Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation
Profil użytkownika

leksd

Zamieszcza historie od: 4 czerwca 2024 - 14:32
Ostatnio: 13 stycznia 2026 - 10:01
  • Historii na głównej: 5 z 5
  • Punktów za historie: 411
  • Komentarzy: 223
  • Punktów za komentarze: 1369
 

#92374

przez (PW) ·
| Do ulubionych
Przeczytana w internecie historyjka o call center przypomniała mi moje przeboje z lat nastoletnich, po otrzymaniu nowego numeru w sieci P. W pewnym momencie, ale w sumie nie od samego początku, zaczęłam dostawać mnóstwo połączeń do niejakiego pana Dariusza (imię niezmienione, bo co się będę). Głównie spamerskie połączenia, grzecznie tłumaczyłam, że takowego nie znam, pomyłka, proszę o usunięcie numeru. Dostawałam zapewnienie, że numer zostanie usunięty z bazy, czasem nawet konsultant mówił to sam z siebie, bez mojej prośby, po czym oczywiście dzwonili ponownie. Z reguły dawałam szansę raz, jak zadzwonili 2-3 razy, blokowałam numer. Tych numerów było jednak coraz więcej, więc było to dość uciążliwe.

Pierwszą moją myślą było, że może gość ma podobny numer i źle go zapamiętał, więc wszędzie podaje mój numer (bo nie działo się tak od początku, tylko od któregoś momentu). Znalazłam pana Dariusza na FB i tam zostawiłam mu wiadomość w tym temacie, pozostała bez odpowiedzi. Próbowałam załatwić sprawę u operatora, ale nie mieli żadnego rozwiązania. Jakiś czas później dostałam smsa z loterii któregoś radia, w którym zawierał się email pana Dariusza. Napisałam, wyjaśniłam sytuację, opisałam nawet, że sobie pozwoliłam na FB wcześniej napisać. Dostałam odpowiedź, że on kiedyś miał jakiś nr na kartę w P, może gdzieś został w jakichś bazach. W tym samym mailu poprosił o informowanie na bieżąco i możliwie przejście na GG (tak, to było tak dawno temu) w celu ułatwienia komunikacji. Przeprosił też, że na FB nie odebrał, od dawna tam nie wchodzi. Wzruszyłam ramionami, stwierdziłam, że co mi szkodzi (byłam nastolatką, która bardzo nie chciała być przypadkiem dla kogoś niemiła niestety) i dałam mu ten nr GG.

Tam dostałam serię wiadomości o tym, że obczaił mnie sobie na FB i jaka to jestem młodziutka, nie spodziewał się i może byśmy o seksie popisali. Gość miał 50+ lat. Zablokowałam gościa z miejsca, ale do dziś się śmieję, że rozumiem, że anonimowość w internecie czasem ludzi kusi do takich akcji, ale wprost dałam mu do zrozumienia, że znam jego wszystkie dane. A skoro napisałam do niego, to co za problem napisać do żony? Ale już się nie bawiłam, olałam temat.

Numer mam do dziś, i do dziś czasem dostaję telefony do pana Dariusza. Z danych, które przesłali mi zainteresowani, mogłabym spokojnie wziąć na niego kredyt, chociaż sądząc po dzwoniących wierzycielach, jakiejś szałowej zdolności kredytowej to on nie ma. Prośby o usunięcie numeru z baz okraszone straszeniem policją nic nie dają, większość takich numerów mam już poblokowanych, więc nie jest to już tak upierdliwe, a numeru nie chcę zmieniać.

A Wy drodzy rodacy na działalnościach jak Wam przyjdzie kiedyś narzekać na restrykcyjność RODO, zastanówcie się nad założeniem call center albo pracą jako windykator w Kruku. Tam RODO nie obowiązuje najwyraźniej.

RODO

Skomentuj (11) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 120 (128)

#92150

przez (PW) ·
| Do ulubionych
Za mną bardzo długi okres poszukiwania mieszkania, zakończony sukcesem i tak mi się zebrało jak to ludzie marzą o własnych czterech kątach, a nie mają zupełnie świadomości z czym to się wiąże. Szukaliśmy z partnerem czegoś z efektem wow, więc było trudno, ale ogólnie mieliśmy też dość jasne kryteria i było ich sporo. Pytaliśmy o koszty utrzymania, czynsz, na rynku wtórnym gdzie się dało prosiliśmy o rachunki za wszystko. Siłą rzeczy prowadziliśmy też dyskusje z osobami z naszego otoczenia, planującymi kupić nieruchomości i chwytaliśmy się za głowy.

Osoba A wynajmuje mieszkanie, celując w czynsz nieprzekraczający 2000 zł. Jeszcze z partnerem patrzyła na domy po 200m2 za 750 tys. do całkowitego remontu. Partner miał mieć rzekomo dużo pieniędzy odłożonych, ale oszczędności te miały wystarczyć na zakup, ale już nie remont. Każde z nich wychowywało się w bloku, zero styczności z remontowaniem, zero technicznych umiejętności, trochę takie yolo, jakoś to będzie (ludzie koło 50. z dziećmi).

Osoba B zaczęła szukać mieszkania, raczej małego, żeby kredyt się zmieścił tak do 2000. Przeglądamy oferty, mówię "ej bo to jest nieocieplona kamienica, ogrzewanie elektryczne", odpowiedź B: "to co?". Ogólnie zero świadomości jak wysokie mogą być koszty ciepła w takim mieszkaniu.

Osoba C kupiła małe mieszkanie od dewelopera w prestiżowej lokalizacji miasta wojewódzkiego. Pytam o czynsz, on nie wie. "Stary tam jest recepcja 24/7, siłownia i nie wiadomo co jeszcze. Wiesz że to wszystko na utrzymaniu mieszkańców, wliczone w czynsz?" On nie wie, nie interesował się, chciał jak najszybciej kupić, zanim ceny pójdą w górę. Do tego dochodzą oczywiście absurdy sprzedawców. Jeden fliper zrobił w mieszkaniu bojler na 50l i opowiadał, że trzy osoby spokojnie wezmą prysznic na tym. Oczywiście wystarczy wygooglować ile wody schodzi na jeden prysznic i już wiadomo, że to kłamstwo, ale jak ludzie nie pytają o rachunki, to o to pewnie też nie. Deweloper wystawia mieszkanie za 11-12 tys. z metra, rynek wtórny w tej okolicy 8.5, ale pierwotny mniej więcej te 11. Pytam o konkretne mieszkanie, 14.500 za metr. Tłumaczę, że mieszkanie fajne, nawet byśmy się zastanawiali (choć po namyśle kompletnie nieustawne), ale ono nigdy nie będzie tyle warte, a jeszcze trzeba je urządzić. I odpowiedź "jak kogoś stać, to kupi". Nie dodałam już, że "jak jest kretynem, to owszem".

Minął rok, mieszkanie stoi dalej wolne, deweloperzy powoli schodzą z cenami, już w okolicy są ceny z rynku pierwotnego 8.5k. Chyba się bogaty naiwniak nie trafił. Wiecie, były zasadne wątpliwości czy rynek w okolicy kiedykolwiek dojdzie do 14 tys. za metr, a jeszcze urządzenie, ewentualnie koszt kredytu - biznes życia. Ogólnie ja wchodząc w te poszukiwania czułam się niekompetentna i brałam chętnie rodziców czy kogoś bardziej doświadczonego na oględziny, bo byłam pewna, że coś przegapię. Tymczasem ludziom nawet nie przychodzi do głowy, że instalacje mogą być do wymiany, stare drewniane okna mogą być nieszczelne, a pod boazerią nie wiadomo co siedzi. Ogólnie jestem zwolennikiem rynku wtórnego, bo nowe bloki są budowane w chowie klatkowym, bez ogólnodostępnych parkingów, z bezsensownymi układami i ekspozycją na północ w salonie i innymi tego typu problemami. A przy tym są droższe, przynajmniej w moim mieście.

Ale naciągactwo deweloperów to jedno, a drugim problemem jest to, że sami się wpędzamy w coś, czego nie jesteśmy w stanie utrzymać.

Mieszkaniówka

Skomentuj (19) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 134 (152)

#91918

przez (PW) ·
| Do ulubionych
Przypomniała mi się historia sprzed około 3-4 lat. Kraków, być może jak każde większe miasto w Polsce, nie wiem, ma tę specyfikę, że dobrego mechanika trzeba szukać raczej poza miastem. Te 3-4 lata temu auto zepsuło mi się jednak znienacka, w sobotę około południa i wymagało wywiezienia z parkingu podziemnego galerii handlowej, więc szukałam otwartego w tamtym momencie warsztatu na już. Znalazłam jeden stosunkowo niedaleko swojego mieszkania, praktycznie na terenie pewnego dużego targowiska (w kierunku Górki Narodowej). Z pomocą drogową poszło sprawnie, zresztą na nich mi się jeszcze nie zdarzyło narzekać.

Pan mechanik auto przyjął, otworzył maskę, podumał i doszedł do tego samego, co wcześniej ja i pan z pomocy drogowej - czyli albo rozrusznik albo któryś kabelek. Auto kręciło silnikiem, ale nie odpalało. Zanim jednak do tej wnikliwej diagnozy doszło, pan mechanik posprawdzał akumulator, jak można by się spodziewać. Następnie zaczął się ciskać, że akumulator niewłaściwy i to może powodować problem, bo do systemów start&stop to trzeba specjalny. Powiedziałam panu, że to fascynujące co mi tu opowiada, bo osobiście kupowałam i montowałam ten akumulator i jak najbardziej jest dedykowany do tego systemu. Trochę się zmieszał, ale nie na długo, bo zaraz zaczął mamrotać, że to jakaś nieznana mu marka, on tylko markowe... Przemilczałam, ja do 14-letniego auta nie mam potrzeby pakować Boscha, zwłaszcza, że nigdy problemu z akumulatorem nie miałam. Oznaczenie start&stop na akumulatorze też jakoś fantazyjnie ukryte nie było. W międzyczasie mimochodem wspomniałam o konieczności wymiany linek skrzyni biegów, umówiliśmy się, że zadzwoni z wyceną wszystkiego.

Jak już w końcu zadzwonił, to podał mi cenę samych części (linek) cztery razy wyższą niż rynkowa (plus robocizna oczywiście, która w przypadku tej wymiany jest na ogół głównym kosztem), podziękowałam. Mechanik w mojej miejscowości rodzinnej wziął sumarycznie mniej niż ta cena za części. Powiedział, że problemem był przewód masowy i że wymienił tylko kawałek, bo "to są drogie rzeczy". Jakiś kawałek kabla przy odbiorze mi pokazał, ale czy z mojego auta to już się mogę tylko domyślać. Ale samochód odpalił. Następnie zaczął mi opowiadać, że auto w ogóle wygląda na "zalane". Odwarknęłam (bo cierpliwość mi się skończyła, pan był przy tym wszystkim dość gburowaty i nadto pewny siebie), że auto jest od pierwszego właściciela, którego dobrze znam (moi rodzice mieli je z salonu, potem ja przejęłam) i w życiu zalane nie było. Tu się zmieszał trochę bardziej. Co nie przeszkodziło mu przy odbiorze próbować mi pocisnąć kolejnego kitu, który zdementowałam z miejsca. Już nawet nie pamiętam co to była za bajeczka. Każdy dotychczasowy mechanik był tym autem zachwycony, na przeglądach to samo.

Podsumowując: trzy próby matactwa, trzy razy zdemaskowany na miejscu i zero żenady w tym wszystkim. Wróciłam do domu z mocnym postanowieniem wystawienia opinii na Google mapsie i okazało się, że nawet nie muszę... pan pod każdą negatywną opinią wyzywał klientów od debili ;) gdybym nie szukała warsztatu awaryjnie i przejrzała te opinie, to już wolałabym wywieźć auto za miasto, bo jak dla mnie gorszej autoreklamy niż takie odpowiadanie na opinie nie ma. A tak to zobaczyłam na szybko średnią 3.3, stwierdziłam, że jak na Kraków to nieźle i zadzwoniłam. Z tego co widzę w mapach, warsztat chyba już nie istnieje, ale stał jeszcze przynajmniej dwa lata później i nie wiem ile wcześniej.

Warsztat samochodowy

Skomentuj (15) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 126 (140)

#91866

przez (PW) ·
| Do ulubionych
Pewnie otworzę puszkę Pandory odnośnie wszelkiego rodzaju opinii w internecie (albo odnośnie jakości usług medycznych), ale jest pewne zjawisko, niewiarygodnie dla mnie frustrujące, objawiające się przy szukaniu rożnej maści specjalistów branży medycznej.

Generalnie z mojej obserwacji wynika, że na niektórych portalach z opiniami na temat lekarzy działa to nawet nieźle - przykładem jest tutaj ten najpopularniejszy portal na Z L, choć mam wrażenie, że trzeba się naprawdę postarać, żeby mieć tam średnią poniżej 5 gwiazdek. Natomiast zarówno w mapach, jak i innych stronach podobnych do Z L spotykam się z tym, że lekarze i placówki mają bardzo niskie opinie i kiedy rozwijam te opinie, żeby sobie poczytać co poszło nie tak, dowiaduję się, że ktoś wystawił jedną gwiazdkę, bo „lekarz był niemiły”.

Rekordzistami w takich opiniach są szpitale, które nie przekraczają z reguły 3 gwiazdek w ocenie na 5, a większość opinii dotyczy niesmacznego jedzenia lub opryskliwej pielęgniarki. I w momencie kiedy staję przed problemem medycznym i szukam specjalisty, któremu mogę zaufać, mam nie lada zagwozdkę, bo takie opinie nie są w żadnym stopniu pomocne.

Ja rozumiem, że niektórzy oceniają po prostu całość „usługi”, że lekarz nie powinien być nieuprzejmy i jest to słuszna uwaga, która powinna obniżać ocenę, ale jeśli merytorycznie było ok, to chyba wystawianie 1/5 jest srogą przesadą.

Niedawno bliska mi osoba dostała diagnozę bardzo złośliwego raka, miotaliśmy się między kilkoma placówkami, bo nie da się dotrzeć do wartościowych opinii przebijając się przez tysiące komentarzy o niesmacznym jedzeniu. Szczerze, g*wno mnie obchodzi jakie jest jedzenie i czy personel jest uprzejmy, jeśli tylko dobrze wyleczą coś trudnego do wyleczenia.

Internet i placówki medyczne

Skomentuj (26) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 153 (163)

#91589

przez (PW) ·
| Do ulubionych
Widzę, że dużo wlatuje historii około wuefowych, więc i mi się przypomniało. Będąc w gimnazjum trzymałam się z trzema przyjaciółkami, które potrafiły w sposób cięty odpowiedzieć na zaczepki nauczyciela i trafił nam się taki zaczepny, dowcipny wuefista. Prowokował sam, a potem wystawiał niższe oceny ze sprawdzianów, za stosowne odpowiedzi (nic wykraczającego poza kulturę osobistą). Osobiście tak ciętego języka czy może bardziej wtedy odwagi względem nauczyciela nie wykazywałam, co nie przeszkadzało wuefiście wrzucić mnie do jednego worka z przyjaciółkami. I tak, będąc zawsze sprawna, wysportowana, z historią samych piątek z wuefu i jeżdżenia na zawody w podstawówce, drugą klasę gimnazjum (w pierwszej mieliśmy innego nauczyciela) kończyłam z dwóją z wf na świadectwie.

W trzeciej klasie na jednej z lekcji pan nauczyciel zupełnie przypadkowo od koleżanki dowiedział się, że mój tata był w tym czasie dyrektorem największego zakładu pracy w gminie. Zakład do tego stopnia duży, że praktycznie nie było nikogo, kto nie miał kogoś z rodziny tam pracującego, albo kogoś, kto chciałby się tam dostać. Tata nie był nigdy skłonny załatwiać komukolwiek czegoś po znajomości, niemniej nie brakowało takich, którzy próbowali. Moje oceny z wf magicznie się zmieniły na piątki (co nie objęło przyjaciółek).

Do dziś się zastanawiam co gość chciał osiągnąć. Bo zarówno ja, jak i mój tata, z którym miałam zawsze bliski kontakt, więc znał sytuację, uważaliśmy gościa za niesprawiedliwego dupka od początku. Jedyne co osiągnął zmianą swojego zachowania, to to, że przekonał nas, że poza tym jest również kretynem, myśląc, że cokolwiek mógłby w ten sposób osiągnąć.

Gimnazjum

Skomentuj (7) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 124 (142)

1