Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation
Profil użytkownika

marcel_S

Zamieszcza historie od: 7 września 2013 - 17:51
Ostatnio: 13 lipca 2019 - 19:58
  • Historii na głównej: 7 z 12
  • Punktów za historie: 1728
  • Komentarzy: 50
  • Punktów za komentarze: 147
 

#84771

(PW) ·
| Do ulubionych
Albo mam wyjątkowego pecha do ratowników w Sosnowcu, albo jestem stary i się czepiam.

Kąpielisko Stawiki. Dziś, koło 14.00. Pierwszy weekend kiedy jest oficjalnie otwarte. Obiekt jest dobrze zaprojektowany. Pomost pływający na całym obwodzie. Na pomoście barierki, koło metra wysokości. Prysznice, przebieralnie, świeży piasek, budka z lodami, siłownia - wypas.

W wodzie masa ludzi. Niestety, około dwudziestu osób odstawia dzikie skoki do wody z pomostu. Serio dzikie. Przez barierkę, na nogi, na głowę, z saltem, z góry barierki. Przy głębokości akwenu 2.2 skok z wysokości 1,6m. Ekipa skakała raz za razem, widać że muszą się wyszaleć.

Pięć metrów dalej stanowisko ratownicze. Pełniąca obowiązki ratownika reaguje "ej no weź nie skacz". Ekipa ma ją w głębokim poważaniu. Pozostała część zespołu (trzy osoby) siedzi na plaży pod parasolem i nie reaguje.
Po dwudziestu minutach, ekipa przeniosła się na drugą stronę - tam są pale do których zacumowany jest pomost, i można wygodniej skakać.
Wszedłem z córką na pomost. Młoda podeszła do drabinek i skoczyła. Na nogi, niewielką odległość, pustą wodę i z moim nadzorem.

Ratownik (zmienił dziewczynę na stanowisku parę minut wcześniej), od razu podszedł i "ale tu nie wolno skakać".
Puściły mi nerwy i wygarnąłem co myślę o takim burdelu na obiekcie. O dziwo, chwilę później pojawił się szef zespołu i zaczął dopytywać w czym mam problem.
Też wygarnąłem.

I poszliśmy skakać z córką na drugą stronę pomostu. Potem widziałem że zmienili rozstawienie stanowisk, i pilnowali faktycznie żeby nie skakano w kąpielisko.

Nie jest mi wstyd. Jestem wkurzony, bo WOPR Sosnowiec był przez lata moją macierzystą jednostką. I strasznie jest widzieć do jakiego poziomu upadł.

kąpielisko

Skomentuj (5) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 109 (117)

#84732

(PW) ·
| Do ulubionych
Kopernikańskie teorie w praktyce*

Po dzisiejszej rozmowie ze znajomą, mam jeszcze zwarcia w mózgu. Pochwaliła się, że zrobiła kurs ratownika wodnego i sternika motorowodnego. Oba w ramach wyjazdów integracyjnych z korpo. Teraz szykuje się na kurs wspinaczki skałkowej.
Kiedyś ratownikiem byłem, pociągnąłem trochę temat. Co się dowiedziałem.

1. Oba kursy w systemie weekendowym. Konkretnie po jednym weekendzie na kurs - lampka ostrzegawcza zamigała.

2. Zajęcia od piątku do soboty, w niedziele egzamin. Włączył się buczek - bo gdzie czas na naukę i na zbudowanie kondycji?

3. Kurs ratownika. Sześćdziesiąt osób. Jeden instruktor. Cztery godziny w wodzie. Teorii trochę więcej. Na fantoma każdy miał mniej niż kwadrans - łot?!

4. Kurs sternika. Czterdzieści osób i dwóch instruktorów. Kilka godzin teorii i mniej więcej po pół godziny na kursanta na łodzi. Odbij, przybij, zrób ósemkę, popłyń po prostej rufą naprzód - co kur*a?!

5. W obu kursach 100% zdawalność.

Efekt?

Uprawnienia ratownika zyskała osoba, pływająca na poziomie karta pływacka plus, bez wyrobionych odruchów, znajomości przepisów, bez wiedzy jak podjąć poszkodowanego z wody, w praktyce bez umiejętności holowania, ledwo nurkująca, i bez umiejętności obsługi choćby rzutki rękawowej.

Ten sam człowiek, zyskuje też prawo do kierowania motorówkami o mocy do 60KW i długości 12m. Pomimo tego, że nie zna do końca prawa drogi, z oznaczeń kojarzy te najczęstsze, o oświetleniu nawigacyjnym nie wie nic, podobnie jak o rodzajach boi torowch czy znakach kardynalnych. Nie potrafi też podejść na mocy do osoby tonącej - bo nigdy nikt jej tego nie pokazał.

Ja pier**ę. Szkoleniowiec w dwa weekendy wyprodukował kilkadziesiąt osób, które nie mają pojęcia co robić na wodzie, a z racji nabytych uprawnień są przekonane o własnej zajebi**ści.
Ci ludzie tego lata wezmą skutery z wypożyczalni.
Takich ludzi jest rzesza, a będzie coraz więcej, bo te kursy odbywają się cały czas.

Co do tego ma Kopernik - "gorszy pieniądz wypiera lepszy".

ratownictwo korpo integracja

Skomentuj (13) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 175 (177)
zarchiwizowany

#84296

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Biedni nauczyciele.

Niestety wojenka między nauczycielami a rządem, zaczyna dotykać mnie osobiście - starsza pociecha ma niedługo zdawać maturę. Ostatnie co jej potrzebne to dodatkowy stres- a niepewna sytuacja czy/jak/kiedy/u kogo będzie zdawać, swoje dokłada.

Na głównej stronie tego portalu, pojawił się wpis ##84243, o ciężkiej doli nauczyciela. Spokojny stonowany, wskazujący na to że nauczyciel nie pracuje 18 tylko 43 godziny, że ma dodatkowe zajęcia, obowiązki, musi być do dyspozycji i tak dalej.

Szanowna Pani Nauczycielko. Nie tylko wy macie ciężko. Mało tego, nawet nie zdajecie sobie sprawy, co to jest ciężka praca. Po kolei.
Moim marzeniem było zostać nauczycielem - lubię uczyć siebie i innych, dwa miesiące wakacji kusiły, chodziłem do szkoły z wymogami i tradycjami w której nauczycieli szanowało się za wiedzę. Pod kątem pracy, wybrałem kierunek studiów i choć geniuszem nie jestem, starałem się wynieść z zajęć co tylko się dało.
Koniec studiów, zbiegł się z niżem demograficznym i pierwszą nieudolną reformą oświaty. Szkoły zamykano o pracę było ciężko, ale udało się załapać etat. Konkretnie 3/4 z 18 nauczycielskich godzin za 430zł do ręki.
Imałem się dodatkowych prac, założyłem własną firmę, brałem zlecenia - nie dało się. Po roku zrezygnowałem. Schowałem dyplom magistra do kieszeni, dumę wsadziłem w buty i poszedłem za fizycznego do fabryki.
Sześć lat przerobiłem jako fizyczny. Myłem halę, uczyłem się obsługi maszyn, statystyki przemysłowej, pomiarów, angielskiego. Orałem na 3 zmiany, brałem nadgodziny. Bywało tak że przepracowywałem wszystkie soboty i dwie niedziele w tygodniu. Tak proszę szanownej pani - ponad 220godzin pracy w miesiącu. Po sześciu latach pracy zarabiałem nieco ponad 2,5 do ręki+to co wpadnie za nadgodziny.
Zmieniłem pracę, bo miałem dość praktyki żeby awansować na inżyniera. Stawka ponad 3, ale zadaniowy czas pracy. A to oznacza, że jak samochód w Moskwie się zepsuł z powodu wadliwego elementu, to dostawałem polecenie wyjazdu do dostawcy części do Rumunii, w piątek po południu. Audyt w sobotę i niedzielę i powrót w poniedziałek.
Zgodnie z kodeksem pracy, dojazd do/z delegaję nie liczy się do czasu pracy - w ciągu roku spędziłem kilkaset godzin w trasach - bezpłatnie, bo takie były realia.
Firmy zmieniałem kilka razy, ale wszędzie jest to samo - 40h/tydzień dla inżyniera, jest tylko wtedy jak nic się nie zepsuło. Inaczej naczelny mówił sakramentalne "upewnijmy się zanim wyjdziem do domu, że wszystko działa".
Były też sytuacje iście hardcorowe - wyjazdy do Meksyku, Kanady i w takie miejsca. Od wyjścia z domu do wejścia do hotelu - 27 godzin. Bezpłatnych godzin, bo czas podróży jak już pisałem, nie liczy się do czasu pracy.
Miałem więc tydzień, gdzie oficjalnie przerobiłem w zakładzie 40h a dodatkowe 55h poświeciłem na dojazdy - dwa weekendy w plecy.
I jeszcze trick - po takiej trasie następnego dnia idziesz do pracy.
Bo niestety, Szanowna Nauczycielko - każdy ma mniej lub bardziej zadaniowy czas pracy. I dla każdego podstawa to fikcja. Tyle że wy zaczynacie z pułapu 18 i dobijacie czasem do 40-50 tygodniowo a inni zaczynają z 40 i dobijają do 90.
Oczywiście kasę mam większą. Rzekłbym bardzo dobrą. Ale za tą gotówką nie idzie ośmiogodzinne przekładanie papierków w biurze. Za tą kasą idzie dosypianie na lotnisku, zostawianie rodziny samej przynajmniej dwa razy na miesiac, zarwane weekendy i wiele innych.

Na sam koniec swojego wpisu, wspomniała Pani, że z chęcią zamieniłaby pani swój etat na coś godnie płatnego. Zapraszam do przemysłu. Potrzeba monterów, operatorów maszyn, rzemieślników, inżynierów, logistyków, planistów - jest hossa najlepszy moment na przekwalifikowanie. Dla osoby która ukończyła studia, kilkadziesiąt godzin dodatkowych szkoleń nie powinno być problemem.

Ale proszę nie liczyć na 40 godzin i do domu, bo takich etatów nie ma. A przynajmniej nie dobrze płatnych.

szkoła

Skomentuj (21) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 0 (74)

#83011

(PW) ·
| Do ulubionych
Przesrane.

Stawiki Sosnowiec. Na początku sezonu, oddano do użytku pływający pomost wokół kąpieliska. Fajny. Deski, dużo stali nierdzewnej, dalby, siedziska, daszek przeciwsłoneczny - krótko mówiąc molo na bogato.
Dziś patrzę, koło leżaków nasrane. I to nie jeden piesek skorzystał a kilka, i nie piesek tylko spory bydlak musiał być.
Zakaz jest, ale oczywiście 'mój piesek nie sra, a jak już to ja sprzątam'. To że poleci między deski wprost na kąpielisko - jeden kij.

Apogeum na sam koniec. Przebieralnia - niestety tylko jedna. W środku również odchody - tym razem ludzkie - pies raczej nie używa papieru.

Dzicz.

kąpielisko

Skomentuj (11) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 170 (176)
zarchiwizowany

#82935

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Rozwój akcji z zeszłej soboty #82910. Dziś powtórka. Pociąg, kajak, pływanie i oczywiście interwencja.
Kurcze, nawet ekipa na ribie była ta sama. Ponieważ nic nie wskórali, wrócili z Policją (motorówka PW też śmiga po jeziorze). Co ciekawe, nie zgłosili że pływam bez kapoka, tylko że jestem pijany. Alkomat pokazał 0.0 bo nic innego pokazać nie mógł. Policjanty sprawdziły czy mam kamizelkę i doradzili żebym założył bo bezpieczniej. Zgodziłem się że w kamizelce bezpieczniej, ale bez wygodniej, i na tym interwencja się skończyła.
Następny raz będę tam dwudziestego szóstego, i nurtuje mnie myśl czy już chłopaki ochłoną, czy nadal będą się wygłupiać.

kajak jezioro

Skomentuj (1) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: -3 (29)
zarchiwizowany

#82910

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Poprzedni mój wpis, został zarchiwizowany, bo otrzymał sporo ujemnych punktów. Przeredagowałem go tak, żeby był bardziej czytelny dla laika, i bardziej oddawał na czym polega piekielność. Dodatkowe komentarze dodałem w nawiasach.
---------------
Zmagań z służbami ratowniczymi ciąg dalszy.

Jaka jest ostatnio pogoda, każdy widzi. Ukrop, żal nie spędzić w wodzie lub nad wodą. Tym bardziej że w tym roku nadrabiam zaległości z zeszłego. Jeszcze ciemno trzydzieści pociąg i heja nad spore jezioro. O 9.00, kajak nadmuchany, zasztauowany, gotowy do wypłynięcia.

(Nie jest to kajak zabawka, tylko pneumatyk którego używa się na spływach do długościach tysięcy kilometrów. Sztauowanie oznacza takie rozmieszczenie ładunku, że jest on zabezpieczony przed przesunięciem w każdych warunkach)

Sielanka. Opalanie, wiosłowanie, trochę pływania wokół kajaka. Ponieważ nie lubię tłumu, trzymam się raczej środka jeziora.
(Pływam na tyle dobrze, że mógłbym nawet wrócić do brzegu - 2km, ciągnąc ten kajak za sobą)

Jak już zaspokoiłem pierwszy głód pływania - pora coś przekąsić. Tu słowo wyjaśnienia, to że kajak jest dmuchany nie oznacza że jest niewywrotny. Żeby mi nie chybotał na jeziorze, zrobiłem dryfkotwę. Składane wiadro, pomarańczowy bojrep, i kilka metrów linki. Po zarzuceniu, kajak prawie stoi w miejscu mimo wiatru i zawsze jest dziobem do fali.

(Dryfkotwa, to rodzaj spadochronu zawieszonego w wodzie przed łodzią. Na wietrze, łódź dryfuje szybciej, dryfkotwa wolniej, przez co łódź ustawia się dziobem do fali, i jest mniejsze ryzyko wywrotki. Bojrep w tym przypadku, to pływak który utrzymuje dryfkotwę na określonej głębokości - około metra pod wodą w tym przypadku. Wygląda jak piłka basebalowa o długości ok 30cm i jest rażówiaście pomarańczowy z dwiema taśmami odblaskowymi klasy SOLAS)


Dziamam kanapki. I nagle słyszę wrrrrrr. I widzę woprówkę hamującą bokiem obok mnie i to z pełnej prędkości. No tak, jest dobrze po 11, bliżej 12, chłopaki zaczęli pracę.

(Na pływaniu patrolowym, pływa się na małej mocy. Kultura na wodzie wymaga by do jednostki podchodzić od dziobu lub lewej burty-nie jest to ujęte w przepisach, ale taki zwyczaj. Natomiast chłopaki zrobili podejście ratunkowe. Maksymalny ciąg i prędkość, kilka metrów przed celem, maksymalne wychylenie steru - i jednostka efektownie leci bokiem. Stosowane przy dojściu do tonącego, tak żeby go mieć na burcie albo rufie, bo tam łatwiej go wyciągać)

Gość na jednostce wyciąga megafon! (na dystansie 5-7m) i krzyczy: Założyć kamizelkę!!

Pozwoliłem sobie zignorować.

(Opcją było że powiem spier**j. Ani mi on kuzyn, ani brat, brudzia razem nie piliśmy, a ton rozkazujący może stosować wśród znajomych.
Nie było żadnego powodu żebym kamizelkę miał na sobie. Pływam dobrze i już to wystarcza żeby w świetle przepisów zostawić ją na pokładzie. Dodatkowo mam kilka patentów na prowadzenie jednostek i dzięki temu nawet moi załoganci mogą pływać bez kamizelek.
Przy temp 30+ dodatkowa izolacja na grzbiecie to żadna przyjemność)

Podpłynął bliżej i drze japę coraz głośniej. Coś tam o mandatach wspomina, każe wracać do brzegu.

(WOPR nie może nakazać powrotu do brzegu poza kąpieliskiem. Nie może wystawiać mandatów. Nie ma prawa do legitymowania na wodzie, ani sprawdzania wyposażenia łodzi. Jeżeli są pewni swego - mogą wezwać Policję i to ona może te wszystkie rzeczy zrobić)


Pewnie wszystko skończyłoby się na pokrzykiwniu, gdyby nie to że postanowili zwrócić moją uwagę, poprzez zrobienie kółka wokół kajaka.
(Tak to przynajmniej wyglądało, patrząc po wychyleniu kolumny silnika, w trakcie przejścia przed dziobem, nadal była ustawiona jakieś 30 stopni na ich lewa burtę.)

No i śruba zaplątała się im w linkę od dryfkotwy. Wiadro poszło w piguły, w końcu to brezent, linka elegancko się owinęła na wale, mną trochę szarpnęło a oni stoją.
Tyle bluzgów to dawno nie słyszałem. Odknagowałem linkę, trudno na straty, powiedziałem im dobitnie co o nich sądzę. Dodałem że wstyd przynoszą służbie, i żeby generalnie się odemnie odstosunkowali.

(Chłopaka poniosła dana mu władza, i przepłynął przed dziobem nie zwracając uwagi na bojrep, który był jakieś 10m przed dziobem. Młody prawdopodobnie nie wiedział nawet co to. Lina nawinęła się na śrubę i ją zablokowała. Wtedy klin który jest w niej umieszczony został ścięty, i wał pędny stracił połączenie ze śrubą. Każdy silnik ma takie zabezpieczenie.
Panowie na woprówce naruszyli przepisy prawa drogi. Jednostka na silniku ma zachować bezpieczną odległość od jednostki na żaglach, wiosłach lub położonej w dryfie. Zerwanie kotwicy, kotwicy martwej lub dryfkotwy, jest traktowane jak wypadek zarówno w ruchu śródlądowym jak i morskim. I jest karalne - na dzień dobry 500pln.
Odknagowanie, to odczepienie liny od knagi czyli takiego specyficznego uchwytu na pokładzie.
)

Odpłynęli na wiosłach.

(Nie mieli innego wyjścia, śruba luźna, dodatkowo nawinięte ie wleczone na niej kilka metrów liny)

Ludzie, co się dzieje z tą służbą? Z roku na rok jest coraz gorzej. Z łapanki ich biorą? Rozumiem młodość, hormony i poczucie misji, ale karwa jakiś poziom zachowań obowiązuje.

(Byłem czynnym ratownikiem przez wiele sezonów. Na wszystkich kursach instruktorzy bili do łba : wiedza, zdecydowanie i kultura. Na egzaminie teoretycznym, za nieznajomość paragrafu, wyposażenia apteczki, czy ilości kibli na kąpielisku stałym, dostawało się karną rundę 800m dowolnym-na przypomnienie.
Tak samo nam tłukli do łba, że ratownictwo to praca i służba, a nie lans i władza).

jezioro

Skomentuj (5) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 5 (41)
zarchiwizowany

#82903

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Zmagań z służbami ratowniczymi ciąg dalszy.

Jaka jest ostatnio pogoda, każdy widzi. Ukrop, żal nie spędzić w wodzie lub nad wodą. Tym bardziej że w tym roku nadrabiam zaległości z zeszłego.

Jeszcze ciemno trzydzieści pociąg i heja nad spore jezioro. O 9.00, kajak nadmuchany, zasztauowany, gotowy do wypłynięcia.
Sielanka. Opalanie, wiosłowanie, trochę pływania wokół kajaka. Ponieważ nie lubię tłumu, trzymam się raczej środka jeziora. Jak już zaspokoiłem pierwszy głód pływania - pora coś przekąsić.
Tu słowo wyjaśnienia, to że kajak jest dmuchany nie oznacza że jest niewywrotny. Żeby mi nie chybotał na jeziorze, zrobiłem dryfkotwę. Składane wiadro, pomarańczowy bojrep, i kilka metrów linki. Po zarzuceniu, kajak prawie stoi w miejscu mimo wiatru i zawsze jest dziobem do fali.

Dziamam kanapki. I nagle słyszę wrrrrrr i na pełnej prędkości widzę woprówkę hamującą bokiem obok mnie. No tak, jest dobrze po 11, bliżej 12, chłopaki zaczęli pracę.
Gość na jednostce wyciąga megafon! (na dystansie 5-7m) i krzyczy: Założyć kamizelkę!!

Pozwoliłem sobie zignorować.

Podpłynął bliżej i drze japę coraz głośniej. Coś tam o mandatach wspomina, każe wracać do brzegu.
Pewnie wszystko skończyłoby się na pokrzykiwniu, gdyby nie to że postanowili zwrócić moją uwagę, poprzez zrobienie kółka wokół kajaka.
No i śruba zaplątała się im w linkę od dryfkotwy. Wiadro poszło w piguły, w końcu to brezent, linka elegancko się owinęła na wale, mną trochę szarpnęło a oni stoją.
Tyle bluzgów to dawno nie słyszałem. Odknagowałem linkę, trudno na straty, powiedziałem im dobitnie co o nich sądzę. Dodałem że wstyd przynoszą służbie, i żeby generalnie się odemnie odstosunkowali.

Odpłynęli na wiosłach.

Ludzie, co się dzieje z tą służbą? Z roku na rok jest coraz gorzej. Z łapanki ich biorą? Rozumiem młodość, hormony i poczucie misji, ale karwa jakiś poziom zachowań obowiązuje.

Jezioro kajak

Skomentuj (6) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 0 (30)
zarchiwizowany

#81064

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Historia bardzo lubi się powtarzać #54205 i #72620. Choć tym razem zdarzenie jest raczej neutralne.

Kilka miesięcy temu miałem kontuzję. Mecyje lekarzy zasługiwałyby na długą historię na tym portalu. Koniec końców - usztywnienie ponad miesiąc, rehabilitacja, potem ostrożny powrót do treningów. W efekcie przepadło praktycznie całe pływanie na wodzie otwartej. Brakowało mi tego bardzo, tym bardziej że bliża się nowy rok i chciałoby się jeszcze przed jego końcem nogi zamoczyć. Pogoda dziś nawet w miarę. Spakowałem bojkę i skafander, myk do autobusu, na akwen gdzie na kamerze widzę że jeszcze nie zamarzło.
Przepłynąłem w sumie niewiele, może ze 2 kilometry. W skafandrze i ze słabszymi mięśniami, to równa godzina.
Na brzegu czekała Policja i Zaniepokojony Obywatel. Niebiescy dostali zgłoszenie 'bo się kąpią a nie wolno".
Obyło się bez jakichś problemów, zweryfikowali tylko zgłoszenie, trochę pogadaliśmy i sobie pojechali.

Wracałem do domu z filozoficzną myślą: kiedy w końcu się nauczymy że nam wolno? Choć żalu do ZO raczej nie mam, chciał dobrze.

Jeziorko

Skomentuj (3) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: -4 (24)

#81014

(PW) ·
| Do ulubionych
Debiut na olx.

Kilka miesięcy temu pękł brodzik w kabinie prysznicowej. Bywa. Nowa kompletna kabina kupiona i zainstalowana w ciągu trzech dni. Pozostał dylemat, co ze starym zestawem. Z racji tego, że sama kabina była w dobrym stanie i wymagała tylko doczyszczenia z kamienia i silikonu, wystawiłem za symboliczną kwotę na olx (za mniej więcej 4 bilety na autobus).

Dorzuciłem zdjęcia, wymiary i jak najbardziej dokładny opis. Z zaznaczeniem, że odebrać sobie trzeba samodzielnie. Brodzik pójdzie na wielkogabarytowe, śmieci nie będę nikomu wpychał.

Następne tygodnie to zapoznanie wielu ciekawych ludzi.

Typ 1 - Czy aktualne? Tydzień przerwy. Czy nadal aktualne? Kolejny tydzień. Czy już sprzedane? I tak w kółko.

Typ 2 - Jak wyżej, z tym że pytanie brzmiało: "kiedy można obejrzeć?”.

Typ 3 - Jestem zainteresowany, proszę o kontakt na numer xxx. Po sprawdzeniu w sieci - to numer premium płatny 10 PLN/minuta.

Typ 4 - "Proszę powiedzieć, kiedy można się umówić na wizję lokalną celem oceny rzeczywistego stanu kabiny i ustalenia adekwatnej ceny". Chyba chciał wynegocjować jeden bilet mniej.

Typ 5 - "A może mnie pan przywieźć?” - nie udało mi się zorientować, kogo i gdzie miałbym wozić.

Typ 6 - "Mam chorom curke, dej mi…" - do tej chwili podchodziłem z dystansem do śmieszków z tego tekstu, a tu jednak jest. Spoko, oddałbym za darmo, ale typ 6 przeszedł od razu w typ 5 i wycofałem się z negocjacji.

Koniec końców, sprzedane po 6 tygodniach. Przyszedł krótki mail: "Biorę w ciemno, kiedy można przyjechać?” i drugiego dnia kabina zmieniła właściciela.

sklepy_internetowe

Skomentuj (6) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 93 (105)

#80794

(PW) ·
| Do ulubionych
Szukałem ostatnio oddychającej kurtki przeciwdeszczowej. Na pierwszy ogień poszły sklepy popularno-sportowe w pasażach.
No i szczęka na ziemi.
Praktycznie w każdym sklepie, kurtki były poprzebijane markerami, które zabezpieczają przed kradzieżą. Kurtka z założenia wodoodporna, z fabryczną dziurą na karku albo na rękawie. Całkowita i totalna bezmyślność.
Niefajne zwłaszcza dlatego, że wiele osób przy zakupie nie zwróci uwagi, a zareklamować takiej wady nie można.

sklepy

Skomentuj (26) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 148 (166)