Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation
Profil użytkownika

magnetia

Zamieszcza historie od: 6 czerwca 2011 - 19:53
Ostatnio: 15 stycznia 2021 - 11:10
  • Historii na głównej: 6 z 13
  • Punktów za historie: 1669
  • Komentarzy: 164
  • Punktów za komentarze: 844
 

#87313

(PW) ·
| Do ulubionych
Wrzucę, bo mam wrażenie, że problem narasta i warto go nagłośnić. Chodzi o fejkowe sklepy internetowe, zwłaszcza handlujące odzieżą i obuwiem.

Kiedyś szukałam sukienki na wesele, przejrzałam też internet, no i zaczęło się: w Google Adds zwaliło się na mnie pełno reklam wystrzałowych i nietuzinkowych sukienek. Powiem szczerze, że w pierwszej chwili (jedna sukienka była naprawdę zachwycająca) rozważałam zakup, ale odstraszyło mnie to, że wysyłka miała być z zagranicy, a także dość wysoka cena. Potem poczytałam opinie o sklepie i cały czar prysł - strony z opiniami były pełne niezadowolonych klientów, którzy otrzymali towar niskiej jakości i nie mogli się skontaktować ze sklepem.

Od tego czasu, ilekroć szukam w internecie jakiegoś ciuszka, moje reklamy spersonalizowane są zalewane ofertami takich sklepów - ostatnio Coloryee i Airydress. Mają pewne cechy wspólne:

- ubrania najczęściej są w istocie niezwykłe, nietuzinkowe, przez co bardzo kuszą (ach te bluzy z motywami gór i lasu, kupowałabym jak Reksio szynkę... tylko kobieta to zrozumie :P);
- strona na język polski jest tłumaczona przez translator (żadna poważna marka tak nie zrobi);
- nie ma systemu ocen produktów lub czasami jest, ale ocen jest bardzo mało;
- ceny czasami są bardzo niskie, choć nie zawsze;
- nie ma podanego adresu do kontaktu albo jest, ale np. w Azji - w praktyce pisz na Berdyczów;
- częstym chwytem marketingowym jest gigantyczna promocja, która kończy się za kilka-kilkanaście godzin (żebyś przypadkiem, internauto, nie namyślał się za długo).

Możliwe, że dla starego wyjadacza internetów coś takiego śmierdzi kitem na kilometr, ale np. moja mama i ciocia, obie w sile wieku i rzadko korzystające z internetu, prawie się nabrały. Poza tym te strony są robione w miarę profesjonalnie i na pierwszy rzut oka nie różnią się tak bardzo od zwykłych sklepów.

Długą LISTĘ FEJKOWYCH SKLEPÓW można znaleźć tutaj:

https://www.legalniewsieci.pl/aktualnosci/podejrzane-sklepy-internetowe

Można też wpisać w Google nazwę sklepu z dopiskiem "opinie".

I na koniec ciekawostka. Najczęstszym problemem, który zgłaszają oszukani klienci, jest niska jakość towaru - nie wygląda on jak na zdjęciach. Jeśli naprawdę podoba nam się jakiś ciuszek, warto pod tym kątem przeszukać Aliexpress. Ja już dwa razy znalazłam to samo ubranie na Ali, ale w niższej cenie i albo opatrzone przez uczciwego chińskiego sprzedawcę zdjęciami "real photo", bez retuszu, albo takich zdjęć dostarczali kupujący (na Ali jest system ocen i można dodać zdjęcia). Zwykle odechciewa się kupować.

Przestrzeżcie swoje mamy i babcie.

sklepy_internetowe oszustwo

Skomentuj (9) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 145 (151)

#81915

(PW) ·
| Do ulubionych
Pracuję w saloniku prasowym. W przeciągu tygodnia trafiły się nam dwie awantury (raz trafiło na zły humor szefowej, więc akcja konkretna :D). Poszło o Newsweeka.

Za pierwszym razem oberwało nam się za to, że Newsweek stoi na eksponowanym miejscu i czemu sprzedajemy tę gadzinówkę.

Za drugim razem za to, że stoi na zbyt mało eksponowanym miejscu, a na przodzie "W sieci" itp.

Może postawimy tam krzyżówki? ;)

sklepy prasa

Skomentuj (11) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 141 (183)

#81279

(PW) ·
| Do ulubionych
Co jakiś czas przeglądam ogłoszenia o pracę i kiedy trafi się coś ciekawego, opowiadam. Przez ostatni miesiąc nie robiłam tego systematycznie z powodu innych obowiązków i okazało się, że przegapiłam świetną ofertę bardzo pasującą do moich kwalifikacji. W dodatku w znanej firmie, o której każdy słyszał. Na portalu ogłoszeniowym wisiała już ponad miesiąc, ale była tak zachęcająca, że z nadzieją sprawdziłam zakładkę "Kariera" na stronie firmy, a tam... jest! Wisi! Z dopiskiem "Wszystkie ogłoszenia na naszej stronie są aktualne".

Zatarłam ręce, zrobiłam małą powtórkę do testu kompetencji. Narozkminiałam się zdrowo nad tym, co mnie na nim czeka, skoro nikt przez miesiąc nie jest w stanie go zdać? Ale może a nuż test łatwy, tylko płaca nieatrakcyjna albo co innego? Co się nastresowałam, to moje.

Zwolniłam się z obecnej pracy, żeby zmieścić się w ustalonych w ogłoszeniu godzinach. Obryta, zwarta i gotowa stawiłam się napisać test. I wiecie co? Portier popatrzył na mnie jak na zielonego kota, bo ogłoszenie podobno było aktualne 2 miesiące temu.

Także ten... dobrze, że daleko nie miałam. Ciekawe ilu było takich jak ja - oferta dość atrakcyjna, informacja na stronie wypisana wołami. Jeśli oni mają taki sam zapłon przy wypłacaniu pensji, jak przy aktualizowaniu swojej strony, to może ja dziękuję :)

praca

Skomentuj (8) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 141 (173)
zarchiwizowany

#80764

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Ostatnio marka Żywiec zaprojektowała sobie promujące picie wody etykietki z napisami w stylu: "do pracy", "na wycieczkę", "na spacer".

Dziś w naszym kiosku:
- Dzień dobry, poproszę wodę niegazowaną.
- Proszę bardzo, można brać.

(Tu klientka podnosi jedną butelkę i ogląda)

- Eee, takiej do szkoły to ja nie chcę...

(Odwraca się na pięcie i wychodzi).

Reklama dźwignią handlu.

sklepy

Skomentuj Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: -10 (26)

#77524

(PW) ·
| Do ulubionych
Cóż, chyba wsadzę kij w mrowisko i pewnie dostanę mnóstwo minusów, trudno. O wielbicielach szybkich maszyn. Przepraszam, że długo, ale chcę dobrze wyjaśnić, o co mi chodzi.

Niestety od kilku lat mieszkam w mieszkaniu w centrum dużego miasta, a obok bloku mam jedną z głównych dróg. Jest to szeroka trasa, 2 pasy + buspas w każdą stronę, niezła nawierzchnia, bezpośrednie połączenie z drogami wylotowymi z miasta. Można się rozpędzić.

W ciągu dnia ruch jest duży i jest głośno, to fakt. Każdy w moim bloku ma szczelne plastikowe okna, bo bez tego ani rusz. Zimą można je zamknąć, tłumią prawie cały hałas, słychać tylko jednostajny szum jadących aut. Słychać też karetki, są bardzo głośne, ale one w końcu ratują ludzkie życie, tiry niewiele więcej do ogółu dokładają. Trochę gorzej, kiedy jest lato i chcemy okno otworzyć. Wtedy szum aut jest głośniejszy, sygnały karetek bardziej dokuczliwe, ale w dzień wszystko jest ok.

Gorzej jest nocą, kiedy chciałoby się spać. Taki hałas jak w dzień przy otwartym oknie nie dawałby zasnąć, ale nocą ruch jest nieznaczny, kierowcy karetek wyłączają sygnał dźwiękowy, skoro nie jest potrzebny (chwała im za to!), a tiry mają zakaz wjazdu. Wszystko byłoby ok, dałoby się wytrzymać, ale problem jest jeden. Motocykliści oraz zapewne również inni wielbiciele maszyn szybkich i głośnych.

Naprawdę nic nie mam do ludzi, którzy motocyklem po prostu kulturalnie jadą. Można mieć w maszynie dobry tłumik, przestrzegać ograniczeń prędkości, łagodnie ruszyć na światłach i przejechać przemieszczając się najnormalniej z A do B. Najęłam mieszkanie koło ruchliwej trasy, wiedziałam, że tą trasą się jeździ i na co się piszę. Ale do czego zmierzam: oprócz normalnych użytkowników drogi jest jeszcze pewna grupa fanów sportów motorowych, których maszyny są bardzo głośne. I naprawdę nie mam na myśli tego, że słychać silnik, tak po prostu.

Mam na myśli maszyny, które wydają z siebie RYK. Naprawdę głośny, potworny RYK, który jest doskonale słyszalny przy oknach zamkniętych, a przy otwartych powoduje, że człowiek zapomina, o czym myślał w danej chwili, o obudzeniu w nocy nie wspomnę, przeciętny kot chowa się pod kanapę, szyby w meblościankach drżą, a komary przystają w locie zdezorientowane (rzadko wpadają do nas na piąte piętro, ale nie zdziwiłabym się, gdyby pospadałyby z sufitu*). Taka sytuacja, jak sądzę, nie jest wynikiem normalnego użytkowania jednośladu, ale zbyt gwałtownej jazdy i niewłaściwego tłumika. Tacy kierowcy ostro ruszają ze świateł i agresywnie przyspieszają, generując ogromny hałas. Podobno częstym zjawiskiem są też nielegalne wyścigi (w istocie te pojazdy często poruszają się w grupach, ale nie tylko).

Latem o spaniu przy otwartych oknach wręcz nie ma mowy. Może są ludzie, którzy mają twardy sen i dają radę, ale my ze współlokatorką - nie dajemy. Do wyboru: bezsenność z powodu hałasu lub z powodu gorąca i duchoty. A to jest blok, jest na tyle gorąco, że zdarzało mi się zasłabnąć po wstaniu z łóżka. W tym roku prawdopodobnie zmienię mieszkanie przed latem, będzie to jeden z koronnych powodów ku temu (szkoda, bo mieszkanie poza tym fajne).

A co przyspieszyło napisanie tej historii? Dziś w nocy (a jest jeszcze zimno i okna były zamknięte) nagle ze snu czy półsnu wyrwał mnie głośny dźwięk. Miał dużo decybeli i na tyle nietypową tonację, że mój śpiący mózg spłatał mi figla interpretując to jako nieznany, niebezpieczny odgłos. Przez sekundę czy dwie byłam (w półśnie) przekonana, że w blok zaraz uderzy jakiś pocisk lub spadający samolot. Obudziłam się z walącym jak młot sercem, które nie chciało się uspokoić kilkanaście minut**. Fajnie, nie? Obudziła się też współlokatorka. Co to do diabła było, jak szybko jechało i co miało podrasowane?

Powiecie pewnie: wynajęła mieszkanie przy drodze i narzeka, każdy ma prawo jechać ulicą, każdy ma prawo mieć hobby. No właśnie - ma prawo jechać, a nie przelatywać z RYKIEM głośniejszym wielokrotnie od wszystkich innych pojazdów.

ZANIM ZMINUSUJECIE, odpowiedzcie sobie najpierw na pytanie: czy jeśli wy mieszkacie przy drodze (każdy przy jakiejś mieszka), a moją pasją jest jazda na rowerze połączona z jednoczesnym graniem na werblu albo jodłowaniem, to czy mam prawo w godzinach ciszy nocnej, w upalną noc jechać koło wszego domu i drzeć japę? Przecież jest droga, a to moja pasja. No, jak tam odpowiedź?

KILKA WAŻNYCH UWAG:

- przypomnę, że mówimy o centrum miasta, gdzie wokół wspomnianej trasy są normalne, regularne osiedla i to bloków. To oznacza, że taki ancymon na motorze na każde przejechane sto metrów mija setki mieszkań, więc setki (jak nie tysiące) ludzi nie mogą spać. To uświadamia, jak porażający jest ich egoizm. O tym, że szybka, agresywna jazda w centrum miasta stanowi zagrożenie, nie będę wspominać, to osobny temat;

- dookoła miasta są autostrady i obwodnice, dlaczego nie mogą swojej pasji rozwijać tam? Jeśli kogoś stać na ścigacza, powinno być stać także na opłaty drogowe;

- nie mówcie, że mamy sobie wstawić stopery do uszu i przestać chrzanić. Przypomnę, że stopery tłumią też odgłos budzika, a do pracy wstawać trzeba. Co prawda przez jakiś czas mi się nawet udawało (stopery piankowe w nocy wysuwają się z uszu i rano nie tłumią już tak dobrze - budzik niby słychać), ale do czasu. A mam pracę, gdzie za zaspanie mogę wylecieć na zbity pysk. Czemu pół miasta ma się dostosowywać do kilku pacanów?

- dlaczego skoro można zabronić wjazdu tirom, a nawet karetki potrafią się dostosować (z ich strony to chyba czysta uprzejmość), nic się nie da zrobić z motocyklami? Niweczą starania innych użytkowników dróg.

I na koniec link potwierdzający, że nie tylko ja dostrzegam problem (artykuł dotyczy mojej okolicy): http://motocykle.onet.pl/glosne-motocykle-zagluszaja-cisze-nocna/d78lyk

* Z tymi komarami to oczywiście mały żarcik i przenośnia, ale taki opis ma na celu uświadomienie wam, co to za RYK.
** To oczywiście częściowo wina tego, że mi się przyśnił spadający samolot (naprawdę latają tędy dość nisko w kierunku lotniska, za dużo widać oglądam wiadomości), ale jest to chyba typowa reakcja na nagłe wybudzenie przez głośny hałas.

miasto hałas motocykliści cisza nocna

Skomentuj (35) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 238 (290)

#75072

(PW) ·
| Do ulubionych
Wyciąganie pieniędzy z ludzi za pomocą płatnych smsów weszło na nowy poziom - chyba ostateczny. Niedawno dostałam coś takiego:

Nie odzywasz sie magnetio [tutaj moje prawdziwe imię zamiast nicku] a ja jestem skłonny dac Ci wszystko, co mam. DOM, PIENIADZE- to sie nie liczy, kiedy chodzi o milosc. Dasz mi szanse? /3zl.eu

Pisownia oryginalna. Pytanie pierwsze: gdzie ja, do ciężkiej, dałam swój telefon i imię, że trafiły do takiego biznesu? Pytanie drugie: czy jest na świecie ktoś, kto się na takie smsy nabiera?

P.S. Pod podanym adresem można znaleźć regulamin usługi. Jest to coś w rodzaju chatu http://e-reg.eu/anons2.html Sms kosztuje 3 zł, a w niektórych wariantach nawet 25 zł.

smsy oszuści

Skomentuj (18) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 150 (166)

#64869

(PW) ·
| Do ulubionych
Epopeja kolejowa, rozdział 3546.

Kolej, jaka jest, każdy widzi. A że jestem, można powiedzieć, stałym klientem Intercity (kilka razy do roku podróżuję Z Krakowa do Bydgoszczy i z powrotem), to już widziałam niejedno. Przetrwałam różnorakie opóźnienia i awarie, brak ogrzewania zimą i włączone ogrzewanie latem, brudne i zepsute toalety, strajk kolejarzy, wzywanie policji z powodu kłótni konduktora z pasażerem i związany z tym dwugodzinny postój itd., itp.

Jednak kiedy wracałam do Krakowa w ostatniego Sylwestra, kolej przeszła samą siebie. Do opisania wszystkiego skłoniła mnie właśnie odebrana od listonosza odpowiedź na reklamację, która, szczerze mówiąc, niezbyt mnie satysfakcjonuje. Zastanawiam się, co o tym myślicie i czy walczylibyście dalej o jakąś większą rekompensatę i jak.

Wszystko zaczęło oczywiście na dworcu w Bydgoszczy. Miałam bilet na świetne, wyjątkowo szybkie połączenie do Krakowa z przesiadką w Warszawie. Kiedy dodarłam na peron, zdziwiłam się dość mocno, bo zamiast zwykłego składu z wagonami przedziałowymi podstawiono elegancki, pachnący nowością szynobus made by Pesa. Jedna z toalet (co charakterystyczne) nieczynna, ale nic to. Czysto, ciepło, jasno, miejscówka jest - jedziemy!

Sadzam cztery litery i zabieram się do czytania. I wszystko idzie aż za pięknie, gdy nagle pociąg staje na małej stacyjce i... gasną światła. Myślę: nic to, zaraz będzie jasno (było jakoś po 7 rano), jedźmy, bo mi przesiadkę w Warszawie diabli wezmą. Tymczasem stoimy... i stoimy. Elektryczność wyraźnie nie działa, albo nie działa częściowo, bo zapalają się i gasną mniejsze elementy (wyświetlacze cyfrowe i światełka przy drzwiach). Zaczyna się robić zimno, bo ogrzewania też widać padło. Obsługa biega w tę i z powrotem. Po jakimś czasie wreszcie zapala się światło i ruszamy. Obsługa podaje komunikat, że mamy z powodu awarii 40 minut opóźnienia i proszą o zgłaszanie, gdzie kto się przesiada.

Ponieważ, jak mówiłam, jestem raczej kolejowym weteranem, nie przeraziłam się za bardzo. Wykonałam kilka telefonów do brata przed komputerem, żeby ustalić, czym pojadę dalej do Krakowa, jeśli przesiadka mi ucieknie. Jak zapewne wiecie, na trasie Warszawa-Kraków śmiga od niedawna radośnie Pendolino. Odkąd jest, sypią się skargi na to, że zmniejszyła się ilość normalnych połączeń na rzecz drogiego Pendolino. Coś w tym musi być, bo w ciągu następnych kilku godzin jechały do Krakowa dwa dumne Pendolino oraz jeden pociąg TLK przez Kielce. Kto podróżuje na trasie Warszawa-Kraków, wie, że połączenie przez Kielce jest zupełnie nieopłacalne, bo trwa ok. 5h zamiast ok. 3h.

Dowiedziawszy się się, jak połączenia stoją, zaklęłam pod nosem i zaczęłam kombinować. No przecież najbliższy pociąg to Pendolino, może więc jeszcze ta podróż nie jest stracona?* Konduktor też kumał czaczę (pozdrowienia zresztą dla obsługi tego pociągu, bardzo ogarnięci i uprzejmi) i dzwonił się dowiadywać, czy ja i inni jadący do Krakowa możemy jechać Pendolino, ale otrzymał odpowiedź odmowną. Niezrażona postanowiłam dowiadywać się jeszcze w kasach, bo wiadomo - wersja może po drodze ulec zmianie. Poza tym byłam ciekawa, jakim prawem odmawiają nam przesiadki na Pendolino i gdzie jest taki zapis w regulaminie. Możecie powiedzieć, że to bezczelne żądać przejażdżki Pendolino za trzy dychy xD, że to byłoby za dobrze, ale skoro mieliśmy teoretycznie do tego prawo...

Wysiadka na dworcu Warszawa Zachodnia i tu ciekawostka. Na peronie konduktora zagadnęli jacyś studenci i usłyszałam, ni mniej, ni więcej: "Proszę Panów, jak jedziecie do Krakowa, to uważajcie, oni ten skład na pewno trochę oczyszczą i puszczą dalej w trasę do Krakowa". Tymczasem pofatygowałam się do kas, bo konieczne jest w takich wypadkach opisanie biletu. Panie w kasach powtórzyły śpiewkę o niemożności przesiadki na Pendolino, a powodem miała być... a jakże, awaria. Podobno padł system rezerwacji, więc nie mogły nam wystawić miejscówki**. W przypadku normalnego ekspresu wsadzili by nas tam i tak, każdy usiadłby gdzie wolne albo stał, ale przeca hołota na stojąco na korytarzu nie pojedzie pięknym Pendolino, oj nie. Pozostało więc jedynie beznadziejne połączenie przez Kielce. Zrezygnowana kazałam sobie ostemplować ten bilet i powlokłam się na peron.

Przydługa ta historia, ale weźcie teraz głęboki oddech. Trzymajcie się kapeluszy, bo jazda dopiero się zaczyna.

Kiedy podstawiono pociąg do Krakowa... zgadliście? Tak, to był ten sam skład z Pesy. Intercity wysłało w trasę po raz drugi TEN SAM SKŁAD, O KTÓRYM WIADOMO BYŁO, ŻE JEST NIE DO KOŃCA SPRAWNY. Jest na to co najmniej kilka dowodów:

- takie składy nie jeżdżą często na tej trasie,
- ta sama zepsuta toaleta,
- słowa konduktora na peronie (zresztą jeden z ekipy wiozącej nas do Krk potwierdził, że wiedzieli o awarii).

Na widok grata z Pesy para poszła mi uszami, ale co zrobić. Byłam głodna, zmęczona (planowo powinnam już dojeżdżać do Krk), nic innego nie jechało. Wsiadam i jedziemy. Na kolejnych stacjach pociąg zapełnia się i ludzie stoją wszędzie. Szynobus ma dwa kible, z czego jeden zepsuty. Nie ma lekko, ale bywało gorzej. Byle tylko jechał, byle tylko koła się kręciły...

I znów zgadliście. Poczułam się jak w dniu świra. Pociąg staje na małej stacyjce, światła gasną (tym razem zgasło wszystko - nie działały wyświetlacze, drzwi, ogrzewanie - nic). Sterczymy pośrodku niczego (stacja nie wygląda na czynną i używaną), dwóch bezradnych konduktorów wydzwania do centrali. Siedziałam z przodu, więc słyszałam, jak orzekli, że pociąg nie pojedzie dalej i trzeba czekać na jakiś zastępczy środek transportu.

Tymczasem tłum w środku zaczął się niepokoić i zaczęły się dziać rzeczy nieciekawe. Wiecie ile osób wejdzie do zatłoczonego szynobusa? Też nie wiem, ale pewnie co najmniej 100-150. Zdecydowanie za dużo, by dwóch konduktorów mogło ten chaos opanować. Niektórzy, widząc nazwę stacji (Łęczyca), dowiedzieli się online, że do Krakowa już niedaleko i zaczęli dzwonić po bliskich, by załatwili transport. I chcą wyjść. Łups, drzwi nie działają. Komuś udaje się otworzyć jedne. Łups, nie z tej strony - wychodzą na torowisko, nie na peron. Konduktor się drze: "Nie na tory!", ktoś się drze: "Ludzie, tu Pendolino jeździ, nie na tory!" i to dopiero powstrzymuje tłum :)

W końcu zapada decyzja, że będzie przejeżdżał jakiś ekspres i zabierze nas do Krakowa. Trzeba wysiąść, udaje się otworzyć jedne drzwi na peron. Słyszę piski - okazuje się, że przecież schodki pomagające wysiąść są na prąd i nie wysuwają się, a na starej stacyjce peron niziutki. Czeka nas więc skok ponad metr w dół (z bagażami w rękach), dzięki Bogu, że jechali głównie studenci, a więc osoby młode. Kilka starszych musieli chyba wynieść na rękach, bo nie wiem, jak wysiadły.

Jeszcze gorzej w drugą stronę - wgramolić się do wysokiego pociągu tłumowi ludzi z torbami też łatwo nie jest, zwłaszcza że rozbiegają się bez kontroli i wsiadają jak popadnie, również od strony torowiska. Może wydaje się mało piekielne, ale znacie psychologię tłumu. Wszyscy skakali pospiesznie na ten peron, a potem ładowali się chaotycznie do podstawionego pociągu. Moim zdaniem cud, że nikt sobie czegoś nie zrobił, nie wpadł pod pociąg. W końcu w mało komfortowych warunkach (bo zawartość dwóch składów skiszona do jednego) docieramy do Krakowa - w moim przypadku w sumie 6 h później, niż to było planowane.

Podsumowując:
- Intercity świadomie puściło w trasę niesprawny skład,
- nie można było się przesiąść na Pendolino z powodu awarii systemu,
- brak kontroli nad tłumem i chaos podczas przesiadki,
- moja podróż wydłużona z 6 do 12 h.

Kilka dni później zaniosłam do biura obsługi Intercity reklamację. Czego byście żądali na moim miejscu? Zawnioskowałam o zwrot pełnej kwoty za bilet, naiwnie licząc, że może jeszcze dorzucą coś w bonach, zniżki jakieś. Wiecie, co przeczytałam w odpowiedzi? Że przecież umożliwiono mi dalszą podróż, więc czego chcę? Z powodu opóźnienia wynoszącego ponad 60 min. przysługuje mi zwrot 50% ceny biletu. Może i tak, może i jest to zgodne z regulaminem, ale uważam, że za takie warunki podróży nie powinna im się należeć ani złotówka.

Przypomnę, że to nie było zwykłe spóźnienie spowodowane jedną awarią, bo to można zrozumieć - maszyny czasem się psują. Ale podstawiono ten pociąg po raz drugi i to właśnie mam pretensje. Wychodzi na to, że mogą bezkarnie podstawiać zepsute pociągi i zarabiać na tym pieniądze.

Co myślicie - czy ja jestem zbyt roszczeniowa? A jeśli nie, co jeszcze można zrobić?

*Dla tych, co nie znają kolejowych zasad, przypomnę, że jeśli tracimy połączenie z winy przewoźnika, to przysługuje nam przejazd najbliższym środkiem transportu w ramach naszego biletu. Kiedyś już udało mi się z tego prawa skorzystać, dzięki czemu przejechałam się eleganckim ekspresem na moim bilecie Tanich Lini Kolejowych.
**Tak też uargumentowano to w odpowiedzi na reklamację.

Intercity

Skomentuj (24) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 284 (386)
zarchiwizowany

#58078

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Dziś taka refleksja na temat poruszany już wielokrotnie: trzeba uważać, komu dajemy pieniądze na ulicy. Nie zawsze to są osoby biedne.

Pracuję w saloniku prasowym, w którym mamy również kolekturę Lotto. Prawie codziennie w godzinach popołudniowych wielokrotnie odwiedza nas pewna Pani, ok. 50 lat. Pani ubrana niezbyt gustownie, lecz czysto. Nie przepadamy za nią, bo czasami dziwnie się zachowuje i nie jest miła dla innych klientów, ale nie to jest prawdziwym powodem.

Pani ta jest namiętną fanką zdrapek Lotto i kupuje ich dość dużo. Nie byłoby w tym nic dziwnego ani gorszącego gdyby nie to, że Pani kupuje je za pieniądze wyżebrane od przechodniów w okolicy. Wiemy, że przeważnie prosi o pieniądze na jedzenie, a potem przychodzi do nas (i nie tylko do nas, odwiedza też inne kolektury) po zdrapki. Dość często wygrywa kwoty rzędu 50-100 zł.

Do napisania tej historii skłoniła mnie wczorajsza sytuacja. Wczoraj Pani postanowiła jak zwykle obrać sobie jedną ze zdrapek po 2 zł i kupować losy z niej kolejno poczynając od najwyższych numerów. Traf chciał, że tego dnia ta zdrapka nie cieszyła się zainteresowaniem i poza bohaterką historii dwa losy kupił tylko jeden klient. Za ostatnim razem kupiła losy z numerami ok. 60, a paczka liczy 100 zdrapek. Czyli klientka sama niemalże wykupiła ok. 40 losów. Część z nich zawierała wygrane na małe kwoty (2-4 zł), które od razu były wymieniane na kolejne losy, ale i tak szacuję, że Pani wydała na losy ok. 50 zł, czyli niemal tyle, ile wynosi moja dniówka za 8 godzin ciężkiego zasuwania.

Nie wiemy, jaka jest życiowa historia tej Pani, osobiście staram się nie oceniać, choć przypuszczamy, że może być po prostu uzależniona od hazardu. Niestety to nie alkohol, gdzie można powiesić kartkę "nietrzeźwym nie sprzedajemy" i już. Tak naprawdę nie ma paragrafu, który pozwoliłby nam nie sprzedawać jej zdrapek, zresztą czasem Pani ta potrafi być nieprzyjemna lub nawet nieco agresywna. Teoretycznie nie łamie prawa, ale pozostaje niesmak i refleksja, że przecież nie wydając pieniędzy na zdrapki, mogłaby całkiem godnie żyć, bo przecież "zarabia" tyle ile ja (bez premii i dodatków nie byłoby lekko, ale wynajmuję pokój i utrzymuję się sama). Dlatego uważajcie, komu dajecie pieniądze.

Skomentuj (42) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 74 (232)
zarchiwizowany

#54767

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Smutne przemyślenia ekspedientki sklepowej na temat rozmieniania pieniędzy i nie tylko.

Ostatnie dni w naszym sklepie były dość ciężkie, duży ruch w weekend, ciężki poniedziałek jak zwykle wypełniony dostawami, załatwianiem, stertami towaru do wyłożenia. W międzyczasie człowiek zmęczony i skołowany próbuje obsługiwać klientów.

Kto pracował za kasą przy dużym ruchu, wie, że łatwo w takiej sytuacji wpaść w niebezpieczny automatyzm, w cykl odruchów z rodzaju podaj cenę - weź banknot - spójrz ile reszty - wydaj resztę, a w tym czasie nasz mózg myśli sobie radośnie o czymś innym, np. denerwuje się stertą faktur do ogarnięcia. To bierze się ze zmęczenia, kiedy obsługujemy osobę za osobą. Jeżeli coś rozbije ten cykl odruchów, np. drugi pytający o coś klient, moneta, która spada na ziemię, to może być źle. Po prostu trafiają się wtedy głupawe błędy.

Piszę o tym, bo w ciągu kilku dni zaliczyłyśmy dwa duże manka na okrągłe kwoty, w tym jedno na 100 złotych. Jedynym realnym sposobem zrobienia manka na 100 złotych jest pomyłka przy rozmienianiu pieniędzy. Ktoś pyta, czy masz rozmienić stówkę, wyciągasz 100 zł drobnych i zapominasz wziąć banknot stuzłotowy z jego ręki (bo coś odwróciło twoją uwagę) albo niechcący podajesz mu tą stówkę z powrotem z drobniakami*. Właśnie dlatego, że pracujesz jak automat którąś godzinę z rzędu.

Powiecie: twoja wina, trzeba się pilnować. No jasne, ale z drugiej strony: co za świnia zabiera kasjerowi 100 złotych, które jej się nie należy? Zdarzyło mi się może ze dwa razy, że ktoś oddał niesłusznie wydaną drobną kwotę, tak do 20 zł. Przy większych nie zdarza się. Należy też wspomnieć sytuację, która miała miejsce kilka miesięcy temu: jakiś .... oszukał naszą koleżankę na 200 zł przy wymienianiu pieniędzy (miał dużo drobnych do wymiany na grube, kilka razy zmieniał zdanie, zagadywał, kręcił itp. - w efekcie na koniec zmiany manko na dwie stówy). Do tego należy dodać przypadek wykrytej przez dostawcę fałszywej dwusetki (nie mamy skanera), toteż na widok dwusetki do rozmiany każda z nas dostaje gęsiej skórki.

Rozważam mocne ograniczenie rozmieniania pieniędzy komukolwiek, choćby z kasy się wylewało. W niektórych marketach kasjerzy mają surowy zakaz rozmieniania i wcale mnie to nie dziwi. Nie dziwcie się i wy.

P.S. W ciągu tych kilku dni mieliśmy też 2 przypadki kradzieży portfela pozostawionego przez starszego człowieka na półce poniżej kasy. Jest gorzej niż myślałam.

*Albo położysz na ladzie, ktoś o coś zapyta i stówka leży tam minutę za długo...

sklep

Skomentuj (25) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 113 (181)
zarchiwizowany

#46549

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Jakiś czas temu ktoś na tym portalu wylansował nośną konwencję poradników z cyklu "Jak wkurzyć sprzedawcę". Nie mogę się powstrzymać, żeby także od siebie nie dorzucić czegoś :) Poradnik będzie kompilacją obserwacji z dwóch miejsc, w których pracowałam, i chyba pasowałby do bardzo wielu sklepów i sklepików.

1. Właduj się do sklepu przed 6 rano korzystając z uchylonych drzwi, których nie zamknął dostawca prasy. Oczywiście w sklepie jest niezapalone światło (tylko mała lampka, bo już wiemy co będzie, jeśli zapalimy większe), czerwona tabliczka głosi "ZAMKNIĘTE", a sprzedawczynie, które dopiero co weszły, jeszcze w kurtkach, ale co tam! Wrzeszcz od progu "Wyborczą!" i nie przyjmuj do wiadomości, że gazety są nierozpakowane, a kasa nie włączona (za sprzedaż bez paragonu grożą wysokie kary). Możesz też pchać się do sklepu mimo że w całym budynku panują egipskie ciemności z powodu totalnego braku prądu i żądać sprzedania towaru. Albo przerywać kasjerce jej przerwę, w czasie której je (również zgaszone światło i kartka "przerwa" na drzwiach). Litości - dostaję od tego niestrawności ;)

2. Bądź naprawdę OBURZONY tym, że w maleńkim sklepiku nie ma twojego ulubionego smaku soku lub marki wody mineralnej (są oczywiście trzy inne, ale ciebie nie obchodzi, że na czwarty nie ma miejsca).

3. Obwiniaj kasjera za to, że ucieka ci autobus, podczas on wszystko robi jak najszybciej i zgodnie z zasadami sprzedaży.

4. Mów do kasjera, kiedy obsługuje innego klienta, wybijając go z rytmu. Ewentualnie wiś nad nim z banknotem, podtykając mu go prawie pod nos, kiedy widzisz, że dopiero zaczął skanować kupkę przyniesionych przez ciebie towarów lub wrzuca do kasetki drobne poprzedniego klienta. Możesz też próbować wbić się w kolejkę w stylu: "proszę, mam odliczone, biorę to!" (powtórzę: za sprzedaż bez paragonu grożą wysokie kary - tak, dla kontrolera obserwującego sytuację to może być sprzedaż bez paragonu). Do tej pory myślałam, że przeszkadzanie komuś w wykonywanej czynności/rozmowie jest niegrzeczne, ale ja ze wsi jestem ;)

5. Nigdy nie okazuj skruchy za swój błąd. Najpierw wydrzyj się na kasjera, twierdząc, że się pomylił/chciał cię oszukać. W żadnym wypadku nie przepraszaj, jeżeli jednak nie masz racji.

6. Mamrocz pod nosem, mów praktycznie bez używania strun głosowych lub niejasnymi półsłówkami. I tak już się wyćwiczyłam, np. wiem, że seria dźwięków w stylu "Mmmbll" to Marlboro, "szuszszchi" - chusteczki higieniczne ;)Owszem, sezon przeziębień, ale zwykle okazuje się, że gość potrafi mówić głośno, kiedy proszę o powtórzenie, a on tonem głosu daje mi do zrozumienia, że to skandal. Wiem też (dobrze widać problem na papierosach), że podanie samej marki papierosów oznacza przeważnie lighty w podstawowej długości i grubości, ale często po wyjęciu z półki i skasowaniu pada pełne rozgoryczenia "ale te cienkie miętowe!". Podobnie: "Bilet ulgowy... - tu bilet już wyjęty i kasa już robi trrrr drukarką - ale 20-minutowy!" No błagam. Oczywiście próbujemy temu zapobiegać dopytując, ale wtedy.... "no skoro mówię bilet, to chyba normalny jednoprzejazdowy, a jaki???". Hitem roku było, kiedy na wymamrotane coś, gdzie usłyszałam tylko "plus" i "dziesięć", zaczęłam drukować doładowanie do sieci Plus za 10 zł, po czym klient (widział cały czas, że nie dotykam terminala Lotto i podałam cenę: dziesięć złotych) olśnił mnie, że chodziło mu o zakład Multi Multi z plusem, 10 skreśleń.

7. Możesz też nie wypowiedzieć ani jednego słowa przez całą transakcję, olewając "Dzień dobry" i "Do wiedzenia" wypowiadane przez kasjerkę. Uprzedzam zarzuty: ludzie niemi i obcokrajowcy wydają z siebie dźwięki lub gestykulują.

8. W drugą stronę: nie słuchaj, co kasjer do ciebie mówi, bo przecież to taki plebs. Miałam przypadek z kartą, która była do zbierania punktów i płacenia. Po dostaniu karty w łapki pytam: "Będzie płatność kartą czy tylko punkty?". "Taaa, tak...". "Płatność, tak?". "Tak". Po skasowaniu moje pytanie: "Na ile rat? 1,2,3?"."Taaak." "Na trzy, tak?" "Tak." Po podaniu wydruku z kasy do podpisu oburzenie, zdziwienie, krzyk i awantura na cały sklep. Tylko dobra opinia uratowała mnie przed utratą pracy, bo kierowniczki (nie dziwię się im) nie chciały uwierzyć, że babka zatwierdziła płatność kartą, nie wiedząc o tym :)

9. Poproś o określony towar (np. gazetę, której cena jest stała), a po skasowaniu rzuć garść drobniaków, chwyć towar i wybiegnij, wołając "odliczone!". Pięknie, lubię drobniaki, ale niektórzy chyba uważają się za nieomylnych. Tymczasem często się zdarza, że w kupce po prostu brak 10, 20, 50 gr albo i złotówki. Można się pomylić, a i ceny czasem się zmieniają, prawda? Mogłabym sobie za to kupić bułkę na drugie śniadanie, zamiast sponsorować część waszego zakupu.

Wyszło trochę długo, więc kończę, choć można by dalej. Oczywiście te zachowania to nie pojedyncze przypadki, ale sytuacje nagminne. Chyba przeforsuję zamówienie do naszego sklepiku podręczników savoir-vivre'u i jakichś kursów multimedialnych retoryki i emisji głosu. Ba dum tsss ;)

sklepy

Skomentuj (13) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 137 (255)