Profil użytkownika
marcelka ♀
| Zamieszcza historie od: | 25 lipca 2017 - 14:34 |
| Ostatnio: | 1 grudnia 2025 - 17:40 |
- Historii na głównej: 66 z 70
- Punktów za historie: 9094
- Komentarzy: 1123
- Punktów za komentarze: 9574
poczekalnia
Skomentuj
(23)
Pobierz ten tekst w formie obrazka
Modny ostatnio temat sharentingu. Ciekawa jestem opinii, kto tu jest piekielny...
Moja kuzynka ma dziecko w przedszkolu.
Przedszkole ma stronę na fb. Zwykłą, jak pewnie wiele placówek. Wrzucają tam posty typu okolicznościowe, w stylu "Dzisiaj Dzień Babci", ale też posty z przedszkolnych uroczystości czy wydarzeń. Kuzynka pokazała mi tę stronę, nie jest tego przesadnie dużo, zdjęcia zawsze grupowe, nie tak, że jakieś jedno konkretne dziecko, ujęcia neutralne... Pasowanie na przedszkolaka - grupka dzieci na scenie, z dyplomami dumnego przedszkolaka (dyplomy bez nazwisk/danych dzieci), Dzień jesieni - grupa dzieci z jakimiś pracami plastycznymi z liści, Spotkanie z poetką - poetka na krześle, przedszkolanka i dzieci słuchające, jak czyta itd.
Każdy rodzic dostał do podpisu zgodę dotyczącą publikacji takich zdjęć, większość podpisała, ale rodzice dwojga dzieci nie wyrazili zgody.
I co teraz?
Otóż w większości przypadków te dzieci proszone są o... usunięcie się ze zdjęcia.
Czyli jest w przedszkolu Dzień Jesieni, na koniec dnia robione jest pamiątkowe zdjęcie z pracami - "Basiu, Tomku* odejdźcie na bok, bo chcemy zrobić pamiątkowe zdjęcie". Pasowanie na Przedszkolaka - "Basiu, Tomku, zejdźcie ze sceny/odsuńcie się, bo robimy zdjęcie" itd.
*Basia, Tomek oczywiście imiona zmyślone.
W kilku przypadkach, gdy zdjęcia były np. z przedstawienia, w których Basia i Tomek brali udział, ich twarze na zdjęciach zakryto ikonką misia. Ale to z kolei nie podobało się innym rodzicom, którzy np. chcieli zdjęcie sobie wywołać do albumu.
Z jednej strony rozumiem, że sharenting to realny problem.
Z drugiej strony nie wiem, czy takie pomijanie tych dzieci nie jest dla nich bardziej krzywdzące, niż jakby mieli być na paru zdjęciach...
Moja kuzynka ma dziecko w przedszkolu.
Przedszkole ma stronę na fb. Zwykłą, jak pewnie wiele placówek. Wrzucają tam posty typu okolicznościowe, w stylu "Dzisiaj Dzień Babci", ale też posty z przedszkolnych uroczystości czy wydarzeń. Kuzynka pokazała mi tę stronę, nie jest tego przesadnie dużo, zdjęcia zawsze grupowe, nie tak, że jakieś jedno konkretne dziecko, ujęcia neutralne... Pasowanie na przedszkolaka - grupka dzieci na scenie, z dyplomami dumnego przedszkolaka (dyplomy bez nazwisk/danych dzieci), Dzień jesieni - grupa dzieci z jakimiś pracami plastycznymi z liści, Spotkanie z poetką - poetka na krześle, przedszkolanka i dzieci słuchające, jak czyta itd.
Każdy rodzic dostał do podpisu zgodę dotyczącą publikacji takich zdjęć, większość podpisała, ale rodzice dwojga dzieci nie wyrazili zgody.
I co teraz?
Otóż w większości przypadków te dzieci proszone są o... usunięcie się ze zdjęcia.
Czyli jest w przedszkolu Dzień Jesieni, na koniec dnia robione jest pamiątkowe zdjęcie z pracami - "Basiu, Tomku* odejdźcie na bok, bo chcemy zrobić pamiątkowe zdjęcie". Pasowanie na Przedszkolaka - "Basiu, Tomku, zejdźcie ze sceny/odsuńcie się, bo robimy zdjęcie" itd.
*Basia, Tomek oczywiście imiona zmyślone.
W kilku przypadkach, gdy zdjęcia były np. z przedstawienia, w których Basia i Tomek brali udział, ich twarze na zdjęciach zakryto ikonką misia. Ale to z kolei nie podobało się innym rodzicom, którzy np. chcieli zdjęcie sobie wywołać do albumu.
Z jednej strony rozumiem, że sharenting to realny problem.
Z drugiej strony nie wiem, czy takie pomijanie tych dzieci nie jest dla nich bardziej krzywdzące, niż jakby mieli być na paru zdjęciach...
przedszkole sharenting
Ocena:
22
(44)
zarchiwizowany
Skomentuj
(22)
Pobierz ten tekst w formie obrazka
Czytam sobie jakiś artykulik o rolnikach i o tym, jak jest ciężko.
Nie neguję tego. Co więcej, uważam za skandal, że różnice między tym co dostaje rolnik, a tym, ile płaci konsument, są tak duże (tak, wiem, że od produktu do konsumenta jest kilka etapów i każdy musi po drodze zarobić, i to jest ok, ale chodzi o to, że różnice w tych zarobkach powinny być wg mnie bardziej proporcjonalne).
No ale nie o tym ta historia...
Opierając się na danych tylko z tego konkretnego artykułu:
Rolnik podaje, że ma na polu 300 ton kapusty. I że ją sprzeda najwyżej po 60 gr za kilogram. Podaje też, że sadzonki tej kapusty kosztowały go 6 tys. złotych (20 gr za szt.).
300 ton to 300 000 kg. Po 60 gr - to daje kwotę 180 tysięcy zł.
Dzieląc to na 12 miesięcy w roku, to daje 15 tys. zł na miesiąc...
oczywiście, to nie jest "na czysto", odjąć trzeba i te sadzonki, i opłaty, i może jakiegoś pracownika... ale niechby rolnikowi na rękę na czysto z tych 15 tys. zostało 5 tys. - to czy to jest aż taka tragedia?
Nie wiadomo też, czy ma tylko tę kapustę, czy inne uprawy/inną działalność/zwierzęta gospodarskie itd. też... czyli jakiś inny dochód.
Po prostu zwróciło moją uwagę, że jak się czyta taki artykuł, i że tylko 60 gr płacą temu rolnikowi, no to brzmi dramatycznie... a jak się przeliczy, to w sumie myślę, że nie jedna mała firma czy salon kosmetyczny czy coś w tym rodzaju chciałoby mieć obrót na takim poziomie...
Nie neguję tego. Co więcej, uważam za skandal, że różnice między tym co dostaje rolnik, a tym, ile płaci konsument, są tak duże (tak, wiem, że od produktu do konsumenta jest kilka etapów i każdy musi po drodze zarobić, i to jest ok, ale chodzi o to, że różnice w tych zarobkach powinny być wg mnie bardziej proporcjonalne).
No ale nie o tym ta historia...
Opierając się na danych tylko z tego konkretnego artykułu:
Rolnik podaje, że ma na polu 300 ton kapusty. I że ją sprzeda najwyżej po 60 gr za kilogram. Podaje też, że sadzonki tej kapusty kosztowały go 6 tys. złotych (20 gr za szt.).
300 ton to 300 000 kg. Po 60 gr - to daje kwotę 180 tysięcy zł.
Dzieląc to na 12 miesięcy w roku, to daje 15 tys. zł na miesiąc...
oczywiście, to nie jest "na czysto", odjąć trzeba i te sadzonki, i opłaty, i może jakiegoś pracownika... ale niechby rolnikowi na rękę na czysto z tych 15 tys. zostało 5 tys. - to czy to jest aż taka tragedia?
Nie wiadomo też, czy ma tylko tę kapustę, czy inne uprawy/inną działalność/zwierzęta gospodarskie itd. też... czyli jakiś inny dochód.
Po prostu zwróciło moją uwagę, że jak się czyta taki artykuł, i że tylko 60 gr płacą temu rolnikowi, no to brzmi dramatycznie... a jak się przeliczy, to w sumie myślę, że nie jedna mała firma czy salon kosmetyczny czy coś w tym rodzaju chciałoby mieć obrót na takim poziomie...
rolnictwo kapusta pieniądze
Ocena:
17
(57)
poczekalnia
Skomentuj
(11)
Pobierz ten tekst w formie obrazka
Parapetówka znajomej. Grono dość liczne jak na parapetówkę, tak z 30 osób. Większość osób w relacji typu znajomi, koledzy z pracy, sąsiedzi (nowi, z mieszkania gdzie parapetówka), jakaś kuzynka z mężem itd. Ogólnie - nie bliski krąg przyjaciół, który znałby życie znajomej "od podszewki".
Każdy coś przyniósł. Większość osób przyszła z winem i czymś słodkim, ewentualnie z kwiatami - ot, symboliczny gest, żeby na nowe mieszkanie nie przyjść z pustymi rękami.
Po którymś z kolei gościu kolekcja butelek wina rosła, a znajoma zaczęła rzucać uwagi w stylu "teraz alkohol jest wszechobecny", "no naprawdę, jakim trzeba być człowiekiem, żeby nie potrafić bawić się bez alkoholu", "nigdy nie wiesz, czy ktoś nie zmaga się z alkoholizmem - własnym albo traumą z dzieciństwa" i w ten deseń.
Dodam, że znajoma według mojej wiedzy - i co najmniej kilku jeszcze innych osób obecnych na przyjęciu - nigdy nie miała widocznych problemów z alkoholem (nie widziano jej nigdy pijanej), ani też od alkoholu nie stroniła, w sytuacjach typu lunch firmowy zamawiała lampkę wina, wychodziła z koleżankami wieczorem na drinka itd. Na samym przyjęciu alkohol - wino i whisky - też był, w sensie że ona kupiła i przygotowała, nie te butelki, co dostała na prezent. I samo przyjęcie było raczej w stylu lampka wina i przekąska, nie jakieś picie wódy, nikt z towarzystwa nie był pijany, nawet wstawiony, wszyscy zachowywali się normalnie, jak ktoś nie miał ochoty na alkohol to pił wodę/sok/kawę, nikt nie komentował tego... nikt, oprócz znajomej.
Jej komentarze były na tyle liczne i na tyle głośne, że trudno było je zignorować. Ktoś chciał polemizować, ktoś inny wdał się w polemikę, że owszem, alkoholizm to choroba, ale taka, do której doprowadza się samemu, tak jak otyłość czy nikotynizm, bo jednak gdzieś na początku są te świadome decyzje, żeby sięgnąć po piwo/papierosa/czekoladę itd.
Sytuacja zaczęła się ogólnie robić niezręczna, zwłaszcza, że pojawili się kolejni goście - też akurat z winem - i nie rozumieli, czemu ich podarunek wzbudził trochę śmieszki towarzystwa, trochę niezadowolenie gospodarza, czyli znajomej...
Do dziś w sumie nie wiem, o co znajomej chodziło...
Każdy coś przyniósł. Większość osób przyszła z winem i czymś słodkim, ewentualnie z kwiatami - ot, symboliczny gest, żeby na nowe mieszkanie nie przyjść z pustymi rękami.
Po którymś z kolei gościu kolekcja butelek wina rosła, a znajoma zaczęła rzucać uwagi w stylu "teraz alkohol jest wszechobecny", "no naprawdę, jakim trzeba być człowiekiem, żeby nie potrafić bawić się bez alkoholu", "nigdy nie wiesz, czy ktoś nie zmaga się z alkoholizmem - własnym albo traumą z dzieciństwa" i w ten deseń.
Dodam, że znajoma według mojej wiedzy - i co najmniej kilku jeszcze innych osób obecnych na przyjęciu - nigdy nie miała widocznych problemów z alkoholem (nie widziano jej nigdy pijanej), ani też od alkoholu nie stroniła, w sytuacjach typu lunch firmowy zamawiała lampkę wina, wychodziła z koleżankami wieczorem na drinka itd. Na samym przyjęciu alkohol - wino i whisky - też był, w sensie że ona kupiła i przygotowała, nie te butelki, co dostała na prezent. I samo przyjęcie było raczej w stylu lampka wina i przekąska, nie jakieś picie wódy, nikt z towarzystwa nie był pijany, nawet wstawiony, wszyscy zachowywali się normalnie, jak ktoś nie miał ochoty na alkohol to pił wodę/sok/kawę, nikt nie komentował tego... nikt, oprócz znajomej.
Jej komentarze były na tyle liczne i na tyle głośne, że trudno było je zignorować. Ktoś chciał polemizować, ktoś inny wdał się w polemikę, że owszem, alkoholizm to choroba, ale taka, do której doprowadza się samemu, tak jak otyłość czy nikotynizm, bo jednak gdzieś na początku są te świadome decyzje, żeby sięgnąć po piwo/papierosa/czekoladę itd.
Sytuacja zaczęła się ogólnie robić niezręczna, zwłaszcza, że pojawili się kolejni goście - też akurat z winem - i nie rozumieli, czemu ich podarunek wzbudził trochę śmieszki towarzystwa, trochę niezadowolenie gospodarza, czyli znajomej...
Do dziś w sumie nie wiem, o co znajomej chodziło...
alkohol przyjęcie
Ocena:
37
(53)
Mieszkałam przez jakiś czas w bloku, gdzie na klatce mieliśmy sąsiadów "wystawiaczy".
Blok mały, na korytarzu wejścia do 5 mieszkań.
Sąsiedzi mieli tendencję do robienia z korytarza "przedłużki" mieszkania.
Najpierw były to małe rzeczy i okazjonalnie - a to worek ze śmieciami (wynoszony tego samego dnia lub na drugi dzień rano), a to jakaś doniczka, lampka, czasem buty zimowe/gumowe - wszystko to raczej znikało na drugi/trzeci dzień, nikt nie robił afery.
No ale wkrótce z jednego czy dwóch dni zaczął się robić tydzień. A potem dłużej.
Buty, stawiane okazjonalnie, zagościły na stałe. Razem z ociekaczem na buty. I drugą oraz trzecią parą butów. I parasolem. Potem dwoma parasolami. I doniczką ściągniętą z tarasu. Drapakiem dla kota. Skrzynką z pustymi butelkami. Dwoma skrzynkami. Workiem na śmieci (co prawda plastiki, więc nie śmierdziało, ale za to jakby zaczął tam być "na stałe"). Po jakimś czasie zamiast ociekacza na buty pojawiła się mała komoda na buty. Z wieszakiem na kurtki. Pozostałe rzeczy nadal mniej więcej w takim składzie też były.
Rozmowy z sąsiadami nic nie dały.
Po kilku w miarę kulturalnych odmowach (w stylu: ta doniczka tylko dopóki nie uprzątniemy tarasu, ten drapak to do sprzedania, płaszcze to teraz, żeby mokrego do domu nie wnosić itd.) wyszło szydło z worka, a mianowicie sąsiad oznajmił, że oni mają małe mieszkanie, im się nie mieści, a ten kawałek korytarza jest przy ich drzwiach, więc jest "ich", więc mamy się nie czepiać.
No więc razem z trzema pozostałymi sąsiadami wystawiliśmy na korytarz różne klamoty. Leżak. Parasol, ale rozstawiony - żeby mokrego do domu nie wnosić! Wózek dziecięcy. Kilka par butów. Plecak na stelażu. Lampę. Kwiatek. Ogólnie - co kto miał w miarę przenośnego.
Trzeba było widzieć minę sąsiadów, jak przebijali się przez te rzeczy do swojego mieszkania... razem z gośćmi, których tego dnia mieli, ważnymi gośćmi - szef sąsiada z kimś też jakimś ważnym, o wizycie wiedzieliśmy, więc dzień wybrany został... nieprzypadkowo.
I jeden z sąsiadów kurtuazyjnie zapytał, czy nie mają nic przeciwko, że postanowiliśmy wszyscy iść w ich ślady...
Na drugi dzień wszystko co było wystawione u sąsiadów zniknęło.
Blok mały, na korytarzu wejścia do 5 mieszkań.
Sąsiedzi mieli tendencję do robienia z korytarza "przedłużki" mieszkania.
Najpierw były to małe rzeczy i okazjonalnie - a to worek ze śmieciami (wynoszony tego samego dnia lub na drugi dzień rano), a to jakaś doniczka, lampka, czasem buty zimowe/gumowe - wszystko to raczej znikało na drugi/trzeci dzień, nikt nie robił afery.
No ale wkrótce z jednego czy dwóch dni zaczął się robić tydzień. A potem dłużej.
Buty, stawiane okazjonalnie, zagościły na stałe. Razem z ociekaczem na buty. I drugą oraz trzecią parą butów. I parasolem. Potem dwoma parasolami. I doniczką ściągniętą z tarasu. Drapakiem dla kota. Skrzynką z pustymi butelkami. Dwoma skrzynkami. Workiem na śmieci (co prawda plastiki, więc nie śmierdziało, ale za to jakby zaczął tam być "na stałe"). Po jakimś czasie zamiast ociekacza na buty pojawiła się mała komoda na buty. Z wieszakiem na kurtki. Pozostałe rzeczy nadal mniej więcej w takim składzie też były.
Rozmowy z sąsiadami nic nie dały.
Po kilku w miarę kulturalnych odmowach (w stylu: ta doniczka tylko dopóki nie uprzątniemy tarasu, ten drapak to do sprzedania, płaszcze to teraz, żeby mokrego do domu nie wnosić itd.) wyszło szydło z worka, a mianowicie sąsiad oznajmił, że oni mają małe mieszkanie, im się nie mieści, a ten kawałek korytarza jest przy ich drzwiach, więc jest "ich", więc mamy się nie czepiać.
No więc razem z trzema pozostałymi sąsiadami wystawiliśmy na korytarz różne klamoty. Leżak. Parasol, ale rozstawiony - żeby mokrego do domu nie wnosić! Wózek dziecięcy. Kilka par butów. Plecak na stelażu. Lampę. Kwiatek. Ogólnie - co kto miał w miarę przenośnego.
Trzeba było widzieć minę sąsiadów, jak przebijali się przez te rzeczy do swojego mieszkania... razem z gośćmi, których tego dnia mieli, ważnymi gośćmi - szef sąsiada z kimś też jakimś ważnym, o wizycie wiedzieliśmy, więc dzień wybrany został... nieprzypadkowo.
I jeden z sąsiadów kurtuazyjnie zapytał, czy nie mają nic przeciwko, że postanowiliśmy wszyscy iść w ich ślady...
Na drugi dzień wszystko co było wystawione u sąsiadów zniknęło.
sąsiad korytarz blok
Ocena:
158
(166)
Historia dodana przez alimenciara i komentarze skojarzyły mi się z sytuacją mojej znajomej, nazwijmy ją Kasia.
Kasia była z Adamem w związku ponad 10 lat, z czego połowa jako małżeństwo. Nigdy nie byli zbyt dobraną parą (to moja opinia), no ale byli parą, ich decyzje, ich wybory.
W chwili rozwodu mieli dwójkę dzieci, syn lat 8 i roczniak.
Starszy syn był bardzo z ojcem związany. Podział obowiązków u nich była raczej stereotypowy dla polskich domów - on pracował, ona pracowała, ale ona też ogarniała obiady, szkołę, lekarzy itd., ale on z synem czasu też sporo spędzał, na typowo "męskich" rozrywkach, jakieś klocki, potem wędki, wyprawy na grzyby, weekendy przy dłubaniu przy samochodzie czy jakimś majsterkowaniu - a młody to uwielbiał.
Szczegóły rozwodu nieistotne, ogólnie miło nie było, ale też jakoś w miarę sprawnie i bez większych dram. Dzieci - opieka powierzona matce, on prawo do kontaktów, oboje tak chcieli (w sensie on się nie starał o opiekę naprzemienną ani o to, żeby dzieci z nim mieszkały).
Ona była z tym ok, rozwód rozwodem, ale zależało jej, żeby dzieci miały kontakt z ojcem.
No ale pojawiły się takie sytuacje.
Np. plany na weekend. Adam zabiera starszego syna, mają gdzieś wędkować - ale pada deszcz, Adam pisze, że w takim razie w tę pogodę nieaktualne. Nie proponuje żadnej alternatywy w stylu kino, czy po prostu żeby młody przyjechał do niego, na jej propozycję stwierdza, że w kinie to nic nie grają ciekawego i on nie ma kasy na kino, a w mieszkaniu to co będą robić.
Np. miał przyjechać po południu zabrać młodego, pomajsterkować razem, Kasia też już miała plany, młodsze dziecko pod opiekę babci - ale Adama nie ma. Pół godziny, godzina, wreszcie sms "Sorki, coś mi wypadło, następnym razem".
Np. nie było ustalonego nic wspólnie, Kasia miała zaplanowane jakieś spotkanie rodzinne, oczywiście z dziećmi. Nagle przyjeżdża Adam, bo on akurat ma czas, to pomyślał, że weźmie młodego. No fajnie, ale czemu nie dał znać, nawet z pół godziny wcześniej?
Takich sytuacji, odwołanych spotkań, albo "młody, to ja cię odstawię wcześniej do domu, bo kumple mi piszą, że się dobry skład na piwo szykuje" było więcej i więcej.
A młody czekał tych spotkań z ojcem jak na Mikołaja. I za każdym razem, gdy plany się zmieniały, strasznie to przeżywał. Oczywiście obrywało się też Kasi, bo "czemu nic nie zrobiłaś, żeby tata się nie wyprowadził" i tego typu akcje. Ale zaczął chodzić na zajęcia dodatkowe, poznał nowych kolegów, z którymi się zaprzyjaźnił, i po jakimś czasie, jak miał do wyboru sobotę z ojcem, który się pojawi albo nie, to wolał na cały dzień iść do kolegi, albo spędzić czas na zajęciach.
I jak na to zareagował Adam? Oczywiście, że to wina Kasi. Że ona nastawia syna przeciwko niemu. Że ona nie chce, żeby on z nim spędzał czas, więc specjalnie (!) znalazła takie zajęcia, które są w soboty, nawet miał fochy do młodego, rzucając do niego kilka razy "oo, to teraz wolisz kolegów niż własnego ojca, tak?" - co nie tylko jest absolutnie niewłaściwym tekstem do dziecka, ale i szczytem hipokryzji, dzieciak mógłby odpowiedzieć "hej, tak jak ty wolałeś piwo z kumplami od własnego syna".
Kolejnym etapem była, a jakże, wojna o alimenty. Bo Adam obrażony wielce na Kasię, stwierdził, że on płacił nie będzie. Posunął się do tego stopnia, że w pracy poprosił o umowę na jakąś 1/16 czy 1/8 etatu, a reszta pod stołem, żeby dochodu nie wykazywać.
O to sprawa trwa, nie wiem jak się skończy.
Kasia była z Adamem w związku ponad 10 lat, z czego połowa jako małżeństwo. Nigdy nie byli zbyt dobraną parą (to moja opinia), no ale byli parą, ich decyzje, ich wybory.
W chwili rozwodu mieli dwójkę dzieci, syn lat 8 i roczniak.
Starszy syn był bardzo z ojcem związany. Podział obowiązków u nich była raczej stereotypowy dla polskich domów - on pracował, ona pracowała, ale ona też ogarniała obiady, szkołę, lekarzy itd., ale on z synem czasu też sporo spędzał, na typowo "męskich" rozrywkach, jakieś klocki, potem wędki, wyprawy na grzyby, weekendy przy dłubaniu przy samochodzie czy jakimś majsterkowaniu - a młody to uwielbiał.
Szczegóły rozwodu nieistotne, ogólnie miło nie było, ale też jakoś w miarę sprawnie i bez większych dram. Dzieci - opieka powierzona matce, on prawo do kontaktów, oboje tak chcieli (w sensie on się nie starał o opiekę naprzemienną ani o to, żeby dzieci z nim mieszkały).
Ona była z tym ok, rozwód rozwodem, ale zależało jej, żeby dzieci miały kontakt z ojcem.
No ale pojawiły się takie sytuacje.
Np. plany na weekend. Adam zabiera starszego syna, mają gdzieś wędkować - ale pada deszcz, Adam pisze, że w takim razie w tę pogodę nieaktualne. Nie proponuje żadnej alternatywy w stylu kino, czy po prostu żeby młody przyjechał do niego, na jej propozycję stwierdza, że w kinie to nic nie grają ciekawego i on nie ma kasy na kino, a w mieszkaniu to co będą robić.
Np. miał przyjechać po południu zabrać młodego, pomajsterkować razem, Kasia też już miała plany, młodsze dziecko pod opiekę babci - ale Adama nie ma. Pół godziny, godzina, wreszcie sms "Sorki, coś mi wypadło, następnym razem".
Np. nie było ustalonego nic wspólnie, Kasia miała zaplanowane jakieś spotkanie rodzinne, oczywiście z dziećmi. Nagle przyjeżdża Adam, bo on akurat ma czas, to pomyślał, że weźmie młodego. No fajnie, ale czemu nie dał znać, nawet z pół godziny wcześniej?
Takich sytuacji, odwołanych spotkań, albo "młody, to ja cię odstawię wcześniej do domu, bo kumple mi piszą, że się dobry skład na piwo szykuje" było więcej i więcej.
A młody czekał tych spotkań z ojcem jak na Mikołaja. I za każdym razem, gdy plany się zmieniały, strasznie to przeżywał. Oczywiście obrywało się też Kasi, bo "czemu nic nie zrobiłaś, żeby tata się nie wyprowadził" i tego typu akcje. Ale zaczął chodzić na zajęcia dodatkowe, poznał nowych kolegów, z którymi się zaprzyjaźnił, i po jakimś czasie, jak miał do wyboru sobotę z ojcem, który się pojawi albo nie, to wolał na cały dzień iść do kolegi, albo spędzić czas na zajęciach.
I jak na to zareagował Adam? Oczywiście, że to wina Kasi. Że ona nastawia syna przeciwko niemu. Że ona nie chce, żeby on z nim spędzał czas, więc specjalnie (!) znalazła takie zajęcia, które są w soboty, nawet miał fochy do młodego, rzucając do niego kilka razy "oo, to teraz wolisz kolegów niż własnego ojca, tak?" - co nie tylko jest absolutnie niewłaściwym tekstem do dziecka, ale i szczytem hipokryzji, dzieciak mógłby odpowiedzieć "hej, tak jak ty wolałeś piwo z kumplami od własnego syna".
Kolejnym etapem była, a jakże, wojna o alimenty. Bo Adam obrażony wielce na Kasię, stwierdził, że on płacił nie będzie. Posunął się do tego stopnia, że w pracy poprosił o umowę na jakąś 1/16 czy 1/8 etatu, a reszta pod stołem, żeby dochodu nie wykazywać.
O to sprawa trwa, nie wiem jak się skończy.
alimenty ojciec syn matka rozwod
Ocena:
141
(153)
Z niedawnej wypowiedzi pana Wolińskiego na temat kobiet karmiących dzieci piersią w restauracji wywiązała się cała dyskusja na temat obecności dzieci w miejscach publicznych.
Jestem ciekawa Waszego zdania, ponieważ ja uważam, że pewnemu oporowi społecznemu przeciwko dzieciom, jaki można zaobserwować, winni są w 100% rodzice. Niektórzy rodzice.
Przykłady?
Jeśli w samolocie płacze małe dziecko, a rodzic próbuje go ululać - no cóż, dziecko to dziecko, płacze bo mówić nie potrafi, czy jest to przyjemne? Nie. Czy jest to zrozumiałe? Jak najbardziej.
Ale jeśli w tym samym samolocie na oko 2-3 latek skacze po siedzeniu, kopie w tył siedzenia, przechyla się nad nim próbując chwytać włosy pasażera przed i wszystkie potrzeby typu "pić" "siku" "bajęęę chcęęęęę" komunikuje krzykiem, wręcz wrzaskiem - a podróżująca z nim mama absolutnie na nic nie zwraca uwagi (no może poza tym "siku"), nie upomina go, w zasadzie całkowicie ignoruje jego zachowanie ze słuchawkami na uszach i telefonem... to trudno mieć pretensje do pasażerów, że nie są zachwyceni.
Inna sytuacja - restauracja. Czworo dorosłych przy stoliku i dziecko, na oko jakieś 5 lat, biega po całym lokalu, wsuwa się pod stoliki innych gości, biega pomiędzy nogami kelnerów (noszącymi gorące posiłki, napoje...), dorośli sami z siebie zupełnie ni reagują, jakby dzieciak nie istniał/nie był ich, po kilkukrotnych prośbach z strony kelnera (ze strony kelnera i na prośbę innych gości, prośbach wyrażonych w naprawdę uprzejmy sposób) wstają od stolika z wielkim oburzeniem, że nie czują się w lokalu mile widziani i że lokal nie jest przyjazny dzieciom.
I niestety, takie właśnie sytuacje, nawet jak nie są większością - kształtują bardzo negatywny obraz dzieci w przestrzeni publicznej...
I niby nie powinno się osądzać stereotypowo, ale jak np. w restauracji jest jedna taka sytuacja, druga, trzecia, to jakoś mnie nie dziwi, że się pojawiają lokale z przekreślonym dzieckiem.
Niestety, cierpią na tym też dzieci mające normalnych rodziców.
Jestem ciekawa Waszego zdania, ponieważ ja uważam, że pewnemu oporowi społecznemu przeciwko dzieciom, jaki można zaobserwować, winni są w 100% rodzice. Niektórzy rodzice.
Przykłady?
Jeśli w samolocie płacze małe dziecko, a rodzic próbuje go ululać - no cóż, dziecko to dziecko, płacze bo mówić nie potrafi, czy jest to przyjemne? Nie. Czy jest to zrozumiałe? Jak najbardziej.
Ale jeśli w tym samym samolocie na oko 2-3 latek skacze po siedzeniu, kopie w tył siedzenia, przechyla się nad nim próbując chwytać włosy pasażera przed i wszystkie potrzeby typu "pić" "siku" "bajęęę chcęęęęę" komunikuje krzykiem, wręcz wrzaskiem - a podróżująca z nim mama absolutnie na nic nie zwraca uwagi (no może poza tym "siku"), nie upomina go, w zasadzie całkowicie ignoruje jego zachowanie ze słuchawkami na uszach i telefonem... to trudno mieć pretensje do pasażerów, że nie są zachwyceni.
Inna sytuacja - restauracja. Czworo dorosłych przy stoliku i dziecko, na oko jakieś 5 lat, biega po całym lokalu, wsuwa się pod stoliki innych gości, biega pomiędzy nogami kelnerów (noszącymi gorące posiłki, napoje...), dorośli sami z siebie zupełnie ni reagują, jakby dzieciak nie istniał/nie był ich, po kilkukrotnych prośbach z strony kelnera (ze strony kelnera i na prośbę innych gości, prośbach wyrażonych w naprawdę uprzejmy sposób) wstają od stolika z wielkim oburzeniem, że nie czują się w lokalu mile widziani i że lokal nie jest przyjazny dzieciom.
I niestety, takie właśnie sytuacje, nawet jak nie są większością - kształtują bardzo negatywny obraz dzieci w przestrzeni publicznej...
I niby nie powinno się osądzać stereotypowo, ale jak np. w restauracji jest jedna taka sytuacja, druga, trzecia, to jakoś mnie nie dziwi, że się pojawiają lokale z przekreślonym dzieckiem.
Niestety, cierpią na tym też dzieci mające normalnych rodziców.
dzieci samolot restauracja
Ocena:
119
(129)
Ostatnio mignęły mi gdzieś na Insta jakieś relacje o Januszach biznesu i korpoJanuszexach, które wypychają ludzi na działalność - w kontekście, że to patologia i zło. No co do zasady tak, ale... ale pomyślałam o swojej kuzynce, która wkrótce wbrew swoim przekonaniom do grona tych Januszy pewnie dołączy. Ale po kolei.
Kuzynka - ścieżka życia typowa dla millenialsa. Liceum, studia, na studiach jakieś dorywcze prace, na ostatnim roku staż i po stażu zatrudnienie w firmie, niedużej, ale z korpo-aspiracjami, no i zgodnie z kierunkiem wykształcenia kuzynki, więc ta, choć pieniądze były kiepskie, a staż to w ogóle bezpłatny, czuła się jakby Pana Boga za nogi złapała.
Minęło kilka lat. Kuzynka awansowała, co się nijak na kasę nie przekładało, ale za to dostała w końcu trzecią umowę o pracę, trzecią, czyli na czas nieokreślony, wymarzona mała stabilizacja. Na gruncie prywatnym zaręczyny, zaczęła powoli planować ślub. A tymczasem w firmie pojawił się nowy wiceprezes, z nowymi kropo-pomysłami. Jakimi? Np. stażyści byli ciągle nowi, zawsze staże bezpłatne, na 3 miesiące, niby z możliwością zatrudnienia, ale jakoś tak nigdy do tego nie dochodziło - ot, znalazł wice sposób na darmową siłę roboczą. Nowi pracownicy? Jak się ktoś pojawiał, to też kombinacje - śmieciówki, jak się nie dało, to np. 1/2 etatu a reszta "pod stołem", pojawiły się też pytania czy raczej sugestie żeby założyć działalność itd. To wszystko wprowadzało kiepską atmosferę, nowi stażyści/pracownicy byli zazdrośni o "starych", czyli tych na normalnych UoP, uważali to za "przywilej", zaczęły się jakieś wojny podjazdowe, a w dodatku praca często spadała na tych starszych, bo stażyści albo nowi pracownicy zaczęli postrzegać firmę jako miejsce przejściowe - do czasu znalezienia normalnej pracy - i dawać z siebie jak najwięcej nie zamierzali.
Kuzynka nie miała jakichś super przyjaciół w pracy, zwykłe znajomości, jak to w firmie, o ślubie jakoś się nie rozgadywała, ale i nie ukrywała tego faktu.
I zaczęły się komentarze, że po ślubie to pewnie od razu dziecko i tyle ją w firmie zobaczą.
Kuzynka faktycznie - na opcję dziecka była otwarta, choć niekoniecznie zaraz po ślubie. Koniec końców zaszła w ciążę jakoś rok po ślubie. Niestety, początek ciąży miała dość skomplikowany, dostała L4 - nie, że chciała, ale musiała ze względu na zdrowie swoje i dziecka. Wcześniej przez ileś lat pracy na l4 i to krótkim była może ze dwa razy. Z ciążą się unormowało, więc wróciła do pracy i ciągle słuchała komentarzy, że "takim to najlepiej", że "nogi rozłożyła i będzie za darmochę przez parę lat żyła", że "ledwo wyjmie, a już na L4 siedzi", że "teraz to się zacznie, zawsze dzieci, zwolnienia" itp. Kuzynkę to i wkurzało - bo do tej pory zawsze swoją robotę dobrze wykonywała, i stresowało, więc stwierdziła, że niech się wypchają, i na ostatnie miesiące ciąży faktycznie poszła na zwolnienie. Potem macierzyński, a potem okazało się, że nie ma gdzie wracać - niby zlikwidowano jej stanowisko pracy (a w praktyce - nazwano inaczej i przyjęto osobę już nie na UoP, więc dla firmy taniej).
Kuzynka to strasznie przeżyła, bardziej niż utratę pracy chyba poczucie, że ona była lojalna, a firma tak się zachowała. No i była w trudnym położeniu, bo młoda matka z małym dzieckiem nie jest na rynku pracy super pożądaną kandydatką.
Postanowiła więc zrobić to, o czym od dawna myślała i marzyła - założyć własny mały biznes. I założyła. Musiała zatrudnić pracowników. Postanowiła, że nigdy się nie zachowa wobec nich tak jak firma wobec niej.
Zatrudnia obecnie 1 studentkę, 1 osobę na pełen etat, 1 osobę na pół etatu i jest jedna osoba na zastępstwo za kobietę, która miała pełny etat, ale poszła na macierzyński. To minimum, żeby biznes mógł działać, a oczywiście kuzynka sama robi co może i często pracuje do późna czy nawet w weekendy. No i do brzegu.
Te osoby są na minimalnej. Po ostatnich podwyżkach same koszty typu płace, składki, czynsz, rachunki sięgają ponad 20-25 tys. miesięcznie. A ten biznes w dobrym miesiącu generuje max. 30 tys. - co nie jest w sumie mało, tysiak dziennie, ale w sumie kuzynka wyciąga dla siebie tyle co minimalna na rękę, przy pełnej odpowiedzialności i braku udogodnień typu urlop czy chorobowe. Pracownicy też za szczęśliwi nie są, no bo minimalna to jednak minimalna, nie żadne kokosy. Jak to się skończy? Pewnie założeniem działalności przez co najmniej dwóch pracowników, żeby dostawali więcej "na rękę" - tyle, że pomysł wyszedł od samych pracowników, jak im kuzynka powiedziała, że podwyżek dać nie może, bo zwyczajnie nie ma z czego.
I tym sposobem kuzynka dołączy do Januszy biznesu, choć wcale tego nie chce.
Kuzynka - ścieżka życia typowa dla millenialsa. Liceum, studia, na studiach jakieś dorywcze prace, na ostatnim roku staż i po stażu zatrudnienie w firmie, niedużej, ale z korpo-aspiracjami, no i zgodnie z kierunkiem wykształcenia kuzynki, więc ta, choć pieniądze były kiepskie, a staż to w ogóle bezpłatny, czuła się jakby Pana Boga za nogi złapała.
Minęło kilka lat. Kuzynka awansowała, co się nijak na kasę nie przekładało, ale za to dostała w końcu trzecią umowę o pracę, trzecią, czyli na czas nieokreślony, wymarzona mała stabilizacja. Na gruncie prywatnym zaręczyny, zaczęła powoli planować ślub. A tymczasem w firmie pojawił się nowy wiceprezes, z nowymi kropo-pomysłami. Jakimi? Np. stażyści byli ciągle nowi, zawsze staże bezpłatne, na 3 miesiące, niby z możliwością zatrudnienia, ale jakoś tak nigdy do tego nie dochodziło - ot, znalazł wice sposób na darmową siłę roboczą. Nowi pracownicy? Jak się ktoś pojawiał, to też kombinacje - śmieciówki, jak się nie dało, to np. 1/2 etatu a reszta "pod stołem", pojawiły się też pytania czy raczej sugestie żeby założyć działalność itd. To wszystko wprowadzało kiepską atmosferę, nowi stażyści/pracownicy byli zazdrośni o "starych", czyli tych na normalnych UoP, uważali to za "przywilej", zaczęły się jakieś wojny podjazdowe, a w dodatku praca często spadała na tych starszych, bo stażyści albo nowi pracownicy zaczęli postrzegać firmę jako miejsce przejściowe - do czasu znalezienia normalnej pracy - i dawać z siebie jak najwięcej nie zamierzali.
Kuzynka nie miała jakichś super przyjaciół w pracy, zwykłe znajomości, jak to w firmie, o ślubie jakoś się nie rozgadywała, ale i nie ukrywała tego faktu.
I zaczęły się komentarze, że po ślubie to pewnie od razu dziecko i tyle ją w firmie zobaczą.
Kuzynka faktycznie - na opcję dziecka była otwarta, choć niekoniecznie zaraz po ślubie. Koniec końców zaszła w ciążę jakoś rok po ślubie. Niestety, początek ciąży miała dość skomplikowany, dostała L4 - nie, że chciała, ale musiała ze względu na zdrowie swoje i dziecka. Wcześniej przez ileś lat pracy na l4 i to krótkim była może ze dwa razy. Z ciążą się unormowało, więc wróciła do pracy i ciągle słuchała komentarzy, że "takim to najlepiej", że "nogi rozłożyła i będzie za darmochę przez parę lat żyła", że "ledwo wyjmie, a już na L4 siedzi", że "teraz to się zacznie, zawsze dzieci, zwolnienia" itp. Kuzynkę to i wkurzało - bo do tej pory zawsze swoją robotę dobrze wykonywała, i stresowało, więc stwierdziła, że niech się wypchają, i na ostatnie miesiące ciąży faktycznie poszła na zwolnienie. Potem macierzyński, a potem okazało się, że nie ma gdzie wracać - niby zlikwidowano jej stanowisko pracy (a w praktyce - nazwano inaczej i przyjęto osobę już nie na UoP, więc dla firmy taniej).
Kuzynka to strasznie przeżyła, bardziej niż utratę pracy chyba poczucie, że ona była lojalna, a firma tak się zachowała. No i była w trudnym położeniu, bo młoda matka z małym dzieckiem nie jest na rynku pracy super pożądaną kandydatką.
Postanowiła więc zrobić to, o czym od dawna myślała i marzyła - założyć własny mały biznes. I założyła. Musiała zatrudnić pracowników. Postanowiła, że nigdy się nie zachowa wobec nich tak jak firma wobec niej.
Zatrudnia obecnie 1 studentkę, 1 osobę na pełen etat, 1 osobę na pół etatu i jest jedna osoba na zastępstwo za kobietę, która miała pełny etat, ale poszła na macierzyński. To minimum, żeby biznes mógł działać, a oczywiście kuzynka sama robi co może i często pracuje do późna czy nawet w weekendy. No i do brzegu.
Te osoby są na minimalnej. Po ostatnich podwyżkach same koszty typu płace, składki, czynsz, rachunki sięgają ponad 20-25 tys. miesięcznie. A ten biznes w dobrym miesiącu generuje max. 30 tys. - co nie jest w sumie mało, tysiak dziennie, ale w sumie kuzynka wyciąga dla siebie tyle co minimalna na rękę, przy pełnej odpowiedzialności i braku udogodnień typu urlop czy chorobowe. Pracownicy też za szczęśliwi nie są, no bo minimalna to jednak minimalna, nie żadne kokosy. Jak to się skończy? Pewnie założeniem działalności przez co najmniej dwóch pracowników, żeby dostawali więcej "na rękę" - tyle, że pomysł wyszedł od samych pracowników, jak im kuzynka powiedziała, że podwyżek dać nie może, bo zwyczajnie nie ma z czego.
I tym sposobem kuzynka dołączy do Januszy biznesu, choć wcale tego nie chce.
janusze biznesu uop biznes
Ocena:
108
(142)
A propo historii z komunikacją miejską/biletami i podejściem do ludzi. Takie małe porównanie.
Byłam sobie w USA, w pewnym mieście, po którym planowałam poruszać się głównie metrem. Poczytałam, zaplanowałam, kupiłam kartę na metro. Ale raz byłam w okolicy, w której do metra było dość daleko, za to znalazłam przystanek autobusowy i po szybkim rzucie oka na rozkład wydawało mi się, że dojadę tam, gdzie potrzebuję. Ale nie miałam biletu, więc mówię pani kierowcy, że nie mam biletu i pytam, czy można kupić u niej albo gdzieś indziej. Co usłyszałam?
"Don't worry, honey!" - po czym zaprosiła mnie, żebym wsiadała, zapytała się, gdzie chcę dojechać, potwierdziła, że tak, tam dojadę, a na właściwym przystanku dała mi znać, że tu powinnam wysiąść. A na koniec życzyła mi miłego dnia.
A około miesiąc przed tamtym wyjazdem tak mi się złożyło, że potrzebowałam skorzystać z komunikacji miejskiej w moim mieście. Nie korzystałam z niej dobrych parę lat, ale sytuacja wypadła mi nagle, na przystanek miałam najbliżej i akurat podjechał ten autobus, co potrzebowałam.
Wsiadłam, podeszłam do kierowcy z pytaniem, czy mogę kupić bilet (na przystanku ani w okolicy nie było żadnego kiosku). Pan nieuprzejmym tonem odparł, że kierowca biletów nie sprzedaje. Zatem zapytałam się, jak mogę kupić bilet. Pan powiedział, że w autobusie są kasowniki, do których można użyć karty miejskiej, a na przystankach biletomaty. Ja na to, że takiej karty niestety nie mam, na tym przystanku biletomatu nie było, i jak w takim razie mogę zapłacić za przejazd. Na to kierowca pouczającym tonem stwierdził, że obowiązkiem pasażera jest posiadanie biletu a podróż planuje się z wyprzedzeniem, zatem jeśli nie mam biletu, to sugeruje, żebym opuściła pojazd, albo mogę jechać na własne ryzyko, ale w razie kontroli zapłacę mandat.
Wysiadłam, nie jestem gapowiczką. Ale w tym większym szoku byłam, gdy zostałam tak miło potraktowana w obcym kraju.
Byłam sobie w USA, w pewnym mieście, po którym planowałam poruszać się głównie metrem. Poczytałam, zaplanowałam, kupiłam kartę na metro. Ale raz byłam w okolicy, w której do metra było dość daleko, za to znalazłam przystanek autobusowy i po szybkim rzucie oka na rozkład wydawało mi się, że dojadę tam, gdzie potrzebuję. Ale nie miałam biletu, więc mówię pani kierowcy, że nie mam biletu i pytam, czy można kupić u niej albo gdzieś indziej. Co usłyszałam?
"Don't worry, honey!" - po czym zaprosiła mnie, żebym wsiadała, zapytała się, gdzie chcę dojechać, potwierdziła, że tak, tam dojadę, a na właściwym przystanku dała mi znać, że tu powinnam wysiąść. A na koniec życzyła mi miłego dnia.
A około miesiąc przed tamtym wyjazdem tak mi się złożyło, że potrzebowałam skorzystać z komunikacji miejskiej w moim mieście. Nie korzystałam z niej dobrych parę lat, ale sytuacja wypadła mi nagle, na przystanek miałam najbliżej i akurat podjechał ten autobus, co potrzebowałam.
Wsiadłam, podeszłam do kierowcy z pytaniem, czy mogę kupić bilet (na przystanku ani w okolicy nie było żadnego kiosku). Pan nieuprzejmym tonem odparł, że kierowca biletów nie sprzedaje. Zatem zapytałam się, jak mogę kupić bilet. Pan powiedział, że w autobusie są kasowniki, do których można użyć karty miejskiej, a na przystankach biletomaty. Ja na to, że takiej karty niestety nie mam, na tym przystanku biletomatu nie było, i jak w takim razie mogę zapłacić za przejazd. Na to kierowca pouczającym tonem stwierdził, że obowiązkiem pasażera jest posiadanie biletu a podróż planuje się z wyprzedzeniem, zatem jeśli nie mam biletu, to sugeruje, żebym opuściła pojazd, albo mogę jechać na własne ryzyko, ale w razie kontroli zapłacę mandat.
Wysiadłam, nie jestem gapowiczką. Ale w tym większym szoku byłam, gdy zostałam tak miło potraktowana w obcym kraju.
komunikacja miejska autobus mpk
Ocena:
128
(190)
Piekielne napiwki.
Byłam ostatnio w restauracji ze znajomymi. Kilka osób, coś sobie zamówiliśmy, wszystko spoko, ale jak przyszło do płacenia do rachunku, to na paragonie była informacja w stylu "opłata nie obejmuje 10% napiwku" - nie pamiętam jak to brzmiało dokładnie, ale na pewno było wskazane konkretnie 10% i że tych 10% nie ma w sumie, tylko trzeba dopłacić.
No i tu się wywiązała między nami dyskusja.
Bo ja z zasady nie daję napiwków.
I nikt nigdy nie potrafił mi logicznie wyjaśnić, czemu miałabym to robić/jakie jest logiczne uzasadnienie tego "zwyczaju" (okej, może to jest pole do popisu dla Was, piekielni komentujący).
Rozumiem, że wynagrodzenia kelnerek/ów nie są może wysokie i te napiwki je zasilają, ale dlaczego w mojej gestii miałoby być płacenie wynagrodzenia cudzym pracownikom?
Na tej zasadzie powinno się zostawiać napiwek kasjerce w Biedronce czy obsłudze w sklepie z butami, fryzjerce, kurierowi, pani w urzędzie - no generalnie każdemu pracującemu z ludźmi/w usługach.
Byłam ostatnio w restauracji ze znajomymi. Kilka osób, coś sobie zamówiliśmy, wszystko spoko, ale jak przyszło do płacenia do rachunku, to na paragonie była informacja w stylu "opłata nie obejmuje 10% napiwku" - nie pamiętam jak to brzmiało dokładnie, ale na pewno było wskazane konkretnie 10% i że tych 10% nie ma w sumie, tylko trzeba dopłacić.
No i tu się wywiązała między nami dyskusja.
Bo ja z zasady nie daję napiwków.
I nikt nigdy nie potrafił mi logicznie wyjaśnić, czemu miałabym to robić/jakie jest logiczne uzasadnienie tego "zwyczaju" (okej, może to jest pole do popisu dla Was, piekielni komentujący).
Rozumiem, że wynagrodzenia kelnerek/ów nie są może wysokie i te napiwki je zasilają, ale dlaczego w mojej gestii miałoby być płacenie wynagrodzenia cudzym pracownikom?
Na tej zasadzie powinno się zostawiać napiwek kasjerce w Biedronce czy obsłudze w sklepie z butami, fryzjerce, kurierowi, pani w urzędzie - no generalnie każdemu pracującemu z ludźmi/w usługach.
napiwki restauracja kelnerzy
Ocena:
146
(178)
Jest sobie niewielka miejscowość.
W tej miejscowości mieszka sobie pani nazwijmy ją Ala, która bardzo lubi koty. Sama ma zawsze kilka kotów. Ma dom, przy domu kawałek ogrodu/podwórka, ogrodzone siatką, ale wiadomo, siatka dla kota to raczej atrakcja do wspinania niż jakaś przeszkoda. Koty oczywiście tzw. wychodzące.
Obok pani Ali mieszka jej sąsiad. Sąsiad ma trochę większy kawałek pola, żaden z niego rolnik, ale ma kilkanaście kur (ogrodzone), jakieś króliki (w klatce), no i stodołę. W tej stodole przechowuje jakieś siano, paszę dla tych zwierząt, jakieś własne zbiory itd. No i jak to bywa, w stodole pojawiają się mu szczury.
Sąsiad na te szczury rozkłada w stodole trutkę.
I o to właśnie jest wielki konflikt między pani Alą a nim.
Bo kot pani Ali wszedł do stodoły, skosztował trutki i zdechł.
Pani Ala zarzuciła sąsiadowi morderstwo z premedytacją.
Sąsiada to oburzyło, bo kota wcale celowo nie otruł, uważa, że jego stodoła, może tam stawiać co mu się podoba, jego zwierzęta dostępu do trutki nie mają, a skoro koty są pani Ali, to niech je pani Ala pilnuje.
Trzy martwe koty później...
Pani Ala nasłała na sąsiada jakąś eko-fundację, że niby zwierzęta nie mają u niego warunków do życia. Przyjechali, sprawdzili, stwierdzili, że nie ma się do czego doczepić, pojechali. Zgłosiła, że śmieci w piecu pali. Przyjechała kontrola, sprawdzili, nic takiego nie stwierdzili, pojechali. Zgłosiła, że trzyma w stodole substancje niebezpieczne i potencjalnie nielegalne - przyjechali, sprawdzili, nic nie wykryli, pogrozili pani Ali, żeby nie wzywała służb nadaremno.
Pani Ala wszędzie gdzie bywa (miejsca typu sklep, poczta, urząd, przychodnia itd.) opowiada, jaki z jej sąsiada jest nieużyty truciciel co zwierzęta morduje.
Na wszelkie sugestie, że jej koty są jakby jej odpowiedzialnością (również w zakresie kastracji, bo jakoś te jej koty ani szczepione, ani kastrowane raczej nie są), pani Ala reaguje "świętym oburzeniem", gdyż ona "nie będzie im ograniczać wolności i naturalnej możliwości spełnienia".
W tej miejscowości mieszka sobie pani nazwijmy ją Ala, która bardzo lubi koty. Sama ma zawsze kilka kotów. Ma dom, przy domu kawałek ogrodu/podwórka, ogrodzone siatką, ale wiadomo, siatka dla kota to raczej atrakcja do wspinania niż jakaś przeszkoda. Koty oczywiście tzw. wychodzące.
Obok pani Ali mieszka jej sąsiad. Sąsiad ma trochę większy kawałek pola, żaden z niego rolnik, ale ma kilkanaście kur (ogrodzone), jakieś króliki (w klatce), no i stodołę. W tej stodole przechowuje jakieś siano, paszę dla tych zwierząt, jakieś własne zbiory itd. No i jak to bywa, w stodole pojawiają się mu szczury.
Sąsiad na te szczury rozkłada w stodole trutkę.
I o to właśnie jest wielki konflikt między pani Alą a nim.
Bo kot pani Ali wszedł do stodoły, skosztował trutki i zdechł.
Pani Ala zarzuciła sąsiadowi morderstwo z premedytacją.
Sąsiada to oburzyło, bo kota wcale celowo nie otruł, uważa, że jego stodoła, może tam stawiać co mu się podoba, jego zwierzęta dostępu do trutki nie mają, a skoro koty są pani Ali, to niech je pani Ala pilnuje.
Trzy martwe koty później...
Pani Ala nasłała na sąsiada jakąś eko-fundację, że niby zwierzęta nie mają u niego warunków do życia. Przyjechali, sprawdzili, stwierdzili, że nie ma się do czego doczepić, pojechali. Zgłosiła, że śmieci w piecu pali. Przyjechała kontrola, sprawdzili, nic takiego nie stwierdzili, pojechali. Zgłosiła, że trzyma w stodole substancje niebezpieczne i potencjalnie nielegalne - przyjechali, sprawdzili, nic nie wykryli, pogrozili pani Ali, żeby nie wzywała służb nadaremno.
Pani Ala wszędzie gdzie bywa (miejsca typu sklep, poczta, urząd, przychodnia itd.) opowiada, jaki z jej sąsiada jest nieużyty truciciel co zwierzęta morduje.
Na wszelkie sugestie, że jej koty są jakby jej odpowiedzialnością (również w zakresie kastracji, bo jakoś te jej koty ani szczepione, ani kastrowane raczej nie są), pani Ala reaguje "świętym oburzeniem", gdyż ona "nie będzie im ograniczać wolności i naturalnej możliwości spełnienia".
wiejskie_życie koty sąsiad
Ocena:
163
(169)
marcelka