Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation
Profil użytkownika

marcelka

Zamieszcza historie od: 25 lipca 2017 - 14:34
Ostatnio: 13 maja 2024 - 15:47
  • Historii na głównej: 63 z 64
  • Punktów za historie: 8548
  • Komentarzy: 1070
  • Punktów za komentarze: 9220
 

#91209

przez (PW) ·
| Do ulubionych
Ostatnio mignęły mi gdzieś na Insta jakieś relacje o Januszach biznesu i korpoJanuszexach, które wypychają ludzi na działalność - w kontekście, że to patologia i zło. No co do zasady tak, ale... ale pomyślałam o swojej kuzynce, która wkrótce wbrew swoim przekonaniom do grona tych Januszy pewnie dołączy. Ale po kolei.

Kuzynka - ścieżka życia typowa dla millenialsa. Liceum, studia, na studiach jakieś dorywcze prace, na ostatnim roku staż i po stażu zatrudnienie w firmie, niedużej, ale z korpo-aspiracjami, no i zgodnie z kierunkiem wykształcenia kuzynki, więc ta, choć pieniądze były kiepskie, a staż to w ogóle bezpłatny, czuła się jakby Pana Boga za nogi złapała.

Minęło kilka lat. Kuzynka awansowała, co się nijak na kasę nie przekładało, ale za to dostała w końcu trzecią umowę o pracę, trzecią, czyli na czas nieokreślony, wymarzona mała stabilizacja. Na gruncie prywatnym zaręczyny, zaczęła powoli planować ślub. A tymczasem w firmie pojawił się nowy wiceprezes, z nowymi kropo-pomysłami. Jakimi? Np. stażyści byli ciągle nowi, zawsze staże bezpłatne, na 3 miesiące, niby z możliwością zatrudnienia, ale jakoś tak nigdy do tego nie dochodziło - ot, znalazł wice sposób na darmową siłę roboczą. Nowi pracownicy? Jak się ktoś pojawiał, to też kombinacje - śmieciówki, jak się nie dało, to np. 1/2 etatu a reszta "pod stołem", pojawiły się też pytania czy raczej sugestie żeby założyć działalność itd. To wszystko wprowadzało kiepską atmosferę, nowi stażyści/pracownicy byli zazdrośni o "starych", czyli tych na normalnych UoP, uważali to za "przywilej", zaczęły się jakieś wojny podjazdowe, a w dodatku praca często spadała na tych starszych, bo stażyści albo nowi pracownicy zaczęli postrzegać firmę jako miejsce przejściowe - do czasu znalezienia normalnej pracy - i dawać z siebie jak najwięcej nie zamierzali.

Kuzynka nie miała jakichś super przyjaciół w pracy, zwykłe znajomości, jak to w firmie, o ślubie jakoś się nie rozgadywała, ale i nie ukrywała tego faktu.

I zaczęły się komentarze, że po ślubie to pewnie od razu dziecko i tyle ją w firmie zobaczą.

Kuzynka faktycznie - na opcję dziecka była otwarta, choć niekoniecznie zaraz po ślubie. Koniec końców zaszła w ciążę jakoś rok po ślubie. Niestety, początek ciąży miała dość skomplikowany, dostała L4 - nie, że chciała, ale musiała ze względu na zdrowie swoje i dziecka. Wcześniej przez ileś lat pracy na l4 i to krótkim była może ze dwa razy. Z ciążą się unormowało, więc wróciła do pracy i ciągle słuchała komentarzy, że "takim to najlepiej", że "nogi rozłożyła i będzie za darmochę przez parę lat żyła", że "ledwo wyjmie, a już na L4 siedzi", że "teraz to się zacznie, zawsze dzieci, zwolnienia" itp. Kuzynkę to i wkurzało - bo do tej pory zawsze swoją robotę dobrze wykonywała, i stresowało, więc stwierdziła, że niech się wypchają, i na ostatnie miesiące ciąży faktycznie poszła na zwolnienie. Potem macierzyński, a potem okazało się, że nie ma gdzie wracać - niby zlikwidowano jej stanowisko pracy (a w praktyce - nazwano inaczej i przyjęto osobę już nie na UoP, więc dla firmy taniej).

Kuzynka to strasznie przeżyła, bardziej niż utratę pracy chyba poczucie, że ona była lojalna, a firma tak się zachowała. No i była w trudnym położeniu, bo młoda matka z małym dzieckiem nie jest na rynku pracy super pożądaną kandydatką.

Postanowiła więc zrobić to, o czym od dawna myślała i marzyła - założyć własny mały biznes. I założyła. Musiała zatrudnić pracowników. Postanowiła, że nigdy się nie zachowa wobec nich tak jak firma wobec niej.

Zatrudnia obecnie 1 studentkę, 1 osobę na pełen etat, 1 osobę na pół etatu i jest jedna osoba na zastępstwo za kobietę, która miała pełny etat, ale poszła na macierzyński. To minimum, żeby biznes mógł działać, a oczywiście kuzynka sama robi co może i często pracuje do późna czy nawet w weekendy. No i do brzegu.

Te osoby są na minimalnej. Po ostatnich podwyżkach same koszty typu płace, składki, czynsz, rachunki sięgają ponad 20-25 tys. miesięcznie. A ten biznes w dobrym miesiącu generuje max. 30 tys. - co nie jest w sumie mało, tysiak dziennie, ale w sumie kuzynka wyciąga dla siebie tyle co minimalna na rękę, przy pełnej odpowiedzialności i braku udogodnień typu urlop czy chorobowe. Pracownicy też za szczęśliwi nie są, no bo minimalna to jednak minimalna, nie żadne kokosy. Jak to się skończy? Pewnie założeniem działalności przez co najmniej dwóch pracowników, żeby dostawali więcej "na rękę" - tyle, że pomysł wyszedł od samych pracowników, jak im kuzynka powiedziała, że podwyżek dać nie może, bo zwyczajnie nie ma z czego.

I tym sposobem kuzynka dołączy do Januszy biznesu, choć wcale tego nie chce.

janusze biznesu uop biznes

Skomentuj (27) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 104 (136)

#90749

przez (PW) ·
| Do ulubionych
A propo historii z komunikacją miejską/biletami i podejściem do ludzi. Takie małe porównanie.

Byłam sobie w USA, w pewnym mieście, po którym planowałam poruszać się głównie metrem. Poczytałam, zaplanowałam, kupiłam kartę na metro. Ale raz byłam w okolicy, w której do metra było dość daleko, za to znalazłam przystanek autobusowy i po szybkim rzucie oka na rozkład wydawało mi się, że dojadę tam, gdzie potrzebuję. Ale nie miałam biletu, więc mówię pani kierowcy, że nie mam biletu i pytam, czy można kupić u niej albo gdzieś indziej. Co usłyszałam?
"Don't worry, honey!" - po czym zaprosiła mnie, żebym wsiadała, zapytała się, gdzie chcę dojechać, potwierdziła, że tak, tam dojadę, a na właściwym przystanku dała mi znać, że tu powinnam wysiąść. A na koniec życzyła mi miłego dnia.

A około miesiąc przed tamtym wyjazdem tak mi się złożyło, że potrzebowałam skorzystać z komunikacji miejskiej w moim mieście. Nie korzystałam z niej dobrych parę lat, ale sytuacja wypadła mi nagle, na przystanek miałam najbliżej i akurat podjechał ten autobus, co potrzebowałam.

Wsiadłam, podeszłam do kierowcy z pytaniem, czy mogę kupić bilet (na przystanku ani w okolicy nie było żadnego kiosku). Pan nieuprzejmym tonem odparł, że kierowca biletów nie sprzedaje. Zatem zapytałam się, jak mogę kupić bilet. Pan powiedział, że w autobusie są kasowniki, do których można użyć karty miejskiej, a na przystankach biletomaty. Ja na to, że takiej karty niestety nie mam, na tym przystanku biletomatu nie było, i jak w takim razie mogę zapłacić za przejazd. Na to kierowca pouczającym tonem stwierdził, że obowiązkiem pasażera jest posiadanie biletu a podróż planuje się z wyprzedzeniem, zatem jeśli nie mam biletu, to sugeruje, żebym opuściła pojazd, albo mogę jechać na własne ryzyko, ale w razie kontroli zapłacę mandat.

Wysiadłam, nie jestem gapowiczką. Ale w tym większym szoku byłam, gdy zostałam tak miło potraktowana w obcym kraju.

komunikacja miejska autobus mpk

Skomentuj (33) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 122 (184)

#90927

przez (PW) ·
| Do ulubionych
Piekielne napiwki.

Byłam ostatnio w restauracji ze znajomymi. Kilka osób, coś sobie zamówiliśmy, wszystko spoko, ale jak przyszło do płacenia do rachunku, to na paragonie była informacja w stylu "opłata nie obejmuje 10% napiwku" - nie pamiętam jak to brzmiało dokładnie, ale na pewno było wskazane konkretnie 10% i że tych 10% nie ma w sumie, tylko trzeba dopłacić.

No i tu się wywiązała między nami dyskusja.

Bo ja z zasady nie daję napiwków.

I nikt nigdy nie potrafił mi logicznie wyjaśnić, czemu miałabym to robić/jakie jest logiczne uzasadnienie tego "zwyczaju" (okej, może to jest pole do popisu dla Was, piekielni komentujący).

Rozumiem, że wynagrodzenia kelnerek/ów nie są może wysokie i te napiwki je zasilają, ale dlaczego w mojej gestii miałoby być płacenie wynagrodzenia cudzym pracownikom?

Na tej zasadzie powinno się zostawiać napiwek kasjerce w Biedronce czy obsłudze w sklepie z butami, fryzjerce, kurierowi, pani w urzędzie - no generalnie każdemu pracującemu z ludźmi/w usługach.

napiwki restauracja kelnerzy

Skomentuj (60) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 139 (171)

#90916

przez (PW) ·
| Do ulubionych
Jest sobie niewielka miejscowość.

W tej miejscowości mieszka sobie pani nazwijmy ją Ala, która bardzo lubi koty. Sama ma zawsze kilka kotów. Ma dom, przy domu kawałek ogrodu/podwórka, ogrodzone siatką, ale wiadomo, siatka dla kota to raczej atrakcja do wspinania niż jakaś przeszkoda. Koty oczywiście tzw. wychodzące.

Obok pani Ali mieszka jej sąsiad. Sąsiad ma trochę większy kawałek pola, żaden z niego rolnik, ale ma kilkanaście kur (ogrodzone), jakieś króliki (w klatce), no i stodołę. W tej stodole przechowuje jakieś siano, paszę dla tych zwierząt, jakieś własne zbiory itd. No i jak to bywa, w stodole pojawiają się mu szczury.

Sąsiad na te szczury rozkłada w stodole trutkę.

I o to właśnie jest wielki konflikt między pani Alą a nim.

Bo kot pani Ali wszedł do stodoły, skosztował trutki i zdechł.

Pani Ala zarzuciła sąsiadowi morderstwo z premedytacją.

Sąsiada to oburzyło, bo kota wcale celowo nie otruł, uważa, że jego stodoła, może tam stawiać co mu się podoba, jego zwierzęta dostępu do trutki nie mają, a skoro koty są pani Ali, to niech je pani Ala pilnuje.

Trzy martwe koty później...

Pani Ala nasłała na sąsiada jakąś eko-fundację, że niby zwierzęta nie mają u niego warunków do życia. Przyjechali, sprawdzili, stwierdzili, że nie ma się do czego doczepić, pojechali. Zgłosiła, że śmieci w piecu pali. Przyjechała kontrola, sprawdzili, nic takiego nie stwierdzili, pojechali. Zgłosiła, że trzyma w stodole substancje niebezpieczne i potencjalnie nielegalne - przyjechali, sprawdzili, nic nie wykryli, pogrozili pani Ali, żeby nie wzywała służb nadaremno.

Pani Ala wszędzie gdzie bywa (miejsca typu sklep, poczta, urząd, przychodnia itd.) opowiada, jaki z jej sąsiada jest nieużyty truciciel co zwierzęta morduje.

Na wszelkie sugestie, że jej koty są jakby jej odpowiedzialnością (również w zakresie kastracji, bo jakoś te jej koty ani szczepione, ani kastrowane raczej nie są), pani Ala reaguje "świętym oburzeniem", gdyż ona "nie będzie im ograniczać wolności i naturalnej możliwości spełnienia".

wiejskie_życie koty sąsiad

Skomentuj (15) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 156 (162)

#90773

przez (PW) ·
| Do ulubionych
Przeczytałam historię o cioci w Kanadzie i pomyślałam, że takie zachowanie, to chyba nie kwestia miejsca zamieszkania, po prostu "ten typ tak ma".

Lata temu - jeszcze kiedy byłam dzieckiem - odezwała się do rodzina, z którą kontakt był raczej "kartkowy" - ot, wiedzieliśmy nawzajem o swoim istnieniu i wysyłało się kartki na Boże Narodzenie i Wielkanoc. Ale jakoś tak jeden telefon (od nich), drugi... no i w końcu zakomunikowali, że przyjeżdżają w nasze rejony (oni mieszkali prawie na przeciwnym końcu Polski niż my).

Nasza reakcja? Oczywiście: zapraszamy, przyjeżdżajcie, czym chata bogata. Przyjechali, czworo ludzi, na tydzień.

Fakt, że to były jeszcze czasy, kiedy się tak "po domach" jeździło, no ale jednak gościć czworo osób przez tydzień, to i dużo zachodu, i koszt, zwłaszcza, że ewidentnie na tę gościnę liczyli.

No i tak przez tydzień serwowanie śniadań, obiadów, kolacji, w międzyczasie kawka i ciasto (wszystko do stołu, bo sami sobie nie robili - na sugestię, że tu jest to i to, częstujcie się padła odpowiedź, że oni to po szafkach czy lodówce nie będą nam grzebać). To były czasy bez zmywarek, więc dla mnie "atrakcją" tych dni było zmywanie i wycieranie stosów naczyń (bo o zmywaniu po sobie też nie było mowy), a do tego bieganie "przynieś cioci cukier/łyżeczkę/dodatkowy talerzy/szklankę wody/chusteczkę itd.

Na śniadania oczywiście dbało się, żeby mieli świeże pieczywo, jakiś wybór typu ser/szynka/pomidory/ogórki/pasztet itd., obiady codziennie dwudaniowe, ciasto domowej roboty, kolacje już nie pamiętam dokładnie, ale raczej na ciepło, raz zrobiliśmy grilla.

Cały czas praktycznie spędzali u nas - jednego popołudnia odwiedzili inną krewną, ale pojechali do nie po obiedzie i zapowiedzieli, że wrócą do nas na kolację, żeby jej kłopotu z gotowaniem czy przygotowywaniem czegoś nie robić (sic!).

Na sugestię, czy może nie chcieliby się wybrać na jeden dzień do niedalekiego miasta, albo coś pozwiedzać padła odpowiedź, że nie, im u nas tak dobrze, że nie chcą się nigdzie ruszać, a poza tym przyjechali, żeby się nacieszyć rodziną.

Posiedzieli tydzień, wyraźnie mieli ochotę zostać dłużej, ale zapobiegawczo się im powiedziało, że mamy wyjazd na uroczystość rodzinną z drugiej strony rodziny.

W ramach podziękowania kupili... dwa piwa i czekoladę dla mnie. Dodali, że chcieli kupić jeszcze jakieś kwiaty, ale w kwiaciarni nie było żadnych ciętych (to akurat prawdopodobne, ale mogli, kurczę, kupić doniczkowy! albo cokolwiek innego).

Oczywiście zapraszali z rewizytą do siebie, och jak bardzo zapraszali!

Bo oni mają duży dom, willę - jak sami mówili - wygodnie będzie nam, a obok jest piękne jezioro, wspaniałe, a obok jeszcze to, i tamto, i cały rok się festiwale odbywają, dosłownie dwa kroki za ich domem, no przyjedźcie, sami zobaczycie!

Na drugi rok zbliżały się wakacje, stwierdziliśmy, że może by tak z zaproszenia skorzystać. No cudownie, cudowanie, ale akurat mają remont willi, więc nie ma warunków dla gości. OK, kolejny rok - cudownie, cudownie, ale wtedy oni akurat wyjeżdżają, a potem akurat przyjeżdżają do nich inni krewni, a potem... i znów nie wyszło.

Ale do trzech razy sztuka, wymówki się chyba skończyły, pojechaliśmy.

Willa okazała się zwykłym domem raczej na wygwizdowie, wyglądającym jakby remontu nie widziała od lat kilkudziesięciu.

Śniadania trzeba było ogarnąć we własnym zakresie, bo gospodarze spali do 11 - co jeszcze byłoby ok, kanapki sobie możemy zrobić, ale po trzech dniach lodówka była pusta... na aluzję odnośnie tego radośnie stwierdzili, że sklep jest niedaleko "prosto, prosto i w lewo" i jak już pójdziemy po świeże pieczywo i jakiś ser/szynkę, to dla nich też możemy kupić. Niedaleko okazało się około 3 km w jedną stronę, co zwłaszcza z zakupami w drodze powrotnej dało się we znaki, a na paragon i sugestię, że zapłaciliśmy tyle i tyle nie zareagowali.

Obiadów nie było - bo poczekamy chwilę i zrobimy grilla. I codziennie ten grill był, a na nim tylko kaszanka i kiełbasa (żadne tam szaszłyki czy warzywa czy cokolwiek). No ok, jeden dzień fajnie, ale sześć z rzędu... nie mogliśmy już patrzeć na te kiełbasę, niestety - o dostawach do domu nikt wtedy jeszcze nie słyszał (a przynajmniej nie tam), w pobliżu żadnej restauracji czy baru nie było, dojazd dokądkolwiek też odpadał - bo jak wspomniałam, "willa" mieściła się na dość sporym wygwizdowie, a na propozycję, żebyśmy razem pojechali do miasta i coś zjedli (oni mieli samochód, my nie), stwierdzili, że po co przepłacać w restauracjach, jak można... zrobić grilla!

Atrakcji dodatkowych nie było, bo zanim wstali - o wspomnianej 11, zanim się ogarnęli, to już trzeba było "grilla szykować". Raz pojechaliśmy nad "wspaniałe jezioro" - ot, zwykły staw, zarośnięty szuwarami, w którym nawet jako dziecko nie miałam ochoty pływać, i raz podjechaliśmy pod jakiś pomnik (nie pamiętam już nawet jaki).

Wróciliśmy po 6 dniach zmęczeni, sfrustrowani i nieco głodni i z mocnym postanowieniem: nigdy więcej wczasów u rodziny!

rodzina wczasy wakacje

Skomentuj (12) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 160 (170)

#90728

przez (PW) ·
| Do ulubionych
Może będzie to typowe narzekania na "tę dzisiejszą młodzież", ale...

Jest sobie mała miejscowość, w tej miejscowości szkoła średnia, do której dojeżdżają autobusami uczniowie z wielu sąsiednich wiosek. Po szkole idą więc na przystanek autobusowy, a po drodze jest sklep, w którym często kupują jakieś lody/przekąski i bardzo często energetyki.

Na przystanku jest kosz na śmieci. Kosz całkiem spory, opróżniany na bieżąco, więc raczej nie ma sytuacji, że jest przepełniony i nie ma jak do niego wrzucić śmieci.

A co robi młodzież jak wypije napój czy zje loda? Siup, opakowanie pod nogi. Po prostu rzucają na ziemię tam, gdzie stoją.

I żeby to był jednostkowy przypadek, no to zawsze się może w grupie zdarzyć jakiś cham i prostak, ale wygląda na to, że większości rzucenie pod nogi śmiecia przychodzi naturalnie.

młodzież śmieci brak kultury

Skomentuj (12) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 126 (132)

#90585

przez (PW) ·
| Do ulubionych
Taka sytuacja, w sklepie z wyposażeniem domu.

Byłam z koleżanką, która chciała kupić kilka rzeczy. Pochodziła, wybrała to, co chciała i podeszłyśmy do kasy.

Tam miła pani kasjerka poinformowała nas, że za założenie aplikacji sklepu na telefonie jest 10% zniżki na wszystkie artykuły (koleżanka wzięła dwa w regularnej cenie i jeden przeceniony, w sumie miało wyjść jakieś 300 zł).

Koleżanka stwierdziła, że ściągnie aplikację, w tym czasie kasjerka nabijała paragon.

Niestety, okazało się, że cena jednego z artykułów (tego w cenie regularnej) jest aż o 20 zł wyższa na kasie. Artykuł miał metkę z ceną. Kasjerka stwierdziła: "ojej, stara cena, ktoś musiał nie zmienić".

Z koleżanką myślałyśmy, że zgodnie z prawem obowiązuje cena na metce, a jak na kasie jest inna, to trudno, sklep ma obowiązek sprzedać po cenie z metki (mi kiedyś się zdarzyło w drogerii, że pewien produkt miał też rzekomo starą cenę - i sprzedano mi ten produkt za tę niższą cenę, zgodnie z oznakowaniem).

Przyszła kierowniczka, bardzo niemiła. Przyniosła drugi taki sam artykuł - w całym sklepie były tylko dwa - na którym na metce była faktycznie cena wyższa i stwierdziła, że jak co najmniej jeden produkt oznakowany jest w sklepie prawidłowo, to obowiązuje ta cena.

Na moje pytanie, czy w takim razie kupując jeden przedmiot trzeba oglądać szczegółowo wszystkie, które są wystawione na sklepie, bo a nuż któryś ma inną cenę (akurat tu były dwa produkty, koleżanka po prostu wzięła pierwszy z brzegu, ale wyobraźcie sobie kupno jednej filiżanki w ten sposób) i że prawo mówi coś innego kierowniczka fuknęła, że "ich obowiązuje regulamin sklepu".

Zaproponowała, że sklep sprzeda ten artykuł po wyższej cenie, ale z aplikacją i tak będzie 10% zniżki i wyjdzie na to samo.

No jednak nie, bo 10% zniżki od 100 zł to 10 zł, a nie 20 zł, w dodatku od tej niższej ceny też byłaby zniżka. Gdy koleżanka to zauważyła, kierowniczka się bardzo oburzyła: "nie ma mowy, że sprzedam ci to ze zniżką!" (taak, przejście na ty bardzo profesjonalne).

Nie bardzo wiedziałyśmy, co w tej sytuacji zrobić, no przecież siłą tych artykułów nie wydrzemy, bić się też nie będziemy. Więc koleżanka zostawiła wszystkie zakupy i po prostu wyszłyśmy.

Ale zastanawiam się, czy mnie coś ominęło i faktycznie ceny na metce mogą być inne, a na kasie inne i liczą się te na kasie?

A jeśli nie - co z tym można zrobić? Gdzieś zgłosić?

sklep nieuprzejma obsługa homla

Skomentuj (9) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 129 (139)

#90573

przez (PW) ·
| Do ulubionych
Taka historia "rodzinna" z mojej miejscowości.

Była sobie pani dajmy na to Kowalska. Pani Kowalska, jakby to eufemistycznie określić, mężczyznom "w potrzebie" nie odmawiała, alkoholu sobie też nie żałowała - nie oceniam, jej życie, ale z tego życia powstały dwa nowe: córka i syn. Ojcowie - trudno powiedzieć, czy znani pani Kowalskiej, oficjalnie nieznani.

Dziećmi w pierwszych latach życia zajmowała się babcia - matka pani Kowalskiej. Ale zaczęła niedomagać, chorować, więc wziął ją do siebie jej syn. Dzieci wychowywały się w zasadzie samopas, jedzenie po sąsiadach czasem dostały, czasem im pewnie matka coś tam ugotowała, jak poszły do szkoły, to miały posiłki w szkole.

W wiosce obok funkcjonowało liceum z internatem - i tam zamieszkali na czas nauki w szkole średniej najpierw córka, potem syn pani Kowalskiej. Szkołę oboje skończyli, jakąś pracę znaleźli, założyli swoje rodziny - już na etapie mieszkania w internacie jako nastolatkowie z matką kontaktu praktycznie nie mieli, wakacje spędzali u wujka/babci i na wyjazdach z harcerstwa.

I tak sobie lata mijały, aż pani Kowalska trafiła do domu opieki. A dom opieki ściga o opłaty córkę i syna, mimo że z matką żadnego kontaktu nie mieli przez co najmniej kilka, jak nie kilkanaście lat.

Taka to "sprawiedliwość".

dom opieki rodzice dzieci alkohol

Skomentuj (22) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 172 (184)

#90511

przez (PW) ·
| Do ulubionych
Ciałopozytywność, a rzeczywistość, czyli sytuacja z pociągu.

Siedziała sobie na miejscu przy oknie kobieta, młoda, tak na oko jakieś +/-30 lat, nazwijmy ją pasażerka 1. Kształtów obfitych, bardzo obfitych. Tak bardzo, że ledwo udało jej się na to miejsce wcisnąć. Przestrzeń w pociągu w wagonie bezprzedziałowym nie jest za duża więc zajęła swoje miejsce oraz dobre pół miejsca obok, bo jednak prawa fizyki są nieubłagane.

Jeden przystanek, drugi i wsiadła kobieta, pasażerka 2, która, jak się okazało, miała kupione miejsce obok obfitej pasażerki, od strony korytarza. Oceniła sytuację, poprosiła grzecznie pasażerkę 1 o przesunięcie się czego ta jednak, mimo najszczerszych chęci nie mogła zrobić, no bo gabaryty nie pozwalały. Spróbowała zatem zająć swoje miejsce, no ale nie dawało rady, pół miejsca zajętego przez pasażerkę nr 1, dla niej zostawało pół siedzenia. Próbowała usiąść bokiem, z oboma nogami w przejściu, no ale tak można posiedzieć chwilę, a nie całą podróż.

Ale akurat pojawiła się konduktorka, więc pasażerka 2 poprosiła o jakieś rozwiązanie problemu. Niestety, wagon był pełny, wszystkie miejsca albo zajęte albo zarezerwowane od następnej stacji, nie było gdzie jej przesadzić, chyba że w innym przedziale. Ale na to pasażerka 2 nie miała ochoty się zgodzić, bo to był akurat wagon "strefa ciszy", jedyny w składzie pociągu. Zasugerowała, że w tej sytuacji przesiąść mogłaby się pasażerka 1, bo to ona jest problemem i w sposób nieuprawniony zajmuje jej, pasażerki 2, opłacone miejsce.

O jakaż inba się rozpętała! Pasażerka 1, do tej pory siedząca bez słowa, zaczęła wykrzykiwać, że dyskryminacja, że nie pozwoli się obrażać, że każdy ma prawo być, jaki chce i tak dalej w ten deseń. Konduktorka starała się ją uspokoić, zwracając też uwagę, że jesteśmy w "strefie ciszy", ale bez efektu, pasażerka 2 zaczęła argumentować, że niech sobie pasażerka 1 będzie kim chce i jaka chce, ale na swoim miejscu, a nie na jej.

Nie wiem, jak ta sytuacja się skończyła, bo dojechaliśmy do mojej stacji.

pociag pendolino podroz

Skomentuj (31) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 221 (239)

#90516

przez (PW) ·
| Do ulubionych
Historia #90514 przypomniała mi sytuację sprzed kilku lat, po sąsiedzku, z mojej rodzinnej miejscowości.

Otóż były sobie trzy siostry. Dwie w podobnym wieku, starsze o około 8-10 lat od tej najmłodszej.

Obie starsze siostry szybko "wyszły" z rodzinnego domu. Jedna poszła do pobliskiego miasta do szkoły średniej z internatem i rzadko przyjeżdżała, raczej święta i na wakacje - ale to raczej żeby pomóc w polu. Druga wyszła za mąż w wieku 18 lat, zaczęła pracę, wyprowadziła się do miasteczka obok. Żadna nie dostała od rodziców pieniędzy ani nic, bo i nie bardzo było z czego, jedynym majątkiem było gospodarstwo.

Młodsza została w domu, skończyła szkołę, znalazła pracę, wyszła za mąż, mąż wprowadził się do niej - a w zasadzie do jej rodziców, bo jeszcze oboje żyli - pojawiły się dzieci (w sumie dwoje).

Rodzice sióstr zmarli, w niedługich odstępach czasu. Testamentu nie było, więc majątek odziedziczyły siostry po 1/3. Młodsza nadal w domu mieszkała, starsze żyły swoim życiem.

W tym czasie dzieci obu starszych sióstr dorosły, pojawiły się ich dzieci - i wtedy obie siostry obmyśliły, że gospodarstwo w miarę duże, położone "prawie" w Bieszczadach, dobrze byłoby wyremontować budynek gospodarczy - coś jakby stodołę - i używać jako domku letniskowego. Młodsza siostra gospodarki nie prowadziła jak kiedyś rodzice, budynek od lat stał nieużywany, zalegały w nim jedynie jakieś stare graty. W dodatku budynek znajdował się w pewnej odległości od domu rodzinnego i był oddzielony od niego sadem - więc zapewniałby prywatność i młodszej siostrze, i ewentualnym przyjezdnym starszym siostrom z rodzinami. Oczywiście obie starsze siostry chciały wyremontować budynek za własne pieniądze.

Młodsza siostra okrutnie się na to oburzyła, że absolutnie nie, że jej się do domu chcą wprowadzić, że jak sobie to wyobrażają, że ona sobie nie życzy obcych (sic!) ludzi na podwórku, że stodoła jej potrzebna, a nawet jak niepotrzebna, to prędzej podpali, niż pozwoli jej używać - i w ten deseń.

Starsze siostry poczuły się bardzo urażone, bo po pierwsze, przecież to ich współwłasność, po drugie, zaczęły się żale sprzed lat: że one obie w bardzo młodziutkim wieku już musiały żyć na własne konto i sobie same radzić, a młodsza dłużej była w domu, czyli na utrzymaniu rodziców, że najstarsza z pierwszych pensji składała na rajstopy, a najmłodsza z pierwszych pensji kupiła sobie samochód, że rodzice pomagali młodszej jak dzieci były małe, a starszym nie miał kto pomóc - itd.

Próby jakiegoś dogadania się spełzły na niczym.

Starsze siostry zatem zaproponowały, żeby młodsza je spłaciła i wtedy majątek będzie tylko jej. Młodsza wpadła w wielkie oburzenie, że jak to, że ona pieniędzy nie ma, że chcą ją okraść (sic!) i tak w ogóle, to całe gospodarstwo to nic nie warte, ot stara chałupa i trochę łąk (niezbyt prawda, bo dom normalny, murowany, całkiem spory, do tego kilka budynków gospodarczych, do tego sad, trochę pól).

Starsze siostry zatem poszły do sądu. Sąd dał wybór, że albo młodsza spłaca obie, albo majątek idzie pod młotek, a siostry dzielą po jednej trzeciej. Powołano biegłego, który wycenił spłaty na więcej nawet, niż obie starsze siostry chciały "polubownie", zanim sprawa trafiła do sądu.

Młodsza jakoś pieniądze znalazła, jednak miała oszczędności, do tego podobno jakiś kredyt i za zgodą obu sióstr sprzedana została część pól, między innymi nieduża działka ze stodołą i sadem.

Obie siostry spłacone, ale młodsza obrażona na nie na śmierć i życie, kontakty zerwane, opowiada wszystkim, jak została strasznie skrzywdzona, że aż zapożyczać się musiała "przez te harpie".

Wisienką na torcie jest fakt, że działkę ze stodołą i sadem kupił wtedy jeszcze narzeczony, a obecnie mąż córki jednej ze starszych sióstr, więc plan na domek letniskowy i tak zostanie zrealizowany, ale szkoda, że musiało dojść do tego w taki sposób.

rodzina spadek majatek

Skomentuj (4) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 196 (208)