Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation
Profil użytkownika

marcelka

Zamieszcza historie od: 25 lipca 2017 - 14:34
Ostatnio: 11 stycznia 2026 - 22:53
  • Historii na głównej: 66 z 70
  • Punktów za historie: 9201
  • Komentarzy: 1132
  • Punktów za komentarze: 9607
 

#89186

przez (PW) ·
| Do ulubionych
Może piekielność drobna, ale mnie irytująca.

Poczta nasza kochana oferuje usługę "priorytet", która, jak się doczytałam na stronie internetowej, oznacza dostarczenie przesyłki do adresata w ciągu 24h, o ile zostanie wysłana do godz. 15:00.

W poniedziałek, po godz. 14:00, wysłałam pewne dokumenty. Dokumenty ważne i pilne (choć nie AŻ tak, żeby je kurierem nadawać, choć brałam pod uwagę), więc nadane przesyłką poleconą, za zwrotnym potwierdzeniem odbioru, z dodatkowym potwierdzeniem dostarczenia sms, priorytet.

Poszło w kopercie A4, opłata 21,50 zł, nadawałam 3 szt. - więc opłata x3.

Minął sobie wtorek. Minęła sobie środa. Potwierdzenia sms o dostarczeniu dostałam w czwartek około godz. 13:00.

Ciekawe, ile szłaby "normalna", nie priorytetowa przesyłka.

Tylko nie rozumiem, po co deklarują, że dostarczenie to 24 godziny/następnego dnia, jak w praktyce trzy dni im to zajmuje.

Zastanawiam się, czy jest sens reklamować usługę (bo mam potwierdzenie, kiedy było nadane, a kiedy dostarczone), ale nie wiem, czy to nie więcej chandryczenia niż te 60 zł warte.

poczta priorytet

Skomentuj (25) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 141 (151)

#88446

przez (PW) ·
| Do ulubionych
Ubogacenie kulturowe, wersja plażowa.

Jest sobie plaża, spokojne popołudnie, pogoda jak na Bałtyk znośna, nic, tylko się relaksować...

Ale oto na plaży pojawiła się grupa pięciu smagłych młodzieńców - wnioskując nie tylko po ciemniejszej karnacji, ale przede wszystkim po języku, jakim się porozumiewali - obcokrajowcy.

I z niewiadomych mi przyczyn uznali, że plażowicze w to sielskie, spokojne popołudnie nie pragną nic innego, jak poznać muzykę taneczną ich rodzimego (zapewne) kraju...

Mieli przenośny magnetofon, z którego puścili jakieś wschodnio brzmiące disco. W ruch poszły też papierosy, piwo.

Trwało to jakieś pół godziny.

Nikt z plażowiczów nie kwapił się, by zwrócić im uwagę, ich gabaryty i stan lekkiego upojenia alkoholowego nie zachęcał do nawiązania kontaktu.

Ale trafiła się grupa młodzieży, która najwyraźniej postanowiła działać według zasady "zło złem zwyciężaj", gdyż zapuścili na pełną głośność jakiś metal.

Ta "subtelna aluzja" jednak najwyraźniej nie dotarła do adresatów lub została zignorowana.

Nie wiem, jak skończyła się ta muzyczna wojna, bo połączenie dziwacznego disco z ostrym metalem stworzył tak koszmarny mix, że ewakuowałam się z plaży w trosce o moje bębenki i zdrowie psychiczne.

plaża muzyka brak kultury

Skomentuj (18) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 139 (167)

#88950

przez (PW) ·
| Do ulubionych
Chciałabym tu opisać pewną sytuację, choć nie jest to piekielne wydarzenia, a raczej piekielny i wg mnie zupełnie nieracjonalny system.

Na przykładzie z mojej rodzinnej miejscowości.

Były sobie dwa małżeństwa.

W pierwszym z nich oboje małżonkowie całe życie pracowali. Mieli też dwoje dzieci. Przeszli na emeryturę. Żona brała swoją, mąż brał swoją.

W drugim pracował tylko mąż, żona żadną praca się nie skalała. I nie, nie była to też tzw. "niewidoczna praca" - nie mieli żadnej gospodarki/pola, ot zwykły ogródek i parę grządek, nie mieli też dzieci - pani była drugą żoną, mąż miał dziecko z pierwszą żoną, ale w momencie gdy się żenił z drugą, dziecko już miało kilkanaście lat i uczyło się w internacie, potem szybko "poszło na swoje".

Tak się złożyło, że obaj mężowie zmarli.

Żona z pierwszego małżeństwa została tylko ze swoją wypracowaną emeryturą.

Żona z drugiego małżeństwa dostała 80% emerytury męża.

Owszem, w obu przypadkach zmalały koszty życia (jedzenie, ubrania dla jednej osoby), ale już koszty utrzymania zostały takie same, nie da się "nagrzać domu dla jednej osoby", czy zaświecić pół żarówki, żeby mniej prądu wzięła.

Dochody żony pierwszej zmniejszyły się o połowę (ona i mąż mieli emerytury porównywalnej wysokości), a tymczasem dochody żony numer dwa, tej niepracującej, zmniejszyły się tylko o 20%.

Uważam to za skrajnie niesprawiedliwe, że osoba, która wypracowała sobie emeryturę, zamiast być w jakiś sposób uprzywilejowana, to jest wręcz karana za to, że pracowała. Nie rozumiem zupełnie, czemu w takich przypadkach małżonkowi, który nadal żyje, nie należy się 80% tego, co dostawał zmarły.

EDYCJA:
Patrzyłam na tę sytuację bardziej z punktu widzenia dochodu na gospodarstwo domowe, ale uważam, że komentarz @clockworkbeast jest bardzo trafny, dlatego go tu dodaję:

"Dochody żony pierwszej zmniejszyły się o połowę (...), a tymczasem dochody żony numer dwa (...) zmniejszyły się tylko o 20%."

Nie.
Powiedzmy że każdy miał emeryturę po 1000 zł.

Pierwsze małżeństwo miało w sumie 2000, czyli 1000 na głowę. Po śmierci męża żona miała tylko swoją emeryturę, czyli dalej 1000 na głowę.

Drugie małżeństwo miało 1000, czyli po 500 na głowę. Po śmierci miała 800 dla siebie, czyli jej dochody nie spadły o 20% tylko wzrosły, i to o 60%.

I owszem, cholernie to niesprawiedliwe.

polska system emerytura

Skomentuj (27) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 144 (174)

#88507

przez (PW) ·
| Do ulubionych
Mówi się, że narzekanie to narodowy sport Polaków. Noo, wg mnie mamy jeszcze drugi - krytykowanie.

Wizyta imieninowa u wujostwa. Kuzyni fajni, wujostwo trochę mniej. Zwłaszcza ciotka z gatunku tych, co to skrytykują żabę za to, że zielona... ale taki brak logiki, jaki wykazała ostatnio, nawet mnie zaskoczył.

Otóż najpierw wdała się w długi monolog na temat swojej sąsiadki, dajmy na to A. Że dziecko już 3 lata, a ona nadal w domu siedzi, na utrzymaniu męża, że zero ambicji, że tylko z dzieckiem lata, tu spacer, tu plac zabaw, tu w ogródku, że przecież lepiej dzieciaka do przedszkola posłać i jakąś pracę znaleźć, bo tak to z roku na rok będzie jej trudniej, bla bla bla...

A za chwilę zaczęła malowniczo opisywać, czyt. jechać po drugiej sąsiadce, B. Że dziecko małe jeszcze, dopiero 4 latka, a tylko przedszkole, nianie, babcie, matki prawie nie widuje, tej B. to tylko kariera w głowie, nawet z przedszkola małego częściej odbiera ojciec, a ostatnio w sklepie B. pytała kasjerki o namiary na siostrę (zapasową nianię), bo się z dziewczynami na mieście umówiła, no do czego to podobne, żeby matka po mieście latała, zamiast się własnym dzieckiem zająć, wyrodna jakaś, bla bla bla...

I taka to, f**k_logic...

matki żony kochanki

Skomentuj (12) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 157 (169)

#88455

przez (PW) ·
| Do ulubionych
Miejsce akcji: pendolino, wagon strefa ciszy, trasa nad morze.

Jak zapewne większość wie, w pendolino można przy rezerwacji miejsca wybrać wagon z tzw. "strefą ciszy".

Co oznacza strefa ciszy domyślić się nietrudno, ale jakby ktoś miał wątpliwości, to przy każdym siedzeniu wiszą kartki wyjaśniające.

Po co ktoś wybiera, kupując bilet, strefę ciszy? No po to, żeby jechać w ciszy - oczywista oczywistość.

Dlatego gratuluję braku wyobraźni komuś, kto uznał, że właśnie strefa ciszy będzie najlepszym miejscem do przejazdu nad morze grupy 10 nastolatków w wieku na oko 11-13 lat i tak zarezerwował bilety.

Młodzież jechała chyba na jakieś kolonie/obóz, no i jak to dzieciaki - gadali między sobą. Nawet nie jakoś bardzo krzykliwie, ale wiadomo, jak rozmawia dziesięć osób to robi się już hałas.

Współpasażerowie uciszali.

Uciszanie skutkowało na jakieś 10 - 15 minut, potem znów szmer, coraz głośniejszy.

I tak sobie trwała podróż, nieoczekiwanie męcząca i dla tych nastolatków, i dla reszty podróżnych...

pkp pendolino strefa ciszy

Skomentuj (9) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 192 (200)

#88398

przez (PW) ·
| Do ulubionych
Miałam zamiar napisać komentarz pod historią @cranberry, ale wyszedł na tyle długi, że zamieszczam jako historię.

Wypad w cztery koleżanki, majówka, Budapeszt, wydawało się, że mamy w miarę wszystko ustalone/mamy spójną wizję tego kilkudniowego pobytu. Taak, wydawało nam się.

Na miejscu okazało się, że koleżanka A. uważa, że 6 rano jest wspaniałą godziną do wstawania na mini-wakacjach, bo można pójść wcześniej do sklepu, oddalonego zaledwie o 1,5 km od hotelu, zrobić zakupy, wrócić do hotelu, zjeść śniadanie i zwiedzać, ach, dzień taki długi!

My we trzy wolałyśmy zacząć dzień spokojnie, powiedzmy o 9, wypić jakąś kawę/coś przegryźć w kawiarni - cenowo było w miarę ok, oczywiście drożej niż kanapka, ale bez przesady. No cóż, to tak się dogadałyśmy - ona wstawała rano, latała do sklepu i z powrotem, a potem wisiała nam nad głową przy tej kawie, bo ona już zjadła, kawę przywiozła ze sobą w saszetkach, i tracimy czas, a zwiedzanie czeka... i atmosferę od rana szlag trafiał.

Zwiedzanie - wcześniej uzgodniłyśmy punkty, które koniecznie chcemy zobaczyć, i niektóre inne, które zobaczymy, czy wystarczy nam czasu, pieniędzy i ochoty. Nagle okazało się, że ona wcale nie chce iść do muzeum X, woli muzeum Y, a zamiast zobaczyć Z woli zobaczyć W. No spoko, ale mogła dojść do tego wniosku wcześniej, zwłaszcza że dni miałyśmy mniej więcej tak rozplanowane, żeby rzeczy, które chcemy zobaczyć, były po drodze. Tymczasem jej muzeum Y wymagałoby albo całkowitej zmiany planów, albo nadłożenia dużo drogi, co by nam wykluczyło czas na jakiś lunch/obiad. Kończyło się tak, że z fochem szła tam, gdzie zaplanowane. Sama odłączyć się i jechać do "swoich" atrakcji nie chciała, bo obce miasto i ona sama się boi. I znów, atmosfera skiśnięta, bo niefajnie, jak się ktoś snuje z nosem na kwintę.

Obiady - nie planowałyśmy jakichś ekstrawaganckich restauracji, raczej spróbować coś lokalnego/pójść na pizzę. Ale koleżanka A. stwierdziła, że najlepiej będzie wracać na obiad do hotelu - a właściwie wynajętego apartamentu - i tam coś ugotować. Strata czasu, i na samo gotowanie, i na dojazd, bo lokum było kompromisem między ceną a lokalizacją, i choć połączenie metrem było dobre, to jednak trzeba było do centrum kawałek dojechać. Stwierdziłyśmy, że nie wracamy.

Pierwszego dnia A. została z nami, kręcąc nosem na każde proponowane miejsce na obiad, drugiego zdecydowała się wrócić, a my miałyśmy zjeść na mieście i za powiedzmy 2 godziny spotkać się w punkcie X. Czekamy i czekamy a jej nie ma, telefonu nie odbiera. No to zaczęłyśmy realizować dalsze punkty zwiedzania, tak jak było w planie - pisząc jej smsy, że jesteśmy tu i tu, potem idziemy tu - żeby mogła do nas dołączyć. To strzeliła focha, że ona nas po całym mieście nie będzie szukać i żebyśmy chodziły same gdzie chcemy. Tak zrobiłyśmy, ale atmosfera stała się ciężka jak ołów.

Zdjęcia - noo, jak człowiek gdzieś jedzie, to przeważnie robi zdjęcia, i nie jest to wymysł ostatnich kilku lat. My też, jak coś przykuło naszą uwagę, robiłyśmy foty. I nie, nie w typie 150 ujęć selfie z kaczym dziobkiem, tylko takie normalne zdjęcia różnych zabytków, mostu, rynku, ciekawej ulicy. A. cały czas podkreślała, że nie umiemy "chłonąć chwili" i że zdjęcia są takie dziecinne.

Zakupy - ja nigdy nie przywożę z wyjazdów typowych pamiątek, magnesów, kubków, koszulek, ciupag ani niczego w tym stylu. Ale pozostałe koleżanki chciały coś kupić, więc zakupy pamiątek były w planie wyjazdu. A. obleciała całą wielką halę, wracając po trzy razy do tego samego stoiska, żeby się przekonać, czy upatrzony breloczek nie jest przypadkiem gdzieś o kilka groszy tańszy. Rozumiem, jakby to było coś naprawdę drogiego, ale serio - kupiła, po jakichś 4 godzinach, 3 (słownie: trzy) breloczki.

Może małe piekielności, ale strasznie psujące atmosferę...

koleżanki wyjazd maruda

Skomentuj (37) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 201 (211)

#88280

przez (PW) ·
| Do ulubionych
Jest sobie nieduża wioska.

Wioska typowo wiejska, ale dobrze skomunikowana z Mniejszym Miasteczkiem i Całkiem Sporym Miastem. Przy pewnej dozie dobrej woli można uznać wioskę za takie nieco odleglejsze przedmieścia - czas dojazdu samochodem to ok. 20 minut do mniejszego i 35 minut do większego miasta, zatem lokalizacja atrakcyjna.

W wiosce był sobie ciąg pól. Łąk w zasadzie, bo raczej nikt nawet tam nic nie uprawiał - ktoś próbował kiedyś jakieś ziemniaki, ktoś inny krzewy malin, ale nic z tego nie wyszło. Dlaczego?

Z jednej strony owych pól jest sobie ładna, asfaltowa droga, z drugiej - niemniej ładny, wąziutki strumyczek. Ale strumyczek średnio raz na rok lub dwa lata traci swój urok i zamienia się w rwący potok, fala potrafi sięgnąć kilku metrów i w mgnieniu oka ze strużki, którą dałoby się przeskoczyć bez większego wysiłku, robi się żywioł.

Jak się nietrudno domyślić, ta woda gdzieś się musi wylewać - i się rozlewa, właśnie na owe pola.

Tymczasem właścicielom (było ich kilku) tych pól się poumierało, dzieci wyjechały do miast, po co im były jakieś zielone skrawki - więc jak trafił się kupiec, to sprzedali.

A kupiec zwietrzył interes życia, pobudował na tych polach niewielkie jednorodzinne domki w stanie surowym i dalej, sprzedawać!

Cena była okazyjna (bo kupiec łąki kupił za marne grosze, więc nie musiał windować cen, i tak wiedział, że zarobi), lokalizacja atrakcyjna, a kupujący ewidentnie nie chcieli się zastanowić, czemu podobne domki, wybudowane w podobnej okolicy - w sąsiedniej wiosce, tylko kilka kilometrów dalej, były droższe prawie drugi raz tyle...

A teraz płacz, i zgrzytanie zębów, bo... zalewa!

Ubezpieczenie nie pokrywa szkód, bo teren zalewowy.

Rok temu, gdy potok wylał, skrzyknęli się i próbowali robić zbiórkę. Ludzie z wioski starali się im pomóc zaraz po zalaniu - przez kilka dni przynosili im i strażakom porządkującym obejścia jedzenie, dostarczyli jakieś ubrania, gmina zorganizowała kilka noclegów na sali gimnastycznej. Ale do zbiórki nikt się włączyć nie chciał - widziały gały, co brały...

tereny_zalewowe janusze_biznesu

Skomentuj (18) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 119 (129)

#82240

przez (PW) ·
| Do ulubionych
Ach, te wspomnienia ze szkolnych lat!

... czyli jak dostać jedynkę za to, że "nie orientujesz się" w lekturze.

Liceum. Polonistka wierzyła w Grega* jak w Zawiszę (dla niezorientowanych: seria lektur z omówieniem, ważne cytaty/wątki zaznaczone w treści takimi szarymi ramkami, itd.).

W związku z tym próbowała na nas wymusić, by wszyscy korzystali z lektur z tego wydawnictwa. Książki te były dość tanie, no i wielu osobom było w to graj (no hej, przecież z tyłu jest streszczenie, po co czytać całość, heloooł?), jednak część osób miała już starsze wydania tych lektur w domu - po rodzicach, starszym rodzeństwie lub pożyczała z biblioteki. I tak też zrobiła K.

Omawialiśmy wtedy "Potop" i K. miała na lekcji wypożyczone z biblioteki trzy wielkie, opasłe tomiszcza.

Polecenie Polonistki do K.: "Proszę przeczytać na głos fragment ze str. 234" (Polonistce oczywiście chodziło o fragment, który znajdował się na tej stronie w jej egzemplarzu, z Grega).

K. poprosiła o podanie numeru tomu i rozdziału, żeby znaleźć fragment w swoim wydaniu.

Polonistka stwierdziła, że skoro K. nie potrafi po numerze strony znaleźć danego fragmentu, to nie orientuje się w lekturze i za to należy się jedynka.

K. w odpowiedzi na to zaczęła czytać str. 234 ze swojego wydania...

Efekt: jedynka w dzienniku i uwaga dla K. za "niestosowanie się do poleceń nauczyciela".

szkoła piekielny_nauczyciel

Skomentuj (4) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 217 (229)

#87777

przez (PW) ·
| Do ulubionych
Historia @KwarcPL przypomniała mi moją własną "przygodę" z nieuczciwym taksiarzem.

Był to okres turystyczny (długi weekend majowy). Tak się złożyło, że zamawiałam kurs spod hotelu na dworzec autobusowy i miałam ze sobą małą walizkę. Taksiarz założył więc zapewne, że jestem turystką.

Trasa była krótka, niecałe 3 km, normalnie spacerkiem można się przejść. Zgodnie z cennikiem powinna kosztować jakieś max. 15 złotych.

Jakież było moje zdziwienie, gdy po przyjeździe na miejsce docelowe taksiarz zażądał... 35 zł!

No cóż, jak trzeba, to trzeba, zapłacę... tylko oczywiście poproszę paragon. A tu ups, paragonu nie ma! Bo panu taksiarzowi "zapomniało się" włączyć taksometr.

No to grzecznie mówię, że w takim razie mogę zapłacić 15 złotych, tyle ile powinna wynieść opłata za kurs.

Pan zaczął się pieklić, grozić policją... może założył, że śpieszę się na autobus i nie będę miała czasu czekać?

No cóż, przeliczył się, bo nie byłam turystką, doskonale znałam i stawki i odległość, po prostu musiałam pewną rzecz odebrać z hotelu od jednych znajomych i podać ją innemu znajomemu, który był w autobusie, a że rzecz niewielka, ale stosunkowo ciężka, stąd walizka (najłatwiej było tak zapakować i przewieźć) i taksa.

Zatem ochoczo przystałam na jego propozycję, niech wzywa policję, ja w międzyczasie zadzwonię jeszcze do jego korporacji, bo ich sprawa też może zainteresować...

Taksiarz zaczął mamrotać niecenzuralne słowa i cóż, zasugerował, żebym oddaliła się bez zapłaty i jak najszybciej.

Mógł normalnie zarobić, a chciał przycwaniakować.

taksiarz taxi

Skomentuj (13) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 151 (153)

#87778

przez (PW) ·
| Do ulubionych
Interesy ze znajomymi, temat rzeka... do której najlepiej nie wchodzić ;)

Mam znajomego, nazwijmy go na potrzeby tej historii Zbyszek. Zbyszek jakiś czas temu zaczął własną działalność, w branży dość drogiej i takiej, że jak ktoś potrzebuje takiej usługi, to potrzebuje, bo na własną rękę nie da się tego załatwić.

Zbyszek znajomym zawsze szedł na rękę i naprawdę działał "po kosztach", wiem z własnego doświadczenia.

Ale też przeżył wysyp "znajomych", co to sobie przypomnieli o tej znajomości, jak potrzebowali usług Zbyszka. Był i kumpel z przedszkola, i "znajoma", co to jej ciotka i matka Zbyszka do jednej podstawówki chodziły, ale hitem okazał się "szwagier Piotrusia".

Z opowieści Zbyszka wynika, że skontaktował się z nim gość, i od razu, bardzo familiarnym tonem, tłumaczy, że "ja od Piotrusia, pamiętasz chyba Piotrusia?" (no Zbyszek ni ch*ja, nie pamiętał), "Piotruś chodził z Tobą do jednej szkoły, dwie klasy wyżej, no i miał siostrę, i ona wyszła za mąż i jej mąż ma brata i to właśnie ja, szwagier Piotrusia jestem".

Po wytłumaczeniu tej jakże prostej relacji wyjaśnił, co potrzebuje i zaczął nawijkę, jak to teraz ciężko wszystkim, oj ciężko, i że trzeba się wspierać, znajomi powinni się wspierać, prawda?

Zbyszka zirytował ten przymilno-roszczeniowy ton "szwagra", i postanowił go... troszkę strollować.

Zatem ochoczo przytaknął, że tak, czasy ciężkie, znajomi powinni się wspierać, ba! jacy znajomi, wręcz przyjaciele, bo kto, jak nie przyjaciel?! I dodał, że cieszy się i naprawdę docenia, że "szwagier" podchodzi do tego właśnie w ten sposób. Po czym podał normalną cenę za usługę, której potrzebował "szwagier", i zapytał, to ile w górę idziemy? Bo wiadomo, znajomi powinni się wspierać, no ale tak konkretniej, to jak bardzo "szwagier" chciałby go wesprzeć?

"Szwagier Piotrusia" tymczasem strzelił przysłowiowego karpia, wymamrotał coś, że "musi skonsultować" i tyle go Zbyszku widział... i nici z tak wspaniale zapowiadającej się "przyjaźni"...

znajomi biznes

Skomentuj (6) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 219 (229)