luska ♀
| Zamieszcza historie od: | 8 lutego 2014 - 14:13 |
| Ostatnio: | 28 listopada 2025 - 21:56 |
| O sobie: |
Zawód...najbardziej znienawidzony przez prawie wszystkich, totalny nierób z pretensjami, czyli nauczyciel |
- Historii na głównej: 32 z 38
- Punktów za historie: 8793
- Komentarzy: 260
- Punktów za komentarze: 1632
Ponad 30 lat temu gmina poprowadziła do domów wodociągi i linię telefoniczną. Ze względu na te budynki przy pasie drogowym, oba ciągi poszły po polach uprawnych i vis a vis każdego podwórka postawiono słupki z oznaczeniem przyłącza oraz co jakiś czas hydranty. Nie dało się tego w żaden inny sposób zrobić, bo trzeba byłoby burzyć kilka budynków. I nie jest to odosobniony u nas przypadek takiego prowadzenia wodociągów.
I mamy aktualną sytuację. Właściciel pola od 2 lat piekli się, że mu ów słupek i hydrant przeszkadzają i on stracił kawałek pola. Jakieś 8 może 10m2 łącznie. Wzywał urzędników, awanturował się, że mają przenieść na drugą stronę i żadne racjonalne argumenty do niego nie trafiają. Najważniejsze aby usunąć z pola, a hydrant przecież jemu nie jest potrzebny.
I ostatnio, po kolejnej kłótni z urzędnikami, sprawę załatwił sam. Jeździł po polu kultywatorem, podjechał pod hydrant i go wywalił. Fontanny co prawda nie zrobił, ale wyciek był na tyle duży, że ciśnienie w kranach znacząco spadło. Za ten nadmiarowy pobór wody zapłacimy wszyscy podłączeni do tego ciągu, nie on. W razie pożaru my będziemy mieć tragedię, a susza jest okrutna.
Pojawił się człowiek od wodociągów, strażacy, jeszcze ktoś z gminy, mimo soboty. Wuje poleciały srogie. Podobno tym razem kara finansowa będzie bolesna, bo już mu raz darowano zaoranie słupka znamionowego z zaznaczeniem punktu rozdzielczego. Jak się tłumaczył? Że on nie wie kto to zrobił, bo na pewno nie on. A najlepsze, że cały czas jeździł po polu przy zjeżdżających się urzędnikach.
sąsiedzi pole
Przez moje okolice przetaczają się właśnie potworne nawałnice. Wracałam do domu w trakcie pogodowego Armagedonu. Lokalną gminną szosą na tyle wąską, że dwa samochody mogą się na niej wyminąć na centymetry, jeśli oba zjadą jednym kołem na pobocze. Dlatego mniej więcej co pół km lub nieco więcej są zrobione tzw. mijaki.
Jadę na 2 biegu, środkiem szosy, bo widoczność na 20 metrów, a wycieraczki na najwyższym poziomie ledwie wyrabiają.
I nagle z tej deszczowej ściany przed nosem wyrasta mi prawie na czołówkę szara osobówka. Wyhamowałam. Zjechałam kołem na pobocze i się wyminęliśmy. On/ona mnie widział wcześniej, bo już jechał częściowo poboczem.
Czemu ja nie?
Bo baran zafajdany jechał bez świateł. Nawet ledów nie było. Normalnie duch szos.
Co było jeszcze piekielne skoro on mnie wcześniej widział?
Mijaliśmy się w miejscu gdzie kilkanaście metrów wcześniej miał mijak. Mógł poczekać, bo przy tak rozmiękłej ziemi na poboczu i potężnej ulewie manewr mijania mógł się skończyć obcierką lub zsunięciem do rowu.
Kierowca
Tak w skrócie, rzecz dotyczy mojego sąsiada, który we wszystkich składanych dokumentach podaje do kontaktu wyrejestrowany numer stacjonarny, nikomu nie udostępnia komórkowego i w ubiegłym roku narobił koło pióra urzędniczkom, które przez znajomych swoich znajomych przekazywały mu informacje dotyczące konieczności odwiedzenia agencji rolnej w celu poprawienia błędów we wniosku.
Właśnie dostał oficjalne pismo z agencji zawierające decyzję o odmowie wypłaty dopłat za ubiegły rok. Pewnie tradycyjnie jakieś błędy narobił, może znowu brakło podpisu. Po ubiegłorocznej aferze, urzędniczki nie poprosiły go poprzez znajomych o stawienie się w celu poprawienia błędów, dodzwonić się nie mogły i teraz ma efekty swojej głupoty. Czy stracił całość czy tylko część, nie wiem i wolę nie pytać.
Na razie lata po innych sąsiadach i dopytuje, czy otrzymali odmowy.
Głupota ludzka
Chłopak w mojej rodzinie ma firmę stolarską. Serdeczny kumpel poprosił go o wykonanie i montaż drzwi oraz okien w nowo budowanym domu.
Cena uzgodniona oczywiście z jakimś rabacikiem dla kolegi, firma wykonała stolarkę i zamontowała. Pod czujnym okiem pani domu i jednocześnie małżonki tegoż serdecznego kumpla. Płatność gotówką.
Przyszło do rozliczenia i owa małżonka oświadcza, że pomniejsza wynagrodzenie o 900 zł.
Powód?
Bo jak montowali te nieszczęsne drzwi i okna to z nią nie chcieli rozmawiać, a mrukom i gburom trzeba dać nauczkę.
Finalnie musiała kobieta jechać po resztę pieniądzy do będącego w pracy męża.
W sumie nie wiadomo, czy żona przehulała te parę stówek i chciała to ugrać, czy może małżonek też chciał przyoszczędzić dodatkowo i kazał znaleźć żonie jakiś powód do uszczknięcia paru stówek z należności.
PS.: Nie wiem jak inni ludzie, ale jak coś robię to baaardzo nie lubię jak ktoś ze mną rozmawia o przysłowiowej "du..ie Maryni", bo to jednak rozprasza i zwalnia robotę.
budowlanka
Facet: - Ale tam już od dłuższego czasu ktoś czeka.
Baba: A co mnie to obchodzi? Ha, ha, hi, hi, hiiii... pokwiczała, wsiadła i odjechała.
Noż, urwał, aż mnie telepnęło.
Baba chyba wyskoczyła na oględziny choinek, które były na sąsiedniej działce, bo stamtąd się pojawiła. A z przodu miała bardzo duży parking z myjniami. Mogła przeparkować.
parking stacja tankowanie
Sąsiadowi padła pompa w prywatnej studni. Baaardzo głębokiej.
W sumie jest podłączony do wodociągu gminnego, ale raz że to kosztuje, dwa- ta z wodociągu jest tak nafaszerowana chlorem*, że zwyczajnie śmierdzi i jeśli jej się nie przegotuje to wypić się nie da. Jeśli ktoś ma uczulenie na chlor, tak jak ja, to nawet skutki kąpieli są opłakane.
Ad meritum: w związku z awarią pompy, sąsiad musiał, a bardziej chciał i wezwał swojego kuzyna (siostrzeńca matki) mieszkającego w sąsiedniej gminie, żeby jakimś tam dźwigiem z długim wysięgnikiem wyciągnął ze studni pompę z rurą doprowadzającą wodę. Mógł to sam zrobić ręcznie, ale wyciąganą rurę musiałby ciąć, a było mu szkoda, bo może by jeszcze się nadawała do ponownego użytku. Kuzyn przyjechał, wyciągnął i wrócił do domu, bo sąsiad musiał przemyśleć czy kupić nową i jaką, a może jednak naprawić starą.
Ponieważ facet ma mnóstwo zamówień i ciężko go złapać, naiwnie poprosił mojego sąsiada o podanie numeru komórki. Jak trafi mu się jakiś wolny dzień to zadzwoni i się umówi na montaż rury w studni.
I spotkał się ze ścianą. Nie. Absolutnie, bezwarunkowo NIE!!! Nie dostanie. A po co mu? Może dzwonić na stacjonarny (przypominam, odłączony ładnych parę lat temu).
Nie pomogło wyjaśnienie, że przecież w jaki sposób da znać o wolnym terminie. To nie w jego interesie jest dokończenie roboty, bo tylko symboliczną opłatę wziął za paliwo.
No ma dać znać. Może być na stacjonarny sic!
Popieklił się trochę i wpieniony pojechał do domu.
Sąsiad właśnie żali się, że musi tyle płacić za wodę z wodociągu i taka niedobra. Bo kuzyn nie przyjeżdża, rury leżą na podwórku.
Teoretycznie kuzyn mógłby przyjechać w swoim wolnym dniu, ale gdyby okazało się, że w domu u sąsiada akurat nikogo nie ma, a tak się czasem zdarza, to radości by nie było. Targanie ciężkiego sprzętu przez kilkanaście kilometrów za friko, bo przecież za niewykonaną robotę sąsiad nie zapłaci i tracenie wolnego dnia, nikomu się nie uśmiecha.
I mamy przysłowiowy pat. Sąsiad nie ma wody ze studni, bo pompa z rurą nie wpuszczona. Jego kuzyn nie przyjedzie, bo nie ma możliwości się umówić.
I tak sobie trwają w zawieszeniu. Od wiosny:)
*poziom chloru w naszym wodociągu został wyśrubowany po skażeniu wody bakterią ecoli kilka lat temu. Dla mnie woda prosto z wodociągu wyczuwalnie śmierdzi chlorem. Po wypiciu mam mdłości, ale ja jestem na niego uczulona i może dlatego.
Sąsiad
Mam sąsiada. Dość specyficzny facet, różne rzeczy w życiu nawywijał i zaszedł ludziom za skórę.
W tym roku zadarł z urzędami i prawdopodobnie za parę miesięcy odczuje we własnej kieszeni skutki swojej głupoty.
Clou całego zamieszania to jego telefon stacjonarny. Nieaktywny już parę ładnych lat i odłączony. Posługuje się komórkowym. Problem w tym, że z jakichś bliżej nieznanych powodów, we wszystkich dokumentach i wnioskach jakie gdziekolwiek składa, jako kontaktowy podaje właśnie ten nieaktualny. Więc w razie "w" nikt za grzybka do niego się nie dodzwoni.
Pracował kiedyś przez ponad 20 lat w urzędzie i po likwidacji jego stanowiska, odmówił pracy w urzędzie powiatowym, po czym rozwiązano z nim umowę za porozumieniem. Od ponad kolejnych 20 lat zajmuje się gospodarstwem rolnym.
I teraz 2 jego idiotyczne akcje.
W tym roku przez moją krewną skontaktowała się ze mną urzędniczka z jego dawnej pracy. Przechodzi już na emeryturę, zajmowała się kadrami i porządkując papiery zorientowała się, że mój sąsiad od roku powinien pobierać emeryturę. Kobiecie szkoda chłopa się zrobiło, bo pewnie przegapił, o papierach zapomniał, dodzwonić się z wiadomych względów nie mogła i poprosiła o przekazanie informacji, żeby przyjechał, papiery zabrał, wniosek mu pomoże złożyć. Trochę zadała sobie trudu, żeby jakiś kontakt znaleźć.
Poszłam, powiedziałam, coś tam mruknął i tyle mnie to obchodziło.
Kolejna akcja: dzwoni do mnie koleżanka, z mojej miejscowości, żebym poprosiła sąsiada, aby przyjechał do niej. Otóż złożył wniosek do agencji rolnej, błędnie wypełniony i zabrakło jego podpisu w jednym miejscu.
Współpracownica mojej koleżanki, która zajmowała się wnioskiem mojego sąsiada, z wiadomych względów, za "wuja" nie mogła się dodzwonić. Szkoda jej było chłopa, bo przez małe niedopatrzenie, nie dostałby kilku tysięcy dopłaty, a telepatycznych połączeń telefonicznych jeszcze nie wymyślono.
Poszłam, przekazałam. Pojechał i poprawił.
Co mogło pójść nie tak, bo sam fakt podawania do kontaktu nieaktualnego numeru to jeszcze żadna piekielność.
Otóż w pierwszym przypadku sprawa oparła się o głównego szefa urzędu, na którego ręce mój sąsiad złożył skargę na kadrową. Bo jak ona śmiała przez obce osoby przekazywać jego dane wrażliwe, czyli że od roku ma skończone 65 lat i nabył prawa emerytalne.
W drugim przypadku było już dużo gorzej dla urzędniczek, bo skarga poszła do urzędu wojewódzkiego. Tym razem urzędniczki przekazały przez obce osoby dane wrażliwe w postaci informacji, żeby sąsiad pojechał poprawić błędy i złożyć brakujący podpis.
Jeden i drugi urząd zarzeka się, że już nigdy o niczym go nie poinformują. Jeśli nadal będzie podawał nieaktywny numer telefonu, próby kontaktu skończą się na dzwonieniu. Podejrzewam, że piekiełko rozpęta się w przyszłym roku, kiedy po kolejnym błędzie, straci dopłaty, co raczej jest nieuniknione, bo co roku robi jakieś błędy i jeździ je poprawiać. Dotychczas dziewczyny w agencji się denerwowały, ja chodziłam z informacją. W tym roku mu odbiło. Na mnie też chciał złożyć skargę, ale że mój szef mnie nie wzywał, sądzę że sąsiad chyba nie wiedział gdzie pisać. Jeśli próbował do kuratorium, to taki donos został wyśmiany i wyrzucony do kosza.
Jakby mi ktoś przekazał taką informację, to w podzięce poleciałabym przynajmniej z czekoladą.
sąsiedzka pomoc
Mojego staruszka zawiozłam na izbę przyjęć z adnotacją "pilne" w skierowaniu. To ogólnie cała historia z tym konkretnym szpitalem była i nadaje się na oddzielną opowieść. Dość, że finalnie sam ordynator odmówił przyjęcia.
Zawsze wożę opasłą teczkę ojca z litanią zabiegów, chorób, zaleceń plus reklamówkę z wszystkimi aktualnie branymi lekami.
Wszystko to ordynator otrzymał ode mnie osobiście, zlecił badanie krwi, po czym poprzez pielęgniarkę przekazał wyniki, odmowę przyjęcia i receptę na zastrzyki przeciwzakrzepowe do samodzielnej iniekcji w brzuch oraz jakieś tabletki.
I niestety, naiwna ja, zaufałam w ciemno. Dobrze, że nie skończyło się to fatalnie, ale może lek nie był aż tak niebezpieczny przy przedawkowaniu.
Ponieważ fachowiec nie zmienił dawkowania dotychczasowych leków, na kilka dni przygotowałam ojcu niestety większą dawkę tej samej substancji. Czemu od razu nie wychwyciłam? Bo lek miał kompletnie inną nazwę, innego producenta i inne opakowanie. Do tego zamiast 20 mg substancji, było 40 mg w jednej kapsułce. Ten pierwszy ojciec brał zawsze na czczo, ten drugi miał brać 2 razy dziennie. A nowy lek dokładałam w trakcie tygodnia, do przygotowanego pojemnika z wcześniejszymi tabletkami.
Dopiero uzupełniając pojemnik na nowy tydzień coś mnie tknęło, bo nagle dwie identyczne kapsułki pojawiły się w przegródce. Spojrzałam na skład obu opakowań i soczysta łacina poleciała.
Chciało mi się najzwyczajniej w świecie ryczeć.
Nic dziwnego, że szpital bankrutuje już kolejny raz.
Szpital powiatowy
Niestety grubo ponad 20 km w jedną stronę i to był główny powód dla którego wcześniej doktorek nie zobaczył środkowego palca.
Jestem przewlekle chora. Nic śmiertelnie i natychmiastowo ciężkiego, ale do końca życia muszę brać leki. Do końca życia również muszę być pod opieką specjalisty i wcześniej co 3 miesiące, a obecnie co pół roku wizytować go z aktualnymi badaniami. Skierowanie na badania jest ważne miesiąc, specjalista przyjmuje daleko i prywatnie, więc nonsensem byłoby umawianie się na wizytę po skierowanie, robienie prawie 100 km i płacenie za wizytę jedynie w celu wystukania papierka. Od tego jest rodzinny, który ma całą moją historię choroby, wyniki badań i zalecenia.
A otóż tu jest pies pogrzebany. Nasz doktorek może tylko raz w roku wypisać skierowanie na badania podstawowe. Reszta ni hu hu... Non possumus. Dzwonię dziś i nie dostanę. Bo w lutym dostałam. Że z tych podstawowych wykorzystałam tylko badanie moczu w celach kontrolnych po wcześniejszych problemach i moje tylko jedno główne, związane z przewlekłą chorobą? Całuj Burka w siur...
Że w badaniach 40+ robionych w grudniu pojawiły się lekko niepokojące sygnały, które wymagają sprawdzenia, bo nawet mój specjalista się nimi zainteresował i zaordynował kontrolną dawkę leków?
No to masz babo placek, hłe, hłe, hłe.
Idź powróż sobie z fusów, albo płać za wszystkie potrzebne badania.
W tle słyszałam jedną z pielęgniarek jak mówiła, że przecież leczę się stale i szans na odstawienie leków nie mam, ale nie. Były badania w lutym. Raz w roku przysługują i kolejnego skierowania nie dostanę. Wiem, że to nieprawda. Kuzynka była leczona hematologicznie i to nie na chorobę onkologiczną. Musiała mieć badania krwi co drugi dzień. Po awanturach przez NFZ łaskawie wypisywał co drugie.
Dziś piszę do instytucji i niech się dziadem zajmują.
słuzba_zdrowia
Jak się wybiera internę, to niestety ze wszystkimi tego wadami i zaletami. Jak w każdym zresztą zawodzie.
W sobotę rano w domu zmarła kobieta od urodzenia głęboko upośledzona ruchowo. Ot, prawdopodobnie organizm odmówił posłuszeństwa lub była jakaś choroba niezdiagnozowana, bo ze względu na brak komunikatywności nie można było dowiedzieć się od niej, że coś ją boli.
Opiekowała się nią tylko starsza matka.
Wezwana karetka, stwierdzenie śmierci, ale kartę zgonu wystawić miał rodzinny. Być może w karetce byli tylko ratownicy.
Telefon do doktorka, a ten rzucił hasłem, że nie przyjedzie, bo to jest sobota, on jest po godzinach pracy i ma wolne.
Matka musiała wydzwonić z powiatowego miasta lekarza NiŚOM, a ten jakimś medycznym pojazdem dojechał dopiero po południu, bo miał pacjentów. Przez pół dnia pod domem zmarłej czekał patrol policji. Podobno taka jest procedura, nim lekarz poda przyczynę zgonu i można wezwać truponoszy z karawanem.
A nasz rodzinny miał to w głębokim odwłoku, bo jest weekend.
Już więcej empatii i odpowiedzialności mają weterynarze. Jak było trzeba dojechać w nagłym wypadku to nawet w czasie świąt w środku nocy nie odmawiali pomocy, a przez kilkanaście lat trochę się ich przewinęło przez moje podwórko.
Lekarz rodzinny
1 2 3 4 > ostatnia ›
« poprzednia 1 2 3 4 następna »