Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation
Profil użytkownika

lorbas

Zamieszcza historie od: 27 sierpnia 2024 - 23:02
Ostatnio: 21 stycznia 2025 - 13:59
  • Historii na głównej: 0 z 2
  • Punktów za historie: 117
  • Komentarzy: 1
  • Punktów za komentarze: 2
 
zarchiwizowany

#91877

przez (PW) ·
| było | Do ulubionych
Rubin

Piszę niniejszą pastę ze zwykłej ludzkiej wdzięczności. Dziękuję konferencji episkopatu polski (kep), który dzielnie namawia prawdziwych polaków do tłumnego uczestnictwa we mszach oraz w szczególności proboszczowi z Witoszowa Dolnego, który wykazuję się niezwykłą obywatelską odwagą i pomimo zagrożenia pandemicznego i w ogóle szalejącego wirusa zdecydował się jak prawdziwy mąż stanu wyruszyć po pełne koperty po parafii. Ten heroizm i odwagę mogę jedynie przyrównać do wielkiej polki i patriotki Natalii Siwiec, która pomimo setek milionów fanów na insta pokazała się na zdjęciu z nieumalowanymi paznokciami od nóg. (szczególnie podziękowania należą się wybitnej lekarce „mamie ginekolog”, która pomimo empatii i walki o zdrowie pacjentów w szpitalu, znalazła czas, żeby wspomnieć o tym podniosłym wydarzeniu. Wg. Mojego kryterium takie akty odwagi mogą być powodem do wyznaczenia wspomnianych bohaterów do pokojowej nagrody nobla).

Za co jestem wdzięczny kepowi? Przede wszystkim za nostalgiczne wspomnienia z przeszłości. Bliżej mi do 40 niż 30stki, zatem robię się stary i zgorzkniały. Mój psycholog powtarza, że najlepszą terapią jest nostalgia i powrót do szczęśliwych chwil z przeszłości. Dzięki postawie dzielnych księży przypomniały mi się lata 90te i w zasadzie obraz dziecięcego raju, czyli odpusty w naszej wsi. Do tej pory czuję zapach cukierków, kręgli lub innych smakołyków, które można było nabyć w trakcie odpustów zupełnych. Zabawki, które wylewały się z półek sprzedawców, którzy za zgodą biskupa wystawiali swoje kramiki, były niedoścignionymi marzeniami każdego młodego dzieciaka z naszej małej wioski. (raz się zsikałem z radości, bo przyśniło mi się, że mama kupiła mi czapkę ze spidermanem z odpustu)

Szczególnie pamiętam jeden z nich. Miałem 9 lat i Rodzice zabrali mnie do kościoła na sumę na 10.30. Tego dnia przyjechał również biskup. Ależ miał piękną suknię. Przepiękną. Dzisiaj z perspektywy dorosłego już człowieka wyobrażam sobie, że biskup pojechał ze swoim kolegą biskupem do sklepu z dewocjonaliami w większym mieście. Pewnie jak to bywa w wybieraniu sukienek spędzili tam 3h. Tak mogła wyglądać ich rozmowa:
- Stasiu jak w tej?
- Janku troszkę zbyt opaśna.
10 min później.
- Stasiek a zobacz tą z takim haftowanym podwiązaniami. Nie jest krzykliwa co myślisz?
- Janku przecież musisz się wyróżnić. Wiesz nie możesz wyglądać jak proboszcz bo co ludzie powiedzą.
- No dobra. Nie patrz, teraz zaszaleje.
20 min później.
-Tadam!!
-Janie. Wyglądasz fenomenalnie. A ten złoty Krzyż, i ten krój. Zwala z nóg. Już sobie wyobrażam jak wszystkie oczy ministrantów będą zwrócone w Twoją stronę... Będą Ci zazdroscić klasy.
- Stasiek, a nie jest zbyt krzykliwa. O jej i ta cena. 6200zł.
- Janek to jest cena świetnego wyglądu. Chcesz się wyróżnić - zapłać. I opaska pasuje do Twojego rubinowego sygnetu. To jest znak.
- Dobra biorę. Za tydzień mam odpust w Kolbuszowej to ich zwalę z nóg!

No a w kościele czuć było podniosłą atmosferę. Kościół pękał w szwach. Niestety dla mnie jak zwykle zabrakło miejsca siedzącego. Ale to nic całą mszę patrzyłem na Martynkę. Moją koleżankę z podstawówki. Kochałem się w niej od dzieciństwa. Wyobrażałem sobie nawet, że całuje ją w usta.

Powoli dochodziło do kulminacyjnej części mszy czyli momentu, w którym cały kościół wstaje i w wielkim okregu podchodzi do biskupa całować sygnet. Nie ukrywam był naprawdę piekny, widziałem go z odległości 15 metrów. Miał taki wielki zielony rubin. Był tak zjawiskowy, że w sumie nie dziwiłem się, że ludzie chcieli go całować. W kosciele były 20 rzędy ławek po 15 osób z każdej strony. Czyli jakieś 600 osób plus 100 stojących podchodziło do biskupa i całowało sygnet.

W tym zamieszaniu wpadłem na szalony plan. Ustawiłem się jak najbliżej martynki, żeby pocałować pierścień po niej. Pomiędzy nami była tylko nauczycielka biologii tak starsza szczupła zestresowana pani. Próbowałem wejść przed nią ale bezskutecznie.
Byłem już coraz bliżej, po pół godziny przesuwania się ślimaczym tempem przede mną była martynka i nauczycielka. Martynka całuje pierścień i idzie dalej, ehh co bym dał, żeby wskoczyć przed nauczycielkę… Potem pochyla się nauczycielka i już podchodzę do ławki z biskupem( na tronie się nie zmieścił, bo miał około 180kg wagi, więc siedział na szerokiej ławce). Już chce całować, nachylam się i…. Biskup ożywia się i woła do nauczycielki Halo!!!! Przed Bogiem uciekasz. Albowiem chcesz być potępiona???!!!

Konsternacja… O co chodzi…. Nauczycielka robi minę dziecka przyłapanego na gorącym uczynku. Wraca kilka kroków w tył i całuje raz jeszcze pierścień, zatapiając go głęboko w swoich ustach. Tak, że biskup nie miał już wątpliwości. Był zadowolony i dał znak, że nauczycielka może iść dalej.

Trochę mnie to zirytowało bo chciałem całować po Martynce, ale bałem się reakcji biskupa dlatego zrobiłem to co nauczycielka. Wyobrażałem sobie, że całuje martynkę. Widać reszta kościoła również wystraszyła się reakcji i całowała pierścień zgodnie z należytym uznaniem dla pozycji biskupa. Mój tata nota bene wykształcony facet, pracujący w Krakowie w miedzynarodowej firmie również okazał w ten sposób szacunek biskupowi. Pamietam, że wtedy byłem dumny z jego postawy. Jeszcze potem szepnął do mamy w ławce, że jak mogła (ta nauczycelka) nie pocałować pierścienia.

Po całej trwającej 40 minut akcji rubin lśnił jak gwiazda na ciemnym niebie. Myślę, że biskup był zadowolony. A to ważne, bo już go z nami nie ma, a były głosy, że chcą go zrobić swiętym, bo zawsze był blisko ludzi i nie siadał na tronie przygotowanym dla niego tylko na ławce jak zwykły apostoł.

To piękne wspomnienie odpustu jest ze mną do chwili obecnej. To były piękne młodzieńcze czasy.

Czy nadal chcesz takiej Polski?

episkopat

Skomentuj (17) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: -1 (53)
poczekalnia

#91548

przez (PW) ·
| było | Do ulubionych
El Adrenalinka

Przestrzegam, to historia dla ludzi o stalowych nerwach, a nie dla tych, których empatia wypada w testach ponadprzeciętnie.

Brat mojego znajomego, Rafał, był osobą, której nie sposób było przeoczyć. W naszym miasteczku, liczącym ledwie osiem tysięcy mieszkańców, znał go każdy. Już w czwartej klasie szkoły podstawowej dołączył do OSP i od razu wyróżnił się zapałem, odwagą i entuzjazmem, które go cechowały. Rafał był człowiekiem orkiestrą, wszędzie go było pełno. Nie zdążył założyć rodziny, ale mając 26 lat, wciąż miał czas na kolekcjonowanie doświadczeń.

Niedaleko naszego miasta znajdował się ośrodek dla dzieci z trudnych domów – „pensjonat”, jak zwykliśmy go nazywać. Choć oficjalnie był to rodzinny dom dziecka, nie poprawczak, dzieciaki z tego miejsca trzymały się raczej na uboczu, tworząc zamkniętą grupę. Znałem to miejsce dobrze, spędziłem tam rok jako wolontariusz, próbując pomóc dzieciom, które przeżywały rozłąkę z rodzicami, pomimo że niektóre z nich doświadczały od nich przemocy czy zaniedbania. Serce pękało, gdy widziałem ich ból. Tylko dzięki ciężkiej pracy terapeutów udawało się utrzymać te dzieci w ryzach. Rafał również poświęcał się, by angażować i wspierać dzieci z „pensjonatu”.

Pewnego dnia, tuż przed zakończeniem roku szkolnego, Rafał wziął udział w wyjeździe do Cetniewa, na Mistrzostwa Polski Rodzinnych Domów Dziecka. To była coroczna, wyczekiwana przez dzieci impreza. Podczas zawodów jeden z naszych podopiecznych, siedmioletni chłopiec, został przypadkowo trafiony piłką prosto w klatkę piersiową. Lekarz stwierdził, że nic poważnego mu nie dolega, więc po kilku godzinach ze spokojem wrócili w drogę powrotną.

Gdy byli już zaledwie 50 kilometrów od domu, chłopiec nagle stracił przytomność. Autobus zatrzymał się na poboczu ekspresówki. Rafał, nie tracąc zimnej krwi, wziął dziecko na ręce, wyniósł na tył auta i zaczął resuscytację. Scena jak z horroru – mały chłopiec gasnący na oczach kolegów i wychowawców, a Rafał walczył na jezdni o jego życie z heroiczną determinacją.

Wtedy, w niespełna dziesięć minut później, z pełną prędkością nadjechał biały sportowy mercedes. Uderzył z ogromnym impetem, prosto w Rafała. W ostatniej chwili Rafał zdołał odepchnąć dziecko, sam zostając zmiażdżonym na miejscu. Mercedes, prowadzony przez znaną prezenterkę telewizyjną, roztrzaskał się o tył autobusu, ciężko raniąc sześć osób. Ona wyszła z tego bez szwanku, ubrana we włoską, wspaniałą kreację, spieszyła się na konferencję FRIK MMA, tak ukochaną wówczas przez miliony Polaków.

To była masakra – krew, ranni, a kierująca pojazdem gwiazda wyszła bez uszczerbku. Potem była główną bohaterką tabloidów przez ponad pół roku. „Dramat królowej rozrywki”, "firmy zrywają kontrakty - czy to koniec wielkiej kariery?" „Czy spędzi święta w areszcie?” – brzmiały nagłówki. Ale o ofiarach, ich cierpieniu, o Rafale, który zginął jak bohater, nikt nie wspominał tak ochoczo. Chłopiec, którego ratował, również nie przeżył. Okazało się, że uderzenie piłką wznowiło uraz płuc z dzieciństwa, kiedy to jego ojczym pobił go, gdy miał zaledwie trzy miesiące. Od tamtej pory mieszkał w „pensjonacie”.

Czas leci, minęło pięć lat i mogę spojrzeć na to wszystko z dystansu. Gwiazda, która ostatecznie spędziła w areszcie zaledwie 48 godzin, wyszła z tego bez większego szwanku. Jej obrońca, znany jako adwokat celebrytów, znalazł precedens prawny, który pozwolił jej uniknąć odpowiedzialności. W końcu była trzeźwa, a to, że przez moment zapatrzyła się na ekran telefonu, było uznane za ludzki błąd. (Dalekowschodnie narzędzie ogłupiania społeczeństw złapało również ją w swoje macki...)

Nie mogę jednak powstrzymać frustracji, widząc, jak ta sama gwiazda wydaje książkę pod tytułem „Adrenalina – opowieść o życiowych lekcjach i trudnej walce o powrót na szczyt.”. Recenzenci rozpływają się nad głębią jej przemyśleń, nad jej „heroiczną” walką z depresją i nad konsekwencjami, które, jak sugerują, byłyby trudne do udźwignięcia dla przeciętnego Kowalskiego. Po premierze książki, gwiazda stała się inspiracją dla tysięcy matek, które codziennie zmagają się z niesprawiedliwością losu. Przypomina się przy tym, że w czasie tej „trudnej walki” wychowywała swojego wspaniałego synka, Dżefersona. Nikt jednak nie pyta o Rafała, dało się słyszeć opinie "co ten szaleniec robił z dzieckiem na środku drogi".

Książka „Adrenalina…” sprzedała się w ponad 120 tysiącach egzemplarzy w Polsce, a po przetłumaczeniu na arabski zdobyła kolejne 65 tysięcy nabywców w Dubaju. Wydał ją tam pewien przedsiębiorca dotkliwie i brutalnie potraktowany przez polski wymiar sprawiedliwości, by zwrócić uwagę światowej opinii publicznej na łamanie praw człowieka w Polsce. Gwiazda nie dała się złamać, a po niespełna pięciu latach, jeden z głównych nadawców telewizyjnych przyznał jej własne show.

mam pisać dalej czy rozumiecie?

celebryci

Skomentuj (24) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 58 (124)

1