Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation
Profil użytkownika

marcelka

Zamieszcza historie od: 25 lipca 2017 - 14:34
Ostatnio: 7 kwietnia 2021 - 17:55
  • Historii na głównej: 33 z 34
  • Punktów za historie: 5170
  • Komentarzy: 575
  • Punktów za komentarze: 5259
 

#87777

(PW) ·
| Do ulubionych
Historia @KwarcPL przypomniała mi moją własną "przygodę" z nieuczciwym taksiarzem.

Był to okres turystyczny (długi weekend majowy). Tak się złożyło, że zamawiałam kurs spod hotelu na dworzec autobusowy i miałam ze sobą małą walizkę. Taksiarz założył więc zapewne, że jestem turystką.

Trasa była krótka, niecałe 3 km, normalnie spacerkiem można się przejść. Zgodnie z cennikiem powinna kosztować jakieś max. 15 złotych.

Jakież było moje zdziwienie, gdy po przyjeździe na miejsce docelowe taksiarz zażądał... 35 zł!

No cóż, jak trzeba, to trzeba, zapłacę... tylko oczywiście poproszę paragon. A tu ups, paragonu nie ma! Bo panu taksiarzowi "zapomniało się" włączyć taksometr.

No to grzecznie mówię, że w takim razie mogę zapłacić 15 złotych, tyle ile powinna wynieść opłata za kurs.

Pan zaczął się pieklić, grozić policją... może założył, że śpieszę się na autobus i nie będę miała czasu czekać?

No cóż, przeliczył się, bo nie byłam turystką, doskonale znałam i stawki i odległość, po prostu musiałam pewną rzecz odebrać z hotelu od jednych znajomych i podać ją innemu znajomemu, który był w autobusie, a że rzecz niewielka, ale stosunkowo ciężka, stąd walizka (najłatwiej było tak zapakować i przewieźć) i taksa.

Zatem ochoczo przystałam na jego propozycję, niech wzywa policję, ja w międzyczasie zadzwonię jeszcze do jego korporacji, bo ich sprawa też może zainteresować...

Taksiarz zaczął mamrotać niecenzuralne słowa i cóż, zasugerował, żebym oddaliła się bez zapłaty i jak najszybciej.

Mógł normalnie zarobić, a chciał przycwaniakować.

taksiarz taxi

Skomentuj (13) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 138 (140)

#87778

(PW) ·
| Do ulubionych
Interesy ze znajomymi, temat rzeka... do której najlepiej nie wchodzić ;)

Mam znajomego, nazwijmy go na potrzeby tej historii Zbyszek. Zbyszek jakiś czas temu zaczął własną działalność, w branży dość drogiej i takiej, że jak ktoś potrzebuje takiej usługi, to potrzebuje, bo na własną rękę nie da się tego załatwić.

Zbyszek znajomym zawsze szedł na rękę i naprawdę działał "po kosztach", wiem z własnego doświadczenia.

Ale też przeżył wysyp "znajomych", co to sobie przypomnieli o tej znajomości, jak potrzebowali usług Zbyszka. Był i kumpel z przedszkola, i "znajoma", co to jej ciotka i matka Zbyszka do jednej podstawówki chodziły, ale hitem okazał się "szwagier Piotrusia".

Z opowieści Zbyszka wynika, że skontaktował się z nim gość, i od razu, bardzo familiarnym tonem, tłumaczy, że "ja od Piotrusia, pamiętasz chyba Piotrusia?" (no Zbyszek ni ch*ja, nie pamiętał), "Piotruś chodził z Tobą do jednej szkoły, dwie klasy wyżej, no i miał siostrę, i ona wyszła za mąż i jej mąż ma brata i to właśnie ja, szwagier Piotrusia jestem".

Po wytłumaczeniu tej jakże prostej relacji wyjaśnił, co potrzebuje i zaczął nawijkę, jak to teraz ciężko wszystkim, oj ciężko, i że trzeba się wspierać, znajomi powinni się wspierać, prawda?

Zbyszka zirytował ten przymilno-roszczeniowy ton "szwagra", i postanowił go... troszkę strollować.

Zatem ochoczo przytaknął, że tak, czasy ciężkie, znajomi powinni się wspierać, ba! jacy znajomi, wręcz przyjaciele, bo kto, jak nie przyjaciel?! I dodał, że cieszy się i naprawdę docenia, że "szwagier" podchodzi do tego właśnie w ten sposób. Po czym podał normalną cenę za usługę, której potrzebował "szwagier", i zapytał, to ile w górę idziemy? Bo wiadomo, znajomi powinni się wspierać, no ale tak konkretniej, to jak bardzo "szwagier" chciałby go wesprzeć?

"Szwagier Piotrusia" tymczasem strzelił przysłowiowego karpia, wymamrotał coś, że "musi skonsultować" i tyle go Zbyszku widział... i nici z tak wspaniale zapowiadającej się "przyjaźni"...

znajomi biznes

Skomentuj (6) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 211 (219)

#87634

(PW) ·
| Do ulubionych
Jest sobie rodzina.

Rodzice. Dwie córki - K. obecnie 40 i B. 38 lat. Obie zamężne, obie mają po jednym dziecku, obie pracują, B. ma mieszkanie, K. z mężem wybudowała dom. I syn, nazwijmy go Piotruś. Obecnie 30 lat.

Piotruś był wyczekanym i wychuchanym dzieckiem, podobno rodzice bardzo chcieli kolejne dziecko i marzyli o synu, a były jakieś problemy, więc jak urodził się Piotruś, to oszaleli z radości.

Córki poczuły się odstawione na boczny tor. Z jednej strony wiadomo, niemowlę/małe dziecko wymaga więcej czasu, ale z relacji K. i B. wynika, że to się utrzymywało cały czas.

Piotruś miał zawsze nowe zabawki, nowe ubrania, one musiały donaszać po kuzynkach i po sobie nawzajem. Jak Piotruś coś chciał, to było oczywiste, że to dostanie. Na wakacje one były wysyłane do dziadków lub upychane u ciotek/wujków, a rodzice z Piotrusiem jechali na dwa tygodnie nad morze, potem i za granicę (bo na wyjazd dla całej rodziny i atrakcje dla Piotrusia - aquaparki, wesołe miasteczka, lody itp. - nie było ich stać).

K. i B. dobrze się uczyły, Piotruś od początku był z nauką na bakier. Rodzice: "wiadomo, jak to chłopiec". Dla nich i tak był najlepszy, najmądrzejszy, naj!

K. i B. zdały maturę, poszły na studia, na studiach pracowały i miały stypendia naukowe, żeby się utrzymać (od rodziców dostawały okazjonalnie jakieś drobne pieniądze, ale utrzymać się musiały same), usamodzielniły się, znalazły pracę, założyły rodziny.

Piotruś nadal mieszkał z rodzicami. Maturę zdał ledwo ledwo. Na studia dzienne się nie dostał, więc może za rok... Za rok też się nie dostał, poszedł na jakieś zaoczne (płacili rodzice), czegoś tam nie zdał, wyrzucili go, zaczął następne, ale to "nie dla niego", i tak sobie "studiował" przez jakieś 5- 6 lat. O pracy w międzyczasie żadnej mowy nie było, bo przecież "Piotruś się uczy, studiuje!".

Jak w końcu okazało się, że z tych studiów to raczej nic nie będzie, podjęto próby pracy. Rodzice po znajomości załatwili mu jakiś staż, potem jakąś inną pracę, i jakąś kolejną.
Niestety, w żadnej Piotruś się nie utrzymał.

Bo on na 7 rano nie będzie do pracy jeździł, bo o której musiałby wstać?
Bo koledzy mu świnię podłożyli i są niemili.
Bo szef się na niego uwziął.
Bo on nie będzie za takie grosze pracował.
Brak doświadczenia jakiegokolwiek, brak wykształcenia i brak jakichkolwiek umiejętności lub chęci nauczenia się czegoś też nie bardzo się sprawdzały.

Tak więc Piotruś stał się człowiekiem, dla którego nie ma pracy, po prostu nie ma.

W międzyczasie sytuacja materialna rodziców się pogorszyła. Zakład, w którym pracował ojciec, został zlikwidowany. Mimo to ojciec znalazł pracę dorywczą, w ochronie, za jakieś nędzne grosze, ale lepsza taka praca niż żadna. Szkoda, że Piotruś nie podzielał tej opinii...

Niestety, ojcu się zmarło, zawał.

Emerytura matki nieduża, ledwo starczałaby na jedną osobę, a co dopiero na dwie.

Matka niedomaga, coraz bardziej. Mimo to cały czas koło Piotrusia się krząta: sprząta, pierze, gotuje, na zakupy chodzi, bo gdzieś Piotruś będzie ciężary dźwigał... Sama na jedzeniu oszczędza, "bo ona już stara, to jej wiele nie trzeba", ale dla Piotrusia zawsze są napoje kolorowe, chipsy, przekąski, bo przecież "on tak je lubi"...

K. i B. starały się matce pomóc, ale jak kilka razy dały pieniądze, to zamiast na poduszkę specjalną, której matka potrzebuje i tego typu rzeczy zostały wydane na... grę komputerową dla Piotrusia "bo tak o niej marzył!". Teraz K. i B. już nauczone doświadczeniem same kupują takie rzeczy i dają rzeczy, nie pieniądze.

Wiele razy próbowały rozmawiać, wcześniej z oboma rodzicami, teraz już tylko z matką, o tej sytuacji. Że tak nie może być. Że Piotruś musi w końcu zacząć pracować, bo za co kiedyś będzie żył?

I to jest rzecz, nad którą matka najwyraźniej też się zastanawia, bo ostatnio wpadła na "genialny" pomysł.

Przecież K. ma dom! Więc jak matki zabraknie, to Piotruś sprzeda mieszkanie (całe mieszkanie rodzice zapisali testamentami na Piotrusia), i wprowadzi się do K. Bo przecież on sam sobie nie poradzi! Bo jak to mężczyzna, i sam miałby sobie gotować, prać, no a K. i tak to przecież robi, dom ma duży, to co jej Piotruś będzie zawadzał?

K. była tak zaskoczona absurdalnością tego pomysłu, że najpierw nawet nie wiedziała jak zareagować, a potem wygarnęła matce, że co sobie wychowała, to ma.

Matka śmiertelnie się obraziła i oświadczyła, że nie zamierza rozmawiać z K. ani z B. dopóki te nie zmienią zdania (bo B. oczywiście poparła K.).

K. jest moją dobrą koleżanką i radziła się mnie, co robić. Nie bierze pod uwagę niańczenia Piotrusia przez następne kilkadziesiąt lat, ale boli ją brak kontaktu z matką...

A ja się zastanawiam, jak można być tak piekielnym rodzicem...

piekielni rodzice rodzina

Skomentuj (53) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 202 (210)

#81258

(PW) ·
| Do ulubionych
Pada śnieg.

Droga dojazdowa do miasta - pługi jeżdżą, ale ze względu na cały czas padający śnieg tworzy się błoto pośniegowe, pod nim wszystko zaczyna przymarzać.

Godzina około 16, czyli już powoli robi się zmrok, ze względu na padający śnieg widoczność jest mała. Jadę sobie wolno, zachowuję odstęp większy niż zwykle, przede mną jedzie auto, poruszając się z podobną prędkością.

Zbliżamy się do świateł. Z daleka widać zielone. Kierowca przede mną gwałtownie hamuje. Ja oczywiście też, nieco mniej gwałtownie, bo odstęp - na szczęście. Nadal mamy zielone.
Co się stało? Młody, na oko +/- 15-latek z psem wszedł na przejście dla pieszych na czerwonym, nie zatrzymując się przed przejściem nawet na sekundę, nawet nie patrząc w jedną czy drugą stronę, czy coś jedzie, w ręce telefon, nawijka musi być.

Kierowca przede mną opuścił szybę, coś krzyczał za chłopakiem, ten nawet się nie odwrócił, nie zatrzymał.

A potem się słyszy "potrącił pieszego na pasach"...

piekielny_pieszy droga samochody kierowcy nastolatek telefon

Skomentuj (2) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 144 (154)

#87035

(PW) ·
| Do ulubionych
Piekielny galimatias, czyli sytuacja polskiego szkolnictwa

Sprawę obserwuję niejako z boku (nie mam dzieci ani nie jestem nauczycielką), ale mam wśród znajomych wielu rodziców dzieci w różnym wieku - od przedszkolaków do licealistów, oraz kilkoro nauczycieli.

Rozumiem, że w marcu pandemia zaskoczyła wszystkich - rząd, rodziców, nauczycieli, dyrektorów, dzieci - no wszystkich. I rozwiązania wtedy wprowadzane były tak naprawdę w ciemno, ad hoc, improwizacja.

Ale teraz było pół roku, żeby się jakoś przygotować i przystosować do nowej rzeczywistości.

Opracować jakiś jednolity system edukacji zdalnej.
Dostarczyć szkołom jednolite oprogramowanie do tego systemu.
Pomyśleć o kwestiach sprzętu dla nauczycieli i uczniów.
Zorganizować szkolenia dla nauczycieli i może też rodziców.
Może wziąć pod uwagę jakieś rozwiązania hybrydowe?

Tymczasem wygląda na to, że będzie jak było - jedna wielka improwizacja i "jakoś to będzie". A co, jeśli to jakoś będzie oznaczało powrót do nauki zdalnej?

Z punktu widzenia uczniów: nie każdy uczeń ma warunki do nauki zdalnej (i lokalowe, i psychofizyczne) - tak jak nie każdy pracownik sprawdzi się w pracy zdalnej, niektórzy potrzebują biura/atmosfery biura/rygoru wychodzenia do pracy/współpracowników itd.

Z punktu widzenia rodziców: raz problem pracy/opieki, dwa - nagle musieli się stać nauczycielami i sami tłumaczyć dzieciom to, co powinno być wytłumaczone przez nauczycieli.

Z punktu widzenia nauczycieli: (tu na przykładzie mojej znajomej): szkoła nie zapewniła żadnych programów ani sprzętu. w domu koleżanka ma swojego prywatnego laptopa, ale przecież teoretycznie wcale nie musi go mieć. prowadzenie przez nią lekcji sprowadzało się do wysyłania e-mailem uczniom opracowań lektur/wierszy w wordzie i zadawania zadań. na zarzut jednej z matek, że "nie prowadzi zajęć online" i że "jakby dziecko mogło się wszystkiego z kartek nauczyć, to by mu szkoła była niepotrzebna, wystarczyłaby encyklopedia" odpowiedziała, że ona nie jest informatykiem, nie leży w jej kompetencjach znajomość programów komputerowych, nie ma obowiązku instalować takowych na swoim prywatnym laptopie, a żadnego szkolenia/sprzętu od szkoły nie było.

Taki efekt spychologii.
Ministerstwo spycha obowiązek "jakiej takiej" organizacji na dyrektorów, dyrektorzy wymagają od nauczycieli "macie sobie radzić", a poszkodowani są uczniowie i poniekąd rodzice*.

* Choć rodzice to też temat na osobną historię. Jedna z moich znajomych brała zwolnienie (urlop na żądanie) z pracy, żeby w domu napisać za córkę sprawdzian z chemii.

szkoła edukacja nauka_zdalna

Skomentuj (20) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 118 (134)

#86823

(PW) ·
| Do ulubionych
Była sobie para, nazwijmy ich Kasia i Tomek.

Kasia i Tomek poznali się na pierwszym roku studiów i wkrótce zostali parą. Fajną parą, nam, znajomym, wydawało się, że naprawdę dobraną parą.

Kasia od zawsze (czyli odkąd ją znam) kategorycznie twierdziła, że nie chce mieć dzieci. Nie kryła się z tym, wprost przeciwnie - gdy w gronie studenckim poruszany był temat przyszłości/pracy/związków/dzieci itd. to przeważnie oznajmiała, że ona nie zamierza mieć nigdy dzieci.

Tomek o tym wiedział, bo nieraz mówiła to w jego obecności, kiedyś też w nieco skromniejszym "babskim" gronie, podpytywana opowiedziała, że mieli o tym poważną rozmowę i ona mu wprost powiedziała, że może ze względu na jej młody wiek komuś się wydaje, że nie wie, co mówi, że zmieni zdanie, że za kilka lat poczuje instynkt macierzyński - ale ona wie, po prostu wie, że nie chce mieć dzieci i żeby on to wziął na poważnie. Bo jeśli on chce mieć dzieci, to ten związek nie ma sensu. Tomek to akceptował, ba! sam też w gronie znajomych czasem się wypowiadał, że "dzieci to nie jego bajka" i że "z Kasią postanowili, że nie będą mieć dzieci".

Na piątym roku studiów był ślub, potem wszyscy poszli swoimi ścieżkami, ale kontakt był.

Kasia i Tomek pracowali, oboje z tego co wiem lubili to, co robią, kupili niezłe mieszkanie, często wyjeżdżali razem.

I nagle, po 10 latach od ślubu i 15 latach związku - rozwód. Bo Tomek jednak chce dzieci. Bo w zasadzie to on zawsze (!) chciał, tylko o tym nie mówił. I myślał, że jednak Kasi się "odwidzi".

Decyzję o rozwodzie przyśpieszył fakt, że poznał, nazwijmy ją: Małgosię, parę lat młodszą od siebie, ale czującą powołanie do macierzyństwa. Tak bardzo, że w trakcie sprawy rozwodowej okazało się, że jest w ciąży, z Tomkiem.

Konia z rzędem temu, kto wyjaśni logicznie, po co ludzie wchodzą w związek i na starcie liczą, że ta druga osoba się zmieni? Po co być z kimś, kto z jakichś powodów im nie odpowiada? Po co marnować czas, i sobie, i tej drugiej osobie?

zwiazki dzieci rozwod

Skomentuj (52) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 149 (203)
zarchiwizowany

#86328

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Kolejna piekielność (wg mnie) związana z obecną sytuacją.

Jak pewnie wszyscy wiedzą, od dziś przepisy są zaostrzone - w tv, radio mówią, że wychodzić można tylko w ważnych sprawach życia codziennego (do sklepu spożywczego, apteki, lekarza, z psem); że zakaz zgromadzeń; że chodzić mogą obok siebie tylko 2 osoby; że w kościele może być max. 5 osób oprócz księdza;

Moja znajoma ma umówiony akt notarialny na piątek. Razem z mężem chcą kupić mieszkanie. Ale w tej sytuacji była pewna, że umowę się przesunie. No bo taka wizyta w kancelarii to:
- znajoma z mężem i dzieckiem (którego nie mają w tej sytuacji z kim zostawić)
- ci co sprzedają, też para,
- pośrednik nieruchomości,
- notariusz,
- sekretarka.
Po wszystkim mają się udać razem z pośrednikiem do mieszkania.
Jak to się ma do obecnych przepisów?

Zatem znajoma chciała przełożyć umowę na czas jak to się unormuje, kupno tego mieszkania to nie jest dla nich jakaś super pilna sprawa, sprzedający też nie mieli nic przeciwko przełożeniu ale... ale pośrednik i notariusz się nie zgadzają! To znaczy zgadzają się, ale notariusz zażądał już teraz wpłaty połowy swojego wynagrodzenia za projekt umowy.
Jakąś pracę wykonał, i pewnie ma podstawę, żeby zażądać, ale znajoma tego projektu na oczy nie widziała i dokumenty też są u tego notariusza, a poza tym nie miała zamiaru odwołać całkiem umowy, tylko po prostu umówić się jakoś po świętach, kiedy będzie - oby! - lepiej...

Ale jak dla mnie to jest absurd. Jak może pracować pośrednik nieruchomości czy notariusz, to czemu nie może pracować pani Zosia, która ma wyspę z akcesoriami fryzjerskimi w galerii handlowej albo pani Basia, która ma w galerii mały salonik jubilerski?

W obecnej sytuacji przepisy powinny być równe dla wszystkich i po prostu określać, że to, co nie jest konieczne (typu spożywcze i apteki) mają być zamknięte i koniec.

[Edit]: Znajoma zapłaciła, dostała projekt od notariusza na meila i wstępnie umówili się na 17 kwietnia.

koronawirus notariusz pośrednik

Skomentuj (14) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 7 (73)

#86322

(PW) ·
| Do ulubionych
Odpowiedzialność w czasach... słowa na k, którego już powoli wszyscy mamy dosyć.

Są sobie bracia X i Y. Bracia pracują za granicą, u naszych zachodnich sąsiadów. Ale w obecnej sytuacji wrócili do domu. Oczywiście objęła ich przymusowa kwarantanna. I fakt, bracia co do zasady grzecznie siedzą w domu...

... w domu, w którym mieszka również ich matka, żony obydwu oraz ich dzieci.

Dzieci beztrosko bawią się z dziećmi sąsiadów.

Żony codziennie chodzą do pracy.

Matka nie wyobraża sobie, żeby nie pójść do kościoła, no i codziennie chleb świeży trzeba kupić...

kwarantanna koronawirus

Skomentuj (28) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 104 (124)

#86226

(PW) ·
| Do ulubionych
Historia #86224 przypomniała mi nieco podobną sytuację z wesela.

Było to już kilka lat temu, końcówka studiów, ślub brała para z roku. Wesele zaplanowane w takim ośrodku wypoczynkowym trochę w style agroturystyki - na uboczu, klimat z lekka wiejski, tudzież, jakby to modniej ująć, rustykalny, ale wszystko ogólnie ok, jeśli chodzi o warunki. Ośrodek miał być na wyłączność dla pary młodej i gości, noclegi na miejscu, wszystko cacy.

Sporą część gości stanowili młodzi ludzie - w przedziale wieku powiedzmy 22-30; znajomi ze studiów, ich partnerzy/partnerki, kuzynostwo młodej i młodego, jeszcze inni ich znajomi.

Ośrodek daleko w zasadzie od wszystkiego, ale noclegi tam zaplanowane, więc żaden problem.

Mnie na tym weselu nie było - miała w tym samym terminie ślub w bliskiej rodzinie, ale co się okazało...

Załatwianiem szczegółów, zwłaszcza jeśli chodzi o płatności, zajmowała się mama Młodej.

Zgadała się z właścicielem ośrodka, i oboje chyba do dziś uważają, że zrobili interes życia.

Otóż ośrodek miał być na wyłączność dla gości weselnych, ale panu wpadła ekipka na imprezę integracyjną, której normalnie nie miałby gdzie przyjąć i zakwaterować, ale... ale tu dogadał się z Panią Mamą, która stwierdziła, że przecież pokoje dwu- czy trzyosobowe - co za różnica? I do dwójek powstawiali turystyczne łóżka, robiąc z nich trójki. Pani Matce wyszło taniej (za dostawki zapłaciła mniej niż za zlikwidowane dwójki), Pan Właściciel zadowolony, bo mu ekstra kasa od integracyjnych wpadła, tylko wyobraźcie sobie zaskoczenie gości, gdy okazało się, że z Kasią i Adamem śpi jeszcze Łukasz. A Basia, dziewczyna Łukasza, nocuje z Krzyśkiem i Moniką... i tak dalej.

Koniec końców część ekipy studenckiej umówiła się, że nocują dziewczyny z dziewczynami, chłopaki z chłopakami, no i to tylko jedna noc, a w zasadzie kawałek nocy, bo wesele trwało prawie do rana, ale niefajne było ich postawienie przed faktem dokonanym i w sytuacji dość niekomfortowej.

Para Młoda przepraszała, ale nic nie wiedzieli o zmianie układu.

A Pani Matka nie widziała nic złego, przecież młodzi są, to co za różnica, gdzie się prześpią, za jej czasów to młodzież razem na sianie w stodole się kładła po weselichu i nikt nie narzekał, a tu takie fanaberie!

Dodam, że starsza część rodziny, która miała nocować - czyli ciotki z wujkami - zachowali pokoje dwuosobowe.

wesele

Skomentuj (17) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 127 (145)

#85929

(PW) ·
| Do ulubionych
Ktoś pod jakąś niedawną historią o relacjach rodzice - dziecko napisał, że jak się słyszy o biednych, samotnych, opuszczonych staruszkach, to zawsze zastanawia się nad tym, jak to wygląda "z drugiej strony".
Uważam, że w większości przypadków mamy relacje z innymi takie, jakie sobie zbudowaliśmy. I zawsze dwie strony biorą udział w tym budowaniu.
Przykład z dalszej rodziny. Byli sobie Ciocia i Wujek (C i W, upraszczając, to naprawdę dalsza rodzina, ale nie ma sensu wdawać się szczegółowo w koligacje rodzinne). Nie osądzam, ale nie zaliczyłabym C i W do najlepszych rodziców.

Najstarszą córkę przez kilka pierwszych lat wychowywała jej babcia - matka C, C jej nawet nie odwiedzała, wzięła dziewczynkę do siebie jak miała jakieś 5 czy 6 lat. Gdy córka dorosła, była wielka kłótnia (podobno o to, że córka z mężem pożyczyli C i W jakąś sumę pieniędzy, choć im się też nie przelewało, i po roku czy dwóch, jak C i W wymieniali sobie samochód na nowszy, a oni budowali dom, zażądali spłaty. C i W podobno byli oburzeni, że "ale jak to, mają oddać?!"), po kłótni całkowite zerwanie kontaktu, po jakichś 10 latach kontakty wznowiono - na zasadzie odwiedziny na pół godziny raz na rok czy dwa lata.

Średnia córka na etapie liceum wyjechała z domu, zamieszkała w internacie. Utrzymywała się - z tego co wiem - głównie z jakichś stypendiów naukowych, na studiach łączyła pracę z nauką. Podejście C i W: oni nie będą płacić za jakieś fanaberie, zwłaszcza dla dziewczyny (fanaberie = nauka).

Syn został u C i W (duży dom, praktycznie dało się zrobić oddzielne wejście/mieszkanie). Jego żona nie miała prawa wstępu do części domu C i W. Wnuczka również bez pozwolenia nie mogła nawet wejść do kuchni C i W, żeby napić się wody. Z tego co wiem, syn z żoną pokrywali całość opłat za energię, gaz, opał na zimę - bo C i W uważali, że skoro oni już dom wybudowali, a syn i żona "przyszli na gotowe", to niech przynajmniej płacą.

Jednak przyszła starość, a starość - zwłaszcza u C i W - nie radość. C zachorowała przewlekle, W też. Wymagają opieki.

Cała rodzina dalsza hur dur na dzieci C i W, że jak to rodzicami się nie zajmą.
Pomysły są najróżniejsze.
Że najstarsza córka powinna ich wziąć do siebie, przecież w domu mieszka!
Że średnia powinna przyjechać z tej "stolycy" i się chorymi matką, ojcem zająć.
Że żona syna powinna zrezygnować z pracy i się opiekować obojgiem, przecież "w jednym domu mieszkają".

Na moją, luźną dość sugestię, że C i W pobierają emerytury, wydatków nie mają oprócz żywności i leków żadnych, więc reszta zapewne wystarczyłaby na opłacenie opiekunki, hur dur, że jak to, obcy ludzie mieliby się opiekować, a trójkę dzieci mają!

Mają, ale mają też z nimi takie relacje, jakie całe życie budowali - czyli praktycznie żadne.

rodzina opieka starość

Skomentuj (16) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 327 (339)