Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation
Profil użytkownika

mariamasyna

Zamieszcza historie od: 1 marca 2013 - 9:40
Ostatnio: 9 grudnia 2019 - 14:21
  • Historii na głównej: 14 z 18
  • Punktów za historie: 7945
  • Komentarzy: 381
  • Punktów za komentarze: 3005
 
zarchiwizowany

#55260

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Coraz bardziej utwierdzam się w przekonaniu, że handlarz (nie handlowiec!) to najgorszy gatunek człowieka.

Słowem wstępu: wielokrotnie spotykałem się z nieuczciwością, chamstwem i brakiem poszanowania cudzego czasu przez handlarzy. Gdybym chciał opisać wszystkie sytuacje, to wyszłaby niezła książka. Zatem kilka najciekawszych przypadków:

1) Jedziemy po maszynę (nieważne jaką) - ponad 500 km w jedną stronę (z Opolszczyzny aż za Białystok). Wcześniej oczywiście dokładnie przeczytana oferta na portalu ogłoszeniowym, kilka rozmów telefonicznych ze sprzedawcą, zapewnienia o pełnej sprawności maszyny, dodatkowe zdjęcia (stan wizualny korespondował z zapewnieniami o stanie technicznym) itd. Ok, umawiamy się na konkretny dzień i jedziemy - z zamiarem kupna, przecież nikt nie jedzie ~1000 km pooglądać i się zastanowić. Dojeżdżamy na miejsce, okazuje się, że maszyna nie jest w pełni sprawna - nie żeby całkiem nie działała, ale niesprawna jest jedna z ważniejszych funkcji. Z naszej strony pada propozycja zakupu za zdecydowanie mniejszą kwotę (po oszacowaniu kosztów naprawy). Oczywiście handlarz się nie zgadza, może opuścić 500 zł (koszt samych części do naprawy: ~3000-4000). Sprzedawca nie widzi w swoim zachowaniu nic niestosownego. Nasze straty (nie liczę czasu): 700 zł w paliwie (terenówka z duuużą przyczepą - ~14 litrów na setkę).

2) Szukaliśmy przyczepki do samochodu. Wypatrzyliśmy na portalu ogłoszeniowym odpowiadający nam model i egzemplarz. Na zdjęciach prezentowała się ładnie, a że jest to prosta konstrukcja, to raczej nie było miejsca na niespodzianki odnośnie stanu (wiedzieliśmy o niesprawnych światłach, ale to pryszcz - ojciec jadąc po odbiór zabrał taki "awaryjny" zestaw świateł na magnesach, żeby spokojnie wrócić do domu). Oczywiście wcześniej telefonicznie wynegocjowana cena, potwierdzony stan, adres sprzedawcy, data odbioru. Ojciec jedzie (~200 km w jedną stronę), umówił się wcześniej z gościem, że zadzwoni dojeżdżając - jego telefon milczy. Nie odbiera mimo prób połączenia z różnych numerów. Zatem ja w domu przystępuję do komputerowego "śledztwa" - po widocznych na zdjęciu elementach, na podstawie map internetowych, street view i paru innych szczątkowych informacji ustalam nazwisko i adres faceta. Ojciec jedzie do niego do domu - mina gościa, kiedy okazało się, że w internecie jednak nie był anonimowy: bezcenna. Ale przyczepki "już nie ma, bo sprzedał 2 tygodnie temu". Aha - ogłoszenie umieszczone 4 dni temu, termin odbioru umówione 2 dni temu i potwierdzone w dzień wyjazdu. Typ ogólnie chamski, ale co zrobić - nie mamy możliwości manewru. Ojciec wraca z niczym. 3-4 tygodnie później ogłoszenie pojawia się ponownie: ta sama przyczepka, te same zdjęcia, ten sam numer telefonu. Tym razem robimy inaczej: ojciec dzwoni do znajomych mieszkających kilka km od tego gościa, oni dzwonią umawiają się na odbiór za 2 godziny, przyjeżdżają i zabierają do siebie (odebraliśmy od nich parę dni później). Ojej, to jednak nie sprzedał 2 tygodnie temu? Straty: ~250 zł na paliwo.

3) Włamano mi się do auta wybijając szybę, tzw. "trójkąt" w drzwiach. Mimo, że mam ubezpieczenie szyb i miałbym bez wkładu własnego nową szybę (170 zł + montaż), to wolałem kupić używkę z tego samego rocznika, co moje auto - wiadomo, przy ewentualnej odsprzedaży nabywca zwykle patrzy, czy wszystkie szyby są z jednego rocznika, wpływa to na wartość auta. Znalazłem na allegro, dość niedaleko (~50 km), pomyślałem, że odbiorę osobiście (zależało mi na czasie). W międzyczasie okazało się, że ktoś z rodziny z miasta sprzedawcy jedzie do nas na imprezę rodzinną, więc odpadła mi jazda - poprosiłem o odebrania. Dzwonię do sprzedawcy. Tak, oczywiście - szyba jest. Ok, to ja załatwiam transport i zadzwonię potwierdzić. Dzwonię do wujka, zgadza się odebrać, jedzie do sprzedawcy. Ja dzwonię do sprzedawcy powiedzieć, że zaraz ktoś przyjedzie i żeby naszykował szybę - wujkowi się spieszyło. Tak, czeka już naszykowana. Za 15 minut telefon od wujka - jest na miejscu, ale nie ma szyby. To ja do sprzedawcy, no bo jak? No, tak właściwie to on szukał dopiero jak wujek przyjechał. Po co wystawia ofertę towaru, którego nie ma (i to 2 sztuk)? Bo mu się pomyliło... I oczywiści też nie widzi nic złego w swoim zachowaniu. Straty: materialne tym razem pomijalne (przejazd z jednego końca miasta na drugi), ale czasowe i nerwowe spore. Jakbym jednak ja pojechał, to byłoby znów 50 zł w plecy.

Sorry, że tak długo. Starałem się skracać, ale pewnych rzeczy nie mogłem pominąć, żeby nie zubożyć obrazu sytuacji.

Pytanie brzmi: na co liczą ci ludzie?

Handlarz to nie zawód, to stan umysłu.

Oczywiście nie mówię, że tacy są wszyscy. Ale z racji, że często mam z tą grupą zawodową do czynienia, to często też spotykam takich buraków na swojej drodze.

Na koniec, dla czepialskich, moja prywatna definicja handlarza: człowiek, który zajmuje się, najczęściej pokątnie (bez założonej działalności) sprowadzaniem z zachodu rozmaitego sprzętu w lepszym lub gorszym stanie w celu odsprzedaży, często uprzednio maskując (nie naprawiając) usterki. Zaliczam do tego również wszelkiego rodzaju recyklerów motoryzacyjnych, tzw. "szroty".

Co ciekawe: nie chciałbym nikogo urazić, ale takie sytuacje ZNACZNIE częściej zdarzają się na tzw. ścianie wschodniej (podlaskie, lubelskie, podkarpackie itd.), a praktycznie nie występują np. w Wielkopolsce.

Skomentuj (11) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 117 (189)

1