Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation
Profil użytkownika

lordsd999

Zamieszcza historie od: 16 października 2013 - 11:21
Ostatnio: 22 sierpnia 2019 - 8:54
  • Historii na głównej: 3 z 7
  • Punktów za historie: 1004
  • Komentarzy: 9
  • Punktów za komentarze: 25
 

#85009

(PW) ·
| Do ulubionych
Zatrudniałem 6 ludzi do mało wymagającej fizycznie i psychicznie pracy w Polsce południowo-wschodniej.

Warunki: minimalna krajowa na umowie o pracę za etat, bez żadnych bonusów, adekwatnie do wymagań stanowiska.

Chętnych było ok. 28.

Ok. 10 odpadło na etapie rozmów telefonicznych po tym, jak usłyszeli, że trzeba być trzeźwym w robocie.

18 przyszło na dzień próbny, 10 wpuściliśmy - reszta nietrzeźwa.

Z tych 10 za alkohol przez kolejny tydzień odpadło 7.

Zostało mi 3 asów, słownie: trzech.

Ok. 1/10 niewykwalifikowanych mężczyzn w wieku produkcyjnym we wspomnianym regionie nie ma problemu z alkoholizmem. Ok. 9/10 ten problem ma.

Nie wiem, czy tak trafiłem, czy tak to rzeczywiście wygląda, ale no: tragedia.

Skomentuj (49) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 151 (181)

#84777

(PW) ·
| Do ulubionych
Będzie krótko i treściwie.

Środa, trasa w okolicach wiejskich, teren zabudowany ale tylko z nazwy - wszyscy jadą 80-90. Z naprzeciwka jadący samochód wrzuca lewy kierunkowskaz, będzie zjeżdżał z drogi przecinając przeciwny pas ruchu. Zatrzymuje się i czeka na wolne, przejeżdżam obok niego ja i kilka innych samochodów.
Wtem słyszę mały huk po czym większy huk i jeszcze kilka mniejszych.

Co się okazuje - Pan skręcający, stał na już skręconych do zjazdu kołach. Jadący za nim nie ogarnął swojej prędkości czy przysnął - tak czy inaczej lekko go puknął w tył. Ale to lekko wystarczyło, żeby samochód potoczył się 2-3 metry do przodu. Idealnie pod zestaw ciężarowy. Pana skręcającego rzuciło na pobocze, dachował i skończył na drzewie. Trup jeden bo jechał sam, tyle szczęścia w tym wszystkim.

Sobota, ta sama trasa, miejsce trochę inne. Scenariusz ten sam. Kubek w kubek to samo. Z jedną różnicą - z naprzeciwka nic nie jechało. Ale mogło jechać. Gdyby jechało, byłby kolejny trup.

I w związku z tym mój mały apel: koła skręcajcie dopiero jak już zaczniecie skręcać. Nie wcześniej. I nieważne czy na trasie, w mieście, na zwrotce czy gdziekolwiek. Jeśli się da, stójcie na prostych. Bo wtedy cierpi kufer i duma, ale życie zachowane. Przypadków wjechania w tyłek są tysiące, zdarza się, każdy rozumie. Ale nie ma potrzeby robić z tego wypadków śmiertelnych - naprawdę.

droga krajowa

Skomentuj (31) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 121 (155)
zarchiwizowany
Zaatakowała mnie choroba. W sumie tylko zwykłe przeziębienie ale każdy piekielny raczej wie jak wygląda dorosły "chorujący" facet. Można by powiedzieć, że jestem obrazem nędzy i rozpaczy. Ponadto każdy wie, że podczas choroby jakiekolwiek mycie się nie jest wskazane- można sobie nieźle tym nabruździć w stanie zdrowia a i golić mi się nie chciało.

I w tej właśnie chorobie postanowiłem wykurować się czymś co zawsze mnie stawia na nogi: grzańcem z cytryna, pomarańczą, miodem i miętą. Jest to rzecz niesamowita w swej prostocie i efektywności działania- polecam każdemu.

Podczas rewizji lodówki brakło mi właśnie tego grzańca, więc nałożyłem płaszcz na swoje "chorobowe" ubrania i w długą do najbliższej żabki. Muszę przyznać, że nie wyglądałem ani nie pachniałem jak stateczny obywatel a raczej jak ktoś kto właśnie wyszedł z cugu. Pani w żabce [PŻ] miała takie same a w sukurs jej przyszła porządna obywatelka [PO].

[PŻ] Ja takiemu menelowi alkoholu nie sprzedam.

[PO] Tak! Tak! Najpierw żebrzą tacy o pieniądze na jedzenie a później tanie wina w sklepie kupują.

Mojego grzańca tanim winem nazywasz wredna babo? Uniosłem się co nie było najmądrzejszą rzeczą- zachrypniętym głosem (w którym w dodatku dało się wyczuć jedzony w duzych ilościach czosnek) powiedziałem:

[Ja] Do ciężkiej cholery da mi Pani tego grzańca! Kartą płacę!

[PŻ] Jeszcze kartę komuś ukradł! Policję wzywam!

[PO] Złodziej, menel (i w koło Macieju epitety pod moim adresem).

Dla mnie było już tego za dużo więc szybko się stamtąd ulotniłem a grzańca kupiłem w alkoholowym gdzie nikt nie miał problemu z moim wyglądem a i Sprzedająca życzyła mi szybkiego powrotu do zdrowia.

I jeszcze mam plan żeby pójść do tej Żabki kiedy wyzdrowieję i pogadać sobie z kierownikiem na temat zdolności obserwacyjnych jego ekspedientek.

A i przepraszam za chaotyczność historii.

sklepy

Skomentuj (2) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: -3 (25)

#58148

(PW) ·
| Do ulubionych
Historia w którą do teraz nie jestem w stanie zrozumieć, a obrazuje nieumiejętną chęć pomocy. Na wstępie zaznaczam, że żadnego przygotowania medycznego oprócz kursu pierwszej pomocy nie mam. Ponadto choruję na refluks (dość łagodny) i wiem jak mocniejszy "atak" takiej choroby wygląda.

Dziś około 14 w parku Jordana w Krakowie przechadzałem się ze znajomymi. Dzień jak na luty piękny, słoneczko świeci, ludzie uśmiechnięci i powietrze jak je dobrze przegryźć jakieś takie lepsze (jak to w Krakowie).

Sielanka się skończyła jak zobaczyliśmy młodego chłopaka, koło 18-19 leżącego na ławce, a obok niego zbiegowisko osób: SP1 (starsza pani 1) i SP2, WWW (wielki wszystko wiedzący, banda dzieciaków (chyba znajomych tego chłopaka) i my.

Otóż chłopak narzekał na silny ból w klatce piersiowej (jeszcze przed naszym przyjściem), mało kontaktował (już podczas), generalnie obraz jaki można zobaczyć w serialach medycznych. A oto jaki dialog się wywiązał pomiędzy zbieraniną gapiów:

SP1 - Umiera, umiera, dzwońcie po rodziców, pogotowie, zakład pogrzebowy (cały czas w ten deseń nawijała).
SP2 (krzyczy w eter) - POGOTOWIE, ludzie wołajcie POGOTOWIE (też bez przerwy, przy czym ani ona ani jej koleżanka nie zrobiły nic żeby chłopakowi pomóc oprócz darcia się na cały regulator).

WWW - Proszę mnie przepuścić, ja jestem MEDYKIEM (ciekawe co on pod tym pojęciem rozumiał, może jeden rok na studiach po którym go wyrzucili), chłopak ma zawał i trzeba go szybko reanimować (przy czym chłopak oddycha, a czasem się odezwie).

My nie bacząc na poczynania teatrzyku zadzwoniliśmy pod 112, dyspozytorka kazała chłopaka nie ruszać jak kontaktuje, zapaliła mi się lampka, że może to być właśnie silna zgaga czy coś refluksowego, zawsze mam przy sobie rennie, sam nie dam bo pewien nie jestem, więc pytam się dyspozytorki czy moje przypuszczania mogą być dobre, ona, że owszem ale broń boże nic nie dawać, bo mogę nie pomóc a zaszkodzić.

Ale, ale... WWW wie lepiej od jakiejś zapyziałej idiotki przy telefonie, on jest MEDYKIEM. No to siup na ławkę i uciska zbolałe serduszko. My za nim próbujemy gościa ściągnąć, coby młodego specjalnie nie uszkodził ale on wie lepiej, on jest MEDYKIEM,

WWW - Bucu, spier****j, ja muszę go ratować, ja jestem MEDYKIEM (usłyszeliśmy to z 10 razy dziś).

W tym momencie do głosu doszedł chłopak, może nie tyle do głosu i nie tyle on co jego żołądek i całą zawartość siup na gościa (my nie wiem jakim cudem się uchroniliśmy, karma czy co). Przypominam, że szarpanina i reanimacja cały czas w toku, ale WWW dał się wreszcie ściągnąć z chłopaka, który siebie też "troszkę" ubrudził.
Na co SP1 i SP2 zmieniły płytę:

SP1, SP2 - Zabili, pomocy, POLICJA, mordercy, zabili, POLICJA.

Nie zważając na nowy repertuar chłopaka posadziliśmy i daliśmy do picia wodę (pomaga na chwilę sama w sobie), akcja się uspokoiła przyjechało pogotowie (tak wcześniej pożądane przez SP1 i 2), chłopaka zabrało nam podziękowali (fajni ludzie jeżdżą w pogotowiu), WWW ochrzanili (on ich też). I odjechali w siną dal.

Ale to nie koniec. Przy ławce został plecak chłopaka, więc my w garść i zaczynamy szukać jakiś danych, coby jakieś dane osobowe, kontakty pozyskać. Udało się to i nawet znaleźliśmy numer do mamy chłopaka, do której zadzwoniłem sprawę opisałem, umówiłem na oddanie plecaka, generalnie sprawa do końca.

Ależ nie, SP1 i 2 wraz z WWW zdążyli po policję zadzwonić (nie wiem kiedy i czym), oskarżając nas o złodziejstwo i wszystkie plagi świata (no, o to może nie ale można było odnieść takie wrażenie). Panowie w błękicie podeszli do nas gdy ja cały czas rozmawiałem z mamą chłopaka, na co Policjanci się uśmiechnęli, wyjaśniliśmy sobie sprawę. Plecaka nie wzięli, nic, trudno. Widzieliśmy ich jeszcze rozmawiających ze wzburzonymi babciami, WWW nie zaobserwowaliśmy.

Super, że ktoś chciał pomóc ale nasuwa się jedno pytanie: po co pchać ręce w coś na czym nie ma się zielonego pojęcia i czy tak trudno zadzwonić pod 112 skoro pod 997 dało się radę.

Z tego wszystkiego i mnie dziś zgaga złapała :P

park Jordana Kraków

Skomentuj (24) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 603 (721)
zarchiwizowany

#56229

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Historia zasłyszana:
Swego czasu znajomy robił w alarmach. Dorobił się stanowiska kierowniczego i miał jakąś moc sprawczą. Dowiedział się o tym proboszcz miejscowej (wiejskiej) parafii i wpadł na genialny pomysł roztoczenia nadzoru nad kościelnymi dobrami doczesnymi.

Wszystko pięknie ładnie, pojechali, zobaczyli, kolega na szybko ogarnął jaki rozmiar ewentualnego systemu. Czas na dogadanie szczegółów w domu przy kawce/nalewce. Nadeszła chwila poruszenia tematu drażliwego- ceny.
Proboszcz- Synu, a ile należy zapłacić za taki system ochrony?
Kolega- Proszę Księdza, co łaska.

Kumpel dostał przez łeb od żony a Proboszcz mało co się ze śmiechu nie udusił.

parafia kościół

Skomentuj Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: -7 (31)
zarchiwizowany

#56211

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Lat temu parę w dziekanacie jednej ze znanych Krakowskich uczelni. Dwie strony- Ja[J] i Pani z Dziekanatu [P].
[J]- Dzień dobry chciałem załatwić..
[P]- Dobre. Huehue.

Kurtyna.

dziekanat

Skomentuj Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 0 (40)
zarchiwizowany

#56042

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Jako, że ostatnia historię zepsułem koncertowo (i stąd chyba została słabo przyjęta) tą spróbuję napisać w miarę po ogarniętości.

Na wstępie, mam psa i o nim historia będzie. Owczarek niemiecki, wabi się Gundar (ale reaguje praktycznie na wszystko- ciekawska bestia). Psa trzymam na podwórku luzem i jakąś część dziennego zapotrzebowania na bieganie wyrabia lataniem wokół płotu i obszczekiwaniem wszystkiego co się za owym rusza, tak ma lubi pokazać, że tu on pilnuje. Poza tym, jestem zwolennikiem "surowej" tresury psa, pies ma znać swoje miejsce w stadzie, dzięki temu nie ma problemów z gośćmi i naszym młodym. Oczywiście nie mówię, że psa trzeba traktować okrutnie, o nie, psa trzeba kochać ale musi być to miłość z wyraźnym samcem alfa, poza tym, generalnie sierściuch świata poza nami nie widzi a i z posłuszeństwem u niego dobrze. Tyle.

Historia właściwa. Pewnego razu nadrabiałem z psem moje i jego zaległości wysiłku, przejażdżka na rowerze, Gundar w uprzęży i ciągnie te dwa koła i mnie na nich (w sumie nie wiem gdzie tu mój wysiłek ale nie o tym). Jedziemy przez las, bór sosnowy czyli widać z daleka czy ktoś idzie i w pewnym momencie zauważam ruch pomiędzy drzewami. Kagańca na zziajaną mordę nie założę bo się nad psem znęcać nie będę nie pozwalając mu wentylować cielska, łapię go za uprząż (czyli ma jakieś 5-10cm pola manewru- nie wyrwie się) bo widzę że w naszym kierunku pędzą dwa niby to kundle wielkości polowy mego. Luzem. Bez kagańców.
Z właścicielem hen hen daleko za nimi.
Widząc co się święci myślę może nie będzie źle może tylko poszczekają i odpuszczą, może tylko chcą się pobawić.

O niedoczekanie moje.

Psy bez pardonu z biegu rzucają się z kłami oba na raz na Gundara. Próbując je rozdzielić zastanawiam się jak to możliwe, że ten tuman kurzu to trzy psy. Okazuje się, że w takich sytuacjach ręce najlepiej trzymać z daleka od walczących psów czego świadkiem mój naderwany serdeczny palec i krew na ręce. Bogu dziękować, że tego kagańca nie nałożyłem, bo sierściuch jakoś zdołał się po mojej nieudanej interwencji oswobodzić (krwi może nie dużo ale wszędzie- tylko czyja?) i ekipa tylko gniewnie na siebie patrzy, warczy i szczeka. Może to już koniec atrakcji na dziś ?

O niedoczekanie moje.

Dobiega właściciel. Z co trzeciego słowa które nie było urwałem albo synem kobiet lekkich obyczajów wywnioskowałem, że policja już jedzie, że mnie zamkną, że on zna sołtysa i wójta (mieszkam na wsi). Na co ja elokwentnie rzuciłem:
"Panie zabierz Pan te psy"
Zabrał i czekamy spokojnie licząc straty, oczywiście monolog w pełni rozkwitu kogo on to nie zna i co mi nie zrobi ja elokwentnie stoję cicho (o tak, ja asertywny). Oprócz mojego palca któremu w sumie aż tak integralności nie zabrakło jak myślałem na początku, kulejącej i krwawiącej łapy Gundara oraz braku ucha u jednego z psich agresorów (przegraliśmy te starcie :D). Policja zjawiła się po 10 (10!) minutach. W lesie. Do morderstw chyba tak szybko nie dojeżdżają. O! Teraz będzie już z górki, może nawet palca mi opatrzą.

O niedoczekanie moje.

Słowo klucz: różnica zeznań. Już się rozpisywać nie będę ale o to co na rozprawie z powództwa mojego agresora o straty moralne i leczenie psa agresora się dowiedziałem:
- mój pies zaatakował biednego Pana (chociaż w protokole wyraźnie napisane, że odwrotnie a gość nawet jednej smyczy czy kagańca ze sobą nie miał- za co dostał mandat btw)
- potraktowałem go gazem pieprzowym a później go wyrzuciłem w krzaki
- jestem chamem, sadystą i złodziejem (tak bo on miał smycz i kagańce ale mu zabrałem- jego słowa)
Sprawa po 1 rozprawie umorzona, ja miałem dość.

Suma sumarum żadnego odszkodowania nie dostałem, natomiast nie poskąpiono mi mandatu za brak założonego kagańca u psa (jakoś nie pomyślałem żeby go założyć przed przyjazdem MO).
Panu natomiast wlepiono 3 mandaty na czele ze zniewagą funkcjonariusza na służbie (czy coś takiego, grunt, że 500zł, łezka w oku się kręci).

Jakaś sprawiedliwość na tym świecie jest, tylko ludzie bez wyobraźni.

PS. Ludzi to on rzeczywiście znał, na rozprawie był i sołtys i wójt a we wsi do teraz mówią że K. to bandyta i recydywista i ludzi psami szczuje.

las psy policja

Skomentuj (8) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 139 (289)

1