Momencik, trwa przetwarzanie danych
Profil użytkownika
luska
♀
|
Zamieszcza historie od: |
8 lutego 2014 - 14:13 |
|
Ostatnio: |
28 listopada 2025 - 21:56 |
|
O sobie: |
Zawód...najbardziej znienawidzony przez prawie wszystkich, totalny nierób z pretensjami, czyli nauczyciel
Dlaczego ten?...bo w czwartej klasie obiecałam sobie, że kim jak kim, ale nauczycielem to na pewno nie zostanę.
Zboczenie zawodowe...niestety gadulstwo w mowie i piśmie.
Największy pierwszy sukces...gdy przedszkolak po wydukaniu 6 liter ze zdumieniem powiedział: "plose paniii, a tu pise ''to tata''?!!
Z zamiłowania...choreograf
Wiek...18 + VAT...młoda jestem:) tylko ten vat po kościach łupie i nieco przytłacza
Pasja...książki; inteligentne książki; "Kod da Vinci" jest przewidywalny jak zachód słońca nad równikiem;
Co mnie wk*a?...Ministerstwo Edukacji
czasem rodzice, którzy traktują mnie jak darmową nianię z pensją prezesa kopalni. |
-
Historii na głównej: 32 z 38
- Punktów za historie: 8807
- Komentarzy: 260
- Punktów za komentarze: 1632
Wszystko co powyżej potwierdzam jako powód, że wybieram kasę samoobsługową. Dodam do tego jeszcze w niektórych dyskontach wybitnie ultra króciutkie taśmy przy normalnej kasie. Nie wiem czemu to ma służyć, ale mnie trafia. Jak robię duże zakupy, w życiu nie zmieszczę. Kasjerki muszą kasować w tempie karabinu, moje zakupy fruwają, blokują ladę za kasą a ja z potem ściekającym po plecach próbuję zdążyć wyłożyć kolejne produkty na taśmę. Do tego przy promocjach czasem kupuję produkty na kilka kart, więc muszę to podzielić, posegregować, skanować kartę, wykładać, pakować i jednocześnie płacić za produkty z innego konta. Nie powiem czego można dostać. Dlatego w większości przypadków korzystam z samoobsługowej. Tak szczerze to mając kilka produktów wolałabym pójść do kasy zwykłej. A samoobsługowa nie ma zakazu obsługi dużych zakupów.
@gmiacik: hydrant w drodze??? Poważnie pytasz?
@Kornik24: a tak w ogóle to jego "roszczenia" nie dotyczyły rekompensaty finansowej tylko obecności hydrantu na jego polu i utraty kilku metrów roli oraz bezzwłocznej konieczności deportacji hydrantu i słupka znamionowego najlepiej wraz z rurami i kablem telefonicznym na drugą stronę szosy. Jeśli miałby się znaleźć w środku budynków lub na środku szosy to już nie jego problem. Jemu hydrant nie jest potrzebny bo on swój ma. Na przeciw swojego domu, po drugiej stronie szosy na polu kolejnego właściciela
@Kornik24: pomijając te parę straconych metrów to odbił sobie z kilkukrotną nawiązką na pozostałej szerokości pola (jakieś 200 metrów) gdzie zaorał wzdłuż kawałek rowu w pasie drogowym. Za parę lat będzie się awanturował, że w czasie ulewy woda z rowu zamiast do przepustu i wąwozu, zalewa mu potężny kawał pola.
@Michail: nie słup energetyczny tylko znamionowy z oznaczeniem rozdzielnika. Same w sobie hydrant i słup nawet pół metra nie zabiorą, ale jest jeszcze płyta betonowa wokół każdego.
@toomex: ano właśnie chyba nie we wszystkich autach tak jest. Już sporo takich wynalazków spotkałam, które owszem miały światła do jazdy dziennej włączane automatycznie, ale z tyłu ni hu, hu. Zresztą nawet mam na stanie w domu takie coś, że dopóki ręcznie nie przełączę na tzw "normalne" to przy odpaleniu auta są automatyczne dzienne, a z tyłu nie ma nic. Dlatego często policja rzepi mandaty za jazdę na automatycznych światłach, bo często ktoś zapomina przełączyć i jedzie we mgle lub w deszczu bez oświetlonego tyłu.
@Tolek: tak, tylko wracamy znowu do tych patologii, czyli najgorszej dla dziecka sytuacji. Patologia i tak kaucji nie założy z tych 800 bo wyda na rzeczy dla niej pilniejsze. Przecież tych 800 nie dostają na rękę od szkoły tylko przelewem na konto. Jak niby dadzą kaucję? Jedyny skuteczny sposób to gratyfikacja finansowa za oddanie książek. Czyli kolejny wydatek dla budżetu.
@Ata11: tym ONW się kompletnie nie przejmuję. Jest z automatu, wiem że i tak w decyzji mi wpiszą odmowę, ale robić nic nie muszę to mi to lotto. Nie ruszam, nie wyrzucam, bo jak komuś coś znowu "odbije" to zaczną w końcu doliczać. Dawno temu zaliczała się działka do dopłat ONW, potem już nie, bo za mała. Mam wrażenie, że gdzieś po drodze trochę przekwalifikowali działki. Jedyna zasadą przy dopłatach: spodziewaj się niespodziewanego:) A tego donosu nie było. Moje gospodarstwo zostało wtedy losowo wyznaczone do tzw wyrywkowej kontroli. Ktoś na zdjęciu lotniczym ujrzał dwa tunele i kontrola wpadła. Tylko tuneli nie było i facet się nieźle zamieszał, próbując je znaleźć. Oblazł działki dwóch sąsiadów próbując coś z tego zrozumieć. W końcu łaskawie wyjaśnił, czego szuka. Wiem, że ten błąd nie jest błędem wniosku, dlatego wpisałam w cudzysłów:)
@Ata11: są we wnioskach takie "błędy", do poprawy których nie wzywa agencja, tylko dostaje się decyzję o odmowie wypłaty środków. Ja mam np dopłaty ONW, takie dodatkowe i wynikające z posiadania kawałka pola kwalifikującego się do tego. Ponieważ jest to e-wniosek, działka jest z automatu wliczana. Problem w tym, że jej powierzchnia nie przekracza pół ha, a o ile pamiętam, musi mieć chyba 1 ha. Dlatego co roku dostaję info o odmowie wypłaty tego dodatku. Nikt mnie do poprawy nie wzywa. Nikt też nie wezwie do poprawy błędu wynikającego z wpisania błędnych danych, np nie w tę rubrykę. To samo przy ekoschematach. Ominiesz np wapnowanie, mimo że wcześniej zaznaczysz ten dział i dostaniesz tylko info o odmowie. Te wnioski są tak zakręcone i co roku zmieniane, że przyprawiają o białą gorączkę. Do tego dochodzą błędy geodezyjne, ortofotomapy błędnie odczytane i mamy cyrk. Kiedyś nasłali mi kontrolę z województwa, bo do dopłat wpisałam działkę, na której stały tunele. Kontrola zwiedziła mi działkę z mapą lotniczą i nic nie mogła znaleźć. Na zdjęciu była agrowłóknina, którą przykryłam posadzone ziemniaki. Żeby cieplej miały i szybciej urosły. Dlatego agencja praktycznie nic nie musi, nawet listownie. A rzecz wokół której m.in. rozpętał aferę mój sąsiad dotyczyła braku podpisu pod fakturą, którą musiał dołączyć do wniosku. Mogła dziewczyna nie szukać kontaktu i nie była do tego zobowiązana, bo oni wzywają tylko do poprawy w przypadku błędu krzyżowego, tzn gdy tę samą działkę zgłosi dwóch różnych właścicieli. Za resztę błędów odpowiadasz karą finansową
Z tej opowiastki wynika, że dziewczyna od początku nie była zainteresowana nie tylko bliższą relacją, ale nawet znajomością. Sporadyczny, przypadkowy kontakt raz na kilka miesięcy, jakieś przypadkowe zdanie i chłopak już ustalał menu weselne i wybierał imiona przyszłych dzieci. A dziewczyna nawet nie rejestrowała za bardzo kogoś z tła. Nigdy nawet nie dała znaku, że w jakikolwiek sposób jest zainteresowana. Odpowiedź na MS to już jej wyraz irytacji namolnie brzęczącą pszczołą. Historia o tym jak chłopak sobie coś wyobraził i się dziwi, że nic nie ma.
@voytek: też doszedł do takiego wniosku; nie ma, że kumpel, rodzina, znajomy królika.
@Cyraneczka: no przy kwocie całkowitej jaką musiała zapłacić za stolarkę to jednak parę stówek :)
@ewel123456: o, dokładnie to samo widziałam na szosie. Podwójna ciągła, przede mną ciągnik, z tyłu dojechali niebiescy. Chwilę pociągnęli za nami na dwójce i jak tylko było widać, że z przodu nic nie jedzie, chociaż podwójna ciągnie się tutaj przez 5 km, włączyli bomby i pognali do przodu.
Czasem ludzie muszą, bo się uduszą. Bo przecież oni są ważniejsi niż zwykłe pospólstwo. Byłam świadkiem podobnej sytuacji, tylko tam trochę zawiniła rejestratorka. Prywatna przychodnia rodziny lekarzy. Kardiolog miał obsuwę, bo mu się operacja przedłużyła. Upał niemiłosierny, w poczekalni klima niezbyt dawała radę, a w kolejce sami "sercowcy" wraz z osobami towarzyszącymi. I przyjechała taka właśnie rodzina co to "bułkę przez bibułkę"... Od progu tonem rozkazująco polecającym: jak dawno ktoś tam u doktora siedzi, bo jak wyjdzie to oni wchodzą. No nie wchodzą, bo wszyscy umówieni są na konkretną godzinę, a jest półtorej godziny obsuwy. Trzeba czekać na swoją kolejkę. Pani prawie się zapluła, bo ONI przyjechali z DUŻEGO MIASTA, i co prawda zapisani są na 15, ale recepcjonistka powiedziała, że tutaj sami miejscowi petenci, to ktoś na pewno wpuści. Do tego oni są z CHORĄ mamusią, która ma rozrusznik i 83 lata oraz jest strasznie gorąco. I tu już kolejkę ruszyło: - nikt tu zdrowy nie siedzi; - wszystkim jest jednakowo bardzo gorąco; - ja też mam rozrusznik, wszczepiony 2 tygodnie wcześniej, rana się jeszcze nie zagoiła,leki są źle dobrane i jest mi ciężko siedzieć i oddychać; - a moja mama ma 95 lat i miała wejść prawie 2 godziny temu; Awantura się powoli rozkręcała, gdy wszystko uciszyła matka tej krzykaczki. Powiedziała, że czuje się dobrze, poprosi tylko o wodę. Rozrusznik miała wszczepiony 2 lata temu, a tu może przynajmniej trochę rozprostować nogi i kręgosłup przed długą drogą powrotną. Finalnie rodzinka weszła do doktora o 15 minut póżniej niż byli zapisani, bo kilka osób miało wizyty kontrolne lub ustawiające dawkowanie leków.
@jan_usz: pisałam, że mamie mogły się kwoty pomylić. Jak najbardziej kuzynka chciała 200 tys. Mama cały czas też może mówić, że 200 tys. Tylko że w jej głowie się zakodowało 20 tys. Ciężko to wytłumaczyć komuś kto się z czymś podobnym nie spotkał. Parę razy mnie tak mama zaskoczyła. Czasem pytałam czy jest pewna, ale twierdziła że tak. Dopiero spokojne wyjaśnianie o jakiej kwocie mówimy i czy jest to realne, otwierały jakaś klapkę w mózgu.
@Dominik: ale gdzie i po co "szczelać"? Bo nie rozumiem.
Jak ktoś tu już pisał, może rzeczywiście Twojej mamie pomyliły się kwoty. Ciężko mi uwierzyć, że własnemu dziecku chce wydrzeć 200 tys. chociaż wiem, że różni ludzie są. Może faktycznie zafiksowała się na kwocie 2 tys. lub max 20 tys? Starsze osoby tak mają. Siostra płakała jej w mankiet, że tylko trochę córeczce brakuje, a ta wyskoczyła z propozycją. Moja mama też często myli kwoty. W różną stronę. Coś tam niewiele ktoś zapłacił, bo 4 tys po czym okazuje się, że 400 zł. Lub odwrotnie: ktoś zapłacił 400 zł, a tak naprawdę 40 tys. Oj tam, pomyliłam się - to często jej komentarz, ale czasem trudno jej wyjaśnić, że pomyliła kwoty.
Tak to jest z naszym ocenianiem. Albo widzimy czyjeś wady, a na swoje błędy ślepniemy, albo bardzo łatwo poddajemy się czyjejś sugestii, ocenie, komentarzom. Ostatnio rozmawiałam o tym z koleżanką jak łatwo ocenić kogoś na podstawie jedej rzeczy, nie mając wiedzy o powodach czyjegoś postępowania. Wspominała jak 5 lat temu zmarł starszy facet z jej miejscowości. W kondukcie żałobnym i na mszy zabrakło jego syna. Usłyszała wtedy niewybredne komentarze od swojej sąsiadki na temat nieobecności tegoż syna. Kilka dni później okazało się, że syn zmarłego ma raka dość zaawansowanego i tuż przed pogrzebem ojca miał ciężką operację. Trudno w takim stanie iść za trumną, czy pójść do kościoła. Zawsze trzeba szukać informacji z dwóch źródeł, bo można kogoś straszliwie skrzywdzić.
@jass: w sumie tak :]
@Michail: nie pisałam, że tydzień, bo ani nie ja to liczyłam/sprawdzałam, ani tą osobą ja nie byłam. To były słowa tej osoby: bo mi się wydawało, że jak koło tygodnia nie piłem, to już jestem czysty. No jak widać, nie był. A jego ciągi alkoholowe potrafiły trwać nawet po półtora miesiąca.
Cóż, ale na większe potępienie zasługuje ta druga strona medalu. Gdyby wszyscy reagowali na taki widok, każdy pijak miałby się na baczności i myślę, że zdecydowana większość miałaby słuszne opony przed wsiadaniem za kierownicę. Wiem, że alkoholizm to straszna choroba i rządzi człowiekiem, ale ryzyko wysokiej kary, więzienia, konfiskaty samochodu I prawa, niejednego by mocno zahamowała. Mam w rodzinie alkoholika, który ładnych parę lat temu tak przeszarżował. Po dłuższym ciągu alkoholowym doszedł do wniosku, że skoro chyba z tydzień nie pił to może spokojnie zrobić sobie przejażdżkę, bo język i nogi się nie placzą, wiec wytrzeźwiał. Trafił na rutynowy patrol. I wydmuchał nieduże, ale jednak przekroczenie dopuszczalnych promili. Sąd, wysoka grzywna, prace społeczne i strata prawka na kilka lat. Odkąd je po ponownym egzaminie odzyskał, za kierownicę nie wsiądzie nawet gdy zje czekoladkę nadziewaną alkoholem, czy nasączony tort. Jeśli wpadnie w swój ciąg, bardzo długo, tak na wszelki wypadek, nawet roweru nie tyka. Gdyby nie to społeczne przyzwolenie, wielu pijanych kierowców wołami za kierownicę by nie zaciągnął. A tak, bo się uda. Bo ja tylko 150 metrów, no co się może stać?
@helgenn: no na pewno chorobę paniki przed połączeniem od wyłudzaczy, oszustów i złodziei na wnuczka/policjanta i córkę. Problem w tym, że te lewe połączenia w większości są wykonywane na chybił trafił i kiedyś być może i na niego trafią, chociaż może w ogóle telefonu nie odbiera.
@kepak: A mam to gdzieś. Do tego też nie mam jego telefonu. Wtedy gdy dzwonił, po prostu od razu nie zapisałam, a Armageddon jaki się potem rozpętał w związku z poszukiwaniami jego matki tak mi natłoczył różnych połączeń od numerów kompletnie nieznanych z zapytaniami o co chodzi, albo że ktoś tam coś widział i czy mogę przekazać do sztabu poszukiwawczego ulokowanego pod moim płotem, że jak się połapałam, żeby może zapisać to już ciężko było szukać. Zresztą, gdyby mi zależało bardzo to po dacie i godzinie doszłabym wreszcie jaki to numer. Ale nie miałam specjalnego ciśnienia. Z perspektywy czasu widzę, że dobrze, bo gdybym, nie daj borze szumiący, gdzieś teraz zadzwoniła to pewnie samego szefa GIODO do chałupy by mi ściągnął.
@Armagedon: osobiście się fatygował. "Czepialskiemu" kuzynowi, który chciał numer komórkowy tłumaczył, że komórki nie ma. Dzień wcześniej dzwonił jednak tą nieistniejącą komórką po pogotowie dla swojej matki. Jak mu zmarł w domu ojciec, to osobiście, wraz z mamusią wybrał się w środku nocy do mnie, żeby zapytać co robić. Punkt 24.00 zapukał mi do drzwi z hasłem: tatuś umarł i czy ktoś może przyjść i powiedzieć co zrobić. Ale...komórkowy telefon używał prawie dokładnie 3 lata temu, kiedy jego chora na Alzhaimera mamusia zaginęła wieczorem. Zadzwonił do mnie, żebym sprawdziła czy gdzieś na podwórko nie weszła. Dzwonił też do sąsiada ze swojej drugiej strony. I dopiero w tym roku załapałam, dlaczego dzwonił wtedy kolejny raz usilnie namawiając mnie, żebym zadzwoniła do dawnego sąsiada matki z pytaniem, czy przypadkiem kobiecina się tam w okolicy nie plącze, bo często tam wędrowała. Tłumaczył, że on nie zadzwoni, bo nie rozmawia z tamtym człowiekiem. Jak się potem okazało, tego dnia dzwonił tylko do naszej dwójki i na policję po moich usilnych namowach. Teraz już wiem, że chodziło o to żeby jak najmniej osób miało jego numer. Pozostali sąsiedzi i ludzie z wioski w poszukiwania włączyli się dlatego, że ich zainteresował potężny ruch policji i straży pożarnych. A on, zamiast wydzwaniać po okolicznych domach, jeździł do nich rowerem. Gdyby wcześniej zareagował i jednak raczył podzwonić, matkę znalazłby 2 km od domu. Na poinformowanie policji dał się namowić 3 godziny od zaginięcia. W efekcie mieliśmy calutką noc z głowy włącznie ze służbami ratunkowymi. Bo kobieciny było szkoda, żeby zamarzła.
@vylarr: gdybym wiedziała o pierwszej skardze, serdecznie odradzałabym koleżance próby kontaktu i sama nic nie przekazałabym. Obie akcje zbiegły się mniej więcej w podobnym czasie, a być może dopiero po drugim kontakcie sąsiad wpadł na pomysł złożenia skargi. Dopytywać nie mam zamiaru. W każdym razie o pierwszej skardze na kadrową i (prawdopodobnie nieudanej) na mnie, dowiedziałam się pod koniec sierpnia. Akurat w ostatni piątek widziałam się z koleżanką i chciałam ją ostrzec, że mojemu sąsiadowi odbiło, więc żeby raczej uważała na przekazywanie informacji i wtedy się dowiedziałam, że już po ptakach i skargę do wojewódzkiego złożył. Nie dopytywałam kiedy, bo mi to lotto. Gdyby wyskoczył ze skargą w pierwszym przypadku, nikt na drugą akcję by się nie załapał.