Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation
Profil użytkownika

kutonapletes

Zamieszcza historie od: 30 września 2020 - 17:39
Ostatnio: 11 listopada 2020 - 15:26
  • Historii na głównej: 3 z 6
  • Punktów za historie: 395
  • Komentarzy: 0
  • Punktów za komentarze: 0
 

#87339

(PW) ·
| Do ulubionych
Opowiem wam o tajemniczej postaci z mojego osiedla jaką był Roki.

Działo się to w latach 90. Mieszkał tam człowiek, o którym mówiono, że miał żółte papiery, a jego wygląd i zachowanie sugerowało, że to prawda. Miał fryzurę w stylu szalonego wynalazcy, czyli długie i rozczochrane włosy, do tego broda i brak przednich zębów, górnych jedynek. Miał tak na oko między 40 a 50 lat.

Ja i koledzy byliśmy wtedy dzieciakami. Nie wiem skąd Roki się tam wziął, ale był od kiedy pamiętam. Ksywkę Roki nadały mu starsze roczniki i była ona nawiązaniem do popularnego wtedy filmu Rocky Balboa, o bokserze. Roki podobno bił swoją matkę, z którą mieszkał i stąd ta ksywka. Samej matki nikt z nas nigdy nie widział, więc albo nie wychodziła z domu albo już nie żyła.

Roki pomazał swój balkon jakimiś dziwnymi malunkami, symbolami i napisami w nieznanym mi języku. Był to alfabet przypominający starożytne pismo klinowe, ale nigdy w życiu od tamtej pory nie widziałem niczego podobnego.

Czy były to efekty jakichś wizji, czy też zwykłe wytwory wyobraźni? Nie wiem. Złożoność tych inskrypcji wskazywała jednak, że to coś więcej niż bazgroły wariata. Starsze roczniki opowiadały, że Roki robił frytki w czajniku. Wlewał olej do czajnika i wsadzał frytki przez ten otwór, z którego nalewa się wodę. Sugerowałoby to, że ktoś ze starszych roczników był kiedyś u Rokiego w mieszkaniu i ten chciał zrobić im frytki. Nie wiem jednak, czy owe frytki się udały.

Wszystko wskazywało na to, że Roki był wariatem, ale nieszkodliwym. Na ścianie jego bloku widniał napis "Roki ty h*ju", dokładnie tak napisane. Był tam od kiedy pamiętam, więc to również musiało być dzieło starszych roczników.

Roki często grzebał w osiedlowym śmietniku. Nie z biedy, lecz z ciekawości. Raz na przykład znalazł stary, zepsuty aparat fotograficzny (wtedy były aparaty na kliszę), po czym zaopatrzył się w książkę o fotografii, którą czytał siedząc na ławce przed blokiem. Potem chodził po osiedlu i aparatem (który, jak twierdził, naprawił) robił zdjęcia różnym obiektom.

Roki większość czasu spędzał na osiedlu, nie pracował, ale pieniądze na życie skądś miał. Nie był żadnym lumpem, obszarpańcem ani menelem. Nigdy nie widzieliśmy go pijanego. To by potwierdzało teorię o żółtych papierach, które dawały mu rentę, za którą żył. Oprócz fotografii łapał też inne zajawki, w zależności od tego co znalazł na śmietniku. Raz znalazł książkę o technikach samoobrony i potem pokazywał nam chwyty. Na pewno nie był upośledzony umysłowo, gdyż mówił normalnie, używał skomplikowanego słownictwa, a czasem mówił tak abstrakcyjne rzeczy, że nic z tego nie rozumieliśmy.

Czasami robiliśmy Rokiemu różne psikusy. Na przykład strzelaliśmy do niego jarzębiną z procy. Zaznaczam, że jarzębiną, a nie kamieniami, bo nie chcieliśmy zrobić mu krzywdy. Bywało, że strzelaliśmy do niego z ukrycia, na przykład z krzaków. Precyzyjne, snajperskie strzały. Roki wtedy rozglądał się dookoła i nie wiedział skąd dostaje. Robiliśmy też zasadzki, czyli chowaliśmy się, a jak Roki przechodził to wyskakiwaliśmy całą ekipą i ognia ze wszystkich dział.

Po kilku takich zasadzkach Roki chodził po osiedlu z kijem i po oddanej salwie nas gonił. Jak kogoś dogonił to walił kilka razy kijem przez plecy i puszczał. Raz tak dostałem. Bił lekko, tak żeby poczuć, ale żeby nie zrobić krzywdy. Robiliśmy też ostrzały artyleryjskie, czyli rzucaliśmy gugułami ze zdziczałych drzewek owocowych, które rosły na naszym osiedlu. Rzucaliśmy do góry pod kątem i spadały jak pociski artyleryjskie. To wszystko była zabawa. Lubiliśmy Rokiego, a Roki lubił nas.

Pewnego dnia Roki nagle zniknął i już nigdy go nie widzieliśmy. Nie umarł, bo klepsydr nigdzie nie było. Po prostu rozpłynął się w powietrzu i nikt nic nie wiedział.

Tożsamość i osobowość Rokiego do dziś pozostaje zagadką i nigdy nie dowiemy się kim był, skąd się wziął, gdzie się udał, czy naprawdę był niezrównoważony i jaka była jego choroba psychiczna.

roki

Skomentuj (17) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 162 (218)
zarchiwizowany

#87377

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Niektóre rzeczy zrozumie się dopiero po latach.

Za dzieciaka mieliśmy ekipę na osiedlu. Było nas siedmioro, wszyscy z klasy średniej, przynajmniej jedno z rodziców pracujące, nikomu nic nie brakowało, nikt nie klepał biedy.

Co roku jeździłem z rodzicami na wczasy, 2-3 tygodnie. Któregoś razu, gdy wróciłem, koledzy wymyślili sobie zabawę. Otóż udawali, że mnie nie ma. Przychodziłem, witałem się, a oni zero reakcji. Mówiłem do nich - zero reakcji. Ostentacyjnie mnie ignorowali, jakbym nie istniał. Było mi bardzo przykro i smutno. Zabawa ta trwała kilka dni, potem im się nudziło i wszystko wracało do normy, ale tak im się spodobało że zaczęli to robić co roku.

Dopiero jako dorosły zrozumiałem prawdopodobne motywy jakimi się kierowali. Mianowicie ich rodzice jeździli na wczasy sami, a ich podrzucali babciom i dziadkom albo wysyłali na kolonie. Choć to nie moja wina, że rodzice mieli ich w dupie i nie powinni się na mnie za to mścić, to zrobiło mi się ich żal...

dzieciństwo rodzice

Skomentuj (18) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 8 (86)

#87327

(PW) ·
| Do ulubionych
Nienawidzę ludzi niepunktualnych i nieszanujących cudzego czasu.

Kolega nie szanował niczyjego czasu oprócz swojego. Nigdy nie przychodził punktualnie, jak się pytało przez telefon za ile będzie to mówił, że za 5 minut, a gdy 5 minut minęło i nadal go nie było, to po kolejnym pytaniu udzielał podobnej odpowiedzi i tak kilka razy. Było to szczególnie irytujące jak mieliśmy gdzieś jechać, umawiamy się na powiedzmy godzinę 17, punkt 17 jestem pod jego blokiem, a on mi pisze, że już schodzi i zaraz będzie i tak kilka razy, aż w końcu pojawia się o 17:40.

Któregoś razu pałka się przegła i postanowiłem, że oduczę go frajerzenia. Byliśmy umówieni na kręgle większą ekipą. Miałem zgarnąć jego wraz z kobietą i jeszcze jednego kolegę. Tamtego kolegę zgarnąłem zgodnie z planem, podjeżdżam po frajera na umówioną godzinę i oczywiście go nie ma. Kręgielnia zarezerwowana też na konkretną godzinę, a jeszcze dojechać trzeba, a to za miastem. Dzwonię i standardowa odpowiedź "już schodzimy, dwie minuty". Odmierzyłem dwie minuty i pojechałem. 30 minut później, jak już wszyscy byliśmy na miejscu i zaczynaliśmy grać, on dopiero zszedł i zobaczył, że mnie nie ma i zaczęła się lawina smsów i połączeń. Odpisałem tylko krótko, że skończyło się babci sranie i niech teraz sobie jedzie taksówką, a na przyszłość albo się nauczy szacunku do mnie i mojego czasu albo niech nie liczy na szacunek z mojej strony.

Niestety swojego podejścia nie zmienił, a ja konsekwentnie gdy nie było go na umówioną godzinę odjeżdżałem albo opuszczałem umówione miejsce. Na przykład umówiliśmy się na piwo w parku, godzina 18. Umowne 5 minut minęło i poszedłem do domu. On 20 minut później do mnie dzwoni i pyta gdzie jestem.
- W domu.
- Jak to?
- Srak to. Umówiliśmy się na 18, a nie na 18:25.

Po kilku takich sytuacjach przestał się odzywać i nie miałem już kolegi, ale nie żałuję, bo i tak mnie tylko frajer denerwował. Reszcie ekipy również wyczerpała się cierpliwość i przestali do niego dzwonić wychodząc gdziekolwiek.

niepunktualność frajerstwo

Skomentuj (5) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 150 (164)
zarchiwizowany

#87282

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Strasznie mnie denerwują osoby powolne, ślamazarne i flegmatyczne.

Przykładowa sytuacja w sklepie. Czekam do kasy samoobsługowej, a klient przede mną skanuje ze ślimaczą prędkością. Nie to, że nie ogarnia jak kasa działa czy że nie czyta mu kodu, tylko po prostu wszystkie ruchy wykonuje z prędkością 30% normalnego człowieka. Jak mucha w smole. Albo jakby się oglądało film w zwolnionym tempie. Powoli skanuje, jeszcze wolniej płaci, a najwolniej pakuje zakupy do torby. Czasem mam ochotę podejść do takiego mamlasa i zapytać czy mu nie pomóc, bo zanim skończy to sklep zamkną.

Albo osoby, które powoli chodzą. Ci występują w dwóch wersjach, w zależności od sytuacji w jakiej mnie wk... irytują.

Pierwsza, to gdy trzeba iść za takim w wąskim przejściu. Nie przyjdzie mu do łba, że za nim idzie człowiek normalną prędkością i nie przyśpieszy, tylko będzie się ciągnął jak ślimak. Nic tylko takiego w dupę kopnąć na przyśpieszenie.

Druga, to gdy trzeba gdzieś z taką osobą iść. Co chwilę muszę przystawać by szybki inaczej towarzysz mnie dogonił lub muszę dostosowywać się do jego ślimaczej prędkości, co niesamowicie mnie irytuje i męczy. Chodzenie powoli męczy bardziej niż chodzenie z naturalną prędkością.

Zaznaczam, że nie mam absolutnie żadnych pretensji do osób starszych, chorych, czy niepełnosprawnych. W ich przypadku to zrozumiałe. Mój wpis dotyczy ludzi młodych i zdrowych.

ślamazarność flegmatyzm powolność

Skomentuj (3) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: -2 (108)
zarchiwizowany

#87289

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Strasznie wczoraj zachlałem. Paliłem blanty do piątej rano. Film mi się urwał jak leżałem w rurze (takiej kanalizacyjnej na budowie, nie wiem jak się tam znalazłem). Teraz mnie krzyż boli. Trochę się przespałem, ale musiałem wstać rano bo mam obowiązki. Mam dziecko. Niektórzy mówią, że nie można chlać jak się ma dzieci, ale to nie prawda. Można, tylko trzeba wstawać rano. Na tym polega odpowiedzialność.

chlanie alkohol

Skomentuj (2) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: -3 (57)

#87207

(PW) ·
| Do ulubionych
Mój współlokator jest bardzo "oszczędny". Pożycza co się da. Nie miałem nic przeciwko temu, że używał mojego żelu pod prysznic, czy pożyczał ode mnie pastę do zębów.
Przegiął kiedy okazało się, że na szczoteczce do zębów też oszczędza - tak, pożyczał moją.

współlokator

Skomentuj (5) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 122 (140)

1