Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation
Profil użytkownika

krushyna

Zamieszcza historie od: 29 kwietnia 2011 - 10:53
Ostatnio: 26 sierpnia 2020 - 20:18
  • Historii na głównej: 30 z 36
  • Punktów za historie: 22631
  • Komentarzy: 316
  • Punktów za komentarze: 1633
 

#67108

(PW) ·
| Do ulubionych
Tak się dziwnie złożyło, że po 10 latach pracy w niewielkiej, prywatnej firmie trafiła mi się okazja zostania urzędasem. Może nie takim do końca typowym, bo zajmuję się sprawami związanymi z techniką, sporą część zadań realizuję w terenie itp., jednak pracuję obecnie "na państwowym" i poznałem nawet tak mityczne zjawiska jak możliwość wykorzystania niemal całego należnego urlopu, czy korzystania ze zwolnienia lekarskiego przez cały czas choroby.... Ale dość tych dygresji.

Dosyć często wykonuję czynności w siedzibach prywatnych przedsiębiorców na rzecz ich klientów. W takim przypadku moja instytucja rozlicza się z przedsiębiorcą a on, po doliczeniu opłaty za swoją część działań, fakturuje klientów końcowych.
Gwoli wyjaśnienia dodam również, że kiedy jednego dnia wystawia się np. 60-70 dokumentów, z których każdy zawiera kilkanaście numerów i symboli, zdarzają się niekiedy błędy. Nie twierdzę, że to nic takiego, staram się ich unikać ale nie znam nikogo, komu się to NIGDY nie zdarza.
Co w takim wypadku? Śmiem twierdzić, że podejście mojego "urzędu" jest i tak lepsze niż większości instytucji państwowych czy samorządowych.

Otóż staramy się umówić z klientem w możliwie dogodnym dla niego miejscu i czasie, tak aby jak najszybciej dokonać korekty.

Pewnego dnia zadzwonił klient (K), któremu poprzedniego dnia wystawiłem niestety błędny dokument. Po powitaniu wywiązała się dalsza rozmowa:
Ja: Bardzo pana przepraszam, rzeczywiście mój błąd. Musimy się spotkać, żeby dokonać poprawki.
K: Panie, co tam się u was wyprawia, nie odpowiadacie za to co robicie, to jest skandal, żeby nie umieć jednego (!) głupiego papierka poprawnie wystawić... ile ja przez pana czasu straciłem.
Ja: No rzeczywiście, moja wina, przepraszam raz jeszcze. Naprawdę mi przykro, ale przy wpisywaniu kilkuset numerów w ciągu kilku godzin czasem popełnia się błąd. Poszukajmy teraz sposobu, aby jak najszybciej....
K: JA NA PANA SKARGĘ DO MINISTRA NAPISZĘ!!!! BO PAN WCALE NIE ODPOWIADA ZA TO CO ROBI...

Na marginesie: uwielbiam klientów grożących skargami. Z mojego doświadczenia (zarówno w sektorze prywatnym jak i państwowym) - ci, którzy naprawdę mają taki zamiar nie wrzeszczą ani nie wygrażają, tylko to robią.

Ja: Oczywiście może pan to zrobić. Chociaż dla szybszego załatwienia skargi sugerowałbym na początek nieco niższy szczebel, ale to już pański wybór. Na razie jednak sugeruję, żebyśmy niezależnie od pańskiej skargi spróbowali rozwiązać ten problem.
K: To gdzie ja mogę pana zastać?
Ja: W dniu dzisiejszym w naszej siedzibie, a później w siedzibie przedsiębiorcy, u którego załatwiał pan sprawę. Jutro rano mogę przyjechać pod wskazany przez Pana adres i dokonać poprawki na miejscu. Potem jadę dalej w teren ale możemy wcześniej to załatwić.
K: Chyba pan oszalał, ja nie będę nigdzie jeździł ani czekał do jutra... Ja to bym nigdy takiego błędu nie zrobił... Ale ja uważam co robię! Ja nigdy się nie mylę w ważnych sprawach!
Ja: Ewentualnie przyjadę dziś po pracy, ale to dopiero około 18-19...
K: NIE!!!!!!
Ja: Czego pan zatem oczekuje?
K: Masz pan natychmiast wsiadać w taksówkę i do mnie jechać!
Ja: Niestety, nawet chętnie bym to od razu załatwił, ale jestem umówiony z innymi klientami. Mimo chęci nie mogę.... Jeśli przyjadę do pana, to kilkanaście innych osób nie będzie miało załatwionych swoich spraw.
K: A co mnie to obchodzi? To niech ktoś inny do mnie przyjedzie. Albo mailem mi przyślijcie poprawkę.
Ja: Mailem mogę Panu wysłać skan poprawionego dokumentu ale nikt go panu nie uzna. Przepisy wymagają oryginału. Mówiąc między nami też bardzo bym chciał aby to było dopuszczalne.... A nikt inny nie może poprawić dokumentu wystawionego przeze mnie. W takim przypadku konieczne jest wykonanie od nowa całej procedury, z której wystawienie papierka zajmuje tylko część czasu. Można tak zrobić, bez pobrania od Pana opłaty, jednak czasowo potrwa to znacznie dłużej zamiast przyspieszyć sprawę. Ponownie - sam życzyłbym sobie, żeby przepisy były inne bo to utrudnia życie i panu i mnie ale nie mam na to wpływu...

Klient zmienia taktykę. Pośpiech też jakby nieco zelżał...

K: Bo ja bym wolał jutro po południu przyjechać do pana do biura, ale to pan znowu będziesz robił trudności, że pana nie ma?!
Ja: Rzeczywiście, nie będzie mnie w biurze ale w takim przypadku problemu nie ma. Zostawię w sekretariacie gotowy dokument dla pana. Proszę tylko przywieźć ten błędny do zwrotu, a nowy dostanie pan od ręki.
K: No dobrze, to ja jutro przyjadę, ale jak nie będzie albo znowu będą błędy to .....
Ja: Będzie na Pana czekał poprawny dokument, zapraszam jutro po odbiór. Proszę pamiętać o zwrocie błędnego dokumentu!
K: No dobra, to ja NA PEWNO będę najpóźniej do 15:00.

Powiecie, że trzeba klienta zrozumieć. Znowu urzędas namieszał a on miał przez to problemy. No niby tak, dlatego też tłumaczyłem wszystko cierpliwie i starałem się znaleźć jak najlepsze wyjście. Nie wiecie jednak jeszcze najlepszego:

Nieomylny Klient przyjechał po TRZECH DNIACH. Do tego ZAPOMNIAŁ przywieźć błędny dokument.
Ech, życie!

Urząd

Skomentuj (4) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 329 (405)

#65408

(PW) ·
| Do ulubionych
Wspominki sprzed wielu lat... Wolę zbyt dokładnie nie liczyć ilu.
Miałem wówczas jakieś 13 - 14 lat. Wakacje spędzałem na obozie na Mazurach. Najbliższy sklep znajdował się kilka kilometrów od ośrodka, chodziliśmy tam jednak w miarę regularnie.
Rozumiem, że w tamtych czasach nikt nie podchodził szczególnie poważnie do kwestii sprzedaży alkoholu nieletnim, jednak Szanowna Pani Sprzedawczyni (SPS) chyba odrobinkę przesadziła...

Ja: - Przepraszam, czy są jakieś owoce? Jabłka na przykład?
SPS: - Dziecko! Co ty wygadujesz? Po co ci owoce? Przecież tu masz wszystkie owoce naraz!!!
Wypowiedź zakończona została zamaszystym gestem w kierunku zajmującej honorowe miejsce półki z "wyrobami wino(nie)podobnymi".
"Wychowanie w trzeźwości", nie ma co...

sklepy

Skomentuj (7) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 249 (409)

#47445

(PW) ·
| Do ulubionych
Piekielna Wspólnota Mieszkaniowa - kontynuacja cyklu.

Dziś o tym jak ciemnota w ciemnościach oświecenia poprzez sprawiedliwość społeczną poszukiwała...

Krótki szkic sytuacyjny - naprzeciwko mojego bloku stoi drugi, stanowiący jego lustrzane odbicie. Bloki oddzielone są dosyć wąskim podwórkiem.

Na elewacji bloku, w którym mieszkam zamontowano kiedyś dwie latarnie, dzięki czemu również po zmroku przejście przez podwórko nie groziło połamaniem nóg a i ryzyko mordobicia stało się jakby mniejsze.

Latarnie świeciły sobie kilka lat, dopóki nie przypomniał sobie o nich nasz blokowy aktywista. Na zebraniu wspólnoty nie omieszkał poruszyć tematu zużycia prądu. Właściwie to nie tyle zużycia prądu, ile bolesnej niesprawiedliwości społecznej, objawiającej się tym, że mieszkańcy bloku naprzeciw też mają jasno na podwórku, a nie muszą płacić za prąd.

Zarządca nieruchomości przedstawił wyliczenie, zgodnie z którym przybliżony koszt prądu zasilającego latarnie, przypadający na jedno mieszkanie to 1,20 zł. Niestety, ziarno fermentu zostało zasiane. Wszyscy zgodzili się, że kwota jest niewielka (czym jest złotówka przy około 800 zł opłat miesięcznych?) jednak "nie o to chodzi".
Naprawdę zaczęły padać propozycje budowy specjalnych ekranów zacieniających, dzięki którym "nasze" światło nie uciekałoby do "sępów" z bloku naprzeciwko. Kiedy ten projekt upadł, pojawił się nowy - montaż podliczników do latarni i dzielenie kosztów pomiędzy dwa bloki. Zaczęto formować delegacje, która miała udać się do przedstawicieli wspólnoty naprzeciwko i wręczyć im dwa nagie miecze... przepraszam, ostro sformułowane postulaty partycypacji w kosztach.

Zarządca ponownie próbował okazać się głosem rozsądku. Koszty montażu legalizowanych liczników mogłyby mocno zachwiać ekonomicznym aspektem przedsięwzięcia. Cóż z tego. Większość uznała, że nawet jeśli w efekcie zapłacimy drożej (!) to warto "w imię sprawiedliwości" ponieść wyrzeczenia.

Wątpliwości wzbudziła jednak prawna forma podziału kosztów. Jak zmusić "tych z naprzeciwka" do płacenia? Nie wiadomo, czy się uda...

Podjęto zatem iście "salomonową" (wybacz, królu) decyzję - skoro nie może być jasno i sprawiedliwie, niech stanie się ciemność! Latarnie zostały wyłączone. Podwórko stało się miejscem spotkań i toaletą dla okolicznej "żulerni".

Od tego czasu utraciłem resztki wiary w ludzi i wszelki zapał do uczestnictwa w zebraniach wspólnoty.

P.S. Mieszkańcy bloku naprzeciwko wykazali się większym rozsądkiem. Zamontowali własne latarnie. Bojownicy z mojego bloku triumfują.

Piekielna Wspólnota Mieszkaniowa

Skomentuj (35) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 978 (1010)

#46738

(PW) ·
| Do ulubionych
Nowy cykl - Piekielna Wspólnota Mieszkaniowa.
Od Was, drodzy Czytelnicy, zależy czy będzie kontynuowany, czy może "umrze śmiercią naturalną".

Jak wiadomo, od pewnego już czasu istnieje obowiązek segregacji odpadów. Wiadomo również, że w wielu przypadkach segregacja jest niestety fikcją lub prowadzi do różnych problemów. O takich problemach traktuje ta historia...

Koło mojego bloku ustawiono pojemniki na posegregowane odpady. Niestety, bardzo szybko stały się one miejscem pielgrzymek "poszukiwaczy skarbów", pragnących odpady te "upłynnić" (w sensie dość dosłownym).
O ile samo zbieractwo specjalnie mi nie przeszkadzało, o tyle dość przykry był fakt, że "argonauci" uzyskiwali dostęp do "złotego runa" poprzez wywracanie pojemników. Efekt estetyczny pozostawiał niestety wiele do życzenia...

Udało mi się przekonać sąsiadów, aby spróbować najbardziej pożądane odpadki (makulaturę, puszki) kłaść w dyskretnym miejscu obok pojemników. O dziwo - sposób zadział znakomicie!
Zbieracze szybko nauczyli się, że nie warto przewracać pojemników, skoro skarby i tak leżą obok. Po kilku dniach problem praktycznie zniknął a niektórzy z nich zaczęli nawet regularnie posługiwać się słowem "dziękuję", widząc osoby odkładające surowce na bok. Niestety, wszystko to na krótko.

Pewna sympatyczna pani (nazwijmy ją na potrzeby historii "suką ogrodnika") podjęła walkę. Metoda zdecydowanie nie przypadła jej do gustu! Nie tylko nie dołączyła do akcji, ale zadawała sobie trud zbierania leżących obok surowców i wrzucania ich do pojemników (nawiasem mówiąc specjalnie nie przejmując się segregacją)! Dlaczego? Przeszkadzały jej odpadki leżące obok pojemników? Raczej nie, ponieważ znikały one z reguły bardzo szybko (maks. 2-3 godziny). Co więcej, wydaje mi się, że były znacznie lepsze od poprzewracanych pojemników z wysypującymi się "mniej chodliwymi" towarami.

Przyczyna była prozaiczna, a "suka ogrodnika" chętnie wyjaśniała ją wszystkim, którzy zechcieli jej wysłuchać.

"Mnie nikt za darmo nic nie daje, więc i te menele niech się chociaż napracują, żeby coś wyjąć".

Szkoda komentować. Obecnie Wspólnota rozważa montaż monitoringu dla odstraszenia amatorów zbieractwa. To będzie z pewnością tańsze i bardziej skuteczne rozwiązanie, prawda?

Piekielna Wspólnota Mieszkaniowa

Skomentuj (27) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 679 (729)

#46438

(PW) ·
| Do ulubionych
Pracuję w firmie wyposażającej serwisy samochodowe.
Historie z konieczności muszą być ogólnikowe - nie chciałbym, żeby ktoś od razu rozpoznał opisywanych klientów.

Naprawialiśmy urządzenia u klienta. Naprawa jak naprawa, warsztat jak warsztat. Ogólnie dosyć brudny ale jeszcze "w normie", choć ledwo, ledwo...
Problem polegał na tym, że podczas naprawy "straszliwie zasyfiliśmy całą podłogę". Moim zdaniem co najwyżej rozprowadziliśmy na butach istniejący już wcześniej brud, ale nie w tym rzecz.

Wywiązała się rozmowa:
(K)lient: Narobiliście mi tu syfu, kto to teraz posprząta? Wy będziecie sprzątać!

Wyjaśnienie - nauczony przez lata doświadczeń z podobnymi osobnikami uznałem, że nawet dokładnie myjąc rozpuszczalnikiem te 3 metry kwadratowe podłogi po których chodziliśmy, stracimy znacznie mniej czasu niż kłócąc się z nawiedzonym "czyścioszkiem", odnajdującym nasze "zbrodnicze" ślady w warstwie zalegającego błota i smaru.

Ja: Dobrze, umyjemy tę podłogę...

Klient w pierwszej chwili się "zawiesił". Nie takiej odpowiedzi najwyraźniej się spodziewał. Po chwili jednak mu przeszło.

(K): Niech pan się nie wygłupia, ja żądam żebyście posprzątali! Tu było CZYŚCIUTKO!!!
Ja: Przecież mówię - posprzątamy!
(K): Pan sobie ze mnie kpi! To niedopuszczalne! Ja zadzwonię do waszego szefa!
Ja: Dobrze, zaraz panu podam numer. Chce pan dzwonić teraz czy już jak umyjemy podłogę?
(K): To już jest bezczelność (krztusi się z wściekłości i odchodzi gdzieś na bok).

W tym czasie skończyliśmy naprawę i zaczęliśmy myć podłogę. Byliśmy mniej więcej w połowie tej czynności kiedy nasz ulubiony Brudny Harry powrócił. Popatrzył jak myjemy i przemówił.

(K) - Żebyście nie myśleli, że ja wam daruję. I tak umyjecie tę podłogę! Jesteście bezczelni!

Serwis

Skomentuj (24) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 995 (1047)

#46442

(PW) ·
| Do ulubionych
Pracuję w firmie wyposażającej serwisy samochodowe.
Historie z konieczności muszą być ogólnikowe - nie chciałbym, żeby ktoś od razu rozpoznał opisywanych klientów.

Cudze chwalicie, swego nie znacie...

Otrzymaliśmy zlecenie naprawy urządzenia. Klient sam zdiagnozował (zupełnie słusznie) awarię łożyska, nie chciał jednak wymieniać go we własnym zakresie, zwrócił się zatem do nas. Okazał się przy tym bardzo rozsądny, poprosił bowiem o wymianę kompletu wszystkich łożysk, dla uniknięcia problemów w przyszłości.

Urządzenia były już dawno po gwarancji, ceny części zamiennych u niemieckiego producenta raczej pokaźne. Wiedzieliśmy doskonale z wcześniejszej praktyki, że Fabryka Łożysk Tocznych w Kraśniku produkuje łożyska o identycznych parametrach (stosowaliśmy je już poprzednio, z dobrym skutkiem). Skalkulowaliśmy ofertę w oparciu o polskie łożyska. Nasz błąd - przyznaję, nie zaznaczyliśmy tego wyraźnie, wymieniono jedynie ogólny koszt części i koszt robocizny.

Klient ofertę zaakceptował, koledzy pojechali dokonać naprawy. Kiedy jednak klient, obserwujący bacznie cały proces, zauważył, że łożyska pochodzą z Polski (były w pudełkach producenta) natychmiast zaprotestował i zażądał oryginalnych, niemieckich. O dziwo nie oponował nawet wobec wyższych kosztów części. Cóż, łożyska zamówiliśmy od producenta, odczekaliśmy ponad 2 tygodnie (nie było ich w magazynie). Kiedy wreszcie dostaliśmy informację o ich dostępności, uzgodniliśmy wysyłkę kurierem na adres klienta. W dniu dostawy nasz serwis pojechał na miejsce. Firma kurierska sprawiła się na medal - paczka dotarła o uzgodnionej porze.

Klient oczywiście był obecny przy otwieraniu paczki. W pierwszym momencie wszystko wydawało się w porządku. Na pudełkach widniało duże, naklejone logo producenta urządzeń. Z wierzchu.

Co ukazało się z boku? Napis "FŁT Kraśnik"!
Nie dziwię się specjalnie, że klient podobno wybuchnął. Awantura oparła się (za pośrednictwem zarządu naszej firmy) o producenta, który na szczęście poświadczył na piśmie, że łożyska tej marki są niekiedy stosowane w jego urządzeniach (o czym sami nie mieliśmy pojęcia).

Nie wiem kto był najbardziej piekielny. My, chcąc przedstawić korzystną ofertę bez uzgodnienia z klientem zastosowania zamienników (powszechna praktyka w warsztatach samochodowych)? Klient, zaślepiony wiarą w wyższość niemieckich łożysk? Czy może producent, który zamiast od razu doradzić nam zakup łożysk u lokalnego wytwórcy opóźnił ich dostawę o ponad 2 tygodnie dla relatywnie niewielkiego zysku na częściach?
Nawet te 400% marży, doliczone za wycieczkę polskich łożysk na zachód i z powrotem, to kropla w morzu w porównaniu z obrotami handlowymi tamtej firmy...

Serwis

Skomentuj (23) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 557 (581)

#46306

(PW) ·
| Do ulubionych
Pracuję w firmie wyposażającej serwisy samochodowe.
Na fali modnych ostatnio na tym portalu poradników z serii „jak wkurzyć...” postanowiłem dodać swój. Może trochę mniej o „wkurzaniu” a bardziej o najskuteczniejszych metodach utraty pracy.
Zdecydowana większość opisanych przypadków dotyczy „geniuszy” w okresie próbnym, często w pierwszym tygodniu zatrudnienia. Rekordziści zaczynali popisy już 15 minut po podpisaniu umowy o pracę!

Wszystkie opisane przypadki widziałem na własne oczy lub słyszałem o nich od najbliższych współpracowników. Czasem aż chce się powiedzieć „nie próbujcie tego w domu”. Ani w pracy... Ani gdziekolwiek indziej. Naśladownictwo grozi kompromitacją, bezrobociem, śmiercią lub kalectwem (niekiedy bez najmniejszej przesady).

1. Podpisz umowę o pracę w piątek rano. W piątek po południu, wychodząc do domu, zabierz sobie na weekend całą zgrzewkę „służbowej” wody mineralnej ze wspólnej kuchni. „Przecież to jest dla pracowników”.

2. Zatrudnij się na stanowisku wymagającym pracy na wysokości. Przedstaw gotowe wyniki badań potwierdzające, że możesz pracować w takich warunkach. Podczas pierwszego montażu wejdź na drabinę o wysokości 150 cm, zacznij się trząść i skoncentruj absolutnie całą uwagę na kurczowym trzymaniu się drabiny.

3. Możesz też postępować dokładnie odwrotnie. Jeśli rusztowanie okaże się nieco za niskie, nie czekaj na dodatkowe elementy. Postaw na jego szczycie (ok. 8 metrów nad ziemią) PLASTIKOWE WIADERKO i stań na nim na jednej nodze.

4. Zatrudnij się na stanowisku, gdzie wymagane są uprawnienia SEP („elektryczne”). Podczas pierwszego montażu podłącz trzy fazy zasilania do zacisków zwartych metalową blaszką. Jeśli nikt nie zauważy, może wyjdzie ładne „światełko do nieba”.

5. Napisz w CV, że jesteś doświadczonym kierowcą. Kiedy w delegacji współpracownik przekaże ci kierownicę, wjedź pod prąd w ulicę jednokierunkową, wymuś kilkakrotnie pierwszeństwo przejazdu, wykaż się całkowitą nieumiejętnością zachowania na drodze. Kiedy jednak wyjedziecie za miasto, pamiętaj aby „zrehabilitować” się za wcześniejsze niepowodzenia. Najlepiej jadąc około 150 km/h załadowanym samochodem dostawczym w czasie ulewnego deszczu. Przecież jesteś mistrzem kierownicy.

6. Jeśli wraz ze współpracownikami nocujesz w hotelu w którym śniadanie serwowane jest na zasadzie „szwedzkiego stołu” naszykuj sobie „na później” około 10 kanapek, wpychając je (razem z paroma owocami) w kieszenie specjalnie w tym celu założonej kamizelki roboczej.

7. I znowu, możesz też postępować odwrotnie. Kulturalnie wyposaż się jeszcze w domu w zapas kanapek na całą tygodniową delegację. W 30 stopniowym upale. Przez pierwsze trzy-cztery dni rób sobie przerwy śniadaniowe co 15 minut. Kiedy zjesz większość mocno już cuchnących kanapek, przez kolejne dni możesz robić przerwy z podobną częstotliwością. Tylko w innym celu. Bieganie do toalety to też jakieś zajęcie. I nie, nie wyciągaj żadnych wniosków. W kolejnych tygodniach postępuj dokładnie identycznie.

8. Jeśli w trakcie montażu podejdzie do ciebie klient z jakimiś żądaniami, w żadnym wypadku nie przyznawaj się, że jesteś nowicjuszem. Rób mądre miny i akceptuj absolutnie wszystkie, nawet najbardziej absurdalne wymagania. Obiecuj, że wszystko będzie zrobione. Oczywiście po skończonej rozmowie nie mów nikomu o poczynionych ustaleniach.

9. Nie sprzątaj PO SOBIE stanowiska pracy, nie zbieraj narzędzi. „Przecież nie jesteś sprzątaczką”. Pamiętaj – jesteś stworzony do wyższych celów.

10. Pij piwo w pracy. Najlepiej od rana i w dużych ilościach. Możesz też spróbować z wódką (wersja hardcore).

11. Kiedy wykonasz polecenie, spróbuj znaleźć sobie jakieś miejsce, gdzie nikt nie będzie cię widział. W ten sposób unikniesz kolejnego polecenia. Przecież zawsze pracę może wykonać ktoś inny.

12. Jeśli mieszkasz daleko, zażądaj od współpracowników, żeby przywozili cię do pracy. Przecież niektórzy mają służbowe samochody. I nie, nigdy nie przedstawiaj tego jako prośby. Zawsze jako ŻĄDANIE! Tobie się to należy.

13. Przy rozliczaniu delegacji dołącz mandat za przekroczenie prędkości i brak zapiętych pasów. Kwotę mandatu wlicz w „koszty podróży”. Przecież nie będziesz płacił z własnej kieszeni!

14. Jeśli korzystasz z cudzych narzędzi, pod żadnym pozorem nie próbuj ich czyścić. Po prostu odłóż je do skrzynki właściciela, pokryte warstwą smaru i brudu.

15. Odmów noclegu w hotelu z powodu „skandalicznych warunków” i żądaj przeniesienia do innego, znacznie droższego. Przecież bez darmowego dostępu do Wi-Fi nie możesz przeżyć 3 dni! Nieważne, że jesteś w delegacji razem z 3 współpracownikami o znacznie dłuższym stażu i to oni wybrali ten hotel. Oni muszą się do ciebie dostosować! Skoro nie chcą, niech ich szef zmusi!

16. Nigdy nie przyznawaj się, że czegoś nie wiesz albo nie umiesz. To najgorsze co można zrobić. Już dużo lepiej coś zepsuć. Wtedy można zrzucić winę na kogoś innego. W ten sposób zyskasz opinię wysoko wykwalifikowanego pracownika.

Lista z pewnością nie jest kompletna ani zamknięta. Wszak pomysłowość ludzka nie zna granic.

Serwis

Skomentuj (16) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 775 (821)

#46257

(PW) ·
| Do ulubionych
O uczciwości niektórych bankowców. Historia wczorajsza.
Ciekawa szczególnie w kontekście organizowanej przez "prawdziwe banki" kampanii przedstawiającej tzw. parabanki jako źródło wszelkiego zła (nie bronię parabanków, raczej dodaję, że te "prawdziwe" w podobnym stopniu zasługują na zaufanie - czytać wszystko, uważać na każde słówko!).

Zadzwonił mój telefon, odebrałem, dzwoniąca pani poinformowała mnie, iż dzwoni w imieniu banku X, w którym od lat mam konto i kartę kredytową. Co dalej? Zgadliście - pani dzwoni, aby przedstawić mi ABSOLUTNIE WYJĄTKOWĄ ofertę.
Oferta, mówiąc skrótowo, sprowadzała się do propozycji przelania na moje konto osobiste środków z limitu karty kredytowej bez stosowanej zazwyczaj w takim wypadku prowizji.

Podziękowałem pani uprzejmie, co spotkało się z (zapewne przewidzianym w skrypcie rozmowy) zdumieniem. Jak można nie skorzystać z takiej okazji?!

Cóż, chciałem być grzeczny. Wyjaśniłem zatem pani, iż nie potrzebuję obecnie pożyczać żadnych pieniędzy.

W tym momencie nastąpił gwóźdź programu.
Pani wykrzyknęła z oburzeniem "Przecież to nie jest żadne pożyczanie! To tak, jakby pan po prostu zapłacił kartą!!!"

Na pytanie, czy przypadkiem płacenie kartą kredytową nie jest właśnie pożyczaniem pieniędzy od banku, pani już nie odpowiedziała.

Nasuwają mi się dwa pytania:
1. Czy naprawdę są jeszcze ludzie, którzy dają się nabrać na tak bezczelną manipulację i wierzą, że płacenie kartą kredytową (lub wypłacanie gotówki z jej limitu) nie jest równoznaczne z zaciąganiem pożyczki?
2. Jeśli tak, to czy wykorzystywanie tej sytuacji przez banki różni się czymkolwiek (w sensie moralnym i etycznym) od działalności pana Marcina P. i jemu podobnych?

Bank

Skomentuj (24) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 393 (481)

#46224

(PW) ·
| Do ulubionych
Pracuję w firmie wyposażającej serwisy samochodowe.
Historie z konieczności muszą być ogólnikowe - nie chciałbym, żeby ktoś od razu rozpoznał opisywanych klientów.

Historia z czasów, zanim jeszcze moi szefowie przekonali się, że NIGDY I POD ŻADNYM POZOREM nie wolno wysyłać mnie na negocjacje handlowe. Mogę pojechać na najbardziej nawet wredną naprawę. Mogę usmarować się po uszy, pozdzierać ręce do krwi i napić się oleju silnikowego. Byle nie handel. Po prostu nie mam do tego cierpliwości. Podziwiam ludzi, którzy mogą się tym zajmować. Opiszę jednak naprawdę rzadki przypadek, kiedy klient zdołał autentycznie wyprowadzić mnie z równowagi.

Uczestniczyłem kiedyś w negocjacjach w sprawie dostawy i montażu urządzeń dla dużego serwisu samochodów osobowych marki uznawanej za luksusową.
Po swoistym "konkursie ofert" zorganizowanym przez klienta, mieliśmy nieszczęście (słowo użyte z pełną świadomością) zakwalifikować się do finału. Pojechałem "dogadywać szczegóły". Po powitaniach Piekielny Klient (PK) przystąpił do ataku.

PK - OK, cena za urządzenia jest bardzo dobra. Podoba mi się. Ale montaż macie drogi. Bardzo drogi... Tak nie może być.

Ja - Przepraszam, ale nie wydaje mi się. Koszty dojazdu to około 300 złotych (wg stawki 1 PLN/km), a cena roboczogodziny to 80 złotych. To naprawdę tak dużo?

PK - No.... dojazd jak dojazd. Chociaż też drogo. No ale robocizna POTWORNIE DROGA. Tak nie może być.

Ja (powoli tracąc cierpliwość) - Chętnie sprzedamy panu same urządzenia. Może je pan sam zamontować.

PK (z pełnym zadowolenia uśmieszkiem) - Ale po co? Przecież wy możecie. Nie wiecie jak to się robi? Bierze się ludzi na czarno, płaci 5 złotych za godzinę i montują aż miło!

Cena godziny pracy serwisu PK zaczynała się wówczas od 180 PLN i dochodziła do 230 PLN (według wywieszonego cennika).

Ręka już zaczynała wychylać mi się do ciosu. Powstrzymałem się jednak. Wyszedłem bez słowa. Odrobinę satysfakcji dał mi jedynie szybki rzut oka na pełną osłupienia gębę PK, który spodziewał się może oporu ale nie widoku moich oddalających się pleców ;-)

Urządzeń nie sprzedaliśmy. Ciekawe, czy znalazł się ktoś kto zamontował je wg stawki uznawanej przez klienta za właściwą, czy też zweryfikował on swoje poglądy.

Serwis

Skomentuj (7) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 387 (455)

#45946

(PW) ·
| Do ulubionych
Historia z giełdy samochodowej na przełomie wieków.

Nie byłem jej uczestnikiem. Po prostu wszystko widziałem, szukając dla siebie samochodu a może sprzedając stary... Takich szczegółów nie pamiętam. Pamiętam natomiast pogodę - wczesna wiosna, zimno, padający deszcz ze śniegiem.

Pośród samochodów do sprzedania wyróżniał się kilkuletni Mercedes CLK - na owe czasy w Polsce niezły rarytas. Jak przypuszczam również dla złodziei. Sprzedającym był starszy, dosyć dystyngowany pan.

W pewnym momencie do samochodu podeszło dwóch policjantów. Otworzyli drzwi i kazali sprzedającemu wysiąść. Kiedy to zrobił, został popchnięty na maskę samochodu, zmuszony do rozstawienia nóg i zakuty w kajdanki z rękoma z tyłu. Cóż - wzorowa akcja, prawda?

Kiedy "groźny bandyta" leżał już w błocie na masce swojego samochodu, jeden z policjantów połączył się (jak przypuszczam) z centralą. Wymiana zdań przez radio trwała około 10 minut. Podawał dane kierowcy z jego dokumentów, dane samochodu, itp.

Po około 10 minutach radio zatrzeszczało ponownie. Bohaterscy obrońcy prawa popatrzyli po sobie a ten, który rozmawiał przez radio, rzucił krótkie "K***, to nie ten".

Bez słowa zdjęli kajdanki z rąk "bandyty" i odeszli, zostawiając go ubłoconego i przemoczonego.

Rozumiem możliwość pomyłki. Rozumiem konieczność zachowania środków ostrożności. Ale braku choćby najzwyklejszego "przepraszamy" już chyba nie zrozumiem...

P.S. Proponowałem "bandycie" swoje zeznania, gdyby chciał składać skargę. Machnął tylko ręką z rozgoryczeniem.

Giełda samochodowa

Skomentuj (7) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 767 (819)