Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation
Profil użytkownika

luska

Zamieszcza historie od: 8 lutego 2014 - 14:13
Ostatnio: 28 września 2022 - 16:27
O sobie:

Zawód...najbardziej znienawidzony przez prawie wszystkich, totalny nierób z pretensjami, czyli nauczyciel
Dlaczego ten?...bo w czwartej klasie obiecałam sobie, że kim jak kim, ale nauczycielem to na pewno nie zostanę.
Zboczenie zawodowe...niestety gadulstwo w mowie i piśmie.
Największy pierwszy sukces...gdy przedszkolak po wydukaniu 6 liter ze zdumieniem powiedział: "plose paniii, a tu pise ''to tata''?!!
Z zamiłowania...choreograf
Wiek...18 + VAT...młoda jestem:) tylko ten vat po kościach łupie i nieco przytłacza
Pasja...książki; inteligentne książki; "Kod da Vinci" jest przewidywalny jak zachód słońca nad równikiem;
Co mnie wk*a?...Ministerstwo Edukacji
czasem rodzice, którzy traktują mnie jak darmową nianię z pensją prezesa kopalni.

  • Historii na głównej: 21 z 27
  • Punktów za historie: 7588
  • Komentarzy: 223
  • Punktów za komentarze: 1463
 

#89726

przez (PW) ·
| Do ulubionych
"biurowerozterki" opisała właśnie podobną historię, która już mi dwa razy podniosła ciśnienie.

Od lat mamy w pracy umowę, że osoby które piją kawę fusiastą i słodzą zwykłym cukrem (a jest to w tym momencie większość, czyli 19 do 2), robią zrzutkę na te produkty.
Pijacze herbaty, kawy rozpuszczalnej i innych wynalazków lub substancji słodzących mieli zaopatrywać się we własnym zakresie.

Akurat przerzuciłam się 2 lata temu na kawę zbożową i brązowy cukier. Zdarzały się pojedyncze pożyczki, ale zawsze ktoś pytał.

Przed okresem urlopowym po raz pierwszy moja kawa, a zwłaszcza cukier zaczęły znikać hurtowo.

Wszystko super, ale ja płacę dwa razy więcej, a nikt nie chce się do mnie dołożyć. Na ostatnie tygodnie zrezygnowałam ze słodzenia i ktoś w końcu grono zaopatrzył.

Kilka tygodni spokoju i w ubiegłym tygodniu powtórka z rozrywki. W ciągu trzech dni wyparowało pół mojej kawy i połowa cukru. Cukier znalazłam w cukiernicze i nieźle wpieniona, z powrotem wsypałam do swojego opakowania. Kawy oczywiście już się nie dało odzyskać.

Zwróciłam uwagę koledze, który zajmuje się składkowym zamówieniem i tu mnie wmurowano w ziemię.

No przecież skoro trzymam to w ogólnej szafce tzn., że daję pozwolenie na korzystanie i wszyscy mają do tego prawo. Przypomniałam, że umowa obowiązująca od kilkunastu lat jest zupełnie inna. Albo się składamy wszyscy na brązowy cukier, albo wara od mojego.

Obraził się. W myśl zasady: co twoje jest moje, co moje to nie rusz.

Schowałam wszystko do swojej szafki z dokumentami. Jest to bardzo niewygodne i niepraktyczne, bo muszę latać z kubkiem, ale koniec podbierania.

współpracownicza codzienność

Skomentuj (18) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 169 (177)

#89714

przez (PW) ·
| Do ulubionych
Co można próbować ukraść w ilości hurtowej, nawet jeśli wszędzie jest tego "w ...uj i trochę"?
Jabłka.

Mam młodą jabłonkę, posadzoną dość głupio jak się okazuje, na nieogrodzonej części działki przy drodze publicznej.
Z racji okolicy, w której mieszkam i tegorocznego nadurodzaju, jabłek wszędzie jest w bród i ilościowo, i gatunkowo. Można brać ile i jakie się chce, bo wszędzie leżą pod drzewami w wielkich stosach.

Ktoś w nocy (tuż przed zmrokiem jabłka na drzewie wisiały, o świcie pozostało około 1/3 z trudno dostępnej strony, gdzie złożone są kawałki płyt betonowych z rozbiórki) zerwał wszystko co dał radę.
Gdyby na tym się skończyło to ok. Szkoda, bo są bardzo smaczne, ale niech idzie na zdrowie.
Jednak "kradziej" wszystkie zerwane jabłka wypier...dzielił po drugiej stronie szosy. Na ulicę, do rowu i po sąsiednim polu.

Ta odmiana ma jedną "wadę". Dojrzewa po połowie października. Wygląda już w tej chwili niesamowicie apetycznie. Wielkie, nawet jak na ten rok, owoce z równomiernie bordową skórką. To nie jest malinówka jakby co (nikt nie pamięta nazwy).
Niestety teraz jest twarda, kwaśna i niejadalna.
Złodziej wandal ryzykował po ciemku rozbicie facjaty, poranienie drutami z kawałków betonu i generalnie ciężką robotę przy zrywaniu po to, by potem strasznie rozczarowany, w niewątpliwych nerwach, wszystko wywalić i porozbijać.

Skąd wiem?
Wśród owoców znalazłam dwa nadgryzione. Z jednego mały kęs, w drugim pięknie odbite uzębienie.
Zamiast najpierw spróbować i wtedy ewentualnie zrywać, nazrywał ile się dało, dopiero spróbował i wywalił.
Jabłka są poobijane o asfalt i nawet nie zostawię ich do dojrzenia. Te, które się da, suszę i chyba zacznę sprzedawać, bo już coraz więcej mojej rodziny i znajomych ma wciśnięte zapasy suszu na kompot.

Złodziej jabłek

Skomentuj (6) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 159 (167)

#88870

przez (PW) ·
| Do ulubionych
Kurier...niekończąca się opowieść.

Przesyłka to specjalistyczna część do maszyny, bez której ów cud techniki szybciej zaliczy gwałtowny zjazd do rowu niż utrzyma się na szosie, więc bez paczki ni hu, hu...

Sklep internetowy specjalnie tę część sam ściągał od producenta. Płatność tylko za pobraniem. Może i dobrze.
Kurier miał dostarczyć w Wigilię. Nie dotarł. Chyba. Raczej przegapił.

Przedwczoraj dzwoni "sklep" z pytaniem, dlaczego paczka wróciła do nich z adnotacją: odmowa przyjęcia?

Kurier z firmy G był, ale tylko z inną przesyłką od innego sklepu, opłaconą. Tej przesyłki nie miał.
Sklep ponownie wysłał paczkę i telefon do tego konkretnego kuriera coby...no trochę go monitorować. Paczka miała być dziś rano.

Kontakt dziś rano z kurierem - on nie wie czy dziś przyjedzie, bo dopiero się ładuje i nie ma pojęcia, czy przesyłka jest.
Dwie godziny później o 10 dzwoni sklep, że w systemie, znowu mają wpisaną odmowę przyjęcia.

Zmasowany atak sklepu i wkur...nego faceta na kuriera zaowocował deklaracją, że paczka będzie dziś o 18.
Godzina nawet prawie zgodna z deklaracją, kurier u bram i...przesyłki nie ma w busie. Szukali z latarką. NIE MA!!!

Kurier tylko pamiętał, że on był tutaj w Wigilię, miał paczkę, ale tamta była opłacona i oczywiście odebrana. Prawdopodobnie przegapił, że ma dwie przesyłki, wrócił na bazę, jechać po raz kolejny nie chciał, wpisał odmowę.

Teraz pytanie, gdzie tym razem zapodziała się paczka???

Akt II
Właśnie dzwonił "sklep". Paczka się znalazła. Kolejny raz wróciła do nich z adnotacją o odmowie przyjęcia. A jutro Sylwester. Pewnie znów zaginie. Rozbebeszony pojazd będzie stał kolejny tydzień w garażu. Gorzej, że po 10 stycznia musi być zwarty, gotowy i naprawiony.

kurierzy

Skomentuj (16) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 181 (189)

#88400

przez (PW) ·
| Do ulubionych
Bardziej zabawne niż piekielne, bo się całą sytuacją ubawiliśmy do łez.

Robię elewację domu, więc po podwórku kręci mi się ekipa w strojach roboczych mocno utytłanych klejami, zaprawami itp. Nawet przedszkolak na ich widok powie, że panowie pracują ciężko na budowie.

Tego konkretnego dnia, na szosie sprzęt budowlany w postaci betoniarki wylewał beton na mostki dojazdowe do posesji i siłą rzeczy blokował przejazd.

Gdy wyszłam zobaczyć co mi tak szumi za płotem, na szosie natknęłam się na młodą dziewoję w samochodzie, która na mój widok zaczęła ekspresyjną gestykulację. Z tego pseudo migowego języka jasno wynikało, iż żąda usunięcia mechanicznej przeszkody.

No i co ja jej miałam zrobić? Przepchnąć ręcznie kilkanaście ton, bo panowie mieli ewidentnie na nią wygwizdane?
Poszedł do niej mój znajomy i poradził objechać inną drogą. Mówił, że się strasznie opierała i pomogła informacja, że betoniarka będzie stać jeszcze z godzinę. Dla uzupełnienia: ten objazd skracał jej drogę o 2/3 i miał lepszą nawierzchnię niż nasza dziurawa szosa.

Na tym by się skończyło, ale wspomniałam ekipie budowlanej o całej sytuacji i wtedy usłyszałam od jednego z chłopaków prolog tej historii.

Akurat przy płocie mył wiadro w dużej wannie budowlanej, gdy na szosie zatrzymał się samochód z ową dziewoją w środku. Pani zaczęła awanturę o blokowanie drogi i całość skomentowała słowami: ja nie mam czasu, jestem w pracy a pan tu sobie beczkę myje.

Chłopaka zamurowało, bo patrząc na jego strój i to co trzymał w ręku, raczej ciężko było to skojarzyć z zabawą z wodą czy kąpielówkami i robieniem babeczek z piasku. Drogi w żaden sposób nie blokował, chyba żeby chciała wjechać na podwórko, ale nic na to nie wskazywało. O betoniarce nie wiedział, doszedł do wniosku, że babce dekle poprzestawiało z gorąca, wzruszył ramionami i zrobił w tył zwrot do reszty ekipy.

Z tego powodu dziewczynę później tak nosiło w samochodzie na mój widok i nie dała sobie wytłumaczyć, że cofając się dosłownie 50 metrów, skręci w lepszą i krótszą drogę.

Ulica praca

Skomentuj Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 154 (176)

#87986

przez (PW) ·
| Do ulubionych
Sąsiad (Zenek) dzisiaj wyprowadził mnie ostatecznie z równowagi. Tytułem wstępu: mam kilkumiesięcznego owczarka, który nie toleruje żadnych żywych stworzeń poza człowiekiem i suczką przybłędą, która go wychowała.
Sąsiad ma kilkadziesiąt kur na teoretycznie ogrodzonym podwórku. Teoria polega na tym, że podwórko jest ogrodzone, ale kury mogą swobodnie przejść pod płotem lub bramami wjazdowymi.

Nasze posesje oddziela droga gminna.
Od ładnych kilku lat zwracamy sąsiadowi uwagę na kury, które przychodzą na nasze pole, wydzierają doły i to dosłownie do pół łydki, przelatują przez płot wysokości 1,5 metra i niszczą warzywa w ogrodzie. Nikt nie miałby uwag do sporadycznych przypadków, bo rozumiemy, że to ptak, zdarzy się mu zaplątać, przeskoczyć. Ale nie kilka razy dziennie po 20-30 sztuk od świtu do kompletnych ciemności. Można powiedzieć, że ciężko ptaka upilnować, ale dziwnym trafem na jego uprawach kury są natychmiast przeganiane, czyli ktoś tego pilnuje.

W tym roku posadziłam kilka drzewek owocowych. Tego samego dnia ziemia wokół była wydarta do samych korzeni. Trawę muszę kosić wykaszarką ze względu na doły. Borówce tak wygrzebały w ubiegłym roku korzenie, że kilka krzaków uschło.

Zwracanie uwagi pomagało na dzień lub dwa.
Moja mama nie wytrzymała nerwowo i "upolowała" matkę Zenka. Wygarnęła co myśli o dewastacji naszych drzewek i ogródka oraz ostrzegła, że jeśli jakakolwiek kura przeskoczy na nasze podwórko, to nie będziemy ganiać za psem. Nie ma zamiaru ratować ptaka, bo raz, że pies biega jak błyskawica, to jeszcze jest ponadwymiarowo potężny i nie utrzyma 60 kilowego zwierza.

I usłyszała genialną radę: obłóż korzenie drzewek jakimiś kamieniami, a psa uwiąż na łańcuchu. Czyli moje drzewka, na mojej posesji i mojego psa na moim podwórku ja mam pilnować przed jej kurami! Nie powiem, żyłka mi prawie pękła i zapowiedziałam rodzicielce, że kur szkoda maltretować, ale jak jakaś wskoczy na ogródek, ma nie latać za psem, tylko niech futrzak robi co chce.

Dziś, wracając ze spaceru z psiakami, natknęłam się oczywiście na kury Zenka grzebiące w rowie i na polu. Na nasz widok w panice usiłowały przecisnąć się pod bramą i w końcu z wrzaskiem pobiegły za stodołę Zenka.

I oto słyszę gwałtowne klapotanie gumofilców, zza muru wybiega Zenek. Z awanturą, że znowu ten pies, że mi tu nie wolno chodzić, że pies powinien być zamknięty w kojcu. Tego było mi już za dużo. Zbieram opierd...l za jego kury, które niszczą zboże na moim polu, będąc na publicznej drodze z psem kulturalnie prowadzonym na smyczy! Przypomniałam mu, że to droga gminna, pole moje, pies na smyczy i ptaka nawet nie dotknął, kury jego i to kury powinny być w klatce zamknięte. A jak się nie zgadza z takim poglądem to możemy wezwać policję, która mandatem wytłumaczy, jak należy zabezpieczać zwierzęta gospodarskie. Teraz czekam, czy on wezwie policję, bo też się odgrażał. Może wreszcie będzie z ptakami spokój, bo dusigrosze z sąsiadów niesamowici i każda złotówka jest kilka razy oglądana przed wydaniem.

Sąsiedzi

Skomentuj (21) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 142 (144)

#87729

przez (PW) ·
| Do ulubionych
Ot, takie tam braki w logicznym rozumowaniu...

Prywatnie założyłam instalację fotowoltaiczną, ponad 4 KW. Całkowita kwota do zapłaty była poza moim zasięgiem złotówkowym, więc część została sfinansowana w formie kredytu bankowego. Co ważne, ów kredyt został bezpośrednio przelany na konto firmy fotowoltaicznej, a ja zobaczyłam tylko druczki do przelewów rat kredytu.

Inwestycję odliczyłam od podatku - zawsze to 4 tys. zwrotu (tak się złożyło, że dopiero cztery miesiące później wszedł rządowy program dofinansowania termomodernizacji, więc z niego skorzystać nie mogłam).

Pieniądze z US zostały mi zwrócone i pół roku było cicho.
W październiku odezwał się US w osobie całkiem sympatycznej pani. Dokumenty do kontroli: dowód wpłaty, akt własności budynku, oświadczenie o nie korzystaniu z pomocy i dofinansowania przez instytucje rządowo-unijne, itp.
Jako dowód wpłaty załączyłam fakturę imienną za wykonaną instalację.

Zapadła długa cisza, bo całość kontroli odbywała się on-line w formie wymian telefoniczno- mailowych, do tego jeszcze otumaniona objawami covidowymi machnęłam się w adresie mailowym i zamiast do domeny ministerstwa finansów, wysłałam na adres z domeny ministerstwa sprawiedliwości. Co ciekawe, w tym drugim musiała pracować kobieta o identycznym nazwisku i imieniu, bo moja poczta nie zwróciła mi e-maila z informacją o błędnym adresie odbiorcy.
W grudniu kontakt z US się odnowił, tym razem dokumenty trafiły na dobre konto i tutaj napotkałam na zdecydowany opór urzędniczki.

Faktura owszem, jest dowodem wpłaty, ale dla US nie jest dowodem, że to ja wpłaciłam pieniądze. To mogła wpłacić w moim imieniu siostra, rodzice, mąż, prawnuk, sąsiadka, pijaczyna spod sklepu lub król Władysław Jagiełło.

I tu w paradę wchodzi ten nieszczęsny kredyt z banku. 20k mogę udokumentować, bo przelew z mojego konta poszedł, ale te 4k z ogonkiem ni hu hu. Ja tych pieniędzy nawet wirtualnie nie widziałam, a wszelkie umowy z bankiem w moim imieniu zawierała firma fotowoltaiczna. Infolinia odsyła do oddziału banku, oddział banku na infolinię, ale w zasadzie informacja jest jasna.

Gdybym chciała otrzymać od banku potwierdzenie, że oni za mnie przelali kredyt na konto firmy jako zapłatę za usługę, to tylko w terminie 3 miesięcy od przelewu, a nie półtora roku po fakcie. Potem jakieś archiwizacje i w zasadzie jeśli nie jestem prokuratorem i nie prowadzę dochodzenia w sprawie, to mogę ich cmoknąć, bo nikt nie będzie grzebał w wirtualnych czeluściach.

Na szczęście wykonawca stanął na wysokości zadania i w swoich czeluściach archiwalnych odnalazł moją fakturę i wystawił mi zaświadczenie, w którym wyszczególnił kwoty jakie otrzymał ode mnie i od banku w moim imieniu. To wystarczyło. Chyba, bo od miesiąca US się nie odzywa.

Przy okazji pani z firmy fotowoltaicznej wydusiła z siebie, niebotycznie zdumiona, jakim cudem faktura imienna nie jest dowodem wpłaty? Bo ktoś mógł za mnie zapłacić? Równie dobrze ktoś mógł mi dać do ręki te 20k, żebym wpłaciła. Była niezmiernie ciekawa w jakim to województwie jest taki powiatowy niewierny urząd.

I to jest ten brak w logicznym rozumowaniu.
Mam nadzieję, że za parę tygodni US nie każe mi udowadniać jakimiś kolejnymi zaświadczeniami, skąd wzięłam te 20k., bo tym razem mojego pracodawcę trafi.

Przynajmniej firma fotowoltaiczna trafiła mi się niesamowicie pomocna i życzliwa, bo już usłyszałam groźby od US o pisaniu korekty zeznania i oddawaniu nienależnie pobranego zwrotu podatku.

urząd skarbowy

Skomentuj (11) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 145 (157)

#67953

przez (PW) ·
| Do ulubionych
Tu na razie jest ściernisko, ale będzie pogorzelisko...

Panowie X i Y są kuzynami. Mówiąc dość oględnie, nie przepadają za sobą. Powodem jest kilka hektarów pola, położonego tuż za płotem pana X.

Pan X uważa, że panu Y absolutnie nie należało się w spadku takie dobro.

Powód? Wcale nie to, że został pominięty, bo również odziedziczył identyczny areał. X uważa, że skoro Y nie może zająć się uprawą spadku, powinien oddać go X (za friko najlepiej).

Y mieszka i pracuje kilkadziesiąt kilometrów dalej. 4 ha pola to żaden dochód, a koszty uprawy przekraczają zyski. Pan Y postanowił więc oddać pole w dzierżawę panu Z.

Pan Z miał szczęście, że zdążył skosić zboże, bo oto nagle, przez dwie noce z rzędu, nieznany sprawca podpalał mu ściernisko*.

Szczęściem pan X czuwał te dwie noce z rzędu za płotem i na czas leciał gasić zarzewie większego pożaru. Wiadomo, potworne upały, wszystko wyschnięte na pieprz, do tego kupa słomy i tuż obok zabudowania pana X. Wszystko mogło pójść z dymkiem w kilkanaście minut.

Pan Z wezwał policję, niech sama szuka podpalacza, bo za domysły nikt nie odpowie.

Zapyta ktoś, gdzie tu piekielność, jeśli domniemany piroman palił słomę i przy okazji narażał swój dom?

Agencja Rozwoju i Modernizacji Rolnictwa zabiera dopłaty rolne za palenie ścierniska. Zabuliłby pan Z, bo to on uprawia pole. Panu Y płaci tylko za dzierżawę**.

*Prawdopodobnie podpalacz czekał na skoszenie zboża, bo niemożliwym byłoby jego ugaszenie bez udziału straży i sprzętu do oborywania pola. A domu jednak mu było szkoda.

**Agencja zabiera 3 % dopłat, a jeśli podpalenie się powtórzy, całość w danym roku. I akurat oni nie szukają prawdziwego winnego. W ubiegłym roku, w sąsiedniej gminie, dopłaty stracił sąsiad tego, który podpalał, mimo że ogień z pola podpalacza sam się przeniósł na pole poszkodowanego.

ściernisko

Skomentuj (9) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 145 (237)

#82443

przez (PW) ·
| Do ulubionych
Prywatna kontra publiczna służba zdrowia. Co może być piekielne? Pacjent najprawdopodobniej.

Wizyta w tym konkretnie prywatnym ośrodku kardiologii zabiegowej wymaga wcześniejszej rejestracji. Wyznaczają ci datę i godzinę. Oczywiście lepiej przyjechać nieco wcześniej, aby pan z rejestracji dokonał pomiaru ciśnienia i wypełnioną wstępnie kartę zaniósł do gabinetu.

Sama długość wizyty u lekarza jest zależna od etapu leczenia. Może trwać 5 minut, jak i 15. Wszystko w atmosferze spokoju, miłej rozmowy, itp.

Z tego powodu często się zdarza, że można wskoczyć w takie okienko i szybciej mieć wizytę.

Ponieważ jest to ośrodek zabiegowy, pan z rejestracji (tak, tam też oszczędzają na personelu) w określonych godzinach i dniach wykonuje np. echo serca, itp.

I pewnego dnia trafiłam tam na awanturującą się kobietę i jej męża. Pani krzyczała z pokoju zabiegowego, że ona chce już natychmiast badania, a pan z rejestracji zdążył przyjąć trzech pacjentów i już kolejnego wpisuje. Mąż groził, że ich nogi ostatni raz w tym przybytku stały.

Pan uspokajał, tłumaczył, że musi zarejestrować planowych pacjentów, w tym na zabieg koronarografii. Rozjuszyło to babę jeszcze bardziej, bo ona tu siedzi od pół godziny.

Chyba rejestratorowi ciśnienie wreszcie podskoczyło, bo zapytał, na którą godzinę pani ma wizytę umówioną.

"A co to pana obchodzi?! Mam, na którą mam, a pana obowiązkiem jest mnie zbadać, a nie przyjmować pacjentów!”.

Mąż zagroził złożeniem skargi i wreszcie poszli do lekarza.

Pytałam potem doktora o wrzeszczącą babę. A jakże, skargę złożyła. Skarga została przyjęta i konsekwencje wobec rejestratora miały zostać wyciągnięte. Po czym nastąpiło znaczące mrugnięcie okiem.

Prawda była taka, że kobieta wymyśliła sobie wizytę o półtorej godziny wcześniej, bo chyba jej tak pasowało.

Cóż, w tym przypadku nie można się dziwić, że rejestrator przyjmował planowych pacjentów, a kobieta musiała czekać na badanie.

słuzba_zdrowia

Skomentuj (9) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 110 (134)
zarchiwizowany

#77603

przez (PW) ·
| było | Do ulubionych
Usłyszałam historię i przypomniało mi się pewne wydarzenie... Działo się to w czasach o których już nawet starożytni górale nie pamiętają...
Kolega dostał kategorię "A" i idąc na obowiązkową wtedy, dwuletnią służbę w kamaszach, poprosił (trochę tak w ramach żartu i z przymrużeniem oka)naszą "paczkę" przyjaciół, co by mu pilnowała i dbała o przyszłą matkę jego dzieci, podporę jego lat podeszłych, miłość życia... no jasne, czego się dla swoich nie robi, choćby i żartem.

Gdzieś z miesiąc później widziałam jego narzeczoną na ulicy w towarzystwie chłopaka bardzo podobnego do mojego kolegi. Jasnym było, że to nie on, ale braci miał. Pieruńsko do niego podobnych, więc wniosek sam się wysnuł, trybiki w mózgu dodały dwa do dwóch- wyszło zero, czyli nic. Za parą nie cwałowałam, bo raz- ulica ruchliwa nieco między nami, dwa- braci znałam li tylko z widzenia, pogaduszek żadnych nie zamierzałam podejmować. I właśnie wyglądali jak to zero/nic- ot spokojnie idą chodnikiem obok siebie dwie osoby, w niedalekiej przyszłości związane więzami pokrewieństwa i omawiają jakieś swoje prywatne sprawy. Może plany wyjazdu na przysięgę?

W grudniu spotkaliśmy się wszyscy z kolegą-wojakiem i jego narzeczoną na przysiędze.

W styczniu (mniej więcej miesiąc, może półtora później)jego narzeczona wychodziła za mąż stając się automatycznie ex narzeczoną naszego kumpla, bo nie miała w planach związku poligamicznego.Ex była właśnie na początku drugiego trymestru ciąży a szczęśliwym żonkosiem został, widziany przeze mnie na ulicy, domniemany brat kolegi.

Skubana, chyba tak się stęskniła za naszym kolegą, że znalazła sobie prawie sobowtóra. Nikt się nie zorientował.
Kumpel z rozpaczy wybierał się do zakonu. Kontemplacyjnego najlepiej, jak twierdził.
Przegadaliśmy mu- tego kwiatu to pół światu.
Jest teraz mężem cudownej kobiety i ojcem prawie pełnoletnich dzieci.
Ona? Ma co chciała. Degustatora napojów wyskokowych z zamiłowaniem do boksu. Sparringpartnerem jest oczywiście "szanowna" małżonka.

Tylko do dziś czasem się zastanawiamy, kiedy zaczęła kręcić na dwa fronty, skoro na przysiędze była już w trzecim miesiącu ciąży?

PS.: Ja wiem, że każdy ma prawo się zakochać, odkochać, że serce nie sługa. Czy jednak nie wypadałoby być uczciwym i rozwiązać to jakoś w cywilizowany sposób?
PS.: do wszelkiej maści "sweeet" romantyczek: to nie ja jestem tą cudowną kobietą, z którą ożenił się kumpel; proszę sobie nie tworzyć jakichś romansideł, bo to jakoś ostatnio strasznie modne na wszelkiej maści portalach, forach...

w gronie przyjaciół

Skomentuj (6) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 46 (134)

#73657

przez (PW) ·
| Do ulubionych
Byłam dziś świadkiem "ciekawej" rozmowy i przyznam, że coraz bardziej zaczynam wątpić w ludzką inteligencję.
Po co jest praktyczna nauka zawodu (w niektórych specjalizacjach nazywana stażem), rozumie każdy średnio rozgarnięty homo sapiens.

Tym bardziej z tego sprawę powinien zdawać sobie "sapiens studentus" lub "sapiens absolwentus".

Młody lekarz/student medycyny opowiada swoją historię z ordynatorem kardiologii. Wielce rozbawiony młodzieniec raczył towarzyszy biesiady informacją, jak to wraz z kolegami zaskoczył ordynatora swoim zapałem do studiowania jakże zawiłych technik ratowania ludzkich serc.

Adepci nauk medycznych zgłosili się na oddział dwunastego dnia miesiąca z pytaniem, czy SP Ordynator przyjmie ich na staż od dziewiątego.
A i owszem, ordynator zgodę wyraził, tyle że kazał przyjść z tym pytaniem za miesiąc.

Niestety, młodzieńcom nie chodziło o 9 dzień kolejnego miesiąca, tylko o ten, który już minął, wprawiając ordynatora w osłupienie.

Ciężko mi sobie wyobrazić, aby mój samochód naprawiał mechanik, który uczył się zawodu z książek, bo mu się nie chciało chodzić na praktyki. Włosy ścinała mi fryzjerka, która widziała to tylko na YouTube, bo opuszczała połowę zajęć praktycznych.

Kto w takim razie będzie miał okazję leczyć moje lub moich najbliższych serce? Miałam możliwość spotkać na żywo przedstawiciela homo-konowałów, dla których najważniejsza będzie kasa, a nie ludzkie zdrowie.

Chroń nas Boże przed takimi "medykami" i każdym innym mechanikiem/nauczycielem/rolnikiem/kierowcą/dentystą/piekarzem/inżynierem/(wpisz dowolny zawód), który olewa to, co najważniejsze w nauce zawodu.

kawiarnia

Skomentuj (12) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 204 (254)