, który uważa, że w takim wypadku nic mi ten facet nie zrobi, bo nie ma żadnych dowodów poza moimi numerami i malutkim zadrapaniem na nadkolu. Nic mu nie podpisałam, bo nie było czego.

I właśnie o to mam do was pytanie, czego mogę się spodziewać? (A znając ten typ człowieka, to gotów znajomościami na lakierowanie całego auta naciągnąć)

Skomentuj (6) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: -5 (27)
zarchiwizowany

#44951

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Przeglądam sobie z nudów starsze strony piekielnych, a tam sporo historii o pieskach i ich genialnych właścicielach. I tak mi się świątecznie przypomniało, jak to ładne parę lat temu (będzie pewnie z 10 czy 12), jako małego dzieciaka rodzice wysłali mnie do sąsiadów żeby życzenia złożyć (nie pamiętam dlaczego sami tego nie zrobili). Wychodzę z domu (mała uliczka, szeregowce z jednej i drugiej strony, sąsiedzi w domu za ścianą). Podchodzę do płotu i dzwonię. W międzyczasie kątem oka widzę jakiś ruch. Okazało się, że to pies sąsiadów z drugiej strony naszego domu. Bydlę śliczne, ale olbrzymie, więc jak stanęło na dwóch łapach, to wyższe ode mnie było. I podbiega do mnie, podskakuje, szczeka, na szczęście nie zbliża się za bardzo (może po prostu nie zdążył). Ja oczywiście wrzasnęłam tak, że wszyscy sąsiedzi wyjrzeli z okien, moi rodzice natomiast w ekspresowym tempie wylecieli z domu. Właściciel psa odgonił, mnie zabrali do domu, żeby m się uspokoiła. Na polu bitwy została tylko mama i sąsiadka (mamusia ma dość cięty język i potrafi być złośliwa). Co usłyszała od właścicielki? "Że o co tyle krzyku, dzieci powinno się przyzwyczajać do obecności zwierząt, a nie że później się boją czy coś". Taaa, dobrym rozwiązaniem jest zostawienie otwartej furtki, coby sobie piesek pohasał...

sąsiedzi

Skomentuj (2) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: -5 (29)
zarchiwizowany
Długi czas czytając wasze historie myślałam że mam niesamowitego fuksa, bo rzadko spotykam jakichkolwiek piekielnych. A tu niespodzianka, o własnej rodzince nie pomyślałam.

Mój tata ma brata. Ja dzięki temu kuzyna i kuzynkę. No i ciotkę. I właściwie nie wiem kto jest najgorszy z tej ekipy. Do rzeczy. Kuzyn, jako osoba wybitnie niesamodzielna, z mniejszego miasta przyjechał na studia do nas. Niesamodzielny-bo zamiast sobie normalnie znaleźć mieszkanie, postanowił zamieszkać u babci. A babcia, kochana niesamowicie, zgodziła się bez problemu. Spoko, nam nic do tego. Zabawa zaczęła się, jak kuzynek stwierdził, że on w sumie potrzebuje internet. Piekielna ciotka nadjechała, na babcię nawrzeszczała, że synusiowi nie chce zafundować internetu, i w ogóle jak to możliwe, że syneczek mieszka w takim małym pokoju. Co za problem, żeby babcia wysprzątała inny, większy, no w końcu jej syneczek musi mieć wygodnie. A jak babcia tego nie zrobi, to znajdą synusiowi mieszkanie, ale to babcia będzie za nie płacić. Mój tata był przy tej akcji i podobno pierwszy raz miał ochotę zrzucić kogoś ze stołu.
Akcja druga. Powtarzało się to dość często, ale akurat wtedy było to najbardziej smutne-przyjechałam z rodzeństwem do babci na 21 stycznia. Kuzyn był w pokoju u góry, nie zszedł żeby się przywitać. Babcia zawołała go na obiad, powiedział że zje u siebie.
Akcja 3. Kuzynka na studiach również w Poznaniu, nawet nie wiem czy już je skończyła czy na którym roku jest. Dość, że babci przez ten czas nie odwiedziła ani razu. Tak samo jak zresztą cała jej rodzinka. Wujek rzadko kontaktuje się z kimkolwiek, bo zwyczajnie ciotka mu tego zabrania.
Akcja 4. Babcia co miesiąc przelewa pieniądze na konto wujostwa, bo ciotka stwierdziła, że przecież oni tak strasznie mało zarabiają. A pozostali dwaj bracia przelewają pieniądze babci.
Akcja 5. Zmarł mój dziadek. Na pogrzeb dotarli spóźnieni.
Akcja 6. Moja siostra brała ślub, stwierdziła że kuzynostwa na tym ślubie nie chce widzieć. Zaprosiła wujka i ciotkę. Ciotka obraziła się, że dzieci niezaproszone, nie przyjechała. Chwała jej za to! U mojego brata na ślubie też był tylko wujek.

I w sumie miałaby to wszystko w poważaniu, bo mi na kontaktach z takimi ludźmi nie zależy, aspołecznych nie toleruję. Smutne jest tylko to, że traci babcia, która niczemu nie jest winna, a wiele dobrego dla innych zrobiła.

rodzinka...

Skomentuj (15) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 64 (160)

1