Profil użytkownika
louie
| Zamieszcza historie od: | 14 grudnia 2020 - 9:26 |
| Ostatnio: | 16 lutego 2026 - 6:34 |
- Historii na głównej: 3 z 3
- Punktów za historie: 344
- Komentarzy: 391
- Punktów za komentarze: 2166
O piekielnej mamusi i synku tuż przed trzydziestką, który nie potrafił przeciąć pępowiny. Oraz o naiwnej mnie, która myślała, że w tym wieku facet zaczyna myśleć o samodzielnym życiu.
Spoiler: nie zaczyna, jeśli mamusia trzyma pępowinę jak smycz dla psa.
Dopóki żyliśmy „na luzie”, byłam w jej oczach cudowna. Wychwalana, akceptowana, przedstawiana wszystkim jako "przyszła synowa".
Ale wystarczyło, że w końcu obejrzeliśmy pierwsze mieszkanie na wspólny wynajem.
I wtedy mamusi odpalił się tryb histerii.
Nagle dowiedziałam się, że:
– nasz ślub w przyszłości to będzie grzech, bo nie wierzę w to samo co ona,
– jak się syn wyprowadzi, to straci wsparcie i wszystko zapiszą komuś innemu,
– na pewno poluję na jego pieniądze (fakt, że to ja płaciłam za wszystko i załatwiłam mu lepszą pracę nagle jej umknął),
– dowiedziałam się od osoby, której wygadała moje problemy zdrowotne, że zrobiła łzawy teatr jak to "nie po to dom z ogrodem kupowała, żeby w nim wnuki nie biegały bo dziewczyna syna może nie zajść w ciążę".
Kiedy próbowaliśmy rozmawiać logicznie i przegrała z rozsądnymi argumentami, wysłała przeciwko nam... samego szatana.
Posądziła mnie o opętanie, konszachty z diabłem, bycie wysłanniczką piekieł która przybyła "pożreć duszę jej jedynego dziecka". Nawet ksiądz, z którym rozmawialiśmy jak sobie z tymi oskarżeniami poradzić tylko przewrócił oczami i powiedział, że dorosły facet powinien sam decydować o związkach, a nie konsultować życie z mamusią.
Potem doszedł klasyczny numer jak z telenoweli, czyli dramatyczne telefony do syna kiedy był u mnie i panika, że czuje się tak źle, że chyba musi jechać do szpitala. A potem cudowne ozdrowienie po jego szybkim powrocie do domu.
Powiedziałam w końcu, że wysiadam z tego cyrku. Po pół roku takich i podobnych akcji byłam już zmęczona psychicznie i zrezygnowana. Mój były zamiast postawić się jej raz a dobrze i ukrócić gierki nadskakiwał jej bez końca. Do mieszkania przeprowadziłam się sama, bo ostatnia nasza kłótnia była o moje niezadowolenie, że jaśnie pani mamusia miałaby wpadać do nas co chwilę bez zapowiedzi i mieć klucze, bo to w końcu jego mama. Chłopie...
I czasem myślę, że to najgorszy układ dla wszystkich: rodzice, którzy mylą kontrolę z miłością, dorosłe dzieci, którym nie pozwala się dorosnąć i związki, które przegrywają z pępowiną zaciśniętą na szyi jak obroża.
Spoiler: nie zaczyna, jeśli mamusia trzyma pępowinę jak smycz dla psa.
Dopóki żyliśmy „na luzie”, byłam w jej oczach cudowna. Wychwalana, akceptowana, przedstawiana wszystkim jako "przyszła synowa".
Ale wystarczyło, że w końcu obejrzeliśmy pierwsze mieszkanie na wspólny wynajem.
I wtedy mamusi odpalił się tryb histerii.
Nagle dowiedziałam się, że:
– nasz ślub w przyszłości to będzie grzech, bo nie wierzę w to samo co ona,
– jak się syn wyprowadzi, to straci wsparcie i wszystko zapiszą komuś innemu,
– na pewno poluję na jego pieniądze (fakt, że to ja płaciłam za wszystko i załatwiłam mu lepszą pracę nagle jej umknął),
– dowiedziałam się od osoby, której wygadała moje problemy zdrowotne, że zrobiła łzawy teatr jak to "nie po to dom z ogrodem kupowała, żeby w nim wnuki nie biegały bo dziewczyna syna może nie zajść w ciążę".
Kiedy próbowaliśmy rozmawiać logicznie i przegrała z rozsądnymi argumentami, wysłała przeciwko nam... samego szatana.
Posądziła mnie o opętanie, konszachty z diabłem, bycie wysłanniczką piekieł która przybyła "pożreć duszę jej jedynego dziecka". Nawet ksiądz, z którym rozmawialiśmy jak sobie z tymi oskarżeniami poradzić tylko przewrócił oczami i powiedział, że dorosły facet powinien sam decydować o związkach, a nie konsultować życie z mamusią.
Potem doszedł klasyczny numer jak z telenoweli, czyli dramatyczne telefony do syna kiedy był u mnie i panika, że czuje się tak źle, że chyba musi jechać do szpitala. A potem cudowne ozdrowienie po jego szybkim powrocie do domu.
Powiedziałam w końcu, że wysiadam z tego cyrku. Po pół roku takich i podobnych akcji byłam już zmęczona psychicznie i zrezygnowana. Mój były zamiast postawić się jej raz a dobrze i ukrócić gierki nadskakiwał jej bez końca. Do mieszkania przeprowadziłam się sama, bo ostatnia nasza kłótnia była o moje niezadowolenie, że jaśnie pani mamusia miałaby wpadać do nas co chwilę bez zapowiedzi i mieć klucze, bo to w końcu jego mama. Chłopie...
I czasem myślę, że to najgorszy układ dla wszystkich: rodzice, którzy mylą kontrolę z miłością, dorosłe dzieci, którym nie pozwala się dorosnąć i związki, które przegrywają z pępowiną zaciśniętą na szyi jak obroża.
u toksycznej mamusi
Ocena:
182
(192)
Poczta Polska.
Ze względu na ilość piekielności, sama z jej usług już dawno nie korzystam. Natomiast mój tata potrzebował jeszcze jednego gwoździa do trumny, żeby zdecydować się na przekazywanie paczek w inne ręce.
Mianowicie, miał mi wysłać mój dyplom z uczelni. Uznał, że skoro czas nagli to najbezpieczniej wybrać opcję z Poczty Polskiej za ok. 50 zł - dostawa do rąk własnych już na drugi dzień. Okay.
W podanym przedziale godzinowym koczuję przy drzwiach, czekając na kuriera. Pozwalam sobie tylko na jedną krótką wycieczkę do toalety, ale słychać z niej dzwonek.
Czas mija, kuriera nie ma. Domofon milczy. Telefon milczy. W systemie śledzenia pojawiła się informacja, że paczka wraca do sortowni.
Pierwszy telefon na Pocztę Polską - pani widzi w systemie, że kurier nie mógł dziś dostarczyć paczki, możliwe że przez awarię samochodu. Paczka będzie jutro.
Podziękowałam, rozłączyłam się i coś mnie tknęło, że za taką cenę usługi wypadałoby złożyć reklamację.
Telefon do obsługi klienta - na hasło "reklamacja" pani się zjeżyła po drugiej stronie słuchawki i nagle okazało się, że w systemie to mają wpisane, że nikogo nie było pod wskazanym adresem. No kurka wodna...
Łaskawie zgodzili się dostarczyć paczkę na następny dzień.
Puentą jest nie stres, nie złość, nie bezsilność, nie wydanie dużej kwoty na nieadekwatną jakość usługi, ale pytanie zdziwionego kuriera:
- To pani tu mieszka? Na domofonie jest inne nazwisko.
Tak.
Na domofonie jest nazwisko osoby, od której wynajmuję mieszkanie.
Zatkało mnie na tyle, że już nie drążyłam ale chyba dobrze kombinuję, że kurier zobaczył inne nazwisko i nawet nie spróbował dostarczyć paczki?
Ze względu na ilość piekielności, sama z jej usług już dawno nie korzystam. Natomiast mój tata potrzebował jeszcze jednego gwoździa do trumny, żeby zdecydować się na przekazywanie paczek w inne ręce.
Mianowicie, miał mi wysłać mój dyplom z uczelni. Uznał, że skoro czas nagli to najbezpieczniej wybrać opcję z Poczty Polskiej za ok. 50 zł - dostawa do rąk własnych już na drugi dzień. Okay.
W podanym przedziale godzinowym koczuję przy drzwiach, czekając na kuriera. Pozwalam sobie tylko na jedną krótką wycieczkę do toalety, ale słychać z niej dzwonek.
Czas mija, kuriera nie ma. Domofon milczy. Telefon milczy. W systemie śledzenia pojawiła się informacja, że paczka wraca do sortowni.
Pierwszy telefon na Pocztę Polską - pani widzi w systemie, że kurier nie mógł dziś dostarczyć paczki, możliwe że przez awarię samochodu. Paczka będzie jutro.
Podziękowałam, rozłączyłam się i coś mnie tknęło, że za taką cenę usługi wypadałoby złożyć reklamację.
Telefon do obsługi klienta - na hasło "reklamacja" pani się zjeżyła po drugiej stronie słuchawki i nagle okazało się, że w systemie to mają wpisane, że nikogo nie było pod wskazanym adresem. No kurka wodna...
Łaskawie zgodzili się dostarczyć paczkę na następny dzień.
Puentą jest nie stres, nie złość, nie bezsilność, nie wydanie dużej kwoty na nieadekwatną jakość usługi, ale pytanie zdziwionego kuriera:
- To pani tu mieszka? Na domofonie jest inne nazwisko.
Tak.
Na domofonie jest nazwisko osoby, od której wynajmuję mieszkanie.
Zatkało mnie na tyle, że już nie drążyłam ale chyba dobrze kombinuję, że kurier zobaczył inne nazwisko i nawet nie spróbował dostarczyć paczki?
poczta
Ocena:
121
(123)
Weszłam do piekarni po bułki.
Lada z pieczywem różnej maści jest zakryta od strony klienta, ale odkryta w kierunku pań sprzedających.
Obecne są dwie panie sprzedające. Obie mają maseczki na brodzie, jedna kaszle na zapleczu, druga [P]ani prowadzi z [K]lientką będącą jej znajomą (były na "ty") taki dialog:
[P]: Taka pogoda teraz, u mnie to wszyscy już kaszlą, i rodzina i znajomi.
[K] (bez maseczki, pochylona nad ladą): U mnie tak samo, a do tego jeszcze jakaś opryszczka, dwa tygodnie ją leczyłam.
[P]: Mi całą twarz wysypało, i tu, i pod okiem.
W międzyczasie wraca z zaplecza pokasłująca druga pani sprzedająca, z maseczką na brodzie, łapie za woreczek foliowy mający służyć za rękawiczkę (chciałabym wierzyć, że pamiętała o dezynfekcji dłoni) i z uśmiechem pyta kto następny.
Wyszłam, bez apetytu na bułkę z opryszczką i kaszlem gratis. Wiem, że powinnam była zwrócić uwagę, ale jako osoba bardzo znerwicowana źle radzę sobie w takich sytuacjach i nic bym nie osiągnęła poza dołożeniem sobie stresu.
Covid czy nie covid - od lat niezmiernie frustruje mnie brak zdrowego rozsądku w podejściu do higieny i chorób.
Znajomi z niejakim zaskoczeniem zrobili ostatnio zdrowotny rachunek sumienia - odkąd jest covid, nigdy tak rzadko nie chorowali. Przede wszystkim, sami zaczęli bardziej uważać na drobiazgi takie jak ubieranie się ciepło czy regularne mycie rąk, oraz bardziej rygorystycznie podchodzili do odwiedzin kiedy ktoś się słabo czuł. A jak chorował ktoś z domowników, od razu szły w ruch maseczki i dezynfekcja klamek, unikanie przebywania w jednym pomieszczeniu - i nagle okazało się, że jak jedna osoba przyniesie do domu chorobę to nie musi od razu oznaczać pomoru całego stada.:)
Uważam, że brak przejmowania się higieną i zdrowiem jest bardzo piekielny, zwłaszcza w miejscu pracy z żywnością - pleksa nad ladą nie chroni kiedy to nie klient, a sprzedawca jest chory.
Lada z pieczywem różnej maści jest zakryta od strony klienta, ale odkryta w kierunku pań sprzedających.
Obecne są dwie panie sprzedające. Obie mają maseczki na brodzie, jedna kaszle na zapleczu, druga [P]ani prowadzi z [K]lientką będącą jej znajomą (były na "ty") taki dialog:
[P]: Taka pogoda teraz, u mnie to wszyscy już kaszlą, i rodzina i znajomi.
[K] (bez maseczki, pochylona nad ladą): U mnie tak samo, a do tego jeszcze jakaś opryszczka, dwa tygodnie ją leczyłam.
[P]: Mi całą twarz wysypało, i tu, i pod okiem.
W międzyczasie wraca z zaplecza pokasłująca druga pani sprzedająca, z maseczką na brodzie, łapie za woreczek foliowy mający służyć za rękawiczkę (chciałabym wierzyć, że pamiętała o dezynfekcji dłoni) i z uśmiechem pyta kto następny.
Wyszłam, bez apetytu na bułkę z opryszczką i kaszlem gratis. Wiem, że powinnam była zwrócić uwagę, ale jako osoba bardzo znerwicowana źle radzę sobie w takich sytuacjach i nic bym nie osiągnęła poza dołożeniem sobie stresu.
Covid czy nie covid - od lat niezmiernie frustruje mnie brak zdrowego rozsądku w podejściu do higieny i chorób.
Znajomi z niejakim zaskoczeniem zrobili ostatnio zdrowotny rachunek sumienia - odkąd jest covid, nigdy tak rzadko nie chorowali. Przede wszystkim, sami zaczęli bardziej uważać na drobiazgi takie jak ubieranie się ciepło czy regularne mycie rąk, oraz bardziej rygorystycznie podchodzili do odwiedzin kiedy ktoś się słabo czuł. A jak chorował ktoś z domowników, od razu szły w ruch maseczki i dezynfekcja klamek, unikanie przebywania w jednym pomieszczeniu - i nagle okazało się, że jak jedna osoba przyniesie do domu chorobę to nie musi od razu oznaczać pomoru całego stada.:)
Uważam, że brak przejmowania się higieną i zdrowiem jest bardzo piekielny, zwłaszcza w miejscu pracy z żywnością - pleksa nad ladą nie chroni kiedy to nie klient, a sprzedawca jest chory.
covid
Ocena:
141
(157)
1
« poprzednia 1 następna »
louie