Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation
Profil użytkownika

mabmalkin

Zamieszcza historie od: 4 stycznia 2017 - 1:24
Ostatnio: 8 grudnia 2019 - 13:29
  • Historii na głównej: 94 z 103
  • Punktów za historie: 16466
  • Komentarzy: 525
  • Punktów za komentarze: 2145
 

#85502

(PW) ·
| Do ulubionych
Znajomej z czasów szkolnych zaginął pies. Mieszka w wiosce obok, ogólnie odległość taka, że człowiek nawet nie zauważa, kiedy z jednej miejscowości pojawia się w drugiej. Ogłoszenie dała dzisiaj o 11 rano na fb. W ogłoszeniu oczywiście wszystko opisane, zdjęcie psiaka wrzucone.
Mój P. zauważył również to ogłoszenie i napisał do znajomej, bowiem niemal identycznego psa widział wczoraj pod wieczór w naszej miejscowości, gdy wracał autem z pracy. Nic dziwnego, bo u nas masa psów niestety biega "samopas". Wczoraj jeszcze nie wiedzieliśmy o tym, że to (prawdopodobnie) pies znajomej, no bo skąd?

Pozwolę sobie na wklejenie odpowiedzi znajomej:
"Aha ale to nie mogłeś go zabrać? I zadzwonić? Nie wiem jakim podłym człowiekiem trzeba być przecież jego może już auto przejechało! Mogłeś chociaż zadzwonić!"

No i to tyle. Logiczne, nie?

PS. Ani ja, ani P. nie mamy nawet numeru do tej dziewczyny, numer kontaktowy podała dopiero w ogłoszeniu.

wieś zwierzęta ludzie

Skomentuj (4) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 84 (102)

#85484

(PW) ·
| Do ulubionych
W sobotę odbyły się setne urodziny mojej drugiej prababci.
Był burmistrz, była jakaś telewizja; zawsze powtarzamy, że prababcia pewnie nas wszystkich przeżyje, kobieta w pełni sprawna, wszystko pamięta, aktywna, jedynie lekko głucha. Chciałabym w jej wieku być na takim "chodzie" i tak wyglądać. Mieszkałam między innymi z nią do ósmego roku życia, odwiedzam często.

Głównym bohaterem historii jest mój "wujek". Wujek jest synem mojej prababci, więc zapewne powinnam nazywać go jakoś inaczej - nie znam się, z góry przepraszam, ale dla mnie to od okresu dzieciństwa był wujek.

Podczas jednej z wizyt u rodziny, wujek zapowiedział, że szykuje dla prababci "imprezę-niespodziankę" z okazji setnych urodzin. Zaprosił wiele osób z rodziny (w tym mnie i P.) i bliskich sąsiadów/znajomych, wynajął salę. Pod żadnym pozorem prababci miałam o tym nie wspominać. Zapytałam, czy mogę się jakoś zaangażować - jakkolwiek - zrobić coś do jedzenia/przynieść coś do picia itp.
Nie, nie trzeba, bo on wszystko zapewnia. Okej, no to przyjedziemy.

Prezenty kupione, stroje dobrane. Mimo wszystko zrobiłam ciasto, sałatkę i roladki z tortilli - stwierdziłam, że przywiozę, przy tylu osobach raczej się nie zmarnuje, a jak nikt by nie chciał, to zabierzemy do domu.

I teraz nawet kur... nie wiecie jakim zbawieniem było zrobienie tego jedzenia. Impreza była ustalona na godzinę 18. Przyjechaliśmy o 19.00 (kilka dni wcześniej zawiadomiliśmy wujka i prababcię o tym, że będziemy później).
Wchodzimy, składamy życzenia itp.
I co widzimy? Jakieś 70 osób przy długim stole. A na stole paluszki, chipsy, oranżada i dwie 0,7 wujkowej "berbeluchy"; współczuję żołądkom ludzi, którzy to wypili.

Ja wiem, że na takie uroczystości nie przychodzi się po to, żeby się za przeproszeniem "nażreć i nachlać za cudze". Wiem. Ale kurczę, nigdy w życiu nie czułam się tak zażenowana! Sto razy się pytałam, czy się nie dołożyć, czy nie pomóc w organizacji. "Nie, nie trzeba". Wujek ma dość dobrze prosperującą firmę, co roku wycieczki na Bali czy Karaiby, nie ma żony, dzieci ani żadnej partnerki, chodzi w drogich ubraniach i jeździ drogim autem. Mieszka cały czas z prababcią, a ma już dużo ponad 60 lat. Nie pytajcie dlaczego nie wyprowadził się do miasta i nie kupił mieszkania, bo nie wiem. Widocznie wygodnie mu tak jak jest.

I taki człowiek na SETNE urodziny matki, częstuje gości paluszkami, chipsami, oranżadą i czymś, co nawet obok bimbru nie stało. Ot, spośród wszystkich dzieci prababci, trafił się "fenomen". Całe szczęście, że nie tylko ja wzięłam jakieś przekąski.

rodzina

Skomentuj (14) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 145 (153)

#85375

(PW) ·
| Do ulubionych
Dostałam ochrzan za to, że pomogłam wyładować staruszce zakupy z koszyka na taśmę.
Pani tak na oko jakieś 90 lat, chudziutka, ledwo się trzyma na nogach, stoi za mną (nie ustąpiłam miejsca, bo miałam tylko jedną wodę, a ona cały koszyk; poza tym spieszyłam się do dentystki). Widzę, że ledwo co sięga do tego koszyka, więc proponuję pomoc, pani się zgadza. Wykładam jej zakupy na taśmę.
Za staruszką stała jeszcze jedna [K]obieta.
[K]- Co ty robisz?! Staruszkę będziesz okradać?! Zostaw to!
ja- Ale ja tylko poma...
[K]-ZŁODZIEJKA! OCHRONA!

Mój poziom zażenowania podskoczył do 200. Ochrona przyszła, sytuacja wyjaśniona, ale i tak się głupio czułam.
Pewnie skończę w kryminale :D

sklep

Skomentuj (9) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 101 (137)

#84874

(PW) ·
| Do ulubionych
Może i mało piekielne, jednak nienawidzę takiego zachowania, bo to zwykły brak kultury.

(S)ąsiadka, którą do tej pory miałam za miłą starszą panią, pożyczyła dziś rano stolnicę ode mnie. Zrobiła co miała zrobić i przed chwilą przyszła oddać.
Stolnica była cała w mące, miejscami mokra, z dużymi kawałkami lepiącego się ciasta; chyba każdy z nas wie jak "przyjemnie" zmyć takie coś.
J- Przepraszam panią, ale to nie jest moja stolnica.
S- No jak nie? Przecież pożyczyłaś mi rano, co ty mabmalkin, skleroza cię w tym wieku już dopadła?
J- Pożyczyłam pani czystą, suchą stolnicę. Ta z pewnością nie jest moja.

Sąsiadka chyba załapała. Wróciła się do domu i po około dwudziestu minutach wróciła, niosąc tę nieszczęsną stolnicę, wciskając mi ją w ręce z dużą siłą ze słowami, że przecież korona by mi z głowy nie spadła, gdybym sama ją umyła (no tak, bo podczas remontu jeszcze tego mi brakuje). Odwróciła się z wielkim fochem, mrucząc coś o "niewychowanej młodzieży".
Ech... A zawsze się staram mieć dobre relacje z ludźmi.

Sąsiedzi

Skomentuj (32) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 178 (194)

#83983

(PW) ·
| Do ulubionych
Nie warto być życzliwym człowiekiem.

Mieszkam na pograniczu Parku Krajobrazowego Gór Sowich. W wiosce X.
Niedaleko naszego domu jest jeden budynek "socjalny" i jeszcze jeden dom.
Żeby bardziej zobrazować Wam położenie - budynek, dom i nasz dom są "na górze". Cała reszta wsi rozciąga się na dole. Zatem mieszkam na tak zwanych obrzeżach.
Przyznam, że w trakcie zimy jest tragedia z wyjechaniem pod górę. Auto 4x4 nic nie da w starciu z oblodzoną górką, nachyloną pod sporym kątem i nawet najbardziej doświadczony kierowca musi zachować ogromną ostrożność. Sypanie piasku niewiele daje, bo od nowego roku temperatury są non stop na minusie (wczoraj w nocy było -21).

No ale - jakoś do domu dostać się trzeba. Niektórzy chodzą pieszo, bo nie mają aut. I tak wracam od mamy, autem, z innego miasta i widzę - stara kobietka, zgarbiona z jakimś kijem w ręku idzie powolutku pod górę. Zatrzymuję się i oferuję pomoc - podwiozę pod same drzwi. Kobieta zalewa mnie podziękowaniami i z chęcią przystaje na propozycję, po drodze opowiada o wnukach za granicą itp.
Odwiozłam, o sprawie zapomniałam (było to w tamtym tygodniu).

Wróciłam wczoraj z miasta, w którym studiuję, po drodze idę do jedynego sklepu we wsi. I czuję na sobie dziwne spojrzenia lokalnej społeczności (gdyby spojrzenie mogło palić...). Zrobiłam zakupy, poszłam na zaplecze do kuzynki mojego narzeczonego (sklep jest jej) i pytam się czy może wie o co chodzi.
Wie. Ale oczywiście nie uwierzyła w niczyje słowa.
Otóż - podobno SIŁĄ wciągnęłam starą, bezbronną kobiecinę do auta, a później usiłowałam okraść. W ostatniej chwili wyskoczyła z auta!

Wiadomo jak jest w małej wsi - otwierasz lodówkę, a z drugiego końca ktoś krzyczy "smacznego". Jestem skłonna uwierzyć, że niestety dużo osób uwierzyło starszej pani.

Czekam na jakąś policję czy coś...

Życzliwość starsi ludzie

Skomentuj (7) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 161 (169)

#83710

(PW) ·
| Do ulubionych
Gdyby nie "wspaniałomyślność" mojej uczelni, normalnie nie wiedziałabym, co mam zrobić z czasem!

Postaram się to wyjaśnić najprościej jak się da.

Pewna pani magister (jest w trakcie robienia doktoratu) ma zajęcia z dwoma grupami - A i B.
Grupa A (czyli moja) - zajęcia od 1. do 8. tygodnia w poniedziałki na 8.00.
Grupa B - wtorki, powiedzmy na 10.00.

Tygodnie minęły, więc jest zmiana (A we wtorki na później, B w poniedziałki na rano).

W tamtym tygodniu podczas wtorkowych zajęć, pani magister powiedziała, że MOŻE wyjątkowo zamieni nam zajęcia z grupą B, bo planuje spotkanie (nieobowiązkowe) z jakimś profesorem, na które moglibyśmy przyjść, ale jeszcze tego nie wie.

W tym momencie pewien student, który od października na jej zajęciach był drugi raz, głośno powiedział (nie w żartach), że jakby spotkanie się odbyło, to on bardzo prosi o sprawdzenie obecności, bo on na pewno będzie!

Przez weekend informacji niet, zatem przyszliśmy wczoraj (poniedziałek) na zajęcia zgodne z planem, na popołudnie.

Gdzieś w okolicach godziny 15.00 na grupowym mailu pojawia się wiadomość od pani magister, że "wszyscy z grupy A mają nieobecność, BO ONA NA NAS DZISIAJ CZEKAŁA OD ÓSMEJ!".

Przed chwilą (godzina 00:23) dostaliśmy kolejnego grupowego maila, że pani magister udało się załatwić spotkanie z panem profesorem DZISIAJ (tj. wtorek), że będzie ono obowiązkowe i traktowane jak zajęcia.

Piekielności?

- Nieinformowanie nas o poniedziałkowych zajęciach i wpisanie nieobecności.
- Narzucanie nam nadprogramowego, obowiązkowego spotkania (skoro zajęcia "były" w poniedziałek, to dlaczego mają być też we wtorek?).
- W czasie, w którym odbędzie się spotkanie mamy inny wykład (nieobowiązkowy, ale sporo osób chodzi, bo będzie z niego egzamin).
- W tym samym czasie niektóre osoby mają konsultacje, dodatkowe zajęcia językowe lub - jak w moim przypadku - pływalnię w ramach WF, za którą zapłaciłam dość dużo pieniędzy, a żadnych zajęć opuścić nie mogę.

Czy pani magister konsultowała to z kimkolwiek z nas, chociażby ze starostą? Nie. Narzuciła to z góry.

Chyba będzie jutro bardzo rozczarowana frekwencją, o ile taka w ogóle się pojawi. Czyli DRUGA nieobecność.

Oczywiście nie zamierzamy tak tego zostawić.

studia

Skomentuj (17) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 67 (133)

#83845

(PW) ·
| Do ulubionych
Wiecie co? Nie rozumiem kobiet. A przecież sama jestem kobietą, więc chyba powinnam rozumieć.
W drugim dniu świąt umówiłam się na spotkanie ze znajomym z czasów liceum. Nazwijmy go Kamilem.
Kamil od zawsze był spokojnym, inteligentnym chłopakiem, niczym nie wyróżniającym się od przeciętnych ludzi.

W drugiej liceum poznał Kasię (o ile pamiętam, to na dworcu autobusowym; biegł za autobusem, bo dziewczynie podczas wsiadania wypadły jakieś dokumenty). Kasia pochodziła z rodziny patologicznej. Nie, nie ubogiej, nie biednej - patologicznej. Ojciec regularnie wykorzystywał ją i matkę jako worki treningowe, mamuśka nie stroniła od używek. Ale wszelkie instytucje (nie mam pojęcia jakie konkretnie, bo wszystko co wiem opowiedział mi Kamil) zbywały problem. Czasem w domu była pani z opieki społecznej, ale wówczas rodzice Kasi zgrywali jakże przykładną rodzinkę.

Kasia piła od 12-13 roku życia. Paliła. Brała narkotyki. Zdarzały się drobne kradzieże. Miała jakieś konflikty z prawem, ale mimo to nigdy nie była w żadnym ośrodku wychowawczym.
Kamila poznała tuż przed 18 urodzinami. Zakochali się w sobie.
Kamil dopiero po jakimś czasie dowiedział się o jej trybie życia, o rodzinie. Postanowił ją z tego wyciągnąć.
Nie będę Wam przedłużać więcej, zatem napiszę najkrócej jak się da.

-Kamil pomógł znaleźć Kasi pracę, chodził razem z nią na terapię (by dodać jej otuchy).
-Pomógł jej odciąć się od rodziców.
-Pokazał jak wygląda życie osoby w jej wieku.
-Jego rodzina traktowała ją jak "swoją".
-Dzięki niemu Kasia już nie była staczającą się nastolatką, a dorosłą, (zdawało się) mądrą kobietą.
-Oświadczył się jej, chciał założyć z nią rodzinę.

No ale gdyby było tak pięknie, to bym tego nie opisywała. Podczas spotkania, kolega opowiedział mi co się stało. A mianowicie - mniej więcej w lipcu 2017 roku, firma w której był pracownikiem musiała "zawinąć manatki". Zarabiał nawet dobrze. Znalazł nową pracę, z niższą pensją (studiował jednocześnie). I Kasia zaczęła narzekać. Że już do kina tak często nie chodzą, że dłużej nie ma go w domu (sama pracowała za najniższą krajową od 7.00 do 13.00), że ona już nie czuje się kobietą, bo nie ma za co kupić butów ulubionej marki.

Poznała Tomka. Nie wiem gdzie i kiedy. Była jednocześnie z Kamilem. Któregoś razu wróciła do mieszkania ze "śliwą" pod okiem. Kamilowi powiedziała, że wywróciła się na chodniku (była zima, ale twierdzi, że nie do końca uwierzył).

Kilka dni później Kamil wziął przepustkę w pracy. Poszedł do marketu żeby kupić coś do lodówki (bo i to dla Kasi było zbyt dużym wyzwaniem). Kogo zobaczył w kolejce do kas? Swoją "narzeczoną", w objęciach Tomka.
Awantury w domu przytaczać nie będę. W każdym razie, Kamil dowiedział się, że "ona ma nareszcie prawdziwego faceta, a nie jakąś miękką faję, co zarabia marne trzy tysiaki. No i Tomek może nie ma szkoły, ale potrafi ją obronić!"

kobiety wtf

Skomentuj (36) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 184 (234)

#83660

(PW) ·
| Do ulubionych
Koleżanka z czasów liceum urodziła we wrześniu pierworodnego.
Z racji, że mieszka w Norwegii, kontakt mamy głównie przez fb/skype/telefon.

Zostałam miło poinformowana, że końcem listopada przyjeżdża na pięć dni z partnerem i synkiem do Polski, więc od razu zaprosiłam ją do nas. Jako "ciocia" ;) kupiłam dla młodego kilka zabawek, buciki i pomyślałam też o jakiejś maskotce.

Narzeczona mojego kuzyna [E] "dzierga" szydełkiem wszelkie misie, liski, tygrysy... ładnie to wygląda, no i - każdy jest inny. Zadzwoniłam więc do niej początkiem listopada, złożyłam konkretne zamówienie. Jako, że jesteśmy "prawie" rodziną, zaproponowała mi zniżkę, jednak odmówiłam. Za wykonanie pracy należy się zapłata i tyle, nieważne czy to rodzina czy nie. Pieniądze przelałam (70zł). Miś miał być na 29 listopada. Nie przyszedł, E. nie odbierała telefonów ani nie odpisywała na wiadomości. Trudno, kupiłam w sklepie inną maskotkę, z koleżanką i młodym się zobaczyłam, porozmawialiśmy, pobawiliśmy się i do domu.

WCZORAJ odebrałam telefon od E. Że ona mnie bardzo przeprasza, ale inna klientka chciała maskotkę "na już" i płaciła trzy razy tyle.
Zdenerwowałam się, powiedziałam jej co myślę o takim traktowaniu klientów, na szczęście pieniądze odesłała (po mojej prośbie, bo zaproponowała wcześniej rekompensatę w postaci innego pluszaka, ale na cóż mi on?).
A wystarczyło tylko zadzwonić w odpowiednim czasie, wytłumaczyć sytuację, odesłać pieniądze i przeprosić. Wówczas naprawdę nawet bym się nie złościła i nie marudziła.

rodzina usługi

Skomentuj (13) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 183 (187)

#83625

(PW) ·
| Do ulubionych
Idąc na basen wstąpiłam do sklepu po wodę.
Kupiłam, wyszłam. Pod sklepem stała grupka dzieciaków, na oko 11-13 lat; czterech chłopaków i dwie dziewczyny. Nieco dalej przystanęła starsza pani z pieskiem, który załatwiał potrzebę.

Jeden z chłopców podszedł do mnie i spytał, czy nie mogłabym kupić im po piwie. Nie, nie mogłabym.
Na moje słowa wyżej wspomniana pani z pieskiem, spojrzała na mnie jakby zobaczyła ducha i pełnym oburzenia tonem powiedziała coś w stylu: "No wiesz co?! Młodzi chcą się trochę zabawić, a TY im matkujesz!" (Gdzie tu matkowanie? Zwyczajnie odmówiłam.)

Przyznam, że nie spodziewałam się takich słów, zwłaszcza z ust pani, która na pierwszy rzut oka wygląda na tak zwanego "mohera".
Odpowiedziałam tylko, że jeżeli pani "pomoże" młodzieży, to dzwonię na policję. O dziwo poskutkowało, bo zarówno grupka dzieciaków jak i pani rozeszli się w swoje strony. Pewnie i tak ktoś im ostatecznie kupi, jak nie tu to w innym sklepie.

Wiem, że nikt nie jest święty, że większość za łebka próbowała popalać czy zamoczyć usta w piance piwa ;) Sama pierwszy alkohol wypiłam w wieku mniej więcej 15-16 lat (ależ to paskudnie smakowało!). Ale nigdy w życiu nie kupię alkoholu innemu dziecku! I nigdy nie zrozumiem ludzi, którzy to pochwalają.

Młodzież alkohol ludzie

Skomentuj (31) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 152 (168)

#83580

(PW) ·
| Do ulubionych
Studenci nie są ludźmi i oczywiście mają nieograniczoną ilość czasu.

3 rok. Pierwsze zajęcia w poniedziałek - godzina 8.00. Kolejne - 13.15.

Pierwsze zajęcia mieliśmy RAZ. Jako "organizacyjne".
Tydzień (i kolejny) później- godzina 7.45, wszyscy czekają pod salą. Pani profesor nie przychodzi. Nawet nie chcieliśmy sporządzać listy tylko czekać (po kwadransie możemy opuścić zajęcia, jak zapewne większość z Was wie). Zrobiliśmy ją po 40 minutach.

Żadnych e-maili, żadnych wiadomości, w dziekanacie i w sekretariacie też nic nie wiedzą.
Złożyliśmy 19.11.18r. skargę do dziekanatu, mimo, że szanowna pani profesor była łaskawa przyjść po 35 minutach. Na nasze zarzuty nie odpowiadała, a osoby które co "odważniej" zarzucały jej brak organizacji, wyrzuciła z sali. Zdecydowana większość była za nimi. Zostały może 3 osoby.

Rozumiem, że wykładowca to przecież człowiek. Może chorować, może stać w korku, może mieć "dyplomatyczną chorobę". Ale warto by było o tym poinformować. Niektórzy ludzie na tą 8.00 dojeżdżają pociągami i muszą wstać o 3.00. Nie mówię o sobie (chociaż osobiście też wolałabym wstać o 12.00 a nie o 6.30), ale mam mnóstwo znajomych, którzy dojeżdżają spore odległości na wydział. Kilka osób ma małe dzieci, które trzeba zawieźć rano do żłobka/przedszkola. I rozumiem, jeżeli zdarzyłoby się to raz czy dwa, ale z wyjaśnieniem. Obecnie powinniśmy mieć szóste ćwiczenia, a mieliśmy zasadniczo pierwsze, bo organizacyjne się nie liczą. mgr czy dr nie upoważnia do braku szacunku do drugiego człowieka, a każdy ma własne życie.

studia wykładowcy

Skomentuj (13) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 132 (158)