Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation
Profil użytkownika

lemongirl

Zamieszcza historie od: 30 kwietnia 2012 - 16:40
Ostatnio: 21 września 2019 - 16:23
  • Historii na głównej: 44 z 58
  • Punktów za historie: 9128
  • Komentarzy: 223
  • Punktów za komentarze: 909
 

#76542

(PW) ·
| Do ulubionych
Kolejna historia o służbie zdrowia:

Kilka lat temu po raz pierwszy w życiu miałam grypę. Wcześniej oczywiście jakieś przeziębienia z temperaturą dochodzącą do 38 stopni, ale nic poza tym. Tym razem było inaczej: temperatura powyżej 40 stopni, dreszcze, jakieś dziwne rzeczy widziałam, a obecny mąż mi potem opowiadał, że mówiłam dziwne rzeczy.

Poszłam do lekarza, z taką temperaturą przyjęli mnie bez problemów, ale przyjmował tylko jakiś nowy lekarz. OK, było mi wszystko jedno, byleby coś mi dał, a i zwolnienie do pracy potrzebowałam (40 stopni, praktycznie brak głosu, a wtedy jeszcze pracowałam „na słuchawkach” – nie wyobrażałam sobie inaczej).

Pan doktor (taki trochę do „Znachora” podobny) powiedział, że to żadna grypa, że grypa to była ostatnia jakieś 60 lat temu, od tamtej pory grypy nie ma. Dał mi jakieś tabletki emskie, powiedział, że zwolnienia nie, bo nic mi nie jest.

Poszłam do rejestracji, mówię, że byłam u nowego doktora, nie dał mi zwolnienia, ale może panie pielęgniarki by mi chociaż wypisały zaświadczenie, że byłam u lekarza, żebym w pracy problemów nie miała?
Jak mnie zobaczyły to tylko: „no nie, znowu ten nowy doktor” i dawaj mnie do kierowniczki przychodni. Ta, jak mnie zobaczyła, zbadała, to od razu antybiotyk, zwolnienie na tydzień i nie wychodzić z domu bo zarażam.

Piekielną pacjentką raczej nie byłam, ledwo na nogach stałam. Ale nowego pana doktora już więcej nie widziałam.

słuzba_zdrowia

Skomentuj (18) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 235 (249)

#74869

(PW) ·
| Do ulubionych
Nie wiem czy to będzie piekielna historia. Nie jestem nawet pewna czy to w ogóle historia. Raczej przestroga...

Dwa lata temu urodziłam dwóch cudownych chłopców. Obaj na 10 punktów, badania nie wykazały niczego, do czego można by było się przyczepić. Okazy zdrowia. Szczęściu (i zmęczeniu) nie było końca.

Jak chłopcy mieli około 5 miesięcy, to w zachowaniu jednego coś mnie zaczęło niepokoić. Nie, żeby jakoś znacząco, bardziej to było przeczucie matki. Ale lekarze (podkreślam liczbę mnogą) uspokajają, że wszystko jest ok, ale na wszelki wypadek kierują do neurologa. Neurolog na dodatkowe badania, po badaniach do neurochirurga. Neurochirurg znajduje jakieś drobne nieprawidłowości, ale przekonuje, że to nie powinno mieć wpływu na rozwój synka. No to nam ulżyło. Kontrola za rok.

W międzyczasie oczywiście mały jest rehabilitowany, co miesiąc ma kontrolne USG, jesteśmy pod stałą opieką neurologa. Po roku kontrola pokazuje, że jednak nie jest ok i konieczna jest operacja. I nie wiadomo na ile pomoże... Żadna osoba, która nie dostała takiej wiadomości, nie jest w stanie sobie wyobrazić co w takim momencie czuje rodzic...

Operacja zrobiona, w jednym z najlepszych ośrodków w Polsce. I mamy obserwować, czekać...

Przypadkowo trafiliśmy do pani, która zajmuje się rehabilitacją małych dzieci, nawet nie na same zajęcia, tylko na ocenę stanu synka. Była bardzo zaskoczona, że pewne podstawowe badania nie zostały wykonane zaraz po operacji. Że w ogóle lekarze wcześniej nie zalecili szeregu kontroli, które dawno powinny być wykonane. Dopiero ona nas pokierowała do kilkunastu różnych specjalistów, na dodatkowe zajęcia, powiedziała o co powinniśmy się ubiegać, bo nam się należy.

Teraz synek codziennie ma jakieś zajęcia, rehabilitację, psychologa, neurologopedę, basen, badania, lekarzy. A i tak jeszcze nie wiadomo co mu jest i jak będzie wyglądał jego dalszy rozwój.

Drodzy Rodzice, jeżeli jest coś, co Was niepokoi, nawet jeżeli to jest błahostka, to nie dajcie się uśpić standardowym "każde dziecko rozwija się we własnym tempie", tylko reagujcie! Lepiej jest chodzić po lekarzach i się dowiadywać, że to faktycznie norma, niż do końca życia się zastanawiać czy gdybyście rok wcześniej się uparli, to czy Wasze dziecko miałoby szansę na normalny rozwój...

dziecko lekarze słuzba_zdrowia

Skomentuj (9) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 168 (226)

#74752

(PW) ·
| Do ulubionych
Krótka historia o kurierach. Bez morału.

Rzecz będzie o dosyć dużej firmie kurierskiej, rozsławionej filmem "Cast away".

23 sierpnia miałam dostać przesyłkę, kurier dzwonił, że będzie o konkretnej porze, ale pomimo tego, że cały czas ktoś był w domu, dostawca się nie pojawił. Wieczorem paczka na stronie śledzącej została odznaczona jako "dostarczona". Następnego dnia, po wielu telefonach, zostałam połączona z kurierem, który się zarzekał, że paczkę dostarczył, co więcej, odebrał ją jakiś mężczyzna (w domu nie było żadnego mężczyzny w tym czasie). Dzisiaj dostałam w końcu skan podpisu osoby, która rzekomo paczkę odbierała, można się na nim dopatrzeć mojego nazwiska, jednak nie jest to mój podpis, ani nikogo innego, kto mógłby paczkę odebrać.

Po kolejnych telefonach do firmy kurierskiej i po groźbie złożenia doniesienia do prokuratury o popełnieniu przestępstwa fałszerstwa skontaktował się ze mną rzeczony kurier i poinformował, że paczka się znalazła, że już ją do mnie wiezie. Jednak ostatecznie przyjechał bez paczki i próbował się tłumaczyć tym, że we wtorek był już zmęczony i "na szybkości" chciał paczkę dostarczyć, więc pomyliły mu się adresy i zawiózł ją gdzie indziej. Pod tym innym adresem jakaś osoba odebrała przesyłkę i podpisała się moim nazwiskiem.

Kurier wyszedł ode mnie przed chwilą. Całość opowiedzianej przez niego historii wydaje mi się co najmniej mało prawdopodobna i cały czas czekam na finał.

Mój największy problem w tym momencie polega na tym, że dosyć często dostaję paczki za pośrednictwem tego przewoźnika i nie chciałabym się musieć za każdym razem zastanawiać czy tym razem się uda. Wiem, że ten kurier pracuje dopiero od kilku dni, i jak jeszcze jestem w stanie uwierzyć, że pomylił adresy, to jednak fakt, że ktoś próbował się podpisać moim nazwiskiem jest już co najmniej podejrzany...

A wystarczyłoby, żeby do mnie zadzwonił i powiedział, że dzisiaj nie da rady, czy może być jutro...

kurierzy

Skomentuj (8) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 164 (176)
zarchiwizowany

#74508

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Sytuacja sprzed chwili. Jadę z dzieckiem autobusem. Dziecko w wózku na miejscu dla wózków. Wolnych miejsc siedzących pełno, ale tylko jedno na tyle blisko synka, żebym mogła na nim usiąść. I właśnie to miejsce zajmuję.

Wchodzi babina i staje nade mną. "Przepraszam" i się na mnie gapi. Miejsc wolnych nadal pełno, więc siedzę dalej. Ale ona gapi się coraz intensywniej i jeszcze dodatkowo stanęła pomiędzy mną a synkiem. Poddałam się i wstałam.

Ona usiadła, i owszem, ale na miejscu obok. I od razu przesiadła się jeszcze gdzie indziej.

Chciałabym to jakoś błyskotliwe skomentować na koniec, ale nie bardzo wiem jak...

komunikacja_miejska baba

Skomentuj (20) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 57 (153)

#73795

(PW) ·
| Do ulubionych
Krótko będzie i raczej obrzydliwie:

Warszawa, plac Bankowy, parę minut po 16:00.
Wsiadam do tramwaju i coś strasznie śmierdzi. Myślę sobie: wytrzymam, daleko nie mam, a już i tak spóźniona jestem.
Jednak nie wytrzymałam i jeszcze na tym samym przystanku wysiadłam. Stanęłam przed tramwajem i co widzę: przy oknie siedzi jakiś zarośnięty menel i z wywalonym jęzorem trzepie konia...

komunikacja_miejska

Skomentuj (15) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 191 (207)

#73330

(PW) ·
| Do ulubionych
O państwowej służbie zdrowia będzie.

Coby nie przeciągać zaznaczę tylko na wstępie, że syn potrzebuje specjalistycznego sprzętu rehabilitacyjnego. Można go sobie kupić od tak za gruuube pieniądze, albo dostać zaświadczenie od lekarza NFZ i zapłacić tylko część tej kwoty (w dalszym ciągu dużo pieniędzy).

Ze względu na dość odległe terminy u specjalistów na NFZ i konieczność uzyskania masy skierowań, żeby się dostać do lekarza właściwego, syn jest pod opieką lekarzy prywatnych. Żeby było jasne: składki na ubezpieczenie zdrowotne odprowadzamy, jednak z tych pieniędzy nie korzystamy.

Chcąc uzyskać dopłatę do wyżej wspomnianego sprzętu postanowiliśmy zapisać syna do lekarza państwowego (wszystkie niezbędne skierowania już uzyskaliśmy i jesteśmy na końcówce tej drogi). Sytuacja właściwa:
Dzwonię do rejestracji przychodni (dzwoniłam po kilkadziesiąt razy dziennie, dopiero na trzeci dzień udało mi się połączyć).

Rozmowa z [R]ejestratorką:

[J]a: Dzień dobry, chciałabym zapisać syna do /lekarza specjalisty/.
[R]: A skierowanie ma?
[J]: Tak.
[R]: A po co chce się zapisać?
[J]: Potrzebuję zaświadczenie do dopłaty na sprzęt rehabilitacyjny.
[R]: To niech wystawi lekarz, u którego się leczy.
[J]: Ale leczymy się prywatnie.
[R]: No wszyscy teraz leczą się prywatnie! A jak coś trzeba to chcą państwowo! I myślą, że to tak można! Niech idzie prywatnie! A nie teraz po łaskę przychodzą!
[J]: To nie może pani syna zapisać?
[R]: Mogę, ale lekarz na pewno zaświadczenia nie wystawi!

W końcu udało mi się uzyskać termin, na za trzy miesiące...

Wiem, że nie musiałam mówić rejestratorce po co mi ta wizyta, w końcu to nie jej interes. Ale zupełnie nie byłam przygotowana na jej atak.
Jestem ciekawa ile byśmy musieli czekać na wolny termin, jeżeli wszyscy ludzie leczący się prywatnie wróciliby do lekarzy państwowych...

Ostatecznie udało nam się dostać do lekarza wcześniej, bo jakiś termin się zwolnił. Lekarz powiedział, że nie ma potrzeby zakupu tego sprzętu, bo jeszcze za wcześnie. Ale za to może wypisać skierowanie do kolejnego lekarza, a z kolei tamten - na rehabilitację.

Syn, z innego powodu, był też zapisany do prywatnego lekarza, który przyjmuje również na NFZ. Zapytany o zasadność zakupu sprzętu (bo już nawet chcieliśmy go kupić bez pomocy Funduszu), odpowiedział, że jest on absolutnie konieczny i bardzo późno się za to zabraliśmy. Mamy przyjść do niego za parę dni państwowo, to wypisze zaświadczenie.

Synek ma niecałe dwa lata i każdy dzień bez tego sprzętu to krok do tyłu.

NFZ słuzba_zdrowia

Skomentuj (34) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 224 (260)
zarchiwizowany
W ramach wprowadzenia z lekka nakreślę ramy sytuacyjne: byłam w siódmym miesiącu ciąży z bliźniakami, brzuch miałam potężny. Na tym etapie już ciężko było mi się ruszać i w zasadzie całymi dniami siedziałam w domu. Jak tylko mąż mógł mnie zabrać "do ludzi" (czyt. do centrum handlowego), to cieszyłam się jak dziecko i zawsze z tego korzystałam, pomimo, że taka wyprawa polegała zwykle na siedzeniu w jakiejś kawiarence i odpoczywaniu.

Historia właściwa: celem nabycia jakiegoś czytadła (w tamtym okresie książki nadspodziewanie szybko się kończyły) udałam się do księgarni. Stoję przy regale z bestsellerami/nowościami (nie pamiętam już co to było, grunt, że książki stały na szczycie większego regału). Z mojej prawej strony żwawym krokiem (takim naprawdę żwawym) zbliża się pan w wieku około 50 lat, idzie o kuli. Naprawdę nieźle popyla. Zatrzymuje się jakieś 15 cm ode mnie i najwyraźniej oczekuje, że go przepuszczę. Spojrzałam na niego, ale nie zamierzałam się ruszać. Pan uraczył mnie wzrokiem mogącym zabić i postanowił obejść cały regał, u którego szczytu stałam.

Gdzie piekielność? Za mną były ze dwa metry wolnej przestrzeni, więc gdyby zdecydował się zrobić jeden krok w bok, spokojnie by mnie wyminął. Ale nie, lepiej "umilić" życie na ciężarnej.

...może nie umiał skręcać w lewo.

księgarnia ciąża

Skomentuj (11) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 4 (44)
zarchiwizowany
Pracuję w prywatnej firmie, ale obecnie jestem na urlopie macierzyńskim. Pracodawca zapewnia pakiet medyczny w prywatnej placówce. Pakiet wypasiony, bo nawet dentystę mieliśmy za darmo.

Jakiś czas temu drogą bardzo nieoficjalną doszła do mnie informacja, że ze względu na cięcie kosztów obecny pakiet będzie obowiązywał do końca miesiąca, a potem dentysta już nie będzie bezpłatny. Ok, rozumiem, nawet miałam się zapisać na kilka wizyt, żeby wykorzystać to, co mi jeszcze zostało, jak się da, bo wiadomo, leczenie zębów do tanich "przyjemności" nie należy. Ale jakoś się nie złożyło.

W swojej naiwności myślałam, że ktoś mnie poinformuje o tej drobnej zmianie, ale jednak tak się nie stało. Złożyło się jednak tak, że w nowym miesiącu musiałam się pilnie zapisać do lekarza, więc dzwonię do wspomnianej placówki medycznej, coby wizytę umówić. Jakież było moje zdziwienie, gdy konsultant poinformował mnie, że mój pakiet jest nieaktywny!

Ja rozumiem, że cięcie kosztów, że firma szuka oszczędności, i nawet nie mam pretensji o to, że mi ten pakiet całkiem zamknęli. Ale bolałoby ich to, gdyby ktoś do mnie zadzwonił, maila wysłał, czy nawet marnego smsa, cobym na idiotkę na infolinii nie wyszła? Zwłaszcza, że dzień wcześniej rozmawiałam z dziewczyną odpowiedzialną za takie decyzje, i słowem się na ten temat nie zająknęła...

Firma prywatna

Skomentuj (10) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 62 (160)

#30604

(PW) ·
| Do ulubionych
Rzecz miała miejsce ładnych parę lat temu. Państwowa przychodnia w jednym z warszawskich szpitali. Kolejka do badania USG, ważne: trzeba było mieć wypełniony pęcherz, czyli bardzo się siusiu chciało. Nie tylko mi, ale i innym pacjentkom czekającym w kolejce. Badanie trwa około 3 minut, to tego czas na rozebranie się i ubranie, czyli w sumie razem całość nie powinna trwać dłużej niż 5-6 minut.

No i tak sobie siedzę pod gabinetem, siedzę, moja kolej, ale poprzednia osoba już jest 15 minut. No dobrze, może coś poważnego, wytrzymam.

Mija kolejne 10 minut, siusiu się chce coraz bardziej, a tamta osoba dalej siedzi. Już nie wiem co mam ze sobą zrobić, może jednak wrócę innego dnia, no ale kiedy, przecież na wizytę się czeka kilka miesięcy.

Po kolejnych 10 minutach, jak poprzednia osoba była w gabinecie już jakieś 40 minut (a siusiu się tak bardzo chce), poszłam do rejestracji i pytam czy jest lekarz, czy mogą sprawdzić, bo my tu czekamy, a z pełnym pęcherzem wytrzymać nie można. Pielęgniarka powiedziała, że sprawdzi.

Po chwili z gabinetu wychodzi paniusia ze słowami: „no to cześć kochana, zobaczymy się w przyszłym tygodniu!”

Ja rozumiem, że lekarzom mało płacą, że praca ciężka, że zmęczenie i tak dalej, ale pacjent też człowiek i może czasem, nie mówię, żeby jakoś często, ale czasem można by spróbować postawić się w jego sytuacji...?

Państwowa służba zdrowia

Skomentuj (20) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 709 (771)

#30606

(PW) ·
| Do ulubionych
Głupia sprawa, strasznie głupia, spowodowała, że pojechałam na ostry dyżur.

Lato, gorąco, upał. Najchętniej zaległoby się na jakiejś plaży i skwierczało. Ale niestety trzeba było iść do pracy, do tego jeszcze spotkanie z klientem. Nie dało się inaczej, trzeba było spódniczkę, żakiecik i koniecznie szpileczki przyodziać.

Gorąco, bardzo gorąco, buty zakryte, zrobił mi się odcisk na stopie, a dokładniej na halluksie. Phi, nie pierwszy i nie ostatni! Wróciłam do domu, prysznic wzięłam, odciskiem się zajęłam jak należy i spać poszłam.

Rano stopa boli, no ale trudno, odciski czasem bolą. Do pracy, już w japonkach, bo innych butów nie dało rady założyć. Wieczorem stopa jeszcze bardziej boli, jakaś taka czerwona, spuchnięta i chodzić nie bardzo mogę. Sobie myślę: wstyd nie wstyd, ale rano trzeba do lekarza, bo to raczej normalnie nie jest.

Lekarz jak moją stopę zobaczył to od razu kazał do szpitala na ostry dyżur, bo jakieś zapalenie, bo staw zagrożony. No to ja dzwonię po narzeczonego, do szpitala, czekam na ostrym dyżurze, strasznie mi głupio, bo to przecież tylko odcisk. No ale w końcu mnie przyjęli i dawaj na stół (metalowy, zimny, na dworze gorąco, ja w spódnicy i koszulce na ramiączkach, brr!). Pani chirurg obejrzała dokładnie mówi, że trzeba będzie ciąć. Że musi do stawu się dostać, bo tam coś się ewidentnie zbierać zaczęło. Zawołała drugą, coby mi nogę przytrzymała, a ja w swojej naiwności pytam o jakieś znieczulenie. Znieczulenia nie będzie, bo oni już limity wszystkie wyczerpali.

Jeszcze nigdy, w całym swoim życiu, tak głośno nie krzyczałam...

PS. Strzeżcie się odcisków!

Państwowa służba zdrowia

Skomentuj (36) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 679 (801)