Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation
Profil użytkownika

marcelka

Zamieszcza historie od: 25 lipca 2017 - 14:34
Ostatnio: 22 września 2020 - 0:25
  • Historii na głównej: 28 z 30
  • Punktów za historie: 4292
  • Komentarzy: 454
  • Punktów za komentarze: 3478
 

#87035

(PW) ·
| Do ulubionych
Piekielny galimatias, czyli sytuacja polskiego szkolnictwa

Sprawę obserwuję niejako z boku (nie mam dzieci ani nie jestem nauczycielką), ale mam wśród znajomych wielu rodziców dzieci w różnym wieku - od przedszkolaków do licealistów, oraz kilkoro nauczycieli.

Rozumiem, że w marcu pandemia zaskoczyła wszystkich - rząd, rodziców, nauczycieli, dyrektorów, dzieci - no wszystkich. I rozwiązania wtedy wprowadzane były tak naprawdę w ciemno, ad hoc, improwizacja.

Ale teraz było pół roku, żeby się jakoś przygotować i przystosować do nowej rzeczywistości.

Opracować jakiś jednolity system edukacji zdalnej.
Dostarczyć szkołom jednolite oprogramowanie do tego systemu.
Pomyśleć o kwestiach sprzętu dla nauczycieli i uczniów.
Zorganizować szkolenia dla nauczycieli i może też rodziców.
Może wziąć pod uwagę jakieś rozwiązania hybrydowe?

Tymczasem wygląda na to, że będzie jak było - jedna wielka improwizacja i "jakoś to będzie". A co, jeśli to jakoś będzie oznaczało powrót do nauki zdalnej?

Z punktu widzenia uczniów: nie każdy uczeń ma warunki do nauki zdalnej (i lokalowe, i psychofizyczne) - tak jak nie każdy pracownik sprawdzi się w pracy zdalnej, niektórzy potrzebują biura/atmosfery biura/rygoru wychodzenia do pracy/współpracowników itd.

Z punktu widzenia rodziców: raz problem pracy/opieki, dwa - nagle musieli się stać nauczycielami i sami tłumaczyć dzieciom to, co powinno być wytłumaczone przez nauczycieli.

Z punktu widzenia nauczycieli: (tu na przykładzie mojej znajomej): szkoła nie zapewniła żadnych programów ani sprzętu. w domu koleżanka ma swojego prywatnego laptopa, ale przecież teoretycznie wcale nie musi go mieć. prowadzenie przez nią lekcji sprowadzało się do wysyłania e-mailem uczniom opracowań lektur/wierszy w wordzie i zadawania zadań. na zarzut jednej z matek, że "nie prowadzi zajęć online" i że "jakby dziecko mogło się wszystkiego z kartek nauczyć, to by mu szkoła była niepotrzebna, wystarczyłaby encyklopedia" odpowiedziała, że ona nie jest informatykiem, nie leży w jej kompetencjach znajomość programów komputerowych, nie ma obowiązku instalować takowych na swoim prywatnym laptopie, a żadnego szkolenia/sprzętu od szkoły nie było.

Taki efekt spychologii.
Ministerstwo spycha obowiązek "jakiej takiej" organizacji na dyrektorów, dyrektorzy wymagają od nauczycieli "macie sobie radzić", a poszkodowani są uczniowie i poniekąd rodzice*.

* Choć rodzice to też temat na osobną historię. Jedna z moich znajomych brała zwolnienie (urlop na żądanie) z pracy, żeby w domu napisać za córkę sprawdzian z chemii.

szkoła edukacja nauka_zdalna

Skomentuj (20) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 118 (130)

#86823

(PW) ·
| Do ulubionych
Była sobie para, nazwijmy ich Kasia i Tomek.

Kasia i Tomek poznali się na pierwszym roku studiów i wkrótce zostali parą. Fajną parą, nam, znajomym, wydawało się, że naprawdę dobraną parą.

Kasia od zawsze (czyli odkąd ją znam) kategorycznie twierdziła, że nie chce mieć dzieci. Nie kryła się z tym, wprost przeciwnie - gdy w gronie studenckim poruszany był temat przyszłości/pracy/związków/dzieci itd. to przeważnie oznajmiała, że ona nie zamierza mieć nigdy dzieci.

Tomek o tym wiedział, bo nieraz mówiła to w jego obecności, kiedyś też w nieco skromniejszym "babskim" gronie, podpytywana opowiedziała, że mieli o tym poważną rozmowę i ona mu wprost powiedziała, że może ze względu na jej młody wiek komuś się wydaje, że nie wie, co mówi, że zmieni zdanie, że za kilka lat poczuje instynkt macierzyński - ale ona wie, po prostu wie, że nie chce mieć dzieci i żeby on to wziął na poważnie. Bo jeśli on chce mieć dzieci, to ten związek nie ma sensu. Tomek to akceptował, ba! sam też w gronie znajomych czasem się wypowiadał, że "dzieci to nie jego bajka" i że "z Kasią postanowili, że nie będą mieć dzieci".

Na piątym roku studiów był ślub, potem wszyscy poszli swoimi ścieżkami, ale kontakt był.

Kasia i Tomek pracowali, oboje z tego co wiem lubili to, co robią, kupili niezłe mieszkanie, często wyjeżdżali razem.

I nagle, po 10 latach od ślubu i 15 latach związku - rozwód. Bo Tomek jednak chce dzieci. Bo w zasadzie to on zawsze (!) chciał, tylko o tym nie mówił. I myślał, że jednak Kasi się "odwidzi".

Decyzję o rozwodzie przyśpieszył fakt, że poznał, nazwijmy ją: Małgosię, parę lat młodszą od siebie, ale czującą powołanie do macierzyństwa. Tak bardzo, że w trakcie sprawy rozwodowej okazało się, że jest w ciąży, z Tomkiem.

Konia z rzędem temu, kto wyjaśni logicznie, po co ludzie wchodzą w związek i na starcie liczą, że ta druga osoba się zmieni? Po co być z kimś, kto z jakichś powodów im nie odpowiada? Po co marnować czas, i sobie, i tej drugiej osobie?

zwiazki dzieci rozwod

Skomentuj (52) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 150 (200)
zarchiwizowany

#86328

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Kolejna piekielność (wg mnie) związana z obecną sytuacją.

Jak pewnie wszyscy wiedzą, od dziś przepisy są zaostrzone - w tv, radio mówią, że wychodzić można tylko w ważnych sprawach życia codziennego (do sklepu spożywczego, apteki, lekarza, z psem); że zakaz zgromadzeń; że chodzić mogą obok siebie tylko 2 osoby; że w kościele może być max. 5 osób oprócz księdza;

Moja znajoma ma umówiony akt notarialny na piątek. Razem z mężem chcą kupić mieszkanie. Ale w tej sytuacji była pewna, że umowę się przesunie. No bo taka wizyta w kancelarii to:
- znajoma z mężem i dzieckiem (którego nie mają w tej sytuacji z kim zostawić)
- ci co sprzedają, też para,
- pośrednik nieruchomości,
- notariusz,
- sekretarka.
Po wszystkim mają się udać razem z pośrednikiem do mieszkania.
Jak to się ma do obecnych przepisów?

Zatem znajoma chciała przełożyć umowę na czas jak to się unormuje, kupno tego mieszkania to nie jest dla nich jakaś super pilna sprawa, sprzedający też nie mieli nic przeciwko przełożeniu ale... ale pośrednik i notariusz się nie zgadzają! To znaczy zgadzają się, ale notariusz zażądał już teraz wpłaty połowy swojego wynagrodzenia za projekt umowy.
Jakąś pracę wykonał, i pewnie ma podstawę, żeby zażądać, ale znajoma tego projektu na oczy nie widziała i dokumenty też są u tego notariusza, a poza tym nie miała zamiaru odwołać całkiem umowy, tylko po prostu umówić się jakoś po świętach, kiedy będzie - oby! - lepiej...

Ale jak dla mnie to jest absurd. Jak może pracować pośrednik nieruchomości czy notariusz, to czemu nie może pracować pani Zosia, która ma wyspę z akcesoriami fryzjerskimi w galerii handlowej albo pani Basia, która ma w galerii mały salonik jubilerski?

W obecnej sytuacji przepisy powinny być równe dla wszystkich i po prostu określać, że to, co nie jest konieczne (typu spożywcze i apteki) mają być zamknięte i koniec.

[Edit]: Znajoma zapłaciła, dostała projekt od notariusza na meila i wstępnie umówili się na 17 kwietnia.

koronawirus notariusz pośrednik

Skomentuj (14) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 9 (71)

#86322

(PW) ·
| Do ulubionych
Odpowiedzialność w czasach... słowa na k, którego już powoli wszyscy mamy dosyć.

Są sobie bracia X i Y. Bracia pracują za granicą, u naszych zachodnich sąsiadów. Ale w obecnej sytuacji wrócili do domu. Oczywiście objęła ich przymusowa kwarantanna. I fakt, bracia co do zasady grzecznie siedzą w domu...

... w domu, w którym mieszka również ich matka, żony obydwu oraz ich dzieci.

Dzieci beztrosko bawią się z dziećmi sąsiadów.

Żony codziennie chodzą do pracy.

Matka nie wyobraża sobie, żeby nie pójść do kościoła, no i codziennie chleb świeży trzeba kupić...

kwarantanna koronawirus

Skomentuj (28) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 105 (121)

#86226

(PW) ·
| Do ulubionych
Historia #86224 przypomniała mi nieco podobną sytuację z wesela.

Było to już kilka lat temu, końcówka studiów, ślub brała para z roku. Wesele zaplanowane w takim ośrodku wypoczynkowym trochę w style agroturystyki - na uboczu, klimat z lekka wiejski, tudzież, jakby to modniej ująć, rustykalny, ale wszystko ogólnie ok, jeśli chodzi o warunki. Ośrodek miał być na wyłączność dla pary młodej i gości, noclegi na miejscu, wszystko cacy.

Sporą część gości stanowili młodzi ludzie - w przedziale wieku powiedzmy 22-30; znajomi ze studiów, ich partnerzy/partnerki, kuzynostwo młodej i młodego, jeszcze inni ich znajomi.

Ośrodek daleko w zasadzie od wszystkiego, ale noclegi tam zaplanowane, więc żaden problem.

Mnie na tym weselu nie było - miała w tym samym terminie ślub w bliskiej rodzinie, ale co się okazało...

Załatwianiem szczegółów, zwłaszcza jeśli chodzi o płatności, zajmowała się mama Młodej.

Zgadała się z właścicielem ośrodka, i oboje chyba do dziś uważają, że zrobili interes życia.

Otóż ośrodek miał być na wyłączność dla gości weselnych, ale panu wpadła ekipka na imprezę integracyjną, której normalnie nie miałby gdzie przyjąć i zakwaterować, ale... ale tu dogadał się z Panią Mamą, która stwierdziła, że przecież pokoje dwu- czy trzyosobowe - co za różnica? I do dwójek powstawiali turystyczne łóżka, robiąc z nich trójki. Pani Matce wyszło taniej (za dostawki zapłaciła mniej niż za zlikwidowane dwójki), Pan Właściciel zadowolony, bo mu ekstra kasa od integracyjnych wpadła, tylko wyobraźcie sobie zaskoczenie gości, gdy okazało się, że z Kasią i Adamem śpi jeszcze Łukasz. A Basia, dziewczyna Łukasza, nocuje z Krzyśkiem i Moniką... i tak dalej.

Koniec końców część ekipy studenckiej umówiła się, że nocują dziewczyny z dziewczynami, chłopaki z chłopakami, no i to tylko jedna noc, a w zasadzie kawałek nocy, bo wesele trwało prawie do rana, ale niefajne było ich postawienie przed faktem dokonanym i w sytuacji dość niekomfortowej.

Para Młoda przepraszała, ale nic nie wiedzieli o zmianie układu.

A Pani Matka nie widziała nic złego, przecież młodzi są, to co za różnica, gdzie się prześpią, za jej czasów to młodzież razem na sianie w stodole się kładła po weselichu i nikt nie narzekał, a tu takie fanaberie!

Dodam, że starsza część rodziny, która miała nocować - czyli ciotki z wujkami - zachowali pokoje dwuosobowe.

wesele

Skomentuj (17) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 125 (141)

#85929

(PW) ·
| Do ulubionych
Ktoś pod jakąś niedawną historią o relacjach rodzice - dziecko napisał, że jak się słyszy o biednych, samotnych, opuszczonych staruszkach, to zawsze zastanawia się nad tym, jak to wygląda "z drugiej strony".
Uważam, że w większości przypadków mamy relacje z innymi takie, jakie sobie zbudowaliśmy. I zawsze dwie strony biorą udział w tym budowaniu.
Przykład z dalszej rodziny. Byli sobie Ciocia i Wujek (C i W, upraszczając, to naprawdę dalsza rodzina, ale nie ma sensu wdawać się szczegółowo w koligacje rodzinne). Nie osądzam, ale nie zaliczyłabym C i W do najlepszych rodziców.

Najstarszą córkę przez kilka pierwszych lat wychowywała jej babcia - matka C, C jej nawet nie odwiedzała, wzięła dziewczynkę do siebie jak miała jakieś 5 czy 6 lat. Gdy córka dorosła, była wielka kłótnia (podobno o to, że córka z mężem pożyczyli C i W jakąś sumę pieniędzy, choć im się też nie przelewało, i po roku czy dwóch, jak C i W wymieniali sobie samochód na nowszy, a oni budowali dom, zażądali spłaty. C i W podobno byli oburzeni, że "ale jak to, mają oddać?!"), po kłótni całkowite zerwanie kontaktu, po jakichś 10 latach kontakty wznowiono - na zasadzie odwiedziny na pół godziny raz na rok czy dwa lata.

Średnia córka na etapie liceum wyjechała z domu, zamieszkała w internacie. Utrzymywała się - z tego co wiem - głównie z jakichś stypendiów naukowych, na studiach łączyła pracę z nauką. Podejście C i W: oni nie będą płacić za jakieś fanaberie, zwłaszcza dla dziewczyny (fanaberie = nauka).

Syn został u C i W (duży dom, praktycznie dało się zrobić oddzielne wejście/mieszkanie). Jego żona nie miała prawa wstępu do części domu C i W. Wnuczka również bez pozwolenia nie mogła nawet wejść do kuchni C i W, żeby napić się wody. Z tego co wiem, syn z żoną pokrywali całość opłat za energię, gaz, opał na zimę - bo C i W uważali, że skoro oni już dom wybudowali, a syn i żona "przyszli na gotowe", to niech przynajmniej płacą.

Jednak przyszła starość, a starość - zwłaszcza u C i W - nie radość. C zachorowała przewlekle, W też. Wymagają opieki.

Cała rodzina dalsza hur dur na dzieci C i W, że jak to rodzicami się nie zajmą.
Pomysły są najróżniejsze.
Że najstarsza córka powinna ich wziąć do siebie, przecież w domu mieszka!
Że średnia powinna przyjechać z tej "stolycy" i się chorymi matką, ojcem zająć.
Że żona syna powinna zrezygnować z pracy i się opiekować obojgiem, przecież "w jednym domu mieszkają".

Na moją, luźną dość sugestię, że C i W pobierają emerytury, wydatków nie mają oprócz żywności i leków żadnych, więc reszta zapewne wystarczyłaby na opłacenie opiekunki, hur dur, że jak to, obcy ludzie mieliby się opiekować, a trójkę dzieci mają!

Mają, ale mają też z nimi takie relacje, jakie całe życie budowali - czyli praktycznie żadne.

rodzina opieka starość

Skomentuj (16) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 321 (333)

#84833

(PW) ·
| Do ulubionych
Ostatnimi czasy z przykrością stwierdzam w różnych sytuacjach, że chamieje nam naród, i tu właśnie o piekielnym braku kultury będzie.

Pojechałam w odwiedziny do babci. Babcia wybiera się do kościoła. Gorąco, babcia niezmotoryzowana, pomyślałam więc, że ją podwiozę.

W kościele sporo ludzi, wśród nich moi znajomi (bardziej z widzenia, z racji odwiedzin u babci ich kojarzę), wiek 30+, dwójka dzieci. Oboje wyższe wykształcenie (kierunku nie znam, ale coś studiowali), ona prowadzi zakład kosmetyczny (chyba niezły, z ciekawości popatrzyłam na opinie na fb i są raczej pozytywne, są też informacje o jakichś sesjach, szkoleniach itd.), on prowadzi firmę przewozową. Ogólnie taka raczej "wyższa klasa średnia", jeśli chodzi o status zawodowy i finansowy. (Chodzi o to, że nie żadna patologia typu "on pije i bije, ona ledwo żyje", tylko osoby wydawać by się mogło mające pewne obycie kulturalne).

Ale wracając do meritum - w kościele byli z dwójką dzieci, synek tak na oko 6/7 lat i córeczka, jakieś 5 lat. Chłopiec był dość spokojny, za to dziewczynka... no nie przesadzę, jeśli powiem, że zachowywała się jak małpka w zoo. Biegała, ślizgając się na posadzce. Kładła się na brzuchu i turlała. Wskakiwała na ławkę i z głośnym przytupem zeskakiwała z niej, wspinała się na oparcie, próbowała położyć się na oparciu. Wszystko to w akompaniamencie głośnych pisków i okrzyków. Naprawdę głośnych, typu zeskok z ławki z głośnym "juuuhuuuu!" albo bieg zakończony ślizgiem z piskiem "łiiiiiii". I nie była to kwestia 10 minut, czy końcówki mszy (dziecko znudzone, szuka rozrywki), tylko praktycznie od samego wejścia do kościoła - a weszli niedługo po nas.

A rodzice?
Totalny brak reakcji.
Noo, w momencie gdy wspinała się na oparcie, ojciec ją z tego oparcia ściągnął, ale nie zauważyłam, żeby jakoś skarcił czy powiedział "nie rób tego więcej".

Dziewczynka lat 5 jest w stanie zrozumieć już pewne rzeczy. I msza nie była długa, jakieś 40 minut całość, nie jest to czas, jakiego nie byłoby w stanie wytrzymać dziecko w miarę spokojnie. Tylko rodzice powinni to małej wytłumaczyć, a nie stać jak słupy soli...

I żeby nie było - nie jestem przeciwniczką zabierania dzieci w miejsca publiczne, ale chyba po to się dziecko zabiera między ludzi, żeby mu pokazać, jak się zachowywać między tymi ludźmi...

brak_kultury kościół dzieci

Skomentuj (26) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 119 (133)

#84782

(PW) ·
| Do ulubionych
"Bo w tym kraju nie ma pracy dla ludzi z moim wykształceniem..."

K. ma 30 lat.
Wykształcenie: wyższe, administracja.
Nie pracuje, mieszka z rodzicami.

Na studiach K. nie pracowała.

Po studiach zrobiła sobie rok wolnego (ale po prostu była przez ten roku w domu, nie żaden tam "gap year" żeby poznawać świat czy coś w tym stylu).

Po roku wolnego podjęła studia podyplomowe.

Studiów podyplomowych nie skończyła, bo w trakcie uznała, że to jednak nie dla niej.

Podjęła pracę w sklepie kosmetycznym w galerii handlowej. Co tydzień przesyłane były próbki kosmetyków. K. stwierdziła, że skoro stare jeszcze się nie skończyły, to po co stawiać na półkach nowe - i brała je sobie do domu. Chwaliła się swoją "przedsiębiorczością". Po okresie próbnym, ku jej wielkiemu zaskoczeniu, pożegnano się z nią bez żalu...

Po ok. pół roku bezowocnych poszukiwań kolejna praca w sklepie. Niestety, K. poznała chłopaka, i godziny otwarcia galerii - a co za tym idzie godziny pracy - jak sama mówiła, kolidowały jej z życiem uczuciowym. Zwolniła się.

Kolejne półtora roku "szukała" pracy w "zawodzie", narzekając, jakie te konkursy w urzędach poustawiane... (częściowo zapewne tak, ale też w większości wymagane jest doświadczenie, więc K. odpadała w przedbiegach).

Spotkała na grillu znajomego znajomych - który luźno rzucił, po wysłuchaniu historii o jej problemach ze znalezieniem pracy, że w firmie, w której pracuje (duże korpo, on jest tam jakimś kierownikiem czy coś w ten deseń) popyta, i da znać, jakby jakaś opcja pracy była. K. przyjęła to jako gwarancję zatrudnienia i kolejne pół roku (!) czekała, no bo przecież "obiecał"...

Wreszcie K. znalazła pracę w urzędzie... O zgrozo! Kazali jej jakąś ustawę przeczytać! Ona nie wie jak się tam cokolwiek robi! Jakieś zestawienie miała zrobić - excel, czym to się je?! I kierowniczka zła, niedobra, straszliwa, bo ją ochrzania za to, że źle coś robi.

No cóż, trzeba odejść z tej pracy. Po tygodniu (!).

Teraz K. szuka czegoś, jak sama mówi: "na stałe, czyli od razu umowa na czas nieokreślony - nie żadne tam zastępstwa czy okresy próbne, zgodnej z kierunkiem wykształcenia, ciekawej, inspirującej i oczywiście poniżej 3000 zł na rękę na początek to nie zaczyna".

No cóż, satysfakcjonująca praca - bezcenna, za wszystko inne zapłacisz master card (rodziców)...

praca_ubogaca workinghard ferdynandyzm

Skomentuj (55) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 158 (174)

#84279

(PW) ·
| Do ulubionych
Piekielni... egoiści?

Spokojny, sobotni wieczór, droga wjazdowa do miasta. Dwa pasy ruchu po jednej stronie, pas zieleni, dwa pasy po stronie drugiej, czasami te dwa pasy przechodzą w trzy a nawet cztery (lewo - i prawoskręty, pasy do zawracania).

Ograniczenie prędkości: 70 km/h.

Za ekranami z obu stron chodniki i ścieżki rowerowe. Ścieżki ładne, równe, asfaltowe. Ogólnie wszystko jeszcze ładne i równe, bo generalny remont tego odcinka drogi zakończył się niespełna rok temu.

Gdzie mkną dwaj panowie "kolarze"?

Oczywiście prawym pasem jezdni. Obok siebie, zajmując całą szerokość pasa.

Dlaczego??

A teraz inna strona medalu.

Trasa spacerowa na bulwarach, niedzielne popołudnie.

Ogólnie szlak podzielony po połowie, pół - chodnik dla pieszych, pół - ścieżka rowerowa.

Nie jest to nie wiadomo jak szerokie, ale spokojnie np. dwa rowery jadące obok siebie lub matka z wózkiem i osobą towarzyszącą idącą obok, zmieszczą się na "swoim" pasie.

W pewnym momencie jednak pas się znacząco rozszerza, a ściślej rzecz ujmując - strona przeznaczona dla pieszych jest od zakrętu trzy razy szersza, ścieżka rowerowa pozostaje bez zmian.

I mając o wiele miejsca, którędy spacerują matki (maDki?) z wózkami? Oczywiście wąskim paskiem ścieżki rowerowej.
Niektóre też dzielnie zajmują bieżnię, której krótki odcinek został zrobiony równolegle do chodnika/ścieżki.

Co ciekawe, nigdy nie zdarzyło mi się zaobserwować, żeby zwykły pieszy/grupa pieszych (zwykły = bez wózka) szedł tam ścieżką rowerową.

I ponownie to samo pytanie, co wyżej: dlaczego??

A wystarczyłoby mieć odrobinę szacunku i zrozumienia do pozostałych uczestników ruchu...

pedalarze maDki miasto egoizm

Skomentuj (14) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 76 (96)

#84238

(PW) ·
| Do ulubionych
Piekielny pomysł?

Zapewne włożę kij w mrowisko, ale...

W kontekście planowanego strajku nauczycieli szeroko dyskutowana jest ilość godzin, jakie przepracowują.

Jedni zauważają, że pełny etat w szkole, czyli 18 godzin tygodniowo, to strasznie mało, zwłaszcza w kontekście normalnego, 40-godzinnego tygodnia pracy.

Inni (nauczyciele?) argumentują, że te 18 godzin to tak naprawdę wcale nie 18 godzin, bo trzeba przygotować się do lekcji, uzupełnić dzienniki, przygotować sprawdziany, poprawić sprawdziany itd.

Niektórzy dodają nawet, że jakby zliczyć czas spędzony na powyższym, to nauczyciele pracują o wiele dłużej niż przeciętny etatowiec.

Ale moje pytanie brzmi: jak to naprawdę jest z tym czasem i jak to sprawdzić?

Czy nie powinno być tak, że owszem, etat "lekcyjny" nauczyciela niech wynosi 18 godzin, ale pozostałe 22 godziny niech spędzają w szkole? Przecież są laptopy/pracownie komputerowe/biblioteki i nie widzę powodu, dla którego nauczyciel nie mógłby przygotowywać się do lekcji, poprawiać sprawdzianów itd. w szkole.

Wtedy łatwo byłoby zweryfikować, ile faktycznie czasu na tym spędzają.

Byłoby to też korzystne dla nauczycieli, bo po prostu wyrabiali by normę godzinową i szli sobie do domu.

szkoła nauczyciele strajk

Skomentuj (91) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 150 (208)