Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation
Profil użytkownika

ksiegowa

Zamieszcza historie od: 6 grudnia 2017 - 13:12
Ostatnio: 15 maja 2019 - 12:47
  • Historii na głównej: 6 z 7
  • Punktów za historie: 999
  • Komentarzy: 29
  • Punktów za komentarze: 48
 

#84581

(PW) ·
| Do ulubionych
Moja siostra jest ode mnie młodsza o 10 lat, więc siłą rzeczy wejście w dorosłość miała trochę ułatwione. Nie oznacza to jednak, że jest rozkapryszonym bachorem, a wręcz przeciwnie, twardo stąpa po ziemi.
Co jest ważne, od dziecka miała problemy z tarczycą i mimo walki jej, rodziców i lekarzy, zawsze było jej sporo.

Kiedy przyjechała z naszej wsi na studia to przez pierwszy rok mieszkała ze mną, nie dlatego, że rodzice tego wymagali, po prostu tak było najwygodniej. Wtedy też musieliśmy znaleźć jej endokrynologa na miejscu i gdzieś tam pocztą pantoflową dotarliśmy do młodej dziewczyny, która dobrała jej takie leki i wysłała do takiego trenera, że młoda w 8 miesięcy bez absolutnie żadnych wyrzeczeń straciła 25 kg nadwagi. Wszystko było super do momentu pojawienia się nas obu, wraz z mym lubym, latem u naszych rodziców.
Sąsiedzi szybko zauważyli, że siostra dużo schudła i zaczęły się plotki:
1. sprzedałam swoja siostrę do burdelu, ciągle ma dużo klientów dlatego tak schudła
2. mój chłopak pod moją nieobecność w domu ją puka, przez co dużo schudła
3. schudła bo wpadła na studiach w złe towarzystwo i jest alkoholiczką i narkomanką
4. (mam swoją firmę, w której moja siostra pracuje) zaprzęgłam siostrę do niewolniczej roboty, trzymam ją w piwnicy, nie daję żadnych pieniędzy i zabieram jej przelewy od rodziców, zniszczyłam własną siostrę- wiadomo zazdrość, w końcu po 10 latach bycia jedynakiem rodzeństwo. No każdemu by odwaliło
5. mój chłopak tak jej dokuczał z powodu wagi, aż popadła w depresję i anoreksję.

Nic nie robiliśmy sobie z tych plotek, aż do ostatniego weekendu, kiedy to byliśmy wszyscy u rodziców. W nocy ktoś wyrył na aucie mojego chłopaka napis "bydlęta oprawcy żydowskie pomioty", a pod spodem "XXX (*)". XXX to oczywiście imię mojej siostry.
Rodzice mają monitoring, więc szybko okazało się, że zrobił to syn sąsiadów z naprzeciwka, ten sam który w podstawówce nie chciał siedzieć w jednej ławce z "tą tłustą świnią", teraz jak rycerz walczy o godność naszej młodej. Sprawa zgłoszona na policję, sprawa w toku, ale nie będzie ugody, będzie proces i nie tylko za zniszczenie mienia.

Skomentuj (9) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 177 (187)

#84346

(PW) ·
| Do ulubionych
Mam psa, pisałam już o tym wcześniej.
Niedawno dokonaliśmy zmiany adresu i z bloku, w którym był jedynym czworonogiem, przeprowadziliśmy się do takiego, w którym psów jest co najmniej kilkanaście. Super sprawa, bo przy każdym wyjściu trafia się nam jakiś „kolega” do zabawy, tylko, że bawić się już powoli nie ma na czym, bo większość właścicieli nie sprząta po swoich psach!

Wkurza nas to niesamowicie, więc kupując worki dla naszego grubeła, kupujemy ich znacznie więcej i zostawiamy je przy koszu na kupalki. Worki znikają w sekundę, ale kup jest coraz więcej.

Wywiesiliśmy kartki na naszym bloku i blokach obok, z lekkim opierniczem - oczywiście 0 skutku. No prawie 0, bo jak wieszaliśmy je, to pewna babcia bardzo nas za to pochwaliła. Tak bardzo, że wczoraj rano, kiedy mój pies sobie elegancko załatwiał dwójeczkę, a ja już szykowałam worek, to babuleńka 1. pozdrowiła mnie serdecznie, 2. pogoniła do domu swojego psa, który robił to samo co mój, tylko jakby zapomniała sprzątnąć. Popędziłam za nią oferując woreczek - pomyślałam, że zapomniała. Uśmiechnęła się szeroko i stwierdziła, że ona jest kobietą a kobiety w gównie się nie babrzą. Aha, czyli ja mam sisioka jednak.

Ktoś powie, że jak mi przeszkadza to sama mogę sprzątać, no nie, jednak trochę fujka, własna kupa to własna kupa, ale obca jednak brzydzi.

Coraz częściej wchodzimy w pyskówki z ludźmi, którzy nie sprzątają po psach, często słyszymy, że jesteśmy frajerami, którzy wydają kasę na worki (8 zł za paczkę - wydatek życia, btw. najczęstszy argument właścicieli psów rasowych), jak udostępniamy swoje albo wskazujemy gdzie zostawiliśmy te do ogólnego użytku, jest foch i obraza, bo "cooo ja mam kupy zbierać?!". Ewentualnie, że mamy sprzątać po nich jak nam się nie podoba i tylko zagrożenie zdjęciem psa srającego przy panu/pani wysłanym do SM przynosi skutek, ale tylko na moment pyskówki, bo i tak codziennie rano trzeba chodzić jak saper przez zaminowane pole.

Oczywiście na facebookowej grupie dla naszego osiedla przewijają się setki postów o kiełbasie z trutką, mięsie z gwoździami opatrzone wielkimi hasłami „uważajcie na swoich pupili, bo jakiś wariat rozrzucił”, ale o jasnej anielki w ogóle mnie nie dziwi ten proceder, bo ileż można po gównach tych pupili chodzić?! Pomijając już głupotę niesprzątania, to pozwalanie psu jeść coś znalezionego na podwórku to też totalny debilizm.

Totalnie tego nie kumam, nie rozumiem, jak można nie sprzątnąć po swoim psie i jak można własne podwórko doprowadzać do takiego syfu, jak można wyprowadzać psa razem ze swoim 2 letnim dzieckiem i zachęcać je ”no biegnij do pimpusia” a potem dzieciak ma buzie w gównie, bo się potknęło po drodze, a matka czy ojciec po pimpusiu nie sprzątnęli.

Rozumiem to, że wiele osób nie traktuje psa tak jak my, który robi z nami praktycznie wszystko, więc musi być czyściutki, że dla większości pies to zwierzę, a nie członek rodziny, ale jak już go wziąłeś to do jasnej cholery sprzątaj po nim!

Wstyd ludzie, wstyd totalny!

sąsiedzi psy gówno

Skomentuj (39) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 160 (184)

#83857

(PW) ·
| Do ulubionych
Będzie długo, gdyż diagnozowano u mnie „po znajomości” choróbkę.

Nic strasznego, jednak objawy na początku dziwne, mocno niepokojące i po prostu upierdliwe. Zaczęło się od tego, że pewnego wieczoru dostałam drgawek, najpierw całe nogi aż do bioder, chwilę później ręce, a na końcu całe ciało łącznie ze szczęką, do tego stopnia, że stukając zębami ukruszyłam dolną jedynkę. Byłam sama w domu, totalnie przerażona, a drgawki były na tyle silne, że nie byłam w stanie odblokować telefonu i skontaktować się z chłopakiem, pogotowiem, czy kimkolwiek innym.

Trwało to ponad 2 godziny, po wszystkim zadzwoniłam do chłopaka, żeby zawiózł mnie na nocną pomoc medyczną. Koło północy dotarliśmy do szpitala na Koszarowej we Wrocławiu, tam w odpowiednim miejscu zgłosiliśmy, że nocna pomoc medyczna a nie SOR i zostaliśmy pokierowani do korytarzyka, w którym kazano oczekiwać na lekarza.
Po ok. pół godziny zjawiła się mała drobna blondynka w żółtym fartuszku i nie odpowiadając na nasze przywitanie otworzyła drzwi do gabinetu i weszła do niego, ciągnąc za sobą drzwi, ale nie zamykając ich na klamkę. Nie byliśmy pewni, kim ta osoba jest, więc pytam czy mam wejść, odparł mi ryk, że to chyba logiczne, że skoro przyszła to natychmiast mam włazić i nie dyskutować niepotrzebnie.

Tutaj muszę dodać, że nienawidzę takiego zachowania, nie mogę znieść jak ktoś podnosi na mnie głos i od razu podniosło mi to ciśnienie, jednak powstrzymałam się od odpowiedzi i po prostu weszłam. Patrzę, a blondyna wygląda jakby właśnie wstała i była z tego powodu bardzo niezadowolona, więc już wiedziałam, że łatwo nie będzie, ale zbyć się nie dam.

Pani doktor jak się okazało, kazała mi opisać co mnie boli, więc tłumaczę jej, że nic mnie nie boli, tylko przez 2 godziny trzęsło mną jakby mnie ktoś prądem raził i na dowód tego pokazuję ukruszoną jedynkę. Pani każe mi wyciągnąć dłonie i po stwierdzeniu, że "teraz się nie trzęsą" stwierdza, że kłamię, a zęba pewnie ukruszyłam o łyżkę i teraz szukam frajera który mi za darmo to naprawi. Szlag mnie trafił i mówię do niej, że nie życzę sobie takich odzywek do mnie, że nie wykonała żadnych badań , więc na jakiej podstawie twierdzi, że kłamię, że stać mnie załatać sobie zęba i że nie przychodzę do niej jako do szamanki władającej tajemną wiedzą, za którą w XIX i XX w zawód lekarza został wyniesiony na piedestał, a który to obecni lekarze dawno pod sobą rozwalili, ponieważ ani nie mają wiedzy, ani umiejętności, ani szacunku do pacjentów oraz, że jest takim samym usługodawcą jak ja w godzinach pracy i nigdy w życiu nie odezwałabym się tak do swojego klienta.

Pani zrobiła wielkie oczy, po czym stwierdziła, że mam iść natychmiast naprzeciwko zrobić EKG. Pytam jej, czy w takim razie ona jako lekarz ma świadomość, że w tym momencie sama podniosła mi tak ciśnienie, że wynik nie wyjdzie miarodajny. Odpowiedź: ale co z tego? Wkurzona i wystraszona jednak tym co przytrafiło mi się kilka godzin wcześniej odpowiedziałam, że w sumie to nic, ale jak coś mi się stanie to szpital niech się szykuje na pozew. To podziałało mocno otrzeźwiająco na panią doktor, która stwierdziła, że oczywiście zajmie się mną i kazała podwinąć rękaw by zmierzyć mi ciśnienie, oczywiście wyszło podwyższone, więc stwierdziła, że tym bardziej muszę na EKG.

Bez słowa wyszłam z gabinetu i poszłam na to EKG, w trakcie którego pani doktor zadzwoniła do pani przeprowadzającej badanie by zbadała mi jeszcze cukier. Z wynikami udałam się z powrotem do gabinetu pani doktor, która stwierdziła cukier ok, ale to EKG... no jakieś takie nieidealne, ale to pewnie przez stres. Ona nie wie, ale proszę powiedzieć na co pani choruje. Na to opowiadam o przebytym tydzień wcześniej zapaleniu pęcherza, a poza tym nic więcej. To ona tym bardziej nie wie, liczyła, że mam jakąś przewlekłą chorobę, która by wyjaśniała drgawki, ale jak ja nie wiem na co choruję, to ona też nie.

Pytam więc, czy lekarz nie powinien zrobić badań, żeby wyjaśniać takie zagadki, poza tym codziennie robię sporą trasę autem, nie mogę w trakcie dostać drgawek, bo się zabiję, na co odpowiedziała, że mam iść do lekarza pierwszego kontaktu rano bo ona, cyt. "wyczerpała swoją wiedzę medyczną". Stwierdzam, że ok, bo i tak nic się z nią nie da załatwić, jednak pytam, co mam zrobić w przypadku, kiedy jeszcze tej nocy przytrafi mi się powtórnie to drżenie. Ona nie wie, może włożyć coś między zęby i doczekać do rana.

Wściekła wyszłam od niej, napisałam do pracy sms z wyjaśnieniem, że nie będzie mnie kolejnego dnia w pracy i do samochodu. Będąc przy wyjściu słyszę wołanie, patrzę a to pani doktor krzyczy, abym poszła na neurologię, może tam coś wymyślą i wciska mi kartkę z opisem sytuacji dla neurologa.

Wchodzimy na oddział neurologiczny, gdzie odczekujemy 2 godziny na przyjście pani pielęgniarki, która odbiera ode mnie kartkę, każe położyć się na łóżku i informuje, że „wsunę panią tu z boku i podłączę kroplówkę z magnezem, chłopak może zostać z panią”. Pytam po co ta kroplówka i za ile będzie lekarz. Pani pielęgniarka przybiera purpurę na twarzy i już niemiłym tonem oświadcza, że magnez jest niezbędny przy bólach głowy i ona sama bez lekarza mi pomoże. Zdziwiona odpowiadam, że wcale nie boli mnie głowa i że przyszłam tutaj z drgawkami. Na to pani pielęgniarka stwierdza, że z padaczką to do rodzinnego. Odpowiadam, że nie mam zdiagnozowanej padaczki i że pierwszy raz mi się to przytrafiło. Pielęgniarka stwierdza, że zawoła lekarza.

Nawet szybko pojawia się młoda pani doktor, przedstawiająca się jako neurolog, każe mi wyciągnąć przed siebie ręce, następnie prawym palcem wskazującym dotknąć nosa, potem to samo palcem lewej i pyta: po co w ogóle pani tu przyszła? Opisuję wszystko od początku, na co ona znowu pyta: i co ja mam zrobić, po co pani tu przyszła? Na co odpowiadam, że w sumie po nic, bo widać niczego już po ludziach którzy ściągali na egzaminach na studiach nie można się spodziewać i że lojalnie informują ją, tak samo jak jej poprzednią koleżankę, która mnie tu skierowała, że jeśli coś mi się stanie to pozwę szpital. Oczywiście z automatu zmienia się podejście, ale ona to najpierw poda mi kroplówkę z magnezem bo „to zawsze pomaga na bóle głowy”.

Szlag mnie trafił i wyszliśmy ze szpitala. Kolejnego dnia poszłam do lekarza pierwszego kontaktu, który od ręki wydał listę badań krwi i skierowanie do neurologa, L4 na 3 dni, które zostały do końca tygodnia i poinformowała mnie, że skoro zgłosiłam się na nocną opiekę medyczną to w pierwszej kolejności powinni pobrać mi krew i zostawić do obserwacji, przynajmniej do rana ze względu na dziwność objawów, które mogły świadczyć nawet o tętniaku, w końcu to nie był SOR.

Poszłam do laboratorium, pobrano mi krew, wyniki w 12 h. Wracam do domu i nagłe uderzenie zimna w stopy i drżenie rąk, po chwili bioder, za moment znowu całe ciało, przerażona po raz kolejny czekam na koniec. Po pół godziny ustępuje i zdarza mi się to tego dnia jeszcze 2 razy. Kolejnego dnia odbieram wyniki i idę prywatnie do neurologa, który nic dziwnego w tych drgawkach nie widzi, w wynikach w sumie wapń i potas na niedoborze, ale to o niczym nie świadczy i pewnie chcę wyłudzić L4. Wkurzona już totalnie na zbywające podejście lekarzy stwierdzam, że ja wcale nie chcę L4, a dowiedzieć się co mi jest i skoro on nic nie chce zrobi,ć to ja oczekuję zwrotu kosztów wizyty, bo to nie była konsultacja medyczna tylko kpina. Wywiązała się awantura, kasy oczywiście nie odzyskałam, ale na Znanym Lekarzu opisałam wszystko dokładnie, mam nadzieję, że ludzie wybiorą kogoś innego.

Po kilku dniach udało się załatwić starszą panią neurolog, starą znajomą mojego szefa, która wysłuchała opisu objawów, sprawdziła wyniki i stwierdziła: dziecko, to dosyć nowo odkryta, ale bardzo popularna choroba, tężyczka, żeby młodzi lekarze nie wiedzieli, tylko ja stara baba muszę po nich poprawiać, pójdziesz do endokrynologa, ja ci wszystko tu zaraz opiszę, zbadają hormony, dostaniesz leki, problem zniknie.

Kolejnego dnia odwiedziłam endokrynologa, zapoznał się z całą historią, z lekami na pęcherz, zrobił badania i kazał wrócić za 2 dni. Weekend przebiegł na drgawkach, mrowieniu i zmianach temperatury ciała, w poniedziałek potwierdzona została całkowicie tężyczka, którą spowodowały leki na pęcherz, niedobór pierwiastków i stres w pracy. Dostałam leki plus przykaz uzupełnienia wapnia i magnezu. Zęba też naprawiłam.

Nie chodzi mi o wylewanie żali, jak mnie potraktowano, czy o pochwalenie się pyskówkami z lekarzami, tylko o to, że ludzie ci zupełnie nie mają szacunku do pacjentów, nie chce im się leczyć i wywyższają się jakby byli jakimiś bogami. A przecież to nie stare czasy, kiedy tylko niektórzy mogli być lekarzami, teraz uczelnie otwarte są dla każdego kto ma odrobinę samozaparcia i chce je skończyć i zostać lekarzem, więc na jakiej podstawie ta wyższość? Pozwy za ich błędy i olewactwo są już na porządku dziennym, a nadal tak się zachowują.

Mój problem nie był zagrażający życiu, ale czy gdybym rzeczywiście miała tętniaka, to w typie „ 350 za 10 minut kpiny się należy” jest ważniejsze nprzeżyłabym? Pewnie nie, bo ego nadętych małolat bez wiedzy, czy lekarza w typie "350 za 10 minut kpiny się należy" jest ważniejsze niż czyjeś zdrowie i życie. Każdy płaci składki, nic za nie nie ma, musi dokładać kupę kasy, kiedy zachoruje i jeszcze jest traktowany jak natrętna mucha. Serio rozumiem, że praca na nockach nie jest przyjemna i nie ma się takiej werwy jak za dnia, ale skoro decydujesz się na ten zawód, to chyba wiesz co cie czeka. Moim zdaniem absolutnie nic ich nie usprawiedliwia.

lekarze szpital nocna opieka słuzba_zdrowia

Skomentuj (22) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 186 (220)

#82225

(PW) ·
| Do ulubionych
Kilka dni temu słyszałam w radio, że drogówka wytypowała na podstawie jakichś swoich „badań” trzy czynniki wpływające na niezadowolenie kierowców z uczęszczania po drogach w dużych aglomeracjach miejskich:

1. Stan dróg.
2. Oznakowanie niemające zastosowania.
3. Brak uprzejmości między kierowcami.

Co drogówka z tym zrobi - nie wiem, a ja o tej uprzejmości chciałam.

Mamy duże miasto.

Równolegle do siebie są dwie strategiczne arterie, między którymi są uliczki raczej osiedlowe, wszystkie jednojezdniowe dwukierunkowe. Na jednej z nich prawy pas przez niewielki odcinek swojej długości jest również parkingiem, który przecina też WYJAZD (wjazdu zabrania znak) z osiedla. Naprzeciw parkingu jest oczywiście lewy pas tej drogi, a za lewym pasem wysokie krzaki, oddzielające bloki od jezdni ORAZ niewielkie skrzyżowanie, z możliwością skrętu wyłącznie w lewo.

Moment zbiegnięcia się parkingu i lewoskrętu jest także momentem, kiedy kierowca wykonujący manewr omijania rzeczonego parkingu może już swobodnie minąć się z jadącym z naprzeciwka. Na skrzyżowaniu pierwszeństwo nie jest określone żadnymi znakami.

Jak więc powinni zachować się kierowcy na opisanym odcinku drogi? Logicznie, czyli jadący prawym pasem, zbliżający się do przeszkody (parkingu), sprawdza, czy z naprzeciwka bądź z lewej strony nie wjeżdża na swój pas auto. Jeśli wjeżdża, to przepuszcza, jeśli nie wjeżdża, to przejeżdża na tyle szybko i sprawnie, by przestrzegać przepisów oraz nie utrudniać ruchu jadącym z naprzeciwka.

A co w sytuacji, kiedy już jest w trakcie wykonywania manewru i z lewej strony wyjeżdża auto? Ano lewa strona czeka, chyba że na parkingu jest akurat jak zjechać, to kierowca, który powinien jechać prawym pasem „uprzejmie chowa się” na tym miejscu, lewa strona przejeżdża, prawa kontynuuje manewr.

Od lat poruszam się tym odcinkiem i zdarzyło się, że ktoś z jednej czy drugiej strony się zagapił, zdarzyło się, że auto podczas manewru omijania parkingu musiało się zatrzymać, bo wbiegł pieszy i wtedy auta będące na swoim pasie czekały dłużej. Zdarzyło się, że ktoś parkował i sytuacja szybko się zmieniła, trzeba było uciekać z jednej czy drugiej strony. Chyba jednak wszyscy mamy nowego sąsiada od kilku dni.

Wyjątkowy, jedyny w swoim rodzaju pan burak, którego gościmy na naszych uliczkach od kilku dni, robi następujący manewr: wyjeżdża z lewej na pełnym gazie, bez sprawdzenia sytuacji na odcinku parkingu i pruje do skrzyżowania z główną arterią. Nie zdążyłeś wjechać między zaparkowane samochody, a krzaki i go przepuszczasz - twój fart. Jesteś w trakcie wykonywania manewru, hamuje z piskiem (tylko czekam na czołówkę), zaczyna darcie japy i blokuje auta. Kończy się to różnie. Już słyszy się na osiedlu głosy, że wielu kierowców zaliczyło z nim starcie.

Wczoraj rano ja wyjeżdżam do pracy. Jadę drogą jednokierunkową, której wyjazd przecina parking. Staję na wylocie i sprawdzam lewą i prawą stronę, czysto. Wyjechałam, przejechałam dwa metry i przód mojego auta jest na równi z wyjazdem z lewoskrętu. Przytulam się do prawej, bo już można się ze mną minąć, a za pół metra już całkiem będę na swoim pasie. Nagle jednak muszę się zatrzymać, bo z lewej strony wprost na mnie wbija się ON. Z piskiem opon zahamował 20 cm przed moją maską, stanął ukosem i mnie blokuje. Szyba w dół i zaczyna się drzeć: „COFAJ SIĘ! COFAJ SIĘ!”.

Ja nic, bo z lewej krzaki, z prawej zaparkowane auta, za mną wyjazd z jednokierunkowej, której wylotu nie widzę, nie wiem, czy jest już tam jakieś auto, więc uśmiecham się i pytam: „GDZIE?!”.

ON: COFAJ SIĘ, COFAJ SIĘ, WYP**DALAJ! Ty ścierko, ty prostytutko, cofaj się, wyp****dalaj z mojego pasa!

JA: Jestem w trakcie wykonywania manewru, nie mam gdzie zjechać, ty mnie zablokowałeś, wyprostuj auto to się miniemy.
ON: COFAJ SIĘ, COFAJ SIĘ *UWA! MÓJ PAS!

Nie odezwałam się, tylko z uśmiechem podjechałam te 20 cm i stoję, mam czas, za nim żadnego innego auta, nikt poza nim nie ucierpi, a cofać się 300 metrów, żeby stanąć przed parkingiem i księcia przepuścić nie mam zamiaru, no bo z jakiej okazji.

Zauważył, że nie mam zamiaru się cofać, więc nadal drze się „COFAJ, COFAJ”, ale auto prostuje i spokojnie się mijamy, co mogliśmy zrobić od samego początku, gdyby tylko wyjechał normalnie, a nie jak furiat. Oczywiście kiedy zrównał się ze mną, nadal rzucał ścierkami i prostytutkami, a ja przez moment obawiałam się, że specjalnie mnie zarysuje, jednak wyzywanie mnie mu wystarczyło.

Wróciłam z pracy i zaczepia mnie sąsiad, mówi, że widział rano moje starcie z panem burakiem, i że jemu kilka razy też już się przytrafiło to samo, a jakiemuś innemu sąsiadowi zajechał drogę nawet wtedy, kiedy za sąsiadem jechało jeszcze kilka innych aut. Ponoć szykują dla niego prezent. Mówił, że bardzo śmierdzący prezent. Obawiam się jednak, że zanim prezent „dojrzeje”, to będzie nieszczęście.

To tyle na temat uprzejmości kierowców.

Skomentuj (23) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 69 (107)

#81971

(PW) ·
| Do ulubionych
Postanowiłam zostać piekielną właścicielką psa.
Historia, która przelała czarę goryczy wydarzyła się dziś, a w ciągu tego weekendu była PIĄTĄ z kolei.

Mam szczeniak buldoga francuskiego. Chłopak ma 8 miesięcy i jest całkiem nieźle ułożony. Reaguje na komendy, nie słucha obcych, a podczas wyjść, mimo że jest zawsze na smyczy, to bardzo pilnuje, żeby być obok mnie albo obok "starego". Dla niewtajemniczonych w psiaki dodam, że szczeniaki są strasznie ciekawskie i ruchliwe, a chęć przytulenia wykazują wskoczeniem na obiekt i uwaleniem się na nim. No i rozrabiają. Tak jak małe dzieci.

Buldogi to rasa zdrowotnie problematyczna, jednak z wyglądu totalnie przesłodka. Przyzwyczailiśmy się, że na każdym spacerze zlatują się ludzie żeby pogłaskać, zrobić zdjęcie, podpytać o rasę, zapytać jak się wabi. I jeśli najpierw zapytają o możliwość, to jest to w porządku. Jednak zawsze trafi się jakiś imbecyl który zaczepia psa, cmoka na niego, gwiżdże, nawołuje albo co gorsza rzuca się z łapami do tarmoszenia. Tak do tarmoszenia, nie do głaskania. Nauczenie buldoga olewania takich zaczepek kosztowało nas masę czasu, cierpliwości i przekąsek, ale mamy to.

No i dziś. Wychodzimy z bloku, na końcu chodnika stoją dwie paniusie ok 60, ubrane całe na biało jakby szły do I komunii. Koło nich znajduje się osiedlowy skwerek dla piesków. Ja idę z psem na skwerek, chłopak idzie po samochód. Spuszczam smycz na pełną długość, pies wącha bardzo ważne rzeczy i szuka sobie wygodnego miejsca, a one zaczynają na niego cmokać. Widzą że bulshit nie jest zainteresowany, więc podchodzą bliżej i nawołują. Siląc się na uprzejmość proszę, żeby zostawiły go w spokoju i się odsunęły ponieważ on się musi załatwić.

Oczywiście od razu wielkie oburzenie, bo one przecież tylko chcą się z nim pobawić. Tłumaczę, że to żywe stworzenie, które właśnie robi za przeproszeniem kupę, więc nie mogą się z nim pobawić i że to nieładnie tak wołać czyjegoś psa bez zapytania o możliwość właściciela. Kolejny raz oburzenie, że one o nic nie muszą się pytać, bo są starsze i że już teraz, natychmiast muszą go pogłaskać, a ja to w ogóle powinnam być wdzięczna, bo one byle jakich psów nie głaskają. Wtedy podjeżdża chłopak, ja sprzątam po piesku i odchodząc od kosza odpinam smycz i wydaję komendę ZABAWA.

Pies wchodzi w tryb biegać, skakać, łapać, a ja idąc w kierunku pań podaję kolejną PRZYWITAJ SIĘ. Dla niego oznacza to, że może przytulać się do kogoś innego niż my, więc wte pędy leci na paniusie i z całym impetem jego przednie łapki opierają się o białą spódniczkę jednej z nich. Pisk, krzyk, zabieraj tego psa. Otwieram drzwi od auta i wołam psa, a te się wydzierają, że głupi pies, że niewychowany, że ja nieodpowiedzialna, że zabójca, że trzeba uśpić.

Zapytałam tylko, czy jeszcze chcą się z nim bawić, czy już możemy jechać, bo trochę nam się spieszy i nie mamy czasu ciągle spełniać zachcianek ludzi bez odrobiny rozsądku i wyobraźni. Pani, która uzyskała szare stempelki na spódnicy stwierdziła, że dzwoni na policję, na co chłopak odezwał się, że proszę bardzo, kamera w aucie cały czas jest włączona, wszystko się zarejestrowało, a poza praniem nie ma żadnych szkód, więc my chętnie złożymy doniesienie na nie. Paniusie szybkim krokiem się oddaliły pokrzykując o zabójcach do uśpienia, a my odjechaliśmy.

Owszem, całe zajście nie było nagrane, auto podjechało kiedy pies został spuszczony. Owszem pozwoliłam mu skoczyć na nie i to ja byłam ta wredna. Owszem, w razie przyjazdu policji to ja miałabym nieprzyjemności. Doniesienie (chyba nie istnieje żadne wykroczenie do którego można podpiąć zaczepianie czyjegoś psa) to był blef który poskutkował, a my nie mamy najmniejszych wyrzutów sumienia, bo takie sytuacje przytrafiają nam się codziennie. I nie chodzi o to, że ja jestem przewrażliwiona i powinnam kupić sobie domek na wsi z ogrodem, żeby psa nikt nie zaczepiał, a o to, że skoro ja jako właściciel nie pozwalam na coś psu, to ty przechodniu, który zobaczył słodkiego pieska nie wpiep**aj się w to i nie zaczepiaj go.

A no i najważniejsza rzecz. Ta rasa to 100% miłości i przy dobrym wychowaniu 0% agresji. Nie ugryzłby jej choćby stanęła mu na głowie, jeszcze by się cieszy że go dotyka. On chyba nawet nie wie, że mógłby coś takiego zrobić.

psy spacery przechodnie

Skomentuj (20) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 131 (197)

#81774

(PW) ·
| Do ulubionych
W nawiązaniu do historii Ornagowa.
Kilka lat temu też pracowałam w firmie powiązanej z Orange, zajmowaliśmy się wysyłką tego co klient zamówił przez telefon. Mentalność klientowi była identyczna, jednak ja uwielbiałam tych najbardziej awanturujących się, którzy zawsze chcieli do telefonu kierownika. Dla każdego współpracownika byłam tym "kierownikiem". Skargi były ale po odsłuchu nie można mi było niczego zarzucić bo byłam kulturalna i rzeczowa.

Jednak już na wypowiedzeniu trafił mi się jeden rodzinek, który tak bardzo wyprowadził mnie z równowagi, że chyba nawet bardziej ja dla niego byłam piekielna niż on dla mnie.
Rzecz działa się w 2012 roku, przed Euro 2012.
Jak klient biznesowy kupił jakiś super drogi abonament z superdrogim telefonem to dostawał 2 wejściówki na wybrany mecz na Euro. Myk był jednak taki, że kurier z telefonem był w ciągu 3 dni, a drugi z biletami do 12 dni.
No i mamy piękną słoneczną sobotę, jeden z ostatni moich dni w tej pracy, bujam się na fotelu, aż przychodzi kierowniczka i podaje mi karteczkę z nr telefonu i prośbą o zadzwonienie do klienta ponieważ Pan już odebrał umowę i telefon, jednak kurier od biletów umawia się z nim od tygodnia i koleś go zbywa, a jak nie odbierze w ciągu 3 dni roboczych to przepadną. Myślę sobie banał, sprawdzam w systemie co tam nawywijał z kurierem i kim owy biznesman jest (jednoosobowa firma sprzątająca) i dzwonię.

Facet odbiera a ja standardowo przedstawiam się i mówię:
J (JA): Witam XY z Orange, dzwonię w sprawie biletów takich a takich na Euro 2012.
K (KLIENT) No...
J: Umawiał się Pan w kilku miejscach z kurierem, ale pod żadnym adresem nie odebrał Pan przesyłki
K: No i *uj?
J: Jeśli Pan nie odbierze przesyłki w ciągu 3 dni roboczych, to bilety przepadną.
K: Szmato j*na nie pie*dol mi co ja mam zrobić tylko za*edalaj mi tu z tymi biletami! Do domu w tej chwili masz mi je przynieść głupia ku*wo bez szkoły, a nie mi tu grozić, że przepadnie mi coś za co już *uwa zapłaciłem!
J: Umówił się Pan z kurierem tu, tu, tu, tu, tu i potem tu i nigdy Pan nie odebrał przesyłki dlatego albo dziś ustali Pan ze mną adres, pod którym odbierze Pan bilety od kuriera, albo zdajemy je w drukarni (taki był regulamin, bilety nieodebrane wracały do niszczenia do drukarni) i Pan w ciągu tych 3 dni się do niej pofatyguje i je odbierze w godzinach pracy DRUKARNI na ulicy Piekiełkowej 17.
K: Pie*olona szmato ja na guglach sprawdzałem to miejsce i tam nie ma żadnego salonu Orange, gdzie ty mnie s*ko wysyłasz, do konika jakiegoś, żebym sobie te bilety kupił drugi raz od niego, możesz mi ob*gnąć!
J: Jak już powiedziałam, bilety będą w DRUKARNI, nie w salonie, powtórzyłam Panu to dwa razy, aby miał Pan świadomość, że naszego salonu tam nie ma. Mogę oczywiście sprawdzić, w którym miejscu znajdzie Pan najbliższy salon, jednak jak już powtórzyłam kilkukrotnie nie będzie tam biletów.
K: Już *uwa pakuj się, wyj*bie cie z roboty, ty nie wiesz z kim gadasz, nie wiem kim ja jestem, tak cie u*pie ze nigdzie w tym kraju nie znajdziesz roboty, będziesz się tylko *urwić pod latarnią, bo i tak nic innego nie potrafisz.
J: Och, potrafię bardzo dużo rzeczy, niestety nie mogę zaliczyć do tego sprzątania, zawsze muszę kogoś wynająć do tego, ale sam Pan wie jacy są ludzie bez umiejętności i wykształcenia, zawsze coś jest źle i to nie ich wina. Ale niestety nasza rozmowa jest nagrywana i ja nie za bardzo mogę sobie pozwolić na okołozawodowe dygresje, więc słucham, gdzie będzie Pan odbierał bilet?
K: k*uwo, szmato, s*ko skad *uwa dzwonisz? Jadę po ciebie, z Wisły cię wyciągną, dawaj moje bilety!
J: Oczywiście, proszę tylko podać adres dostawy.
K: Ty masz mi je *uwa przynieść! W zębach! Teraz! Natychmiast!
J: Niestety nie posiadam Pana biletów, gdyż ma je kurier, jednak lepiej by nam się rozmawiało gdyby zszedł Pan z tonu. Przypomnę Panu, że ja reprezentuję firmę, dla której pracuję, jednak Pana obelgi są kierowane wprost do mnie, a ja nie muszę ich słuchać i w każdej chwili mogę się rozłączyć, a bilety pójdą do niszczenia.
K: Ciesz się ze w ogóle z tobą rozmawiam, bo na co dzień na taki plebs nawet nie patrzę, jesteś dla mnie robakiem i uprzedzam ci ze jak tylko odbiorę te je*ane bilety to się wybiorę do tej *ebanej centrali i rozkapiszonuje ci ryj, a potem będziesz mnie błagać na kolanach, żebym nie szedł do twojego szefa na skargę.
J: Obawiam się, że nie ma możliwości, abyśmy spotkali się w centrali, ponieważ: Pan mieszka w Warszawie, ja dzwonię z Wrocławia. Pan nie ma czasu spotkać się z kurierem w Warszawie, więc tym bardziej Wrocław odpada, ale jak bardzo Panu zależy, to możemy spotkać się na sali sądowej, ponieważ ciągle mnie Pan obraża, a ja czuję się bardzo dotknięta.

Nie mogłam wziąć jego danych z firmy, nie mogłam wziąć sobie nagrań z tej rozmowy, nie mogłam go pozwać, nic nie mogłam poza rozłączeniem się, ale on o tym nie wiedział, a sposób jego mówienia, nanosił wrażenie, że to bardzo prosty człowiek, typu "oderwany od pługa".

Facet zszedł z tonu, rzucił tylko: niech kurier będzie w poniedziałek tu i tu między 13 a 15, po czym się rozłączył.
W środę sprawdziłam z ciekawości status, bilety po 6 zmianach adresów wróciły do niszczenia.
W piątek byłam ostatni dzień w pracy, zgadnijcie kto dzwonił na infolinię i straszył konsultantów pozwem, bo nie odebrał biletów, które gwarantowała mu oferta operatora.

call_center

Skomentuj (22) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 204 (216)

1