Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation
Profil użytkownika

metaxa

Zamieszcza historie od: 7 września 2012 - 12:18
Ostatnio: 28 lutego 2021 - 21:21
  • Historii na głównej: 28 z 31
  • Punktów za historie: 7588
  • Komentarzy: 309
  • Punktów za komentarze: 2165
 

#87727

(PW) ·
| Do ulubionych
Przygody z policją ;)

Jakoś na początku stycznia musiałam oddać zakupiony wcześniej dywan. Rzecz dzieje się w Łodzi - kto bywał ten wie, że przy Dworcu Kaliskim jest Komfort, a po przeciwnej stronie Lidl.

Zostawiłam auto pod Lidlem, zatargałam dywan do Komfortu, oddałam i wracam. Do przejścia miałam dwie jezdnie rozdzielone torowiskiem tramwajowym. Pierwsza jezdnia - zielone, torowisko - rozglądam się, tramwaju nie ma, więc idę, druga jezdnia - czerwone - czekam grzecznie na zielone i przechodzę. Pod Lidlem okazało się, że jest za dziesięć dwunasta, więc musiałam poczekać bo godziny dla seniorów.

Siedzę zatem w aucie, grzebię w telefonie - wtem pukanie w szybkę. Dwóch funkcjonariuszy - otwarłam szybkę. Jeden z panów przedstawia się i prosi o okazanie dowodu. Wylegitymowałam się - co ważne dowodem w aplikacji m-obywatel. Powodem interwencji miało być niezastosowanie się do sygnalizacji - na tym nieszczęsnym torowisku.

Że podobno tam jest sygnalizator i przeszłam na czerwonym - panowie szli za mną i widzieli. Nawet na torturach nie przypomniałabym sobie jakie było światło - tramwaj nie jechał to przeszłam. No to mandacik. Trudno - niech pisze. Podyktować adres? Nie, nie, on sobie sprawdzi. I zaczyna pan wypisywać. W międzyczasie miło sobie konwersujemy:
- A mają panowie jakiś dowód że przeszłam na czerwonym?
- No ja pani mówię.
- A ja panu mówię, że jestem księżniczką.
- No bez żartów.
- No właśnie - bez żartów. A gdybym odjechała?
- To byłby pościg - panowie byli pieszo.

I w ten deseń.
Pan zakończył wypisywanie mandatu, podtyka mi do podpisu... A tam panieńskie nazwisko. Którego nie używam od 22 lat. I którego nie widać w dowodzie elektronicznym.

- Ja się tak nie nazywam. Nie podpiszę. Żegnam się z panami.

I poszłam do sklepu a panowie stali nieco osłupieni. Byłam w Lidlu może z kwadrans. Wychodzę, stoją przy aucie.

- Mogę panom jakoś pomóc jeszcze?
- No nie podpisała pani mandatu.
- Bo nie był wypisany dla mnie. Panowie nie potrafią przedstawić mi dowodu na zaistnienie wykroczenia, wobec tego nie przyjmuję.
- Ale ja poprawiłem! - tu brakowało tylko, żeby tupnął nóżką.
- Trudno. Poproszę o nagranie z wykroczeniem.

Koniec końców panowie oznajmili mi, że otrzymam wezwanie do złożenia wyjaśnień. Spoko tylko niech przyjdzie na dobre nazwisko i adres.

I rzeczywiście - jakoś na początku lutego dzwoni moja mama, że jest list z policji. Rodzice nie mogą odebrać, listonosz nie chciał zaznaczyć że adresat się wyprowadził, więc zostawił awizo.

Nazwisko zmieniłam w życiu raz, ale adres czterokrotnie. Kombinacji zatem było kilka, policja wybrała wariant "dobre nazwisko, zły adres".

Odczekałam okres dwukrotnego awizowania i dzwonię na ten nieszczęsny komisariat. Była godzina 9.45, 10 lutego.

- Pani ma wezwanie na dzisiaj - poinformowała mnie policjantka z którą rozmawiałam.
- No a skąd ja miałam to wiedzieć, skoro nie odebrałam zawiadomienia bo poszło na zły adres?
- Taki adres dostałam od funkcjonariusza. To nie przyjdzie pani?
- A na którą to wezwanie?
- Na 10.
- No to raczej nie - jestem w pracy na drugim końcu miasta.

Stanęło na tym, że kazała mi napisać wyjaśnienie i przysłać. Tak zrobiłam - wysłałam ZPO. Czekam teraz na wezwanie z sądu, który dostanie moje wyjaśnienie, że nie przyjęłam błędnie wypisanego mandatu chociaż policjant miał mój ważny dowód przed nosem.

Skomentuj (30) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 116 (126)

#87677

(PW) ·
| Do ulubionych
Dlaczego brakuje miejsc na szczepienia...?

Jestem pracownikiem uczelni medycznej, moja córka u nas studiuje - zatem obydwie jesteśmy w grupie "zero". Zapisałyśmy się na szczepienie na 21 stycznia - zostało odwołane ponieważ nie dotarły szczepionki. OK, przełożyłam obydwie na 17 lutego i czekamy.

Wtem w ostatni piątek - czyli 29 stycznia - plot twist. Dzwoni koordynator i zaprasza na szczepienie teraz, zaraz, natentychmiast - oczywiście pojechałyśmy. Niby wszystko super, prawda?

Otóż nie do końca - termin wyznaczony na 17 lutego jest jakby nie do odwołania - ani przez ikp, ani przez infolinię, ani przez wsparcie techniczne. Znaczy jest podobno jedna metoda - można pojechać do punktu szczepień (który jest w szpitalu tymczasowym) i odwołać osobiście. Chyba - bo pani na infolinii nie była pewna.

I w ten sposób zapewne zmarnują się 2 dawki szczepionki, z których ktoś mógłby skorzystać.

Skomentuj (7) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 79 (81)

#85853

(PW) ·
| Do ulubionych
Dla tych, co narzekają na polską służbę zdrowia.

Mam brata - mieszka w Londynie i tam jest objęty ubezpieczeniem zdrowotnym - a tamtejsi lekarze leczą wszystko aspiryną.

Podejrzewał u siebie zaburzenia pracy tarczycy, a szczęśliwym zbiegiem okoliczności ja pracuję w Katedrze Endokrynologii. Podpytałam lekarzy, jakie powinien zrobić badania, żeby potwierdzić lub wykluczyć takie zaburzenia. Z listą badań brat udał się do prywatnego laboratorium podczas swojego pobytu u rodziców na święta. Z badań wyszła choroba Hashimoto i wypadałoby jeszcze do kompletu zrobić usg.

Udał się zatem z tymi wynikami do swojej GP, żeby pokierowała dalej. I brat dostał skierowanie... na badania laboratoryjne, takie same jakich wyniki przedstawił.

Pani doktor, zapytana, po jakie licho zleca je jeszcze raz, odpowiedziała, że tych zrobionych w Polsce nie rozumie...

Skomentuj (23) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 113 (163)

#85751

(PW) ·
| Do ulubionych
Mieszkam w wieżowcu na 4 piętrze. Sąsiedzi są w porządku poza jedną lokatorką. Zajmuje ona lokal na 7 piętrze, nade mną i mieszka tam z babcią i synkiem. Od pewnego czasu jej ulubioną rozrywką jest wylewanie przez okno różnych substancji - pal licho, jeśli jest to woda.

Ale ostatnio na moim parapecie (oraz do 2 piętra włącznie) znalazła się farba olejna w kolorze wściekłej zieleni. Tego już nie zdzierżyłam - zwłaszcza że poprzedniego dnia umyłam okna, a tu cały parapet, ramy i moskitiera zafajdane.

Wysmarowałam zatem pismo do administracji z prośbą o interwencję. I dziś otrzymałam odpowiedź - że nic nie mogą zrobić, bo ta pani jest niezrównoważona psychicznie. Ona ma rozrywkę, a my się męczmy...

Skomentuj (9) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 120 (128)

#84921

(PW) ·
| Do ulubionych
O rowerzystach będzie. Jednym konkretnie.

Zwykle dojeżdżam do pracy rowerem - mam to szczęście, że cała, ok. dziesięciokilometrowa trasa to ścieżka. Ostatni jej odcinek biegnie wzdłuż dwukierunkowej ulicy - ruch jest tam spory, ulica jest dość wąska i często są korki. Do tego wszystkiego - stanowi ona dojazd do dużego szpitala, zatem i karetka na sygnale nierzadko się trafia. Osobiście czułabym się co najmniej niekomfortowo jadąc rowerem w takich okolicznościach.

Ostatnio zdarzyło się, że musiałam dojeżdżać do pracy autem. Jadę zatem tą wąską ulicą i co widzę? - przede mną, środkiem pasa popyla nastolatek na rowerze miejskim. Podjeżdżam, uchylam okno i uświadamiam młodzieńca, że obok jest piękna, równa ścieżka. Na co on odkrzykuje (w sumie nie wiem skąd mu się wzięła ta agresja):
- Wiem! Ale nie miałem jak wjechać!
Po czym pozdrowił mnie uniwersalnie środkowym palcem.
Aha? Czyli, że jak nie było wjazdu, to wprowadzić się nie daje?

Gdyby to był mój syn, to bym mu chyba nogi z tyłka powyrywała.

Skomentuj (12) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 126 (132)

#84907

(PW) ·
| Do ulubionych
Obóz harcerski - las, jezioro, namioty, banda harcerzy. Dzieciaki sobie wypoczywają, instruktorstwo też - no sielanka.

Aż tu nagle - przyjeżdża Sanepid na kontrolę. Druh Komendant pokazuje obóz - namioty rozstawione jak należy, młodzież szczęśliwa, kuchnia w porządku, sanitariaty czyste. Ale ale! Nie może być tak pięknie!

Okazuje się, że w lesie są szyszki! Nikt się tego nie spodziewał, a już najmniej Sanepid. Zatem wydano zalecenie - usunąć szyszki! Po czym pozostawiono Druha Komendanta z narastającym stuporem.

Skomentuj (23) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 179 (211)

#84744

(PW) ·
| Do ulubionych
Tata sprzedaje auto. Samochód ma 8 lat, jest zadbany, serwisowany wyłącznie w ASO. Co ważne - jest to Fiat. Ja wiem, naród nie lubi Fiatów ;) Ogłoszenie napisane, a w nim wszystkie dane techniczne i marka. Przyjeżdża pan. Odbywa jazdę próbną. Stara się zbić cenę - Tata zgadza się coś tam opuścić. Wydawałoby się, że za chwileczkę zostanie podpisana umowa sprzedaży. Tata zaprasza pana do domu, żeby formalności dopełnić w kulturalnych warunkach. I wtedy pan powiada:
- To auto ma być dla mojej żony. A ona nie chce Fiata. Nie ma pan nic innego?
No nie ma...

Skomentuj (5) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 123 (131)
zarchiwizowany

#84618

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Wakacje się zbliżają. Planujemy wyjazd zagraniczny, zatem należałoby wyrobić kartę ekuz. Nie lubię wystawać w kolejkach w takich instytucjach, ale wyczytałam że mogę wysłać skan wniosku mailem i zaznaczyć żeby odesłali pocztą. W to mi graj - wnioski podpisane, zeskanowane, wysłane.
Dziś dostałam maila od pani referent - żeby dosłać skan legitymacji syna (zrozumiałe, chociaż w informacjach nic o tym nie było, a z wieku można wywnioskować, że jest uczniem) oraz - żeby wnioski podpisać. Bo nieczytelnie.
Jutro wyślę drugi raz. Podpisane drukowanymi literami.

nfz

Skomentuj (10) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: -12 (24)

#84061

(PW) ·
| Do ulubionych
Miałam konto w banku z żubrem. Założone przez mojego męża ponad 20 lat temu, głównie z powodu bliskości oddziału. Z biegiem czasu konto robiło się coraz mniej przydatne i droższe. W ostatnim roku prowadzenie rachunku kosztowało już 11,50 za miesiąc, każda wypłata z obcego bankomatu oznaczała prowizję w wysokości 6 zł (niezależnie od kwoty), a ichnich bankomatów jak na lekarstwo. Wiele razy chcieliśmy je zamknąć, ale zawsze coś nam przeszkodziło.

Aż nadeszła chwila kiedy się zmobilizowaliśmy i udaliśmy się do oddziału banku. Piekielnie było średnio, ale dość dla nas zabawnie. Pierwsze co usłyszeliśmy to że konta nie da się zamknąć u nich w oddziale, musi być oddział macierzysty gdzie było zakładane. A obecnie mieszkamy na drugim końcu miasta. Po interwencji kierownika oddziału jednak się dało. Oczywiście nastąpiły próby przekonania nas, że lepszego banku to na świecie nie ma. I czy wyrażamy zgodę, żeby zadzwonił do nas konsultant, bo przygotują dla nas specjalną ofertę. Z ciekawości zgodę wyraziliśmy. Już następnego dnia zadzwoniła pani konsultantka, a propozycja była następująca:

- Z uwagi na to, że są państwo długoletnimi klientami zrezygnujemy dla państwa z opłaty za prowadzenie rachunku i prowizji za wypłaty z bankomatów przez okres 12 miesięcy! - zakomunikowała pani radośnie.
- A co potem? - pytam.
- Potem wrócimy do poprzednich warunków...
Podziękowałam za tak wspaniała ofertę.

Skomentuj (8) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 124 (128)

#83949

(PW) ·
| Do ulubionych
Pracuję na uczelni medycznej.
Jak to często w takich przypadkach bywa rektorat jest w centrum, a poszczególne katedry porozrzucane są po całym mieście. Nasza mieści się na terenie dużego szpitala, zatem jeśli jest do nas jakaś korespondencja, to listonosz zostawia ją w kancelarii. Pani kancelistka dzwoni do adresatów, żeby ktoś przyszedł po pisma. Wszystko gra i buczy. Ale! Gdyby było tak pięknie to nie byłoby tej historii.

Pani kancelistka udała się na urlop i korespondencja tymczasowo trafia do sekretariatu zastępcy dyrektora. Dziś udałam się tamże po pisma. Było jedno, ale przy okazji poprosiłam panią sekretarkę, żeby telefonowała kiedy będzie coś do nas (zwłaszcza, że tej korespondencji nie ma dużo). Zostałam ofukana, że ona nie ma czasu i że ktoś ma przychodzić. W poniedziałek, środę i piątek. Dalej twierdzę, że telefon byłby dla wszystkich wygodniejszy - nawet wręczyłam jej numery wewnętrzne bo może nie ma - znowu zostałam ofukana.
Cóż - pismo zabrałam, zaniosłam gdzie trzeba i dowiedziałam się jeszcze jednej ciekawostki. Otóż w ubiegłym tygodniu list (polecony i ZPO) z UJ zaadresowany imiennie na jednego z naszych pracowników pani sekretarka odesłała z adnotacją "adresat nieznany"... Ciekawe ile listów tak potraktowała.
Całe szczęście kancelistka wraca w poniedziałek.

EDIT: podniosły się głosy w obronie pani sekretarki. Zatem wyjaśniam - korespondencja do nas zdarza się sporadycznie - w ciągu pół roku mojej pracy musiałam po nią iść może ze 4 razy. Uczelnia preferuje raczej elektroniczny obieg dokumentów. Szpital jest ogromniasty - zatem ja także muszę swoje obowiązki na jakiś czas "odstawić" żeby po te listy iść - a jak wspomniałam ta potrzeba występuje bardzo sporadycznie.
A list z UJ tak lekkomyślnie przez panią odesłany został przywieziony przez kuriera, który - pomimo rozległości obiektu - nie miał żadnego kłopotu z odnalezieniem adresata.

Skomentuj (34) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 133 (159)