Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation
Profil użytkownika

marcelka

Zamieszcza historie od: 25 lipca 2017 - 14:34
Ostatnio: 13 maja 2024 - 15:47
  • Historii na głównej: 63 z 64
  • Punktów za historie: 8552
  • Komentarzy: 1070
  • Punktów za komentarze: 9228
 

#90407

przez (PW) ·
| Do ulubionych
Miał być komentarz do historii #90403, ale...

Ale jak mnie wkurza podejście wykazywane przez niektórych komentujących - że wg nich to, że coś, co powinno funkcjonować nie funkcjonuje jak należy, to jest ok, bo przecież można przewidzieć, przemyśleć, zaplanować, przygotować pierdyliard planów na wypadek x, y i z...

No właśnie... nie.

Coś, co powinno działać, ma działać - i kropka. A jeśli nie działa, to jest to wina systemu i osób, które za ten system odpowiadają, a nie osoby, która chce z danej opcji czy urządzenia skorzystać i nie może.

To właśnie przez takie podejście w tym kraju chyba nigdy nie będzie normalnie.

Ostatnio też po przelocie przez niemal pół świata zderzyłam się z polską komunikacją - najpierw Kraków, gdzie automatom na bilety na kolejkę z lotniska nie podobała się opcja płatności kartą - chyba na zasadzie "nie bo nie", bo teoretycznie możliwość taka była, tyle że po próbie zapłaty wywalało transakcję... ale ok, był też automat w kolejce, działał bez zarzutu.

Potem nadal Kraków, tym razem pkp... opóźnione jak stąd do wieczności, znikające z tablicy odjazdów (mimo że pociąg nie odjechał), oczywiście komunikatów o opóźnieniu próżno nasłuchiwać z ledwo zrozumiałej szczekaczki dworcowej, gdzie pani mamrotała jakby chciała połknąć własny język, w dodatku wszystkie komunikaty tylko po polsku - no dla mnie spoko, ale pewnie tak z połowa osób czekających na dworcu na ten i inne pociągi to były osoby z zagranicy, które stały i patrzyły i nic nie rozumiały.

A wisienką na torcie był przyjazd do słynnej podkarpackiej stolicy innowacji (podróż z Krakowa - 160 km - w sumie ponad 4 godziny), która wita przyjezdnych remontem dworca... co jest zrozumiałe, remonty muszą być robione, ale czy naprawdę nie dało się zrobić choćby wąskiego przejścia nawet z płyt czy czegoś, po którym da się toczyć walizkę? Zaiste, innowacyjne podejście, witać podróżnych tumanami kurzu i kamieniami...

podróże pkp polska kraków rzeszów

Skomentuj (17) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 121 (141)

#90310

przez (PW) ·
| Do ulubionych
Historia #90299 o hipokryzji przypomniała mi sytuację sprzed kilku lat...

Mam ciotkę, nazwijmy ją Ciotka Krytyczna, bo ma tendencje do krytykowania wszystkich i wszystkiego, oprócz oczywiście siebie i swoich najbliższych, którzy są w jej oczach zawsze bez zarzutu. Uważa się też za osobę wielce religijną - podobnie jak jej synowa.

Mam też kuzynkę - siostrzenicę Ciotki Krytycznej - nazwijmy ją Ania.

Ania w wieku 19 lat zrobiła sobie tatuaż. Reakcja Ciotki Krytycznej? Olaboga! Piekło i szatani! Wieczne potępienie! Znak szatana! Brzydkie! Jak z więzienia! I (klasyka gatunku) jak to na starość będzie wyglądało?! Do tego doszło jeszcze "jak matka (siostra Ciotki Krytycznej) mogła jej na to pozwolić?!".

Ciotce Krytycznej w tych narzekaniach - którymi osobiście bądź telefonicznie zdążyła się podzielić z praktycznie całą rodziną, czy ktoś miał ochotę tego słuchać, czy nie - dzielnie sekundowała wspomniana synowa.

Ciotka Krytyczna oprócz syna ma dwie dorosłe i mieszkające w innym mieście córki.

Jakiż był szok wszystkich, gdy jakiś czas po tej sytuacji, na jakimś spotkaniu rodzinnym w szerszym gronie pojawiła się młodsza z córek Ciotki Krytycznej... z tatuażami! Z widocznych: na przedramieniu, palcu wskazującym i obojczyku.

Kilka osób próbowało pół żartem, pół złośliwie "zaczepić" Ciotkę Krytyczną na temat jej poglądów odnośnie do tatuaży... ale ta jakoś nabrała wody w usta :)

hipokryzja stereotypy tatuaże

Skomentuj (23) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 140 (160)

#90243

przez (PW) ·
| Do ulubionych
O kotach "wychodzących" było tu już sporo historii.

Jest sobie blok, a w nim na parterze mieszkanie. Właściciele tego mieszkania mają kota. Kot, jak twierdzą, jest "wychodzący" i należą do twardogłowych zwolenników tej opcji.

Kot wychodzi często przez balkon, otwierają drzwi, a on hyc, już jest przed blokiem. Problem w tym, że nie potrafi zrobić hyc w drugą stronę i balkonem wrócić do mieszkania.

Praktycznie pod blokiem jest mały parking dla mieszkańców. Kot często włazi pod auta czy na koło i tak sobie siedzi. Sąsiedzi, zwłaszcza ci, którzy parkują najbliżej, przyzwyczajeni i skłonności do kotobójstwa nie mają, więc zanim odpalą auto przeważnie sprawdzają, czy nie ma kota. Ale to i tak niebezpieczne, bo po pierwsze, nikt nie ma obowiązku sprawdzać, czy pod autem nie siedzi przypadkiem cudzy kot, po drugie, kot uciekając spod jednego auta może wpaść pod inne (obok jest droga).

Kot posiedzi trochę przed blokiem i próbuje wrócić do mieszkania. Przychodzi więc pod drzwi do bloku i czeka, aż ktoś go wpuści. I początkowo tak to działało, ktoś wchodził, to kota wpuszczał, ale teraz już bardzo uważają, żeby go nie wpuścić. Dlaczego? Otóż kot idzie wtedy pod drzwi i daje znać właścicielom, że jest i żeby mu otworzyć drzwi. Daje znać we właściwy dla kotów sposób: miauczeniem. To miauczenie niesamowicie niesie się po całej klatce i potrafi trwać godzinami. Dlaczego?

Jak wynika z rozmów z właścicielami, oboje pracują. Jego często nie ma w domu dwa czy trzy dni w tygodniu wcale, ona po pracy ogarnia młodsze dziecko, które ma dużo zajęć dodatkowych. Bywa w mieszkaniu za to starszy syn, nastolatek, ale jak tłumaczą, on często gra w słuchawkach i nie słyszy miauczenia. Taaak, ale za to słyszą je wszyscy inni w bloku.

Efekt jest taki, że kot siedzi godzinami pod blokiem, w deszcz i mróz.

kot blok wychodzenie

Skomentuj (37) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 156 (174)

#90085

przez (PW) ·
| Do ulubionych
Spotkałam niedawno znajomego z podstawówki, a spotkanie stało się okazją do rozmowy przy piwku, tudzież dwóch.

Ale zanim o tym, trochę wstępu.

Znajomy, nazwijmy go Rafał, w szkole jak to się mawia "orłem nie był". Mała miejscowość, rodzina z biedniejszych, ale nie jakaś patologia, matka przy dzieciach, ojciec w budowlance pracował, choć chyba bardziej okazjonalnie niż na stałe. Rafał przechodził z klasy do klasy, jak złapał jedynkę, to poprawił na trójkę, ogólnie oceny z tych niższych, ale stabilne. Ale od zawsze ciągnęło go do motoryzacji. Koło szkoły był warsztat, Rafał często tam chodził, podpatrywał, pytał, w wieku nastoletnim był pierwszym w klasie z własną motorynką, wiecznie coś przy niej kombinował, naprawiał. Poszedł do technikum mechanicznego, potem zaczął wyjeżdżać za granicę - typowe saksy, jakieś truskawki, ogórki, szparagi. W międzyczasie, jak wracał do Polski na miesiąc czy dwa, łapał fuchę we wspomnianym wcześniej warsztacie. I tak przez dobrych kilka lat, kasy trochę odłożył, wreszcie wrócił na stałe, założył własny warsztat.

Warsztat początkowo ot, garaż, jakiś podnośnik, ale dość szybko zyskał renomę, wiele osób na terenie już go kojarzyło z tego pierwszego warsztatu, stopniowo kupował nowy sprzęt, rozbudował budynek, teraz to już całkiem prężna firma, w której zatrudnia kilku pracowników i prowadzi staże dla uczniów ze swojego starego technikum.

Rafał w międzyczasie spiknął się z koleżanką z klasy - nazwijmy ją Marysia. Wpadli na siebie na wyjeździe, gdzieś na tych truskawkach czy szparagach, zaczęli ze sobą "chodzić", dziś są już dawno po ślubie.

Marysia pochodziła z miejscowości obok, jej sytuacja rodzinna była podobna, w szkole też podobnie - oceny typu dwójki, trójki, czasem jakaś czwórczyna. Poszła do szkoły fryzjerskiej czy kosmetycznej, po szkole trochę pracowała w lokalnym małym markecie, trochę jeździła za granicę, żeby dorobić. W końcu zajęła się tzw. "robieniem paznokci", początkowo jeździła po prostu po domach, ale niedawno otworzyła swój mały gabinet, zrobiła też kurs, zdała jakiś egzamin.

Rafał i Marysia mają dwóch synów, starszemu (10 lat) dajmy na imię Piotruś, młodszy w wieku przedszkolnym.

Ogólnie powodzi im się dobrze. Tak patrząc z zewnątrz, odnieśli sukces i w życiu prywatnym, i zawodowym. Finansowo raczej dobrze sobie radzą. Wybudowali ładny dom, stać ich na wyjazdy rodzinne co najmniej z dwa razy do roku, ich firmy cieszą się dobrą opinią w okolicy, w dodatku oboje w swojej pracy robią coś, co lubią, jako małżeństwo też wydają się szczęśliwi. No pewnie, że jakieś problemy na pewno mają, ale tak ogólnie - udało im się osiągnąć wg mnie więcej, niż wielu osobom, które w szkole miały same piątki.

Dlatego właśnie nie rozumiem, dlaczego Rafał tak przeżywa, że jego syn słabo sobie radzi w szkole. Załatwił mu kilku korepetytorów, z jego słów wynika, że chłopak ma prawie drugą szkołę w domu. Do tego zajęcia dodatkowe z dwóch języków i dowożenie go raz w tygodniu na basen. Skarży się też, że Piotrek, zamiast się uczyć, to najchętniej by przesiadywał całymi dniami z nim w warsztacie...

Nie mam pojęcia, co w tym złego - wg mnie powinien się cieszyć, że syn podziela jego zainteresowania i może w przyszłości pomoże mu rozwinąć firmę, a nie wywierać na chłopaku presję i cisnąć na piątki... On z kolei uparcie twierdzi, że chce synowi dać coś, czego sam nie miał...

rodzice szkoła ambicje

Skomentuj (27) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 134 (140)

#90054

przez (PW) ·
| Do ulubionych
Miał być komentarz w dyskusji pod historią #90043, ale wyszedłby za długi, więc...

Na wstępie - wiem, że sytuacje życiowe i finansowe różnych osób są różne, często niezbyt dobre, i czasem ktoś ma wybór między złym a kiepskim.

Ale też pamiętam "boom" na kredyty frankowe i zupełny brak zastanowienia u osób, które je brały (pewnie nie wszystkich, ale znacznej części na pewno). I mam taki przykład w rodzinie.

Dwie moje kuzynki z mężami w jednym czasie kupowały mieszkanie. Obie pary mniej więcej w tym samym wieku, obie mieszkały w tym samym mieście, ich sytuacja finansowa była (o ile mi wiadomo) podobna, kuzynki nawet pracowały w tym samym zawodzie, choć w różnych firmach.

Obie pary miały zdolność kredytową w złotówkach, ale wiadomo - dużo mniejszą, niemal o połowę mniejszą, niż we frankach, no i na gorszych warunkach (wyższy procent, prowizja itd.).

Kuzynka nr 1 - nazwijmy ją Basia - zdecydowała z mężem, że biorą kredyt w złotówkach. Oszczędności i kredyt wystarczały na zakup mieszkania - niewielkiego, ale jak stwierdzili, na tamten moment dla nich wystarczającego, które pomału sobie odnawiali/urządzali.

Kuzynka nr 2 - dajmy na to, że Ewa - wzięła z mężem kredyt we frankach. Pod korek, ile się dało. Kupili spore mieszkanie, od razu je też urządzili, projektant wnętrz zaprojektował wystrój, kupili sprzęty i materiały z wyższej półki.

I pamiętam wkrótce po tym spotkanie w rodzinnym gronie, na grillu, to chyba był jakiś długi weekend majowy, gdzie Ewa z mężem krytykowali i wyśmiewali decyzję Basi i jej męża. Że są frajerami, że jak bank daje, to trzeba brać, no chyba, że jest się głupim, po kilku głębszych to nawet tam kilka grubszych słów poleciało.

Basia z mężem coś tam wspomnieli, że jednak ze złotówkami czują się bezpieczniej, ale dało się wyczuć, że reszta rodziny raczej myśli tak jak druga kuzynka. Nawet matka Basi coś mówiła, że "oj, wzięlibyście te franki, to mielibyście większe mieszkanie, nie tę waszą klitkę".

A co było dalej, nietrudno się domyślić.

Basi z mężem udało się spłacić kredyt wcześniej, teraz oszczędzają i rozglądają się pomału za czymś większym, ale mieszkanie już mają swoje - bez hipoteki.

Ewę i męża kurs franka dobił. W pewnym momencie mimo iluś lat spłaty mieli do zapłacenia dużo więcej, niż na początku. Sprzedali mieszkanie, cała kwota poszła praktycznie na spłatę kredytu, zostali z niczym - dosłownie. Początkowo Ewa razem z dziećmi (w międzyczasie dorobili się dwójki) przeprowadziła się do swoich rodziców, bo była na urlopie, a jej mąż tułał się po kolegach i chyba też wynajmował jakiś pokój i został w mieście (bo praca), od jakiegoś czasu, jak Ewa wróciła do pracy, wynajmują mieszkanie, ale dużo mniejsze, niż było to ich.

I nawet by mi szkoda było Ewy i męża, bo to jednak chore, że tyle pieniędzy wydali, i nic z tego nie mają, gdyby nie ta sytuacja sprzed lat, gdy tak kozaczyli i "jechali" po Basi i jej mężu, wyzywając ich od frajerów, i byli tacy pewni siebie. Teraz oczywiście są w pierwszym rzędzie krzyczących, że "te banki to oszusty".

A druga sytuacja - tym razem z mojego doświadczenia. Niedawno (niecałe dwa lata temu) brałam kredyt. Na samochód - a raczej część samochodu, powiedzmy 1/3, resztę miałam oszczędności. Była pandemia, stopy procentowe zerowe - ja się uparłam na stałe oprocentowanie, choć było wyższe, niż przy kredycie ze zmienną stopą, no i rata oczywiście też była wyższa. Ale nie trzeba być ekonomistą (ja nie jestem), żeby zakładać, że jak jest oprocentowanie zmienne, to ono się zmieni - co z samej nazwy wynika, a skoro jest teraz tak niskie, to się zmieni na niekorzyść, bo przecież poniżej zera nie spadnie.

Reakcje sporej części znajomych/rodziny? Na przykład kuzyna, który też w czasie pandemii wziął kredyt - w złotówkach - na maksa na mieszkanie? Że się sfrajerzyłam, że co będę bankowi przepłacać, i że na taką kwotę to najlepiej chwilówkę wziąć, a nie w banku zwykłym kredyt. Kto teraz przepłaca, gdy raty wzrosły - łatwo się domyślić. Oczywiście kuzyn dołączył do grona krzyczących "banki to oszusty".

A odnosząc się do dyskusji jeszcze pod pierwotną historią, odnośnie do obwiniania ofiar. Według mnie, co innego paść ofiarą oszusta, a co innego paść ofiarą własnej głupoty...

banki kredyt frank

Skomentuj (28) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 181 (191)

#85929

przez (PW) ·
| Do ulubionych
Ktoś pod jakąś niedawną historią o relacjach rodzice - dziecko napisał, że jak się słyszy o biednych, samotnych, opuszczonych staruszkach, to zawsze zastanawia się nad tym, jak to wygląda "z drugiej strony".
Uważam, że w większości przypadków mamy relacje z innymi takie, jakie sobie zbudowaliśmy. I zawsze dwie strony biorą udział w tym budowaniu.
Przykład z dalszej rodziny. Byli sobie Ciocia i Wujek (C i W, upraszczając, to naprawdę dalsza rodzina, ale nie ma sensu wdawać się szczegółowo w koligacje rodzinne). Nie osądzam, ale nie zaliczyłabym C i W do najlepszych rodziców.

Najstarszą córkę przez kilka pierwszych lat wychowywała jej babcia - matka C, C jej nawet nie odwiedzała, wzięła dziewczynkę do siebie jak miała jakieś 5 czy 6 lat. Gdy córka dorosła, była wielka kłótnia (podobno o to, że córka z mężem pożyczyli C i W jakąś sumę pieniędzy, choć im się też nie przelewało, i po roku czy dwóch, jak C i W wymieniali sobie samochód na nowszy, a oni budowali dom, zażądali spłaty. C i W podobno byli oburzeni, że "ale jak to, mają oddać?!"), po kłótni całkowite zerwanie kontaktu, po jakichś 10 latach kontakty wznowiono - na zasadzie odwiedziny na pół godziny raz na rok czy dwa lata.

Średnia córka na etapie liceum wyjechała z domu, zamieszkała w internacie. Utrzymywała się - z tego co wiem - głównie z jakichś stypendiów naukowych, na studiach łączyła pracę z nauką. Podejście C i W: oni nie będą płacić za jakieś fanaberie, zwłaszcza dla dziewczyny (fanaberie = nauka).

Syn został u C i W (duży dom, praktycznie dało się zrobić oddzielne wejście/mieszkanie). Jego żona nie miała prawa wstępu do części domu C i W. Wnuczka również bez pozwolenia nie mogła nawet wejść do kuchni C i W, żeby napić się wody. Z tego co wiem, syn z żoną pokrywali całość opłat za energię, gaz, opał na zimę - bo C i W uważali, że skoro oni już dom wybudowali, a syn i żona "przyszli na gotowe", to niech przynajmniej płacą.

Jednak przyszła starość, a starość - zwłaszcza u C i W - nie radość. C zachorowała przewlekle, W też. Wymagają opieki.

Cała rodzina dalsza hur dur na dzieci C i W, że jak to rodzicami się nie zajmą.
Pomysły są najróżniejsze.
Że najstarsza córka powinna ich wziąć do siebie, przecież w domu mieszka!
Że średnia powinna przyjechać z tej "stolycy" i się chorymi matką, ojcem zająć.
Że żona syna powinna zrezygnować z pracy i się opiekować obojgiem, przecież "w jednym domu mieszkają".

Na moją, luźną dość sugestię, że C i W pobierają emerytury, wydatków nie mają oprócz żywności i leków żadnych, więc reszta zapewne wystarczyłaby na opłacenie opiekunki, hur dur, że jak to, obcy ludzie mieliby się opiekować, a trójkę dzieci mają!

Mają, ale mają też z nimi takie relacje, jakie całe życie budowali - czyli praktycznie żadne.

rodzina opieka starość

Skomentuj (7) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 235 (243)

#89938

przez (PW) ·
| Do ulubionych
Dzieci w przestrzeni publicznej... było o tym już sporo historii, ale dodam kolejną.

Umówiłam się na kawę z dawno niewidzianą znajomą, nazwijmy ją Magda.

Magda wyjechała do innego miasta, kontakt miałyśmy sporadyczny, głównie przez messenger, ale akurat na weekend miała przyjechać do rodzinnego miasta, do którego ja też się wybierałam, zaproponowała kawę, pomyślałam - czemu nie.

Magda ma córkę, 3-letnią. Zapytała, czy mam coś przeciwko, że będzie z nią. Nie miałam nic przeciwko, umówiłyśmy się na wczesne popołudnie, w lokalu, który miał nawet mały kącik zabaw dla dzieci, (stolik, kredki, kilka maskotek itp.), więc czemu nie.

Córka Magdy okazała się, hmmm... jak to mówią, "żywym srebrem", choć pewnie ktoś mniej wrażliwy mógłby ja nazwać wręcz "niewychowanym bachorem".

Kącikiem zabaw zainteresowała się na jakieś 5 minut. Po pomazaniu kilku kartek papieru zaczęła rozrzucać kredki, rzucać maskotkami. Podbiegała do Magdy, próbując wdrapać się jej na kolana, po czym odbiegała - między stolikami. Podbiegła do wystawy, gdzie za szybą były różne słodkości i zaczęła w nią uderzać pięścią, krzycząc na cały głos "chcę to, chcę, chcę, CHCĘĘĘĘĘĘĘĘĘĘĘĘĘĘ!".

Na ogół nie wtrącam się do cudzych dzieci, ale wszystko ma granice i wstyd mi było, bo Magda kompletnie nie reagowała na to, co robiła mała, więc zasugerowałam jej, żeby zwróciła jej uwagę, bo no przecież to może przeszkadzać innym i jest na tyle duża, że nie powinna się tak zachowywać.

Magda odparła, że ona nie chce, by córka ulegała "społecznym stereotypom", a normy i zakazy niszczą "naturalną kreatywność" dziecka i że dla niej najważniejsze, by córka była "po prostu sobą", "wyrażała emocje" i "zachowywała się tak, jak jej każe jej wewnętrzne ja".

Moja uwaga, że jest jeszcze coś takiego jak wychowanie i że ignorowanie dziecka i jego potrzeb wg mnie wcale nie wpływa budująco na psychikę spotkała się z kolejną tyradą, jak to tzw. "dobre wychowanie" przyczyniło się do depresji (?!) i ogólnie stworzenia nieszczęśliwych, niezgodnych ze swoim "wewnętrznym ja" ludzi.

W tej sytuacji moje "wewnętrzne ja" nakazało mi wypić resztę kawy jednym haustem i zakończyć spotkanie pod zmyślonym naprędce pretekstem...

dzieci kawiarnia wychowanie

Skomentuj (22) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 127 (137)

#89833

przez (PW) ·
| Do ulubionych
Wchodzę sobie na popularny portal plotkarski.

Czytam sobie newsa o urodzinach amerykańskiej gwiazdki znanej z tego, że jest znana. No i jeszcze z filmu, w którym walorów artystycznych raczej próżno szukać. Ale mniejsza z tym.

Otóż urodziny te odbywały się, jak donosi portal, na pokładzie "imprezowego odrzutowca".

I właśnie w takich momentach dochodzi do mnie absurdalność wszystkich tych eko-działań.

Ty, zwykły człowieku, segreguj śmieci, pij przez papierową słomkę, kup samochód na prąd i płać miliony monet za jego ładowanie, a najlepiej to jedź zbiorkomem tudzież hulajnogą, kup eko-piec i płać miliony monet za "ekologiczne ogrzewanie" i tak dalej, i tak dalej. Wszystko eko, wszystko daje po kieszeni, i wszystko to w kontekście klimatu świata jest za przeproszeniem g***o warte.

Bo taki jeden przelot imprezowym odrzutowcem wygeneruje więcej szkodliwych substancji niż przeciętny człowiek przez pół swojego życia, dojeżdżając do swojej przeciętnej pracy przeciętnym samochodem na nieprzeciętnie drogą benzynę.

A teraz jak na popularnych memach: "change my mind".

klimat środowisko ekologia

Skomentuj (23) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 186 (210)

#89583

przez (PW) ·
| Do ulubionych
Wiele się słyszy o piekielnych wynajmujących, o ich oczekiwaniach, żądaniach, kaucjach... I niewątpliwie, wiele jest piekielnych wynajmujących, którzy chcą się jak najbardziej dorobić jak najmniejszym kosztem - stąd patologie typu "apartament 5 m kw." albo ubikacja w kuchni itp. Ale to będzie historia z drugiej strony.

Mam kuzynkę (pokrewieństwo dalekie, ale relacja dość bliska).

Cała akcja zaczyna się ok. 10 lat temu.

Ciocia kuzynki, osoba samotna i już starsza, miała mieszkanie. Kuzynka jej pomagała - robiła zakupy, wpadała pogadać, załatwiała jakieś sprawy w urzędach czy typu umowa na telefon itp. Z czasem jednak ciocia zaczęła być coraz mniej samodzielna, z kolei kuzynce trudno byłoby godzić własne życie prywatne i pracę z dojazdami częstszymi niż np. raz czy dwa razy w tygodniu i tym bardziej stałą opieką nad ciocią.

Zatem ustaliły, że ciocia przepisze mieszkanie na kuzynkę, kuzynka je wynajmie, a za kasę z wynajmu plus cioci emerytura zostanie opłacony pobyt cioci w prywatnym ośrodku opieki. Jak ustaliły, tak zrobiły.

Przed wynajmem kuzynka odnowiła mieszkanie - odmalowała, wymieniła kilka sprzętów, w tym lodówkę, łóżko z nowym materacem, meble w salonie, usunęła rzeczy cioci.

Najemcy nr 1:
Sympatyczna para, na oko normalni ludzie, zresztą, co więcej da się stwierdzić po kilkunastominutowym spotkaniu?

Umowa podpisana, kontakt z kuzynką sporadyczny, ale ciągły (dzwonili raz w miesiącu, jak puszczali przelew, przy okazji zawsze była chwila rozmowy, typu jak im się mieszka, czy jest ok, czy nic się nie dzieje itd.).

Po ok. półtora roku dali znać, że zmieniają pracę na taką w innym mieście i się muszą wyprowadzić. No ok, bywa. Umówili się na termin oddania mieszkania i kluczy, ale 3 dni przed terminem kuzynka dostała od nich smsa, że musieli wcześniej pilnie wyjechać i że klucze są u sąsiadki. Niezbyt jej to się spodobało, nie była na tyle blisko z tą sąsiadką, żeby jej klucze dawać, no i zrobili to bez wcześniejszego uzgodnienia, no ale co miała zrobić?

Przyjechała do mieszkania, wzięła klucze i przeżyła szok. Podłogi zdrapane, meble też. Materac na łóżku przesikany praktycznie na wylot, na sofie też siko-podobne plamy.

Okazało się - wiadomość od sąsiadki - że para miała kota i małego psa.

Kaucja w wysokości jakichś 150 zł (wtedy takie symboliczne kaucje były brane, kuzynka nie widziała potrzeby większej) oczywiście nie wystarczyła na pokrycie szkód.

I tak kuzynka, która oczywiście doprowadziła mieszkanie do porządku, kupiła nowy materac, wyczyściła sofę, sama miłośniczka zwierząt i posiadaczka kota, stwierdziła: przy następnych najemcach zero zwierząt.

Najemcy nr 2:
Małżeństwo z dwójką dzieci (gdy się wprowadzali, kobieta była w ciąży).

Kuzynce to nie przeszkadzało, myślała wręcz, że rodzina to będą solidni najemcy. Początkowo wszystko było ok, ale po kilku miesiącach pojawiły się problemy z płatnościami. Najpierw dzień czy dwa zwłoki - bo zapomnieliśmy, bo mężowi się wypłata spóźnia, potem zwłoka tydzień czy dwa, i płatność dopiero, jak kuzynka się upomniała.

No dla kuzynki sytuacja niekomfortowa, raz że samo upominanie się o pieniądze nie jest miłe, dwa bo pieniądze z wynajmu szły na opłacenie ośrodka cioci, a kuzynka nie bardzo była w stanie z własnych oszczędności pokrywać taki wydatek.

W końcu kuzynka stwierdziła, że wypowie umowę, tak też zrobiła. Czynszu za ostatni miesiąc nie zobaczyła, a mieszkanie... Materac znów do wymiany, w ścianach dziury - chyba po jakichś obrazkach/ozdobach, ale na tyle głębokie, że nie dało się ich zamalować, trzeba było szpachlować, ściany i stół w kuchni porysowany przez dzieci, lustro w łazience pęknięte, w kuchni naderwane w zawiasach drzwiczki szafek, w piekarniku syf.

Kaucja - tym razem kuzynka wzięła ją w wysokości jednego czynszu - oczywiście szkód nie pokryła.

I tak kuzynka - która z ulgą przyjęła fakt wyprowadzki się najemców nr 2, bo zaczęła się obawiać, że nie będą chcieli się wyprowadzić i co im zrobi - postanowiła: zero dzieci.

Najemcy nr 3:
Trzy studentki. Tu bezproblemowo - studentki mieszkały przez 5 lat z hakiem, potem jeszcze przez chwilę jedna z nich ze swoim chłopakiem, też bezproblemowo. Ale się wyprowadziły i kuzynka jest na etapie szukania najemców nr 4.

Wymogi? Nauczona doświadczeniem:
Zero zwierząt. Zero dzieci. Tylko najem okazjonalny. Kaucja w wysokości podwójnego czynszu.

A mogłoby być inaczej, gdyby najemcy szanowali cudzą własność.

wynajem najemcy

Skomentuj (18) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 158 (160)

#89556

przez (PW) ·
| Do ulubionych
O dostępności, a raczej braku opieki psychiatrycznej w Polsce.

Sytuacja ze stycznia.

Córka kuzynki, lat 12, chciała popełnić samobójstwo. To znaczy - nie wiadomo, czy na pewno chciała, czy może chciała zwrócić na siebie uwagę, ale sytuacja wyglądała tak, że jej starsza siostra znalazła list pożegnalny, a jak przeszukali pokój, to również zgromadzone trochę tabletek - zwykłe przeciwbólowe, u kuzynki nikt niczego "mocniejszego" nie zażywa, w ilości, która pewnie by najwyżej wywołała jakieś zatrucie - no ale sam fakt, że gromadziła tabletki i ten list ich mega zaniepokoił.

Co zatem robić?

Psychiatra - w trybie pilnym, na NFZ, po podejrzeniu próby samobójczej dziecka - czas oczekiwania na wizytę: 2 lata.
Psychiatra prywatny, w trybie pilnym, po błagalnych prośbach o jak najszybszą wizytę i obdzwonieniu wszystkich w mieście i okolicy - termin na czerwiec.

Nieco wcześniej udało się umówić wizytę u psychologa, z tego co pamiętam, jakoś na marzec - oczywiście też prywatnie, ale psycholog ich "odesłał" do psychiatry - że w pierwszej kolejności trzeba zdiagnozować, czy nie ma jakichś zaburzeń.

Na szczęście kuzynka, jej mąż i starsza siostra pogadali z dziewczynką, okazało się, że coś tam w szkole było, wygląda na to, że sytuacja już jest w miarę ok - ale gdyby dziecko naprawdę chciało sobie zrobić krzywdę, to przez niemal pół roku rodzina pozostawiona byłaby sama sobie. A gdyby nie było pieniędzy na wizytę (200 zł za jedną), to 2 lata. To jest absurd!

Dodam, że kuzynka z rodziną mieszka w jednym z miast wojewódzkich w Polsce. Nie chcę sobie wyobrażać, jak wygląda dostępność opieki psychiatrycznej na terenach wiejskich czy w miasteczkach.

psychiatria kryzys polska

Skomentuj (24) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 171 (181)