Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation
Profil użytkownika

marcelka

Zamieszcza historie od: 25 lipca 2017 - 14:34
Ostatnio: 16 września 2021 - 8:23
  • Historii na głównej: 37 z 39
  • Punktów za historie: 5750
  • Komentarzy: 636
  • Punktów za komentarze: 5714
 

#88507

(PW) ·
| Do ulubionych
Mówi się, że narzekanie to narodowy sport Polaków. Noo, wg mnie mamy jeszcze drugi - krytykowanie.

Wizyta imieninowa u wujostwa. Kuzyni fajni, wujostwo trochę mniej. Zwłaszcza ciotka z gatunku tych, co to skrytykują żabę za to, że zielona... ale taki brak logiki, jaki wykazała ostatnio, nawet mnie zaskoczył.

Otóż najpierw wdała się w długi monolog na temat swojej sąsiadki, dajmy na to A. Że dziecko już 3 lata, a ona nadal w domu siedzi, na utrzymaniu męża, że zero ambicji, że tylko z dzieckiem lata, tu spacer, tu plac zabaw, tu w ogródku, że przecież lepiej dzieciaka do przedszkola posłać i jakąś pracę znaleźć, bo tak to z roku na rok będzie jej trudniej, bla bla bla...

A za chwilę zaczęła malowniczo opisywać, czyt. jechać po drugiej sąsiadce, B. Że dziecko małe jeszcze, dopiero 4 latka, a tylko przedszkole, nianie, babcie, matki prawie nie widuje, tej B. to tylko kariera w głowie, nawet z przedszkola małego częściej odbiera ojciec, a ostatnio w sklepie B. pytała kasjerki o namiary na siostrę (zapasową nianię), bo się z dziewczynami na mieście umówiła, no do czego to podobne, żeby matka po mieście latała, zamiast się własnym dzieckiem zająć, wyrodna jakaś, bla bla bla...

I taka to, f**k_logic...

matki żony kochanki

Skomentuj (12) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 141 (153)

#88455

(PW) ·
| Do ulubionych
Miejsce akcji: pendolino, wagon strefa ciszy, trasa nad morze.

Jak zapewne większość wie, w pendolino można przy rezerwacji miejsca wybrać wagon z tzw. "strefą ciszy".

Co oznacza strefa ciszy domyślić się nietrudno, ale jakby ktoś miał wątpliwości, to przy każdym siedzeniu wiszą kartki wyjaśniające.

Po co ktoś wybiera, kupując bilet, strefę ciszy? No po to, żeby jechać w ciszy - oczywista oczywistość.

Dlatego gratuluję braku wyobraźni komuś, kto uznał, że właśnie strefa ciszy będzie najlepszym miejscem do przejazdu nad morze grupy 10 nastolatków w wieku na oko 11-13 lat i tak zarezerwował bilety.

Młodzież jechała chyba na jakieś kolonie/obóz, no i jak to dzieciaki - gadali między sobą. Nawet nie jakoś bardzo krzykliwie, ale wiadomo, jak rozmawia dziesięć osób to robi się już hałas.

Współpasażerowie uciszali.

Uciszanie skutkowało na jakieś 10 - 15 minut, potem znów szmer, coraz głośniejszy.

I tak sobie trwała podróż, nieoczekiwanie męcząca i dla tych nastolatków, i dla reszty podróżnych...

pkp pendolino strefa ciszy

Skomentuj (9) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 182 (190)
poczekalnia

#88446

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Ubogacenie kulturowe, wersja plażowa.

Jest sobie plaża, spokojne popołudnie, pogoda jak na Bałtyk znośna, nic, tylko się relaksować...

Ale oto na plaży pojawiła się grupa pięciu smagłych młodzieńców - wnioskując nie tylko po ciemniejszej karnacji, ale przede wszystkim po języku, jakim się porozumiewali - obcokrajowcy.

I z niewiadomych mi przyczyn uznali, że plażowicze w to sielskie, spokojne popołudnie nie pragną nic innego, jak poznać muzykę taneczną ich rodzimego (zapewne) kraju...

Mieli przenośny magnetofon, z którego puścili jakieś wschodnio brzmiące disco. W ruch poszły też papierosy, piwo.

Trwało to jakieś pół godziny.

Nikt z plażowiczów nie kwapił się, by zwrócić im uwagę, ich gabaryty i stan lekkiego upojenia alkoholowego nie zachęcał do nawiązania kontaktu.

Ale trafiła się grupa młodzieży, która najwyraźniej postanowiła działać według zasady "zło złem zwyciężaj", gdyż zapuścili na pełną głośność jakiś metal.

Ta "subtelna aluzja" jednak najwyraźniej nie dotarła do adresatów lub została zignorowana.

Nie wiem, jak skończyła się ta muzyczna wojna, bo połączenie dziwacznego disco z ostrym metalem stworzył tak koszmarny mix, że ewakuowałam się z plaży w trosce o moje bębenki i zdrowie psychiczne.

plaża muzyka brak kultury

Skomentuj (15) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 52 (94)

#88398

(PW) ·
| Do ulubionych
Miałam zamiar napisać komentarz pod historią @cranberry, ale wyszedł na tyle długi, że zamieszczam jako historię.

Wypad w cztery koleżanki, majówka, Budapeszt, wydawało się, że mamy w miarę wszystko ustalone/mamy spójną wizję tego kilkudniowego pobytu. Taak, wydawało nam się.

Na miejscu okazało się, że koleżanka A. uważa, że 6 rano jest wspaniałą godziną do wstawania na mini-wakacjach, bo można pójść wcześniej do sklepu, oddalonego zaledwie o 1,5 km od hotelu, zrobić zakupy, wrócić do hotelu, zjeść śniadanie i zwiedzać, ach, dzień taki długi!

My we trzy wolałyśmy zacząć dzień spokojnie, powiedzmy o 9, wypić jakąś kawę/coś przegryźć w kawiarni - cenowo było w miarę ok, oczywiście drożej niż kanapka, ale bez przesady. No cóż, to tak się dogadałyśmy - ona wstawała rano, latała do sklepu i z powrotem, a potem wisiała nam nad głową przy tej kawie, bo ona już zjadła, kawę przywiozła ze sobą w saszetkach, i tracimy czas, a zwiedzanie czeka... i atmosferę od rana szlag trafiał.

Zwiedzanie - wcześniej uzgodniłyśmy punkty, które koniecznie chcemy zobaczyć, i niektóre inne, które zobaczymy, czy wystarczy nam czasu, pieniędzy i ochoty. Nagle okazało się, że ona wcale nie chce iść do muzeum X, woli muzeum Y, a zamiast zobaczyć Z woli zobaczyć W. No spoko, ale mogła dojść do tego wniosku wcześniej, zwłaszcza że dni miałyśmy mniej więcej tak rozplanowane, żeby rzeczy, które chcemy zobaczyć, były po drodze. Tymczasem jej muzeum Y wymagałoby albo całkowitej zmiany planów, albo nadłożenia dużo drogi, co by nam wykluczyło czas na jakiś lunch/obiad. Kończyło się tak, że z fochem szła tam, gdzie zaplanowane. Sama odłączyć się i jechać do "swoich" atrakcji nie chciała, bo obce miasto i ona sama się boi. I znów, atmosfera skiśnięta, bo niefajnie, jak się ktoś snuje z nosem na kwintę.

Obiady - nie planowałyśmy jakichś ekstrawaganckich restauracji, raczej spróbować coś lokalnego/pójść na pizzę. Ale koleżanka A. stwierdziła, że najlepiej będzie wracać na obiad do hotelu - a właściwie wynajętego apartamentu - i tam coś ugotować. Strata czasu, i na samo gotowanie, i na dojazd, bo lokum było kompromisem między ceną a lokalizacją, i choć połączenie metrem było dobre, to jednak trzeba było do centrum kawałek dojechać. Stwierdziłyśmy, że nie wracamy.

Pierwszego dnia A. została z nami, kręcąc nosem na każde proponowane miejsce na obiad, drugiego zdecydowała się wrócić, a my miałyśmy zjeść na mieście i za powiedzmy 2 godziny spotkać się w punkcie X. Czekamy i czekamy a jej nie ma, telefonu nie odbiera. No to zaczęłyśmy realizować dalsze punkty zwiedzania, tak jak było w planie - pisząc jej smsy, że jesteśmy tu i tu, potem idziemy tu - żeby mogła do nas dołączyć. To strzeliła focha, że ona nas po całym mieście nie będzie szukać i żebyśmy chodziły same gdzie chcemy. Tak zrobiłyśmy, ale atmosfera stała się ciężka jak ołów.

Zdjęcia - noo, jak człowiek gdzieś jedzie, to przeważnie robi zdjęcia, i nie jest to wymysł ostatnich kilku lat. My też, jak coś przykuło naszą uwagę, robiłyśmy foty. I nie, nie w typie 150 ujęć selfie z kaczym dziobkiem, tylko takie normalne zdjęcia różnych zabytków, mostu, rynku, ciekawej ulicy. A. cały czas podkreślała, że nie umiemy "chłonąć chwili" i że zdjęcia są takie dziecinne.

Zakupy - ja nigdy nie przywożę z wyjazdów typowych pamiątek, magnesów, kubków, koszulek, ciupag ani niczego w tym stylu. Ale pozostałe koleżanki chciały coś kupić, więc zakupy pamiątek były w planie wyjazdu. A. obleciała całą wielką halę, wracając po trzy razy do tego samego stoiska, żeby się przekonać, czy upatrzony breloczek nie jest przypadkiem gdzieś o kilka groszy tańszy. Rozumiem, jakby to było coś naprawdę drogiego, ale serio - kupiła, po jakichś 4 godzinach, 3 (słownie: trzy) breloczki.

Może małe piekielności, ale strasznie psujące atmosferę...

koleżanki wyjazd maruda

Skomentuj (37) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 193 (203)

#88280

(PW) ·
| Do ulubionych
Jest sobie nieduża wioska.

Wioska typowo wiejska, ale dobrze skomunikowana z Mniejszym Miasteczkiem i Całkiem Sporym Miastem. Przy pewnej dozie dobrej woli można uznać wioskę za takie nieco odleglejsze przedmieścia - czas dojazdu samochodem to ok. 20 minut do mniejszego i 35 minut do większego miasta, zatem lokalizacja atrakcyjna.

W wiosce był sobie ciąg pól. Łąk w zasadzie, bo raczej nikt nawet tam nic nie uprawiał - ktoś próbował kiedyś jakieś ziemniaki, ktoś inny krzewy malin, ale nic z tego nie wyszło. Dlaczego?

Z jednej strony owych pól jest sobie ładna, asfaltowa droga, z drugiej - niemniej ładny, wąziutki strumyczek. Ale strumyczek średnio raz na rok lub dwa lata traci swój urok i zamienia się w rwący potok, fala potrafi sięgnąć kilku metrów i w mgnieniu oka ze strużki, którą dałoby się przeskoczyć bez większego wysiłku, robi się żywioł.

Jak się nietrudno domyślić, ta woda gdzieś się musi wylewać - i się rozlewa, właśnie na owe pola.

Tymczasem właścicielom (było ich kilku) tych pól się poumierało, dzieci wyjechały do miast, po co im były jakieś zielone skrawki - więc jak trafił się kupiec, to sprzedali.

A kupiec zwietrzył interes życia, pobudował na tych polach niewielkie jednorodzinne domki w stanie surowym i dalej, sprzedawać!

Cena była okazyjna (bo kupiec łąki kupił za marne grosze, więc nie musiał windować cen, i tak wiedział, że zarobi), lokalizacja atrakcyjna, a kupujący ewidentnie nie chcieli się zastanowić, czemu podobne domki, wybudowane w podobnej okolicy - w sąsiedniej wiosce, tylko kilka kilometrów dalej, były droższe prawie drugi raz tyle...

A teraz płacz, i zgrzytanie zębów, bo... zalewa!

Ubezpieczenie nie pokrywa szkód, bo teren zalewowy.

Rok temu, gdy potok wylał, skrzyknęli się i próbowali robić zbiórkę. Ludzie z wioski starali się im pomóc zaraz po zalaniu - przez kilka dni przynosili im i strażakom porządkującym obejścia jedzenie, dostarczyli jakieś ubrania, gmina zorganizowała kilka noclegów na sali gimnastycznej. Ale do zbiórki nikt się włączyć nie chciał - widziały gały, co brały...

tereny_zalewowe janusze_biznesu

Skomentuj (18) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 112 (122)

#82240

(PW) ·
| Do ulubionych
Ach, te wspomnienia ze szkolnych lat!

... czyli jak dostać jedynkę za to, że "nie orientujesz się" w lekturze.

Liceum. Polonistka wierzyła w Grega* jak w Zawiszę (dla niezorientowanych: seria lektur z omówieniem, ważne cytaty/wątki zaznaczone w treści takimi szarymi ramkami, itd.).

W związku z tym próbowała na nas wymusić, by wszyscy korzystali z lektur z tego wydawnictwa. Książki te były dość tanie, no i wielu osobom było w to graj (no hej, przecież z tyłu jest streszczenie, po co czytać całość, heloooł?), jednak część osób miała już starsze wydania tych lektur w domu - po rodzicach, starszym rodzeństwie lub pożyczała z biblioteki. I tak też zrobiła K.

Omawialiśmy wtedy "Potop" i K. miała na lekcji wypożyczone z biblioteki trzy wielkie, opasłe tomiszcza.

Polecenie Polonistki do K.: "Proszę przeczytać na głos fragment ze str. 234" (Polonistce oczywiście chodziło o fragment, który znajdował się na tej stronie w jej egzemplarzu, z Grega).

K. poprosiła o podanie numeru tomu i rozdziału, żeby znaleźć fragment w swoim wydaniu.

Polonistka stwierdziła, że skoro K. nie potrafi po numerze strony znaleźć danego fragmentu, to nie orientuje się w lekturze i za to należy się jedynka.

K. w odpowiedzi na to zaczęła czytać str. 234 ze swojego wydania...

Efekt: jedynka w dzienniku i uwaga dla K. za "niestosowanie się do poleceń nauczyciela".

szkoła piekielny_nauczyciel

Skomentuj (4) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 207 (217)

#87777

(PW) ·
| Do ulubionych
Historia @KwarcPL przypomniała mi moją własną "przygodę" z nieuczciwym taksiarzem.

Był to okres turystyczny (długi weekend majowy). Tak się złożyło, że zamawiałam kurs spod hotelu na dworzec autobusowy i miałam ze sobą małą walizkę. Taksiarz założył więc zapewne, że jestem turystką.

Trasa była krótka, niecałe 3 km, normalnie spacerkiem można się przejść. Zgodnie z cennikiem powinna kosztować jakieś max. 15 złotych.

Jakież było moje zdziwienie, gdy po przyjeździe na miejsce docelowe taksiarz zażądał... 35 zł!

No cóż, jak trzeba, to trzeba, zapłacę... tylko oczywiście poproszę paragon. A tu ups, paragonu nie ma! Bo panu taksiarzowi "zapomniało się" włączyć taksometr.

No to grzecznie mówię, że w takim razie mogę zapłacić 15 złotych, tyle ile powinna wynieść opłata za kurs.

Pan zaczął się pieklić, grozić policją... może założył, że śpieszę się na autobus i nie będę miała czasu czekać?

No cóż, przeliczył się, bo nie byłam turystką, doskonale znałam i stawki i odległość, po prostu musiałam pewną rzecz odebrać z hotelu od jednych znajomych i podać ją innemu znajomemu, który był w autobusie, a że rzecz niewielka, ale stosunkowo ciężka, stąd walizka (najłatwiej było tak zapakować i przewieźć) i taksa.

Zatem ochoczo przystałam na jego propozycję, niech wzywa policję, ja w międzyczasie zadzwonię jeszcze do jego korporacji, bo ich sprawa też może zainteresować...

Taksiarz zaczął mamrotać niecenzuralne słowa i cóż, zasugerował, żebym oddaliła się bez zapłaty i jak najszybciej.

Mógł normalnie zarobić, a chciał przycwaniakować.

taksiarz taxi

Skomentuj (13) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 141 (143)

#87778

(PW) ·
| Do ulubionych
Interesy ze znajomymi, temat rzeka... do której najlepiej nie wchodzić ;)

Mam znajomego, nazwijmy go na potrzeby tej historii Zbyszek. Zbyszek jakiś czas temu zaczął własną działalność, w branży dość drogiej i takiej, że jak ktoś potrzebuje takiej usługi, to potrzebuje, bo na własną rękę nie da się tego załatwić.

Zbyszek znajomym zawsze szedł na rękę i naprawdę działał "po kosztach", wiem z własnego doświadczenia.

Ale też przeżył wysyp "znajomych", co to sobie przypomnieli o tej znajomości, jak potrzebowali usług Zbyszka. Był i kumpel z przedszkola, i "znajoma", co to jej ciotka i matka Zbyszka do jednej podstawówki chodziły, ale hitem okazał się "szwagier Piotrusia".

Z opowieści Zbyszka wynika, że skontaktował się z nim gość, i od razu, bardzo familiarnym tonem, tłumaczy, że "ja od Piotrusia, pamiętasz chyba Piotrusia?" (no Zbyszek ni ch*ja, nie pamiętał), "Piotruś chodził z Tobą do jednej szkoły, dwie klasy wyżej, no i miał siostrę, i ona wyszła za mąż i jej mąż ma brata i to właśnie ja, szwagier Piotrusia jestem".

Po wytłumaczeniu tej jakże prostej relacji wyjaśnił, co potrzebuje i zaczął nawijkę, jak to teraz ciężko wszystkim, oj ciężko, i że trzeba się wspierać, znajomi powinni się wspierać, prawda?

Zbyszka zirytował ten przymilno-roszczeniowy ton "szwagra", i postanowił go... troszkę strollować.

Zatem ochoczo przytaknął, że tak, czasy ciężkie, znajomi powinni się wspierać, ba! jacy znajomi, wręcz przyjaciele, bo kto, jak nie przyjaciel?! I dodał, że cieszy się i naprawdę docenia, że "szwagier" podchodzi do tego właśnie w ten sposób. Po czym podał normalną cenę za usługę, której potrzebował "szwagier", i zapytał, to ile w górę idziemy? Bo wiadomo, znajomi powinni się wspierać, no ale tak konkretniej, to jak bardzo "szwagier" chciałby go wesprzeć?

"Szwagier Piotrusia" tymczasem strzelił przysłowiowego karpia, wymamrotał coś, że "musi skonsultować" i tyle go Zbyszku widział... i nici z tak wspaniale zapowiadającej się "przyjaźni"...

znajomi biznes

Skomentuj (6) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 211 (221)

#87634

(PW) ·
| Do ulubionych
Jest sobie rodzina.

Rodzice. Dwie córki - K. obecnie 40 i B. 38 lat. Obie zamężne, obie mają po jednym dziecku, obie pracują, B. ma mieszkanie, K. z mężem wybudowała dom. I syn, nazwijmy go Piotruś. Obecnie 30 lat.

Piotruś był wyczekanym i wychuchanym dzieckiem, podobno rodzice bardzo chcieli kolejne dziecko i marzyli o synu, a były jakieś problemy, więc jak urodził się Piotruś, to oszaleli z radości.

Córki poczuły się odstawione na boczny tor. Z jednej strony wiadomo, niemowlę/małe dziecko wymaga więcej czasu, ale z relacji K. i B. wynika, że to się utrzymywało cały czas.

Piotruś miał zawsze nowe zabawki, nowe ubrania, one musiały donaszać po kuzynkach i po sobie nawzajem. Jak Piotruś coś chciał, to było oczywiste, że to dostanie. Na wakacje one były wysyłane do dziadków lub upychane u ciotek/wujków, a rodzice z Piotrusiem jechali na dwa tygodnie nad morze, potem i za granicę (bo na wyjazd dla całej rodziny i atrakcje dla Piotrusia - aquaparki, wesołe miasteczka, lody itp. - nie było ich stać).

K. i B. dobrze się uczyły, Piotruś od początku był z nauką na bakier. Rodzice: "wiadomo, jak to chłopiec". Dla nich i tak był najlepszy, najmądrzejszy, naj!

K. i B. zdały maturę, poszły na studia, na studiach pracowały i miały stypendia naukowe, żeby się utrzymać (od rodziców dostawały okazjonalnie jakieś drobne pieniądze, ale utrzymać się musiały same), usamodzielniły się, znalazły pracę, założyły rodziny.

Piotruś nadal mieszkał z rodzicami. Maturę zdał ledwo ledwo. Na studia dzienne się nie dostał, więc może za rok... Za rok też się nie dostał, poszedł na jakieś zaoczne (płacili rodzice), czegoś tam nie zdał, wyrzucili go, zaczął następne, ale to "nie dla niego", i tak sobie "studiował" przez jakieś 5- 6 lat. O pracy w międzyczasie żadnej mowy nie było, bo przecież "Piotruś się uczy, studiuje!".

Jak w końcu okazało się, że z tych studiów to raczej nic nie będzie, podjęto próby pracy. Rodzice po znajomości załatwili mu jakiś staż, potem jakąś inną pracę, i jakąś kolejną.
Niestety, w żadnej Piotruś się nie utrzymał.

Bo on na 7 rano nie będzie do pracy jeździł, bo o której musiałby wstać?
Bo koledzy mu świnię podłożyli i są niemili.
Bo szef się na niego uwziął.
Bo on nie będzie za takie grosze pracował.
Brak doświadczenia jakiegokolwiek, brak wykształcenia i brak jakichkolwiek umiejętności lub chęci nauczenia się czegoś też nie bardzo się sprawdzały.

Tak więc Piotruś stał się człowiekiem, dla którego nie ma pracy, po prostu nie ma.

W międzyczasie sytuacja materialna rodziców się pogorszyła. Zakład, w którym pracował ojciec, został zlikwidowany. Mimo to ojciec znalazł pracę dorywczą, w ochronie, za jakieś nędzne grosze, ale lepsza taka praca niż żadna. Szkoda, że Piotruś nie podzielał tej opinii...

Niestety, ojcu się zmarło, zawał.

Emerytura matki nieduża, ledwo starczałaby na jedną osobę, a co dopiero na dwie.

Matka niedomaga, coraz bardziej. Mimo to cały czas koło Piotrusia się krząta: sprząta, pierze, gotuje, na zakupy chodzi, bo gdzieś Piotruś będzie ciężary dźwigał... Sama na jedzeniu oszczędza, "bo ona już stara, to jej wiele nie trzeba", ale dla Piotrusia zawsze są napoje kolorowe, chipsy, przekąski, bo przecież "on tak je lubi"...

K. i B. starały się matce pomóc, ale jak kilka razy dały pieniądze, to zamiast na poduszkę specjalną, której matka potrzebuje i tego typu rzeczy zostały wydane na... grę komputerową dla Piotrusia "bo tak o niej marzył!". Teraz K. i B. już nauczone doświadczeniem same kupują takie rzeczy i dają rzeczy, nie pieniądze.

Wiele razy próbowały rozmawiać, wcześniej z oboma rodzicami, teraz już tylko z matką, o tej sytuacji. Że tak nie może być. Że Piotruś musi w końcu zacząć pracować, bo za co kiedyś będzie żył?

I to jest rzecz, nad którą matka najwyraźniej też się zastanawia, bo ostatnio wpadła na "genialny" pomysł.

Przecież K. ma dom! Więc jak matki zabraknie, to Piotruś sprzeda mieszkanie (całe mieszkanie rodzice zapisali testamentami na Piotrusia), i wprowadzi się do K. Bo przecież on sam sobie nie poradzi! Bo jak to mężczyzna, i sam miałby sobie gotować, prać, no a K. i tak to przecież robi, dom ma duży, to co jej Piotruś będzie zawadzał?

K. była tak zaskoczona absurdalnością tego pomysłu, że najpierw nawet nie wiedziała jak zareagować, a potem wygarnęła matce, że co sobie wychowała, to ma.

Matka śmiertelnie się obraziła i oświadczyła, że nie zamierza rozmawiać z K. ani z B. dopóki te nie zmienią zdania (bo B. oczywiście poparła K.).

K. jest moją dobrą koleżanką i radziła się mnie, co robić. Nie bierze pod uwagę niańczenia Piotrusia przez następne kilkadziesiąt lat, ale boli ją brak kontaktu z matką...

A ja się zastanawiam, jak można być tak piekielnym rodzicem...

piekielni rodzice rodzina

Skomentuj (53) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 208 (216)

#81258

(PW) ·
| Do ulubionych
Pada śnieg.

Droga dojazdowa do miasta - pługi jeżdżą, ale ze względu na cały czas padający śnieg tworzy się błoto pośniegowe, pod nim wszystko zaczyna przymarzać.

Godzina około 16, czyli już powoli robi się zmrok, ze względu na padający śnieg widoczność jest mała. Jadę sobie wolno, zachowuję odstęp większy niż zwykle, przede mną jedzie auto, poruszając się z podobną prędkością.

Zbliżamy się do świateł. Z daleka widać zielone. Kierowca przede mną gwałtownie hamuje. Ja oczywiście też, nieco mniej gwałtownie, bo odstęp - na szczęście. Nadal mamy zielone.
Co się stało? Młody, na oko +/- 15-latek z psem wszedł na przejście dla pieszych na czerwonym, nie zatrzymując się przed przejściem nawet na sekundę, nawet nie patrząc w jedną czy drugą stronę, czy coś jedzie, w ręce telefon, nawijka musi być.

Kierowca przede mną opuścił szybę, coś krzyczał za chłopakiem, ten nawet się nie odwrócił, nie zatrzymał.

A potem się słyszy "potrącił pieszego na pasach"...

piekielny_pieszy droga samochody kierowcy nastolatek telefon

Skomentuj (2) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 147 (157)