Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation
Profil użytkownika

metaxa

Zamieszcza historie od: 7 września 2012 - 12:18
Ostatnio: 21 sierpnia 2019 - 16:53
  • Historii na głównej: 24 z 27
  • Punktów za historie: 6426
  • Komentarzy: 257
  • Punktów za komentarze: 804
 

#84921

(PW) ·
| Do ulubionych
O rowerzystach będzie. Jednym konkretnie.

Zwykle dojeżdżam do pracy rowerem - mam to szczęście, że cała, ok. dziesięciokilometrowa trasa to ścieżka. Ostatni jej odcinek biegnie wzdłuż dwukierunkowej ulicy - ruch jest tam spory, ulica jest dość wąska i często są korki. Do tego wszystkiego - stanowi ona dojazd do dużego szpitala, zatem i karetka na sygnale nierzadko się trafia. Osobiście czułabym się co najmniej niekomfortowo jadąc rowerem w takich okolicznościach.

Ostatnio zdarzyło się, że musiałam dojeżdżać do pracy autem. Jadę zatem tą wąską ulicą i co widzę? - przede mną, środkiem pasa popyla nastolatek na rowerze miejskim. Podjeżdżam, uchylam okno i uświadamiam młodzieńca, że obok jest piękna, równa ścieżka. Na co on odkrzykuje (w sumie nie wiem skąd mu się wzięła ta agresja):
- Wiem! Ale nie miałem jak wjechać!
Po czym pozdrowił mnie uniwersalnie środkowym palcem.
Aha? Czyli, że jak nie było wjazdu, to wprowadzić się nie daje?

Gdyby to był mój syn, to bym mu chyba nogi z tyłka powyrywała.

Skomentuj (12) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 120 (126)

#84907

(PW) ·
| Do ulubionych
Obóz harcerski - las, jezioro, namioty, banda harcerzy. Dzieciaki sobie wypoczywają, instruktorstwo też - no sielanka.

Aż tu nagle - przyjeżdża Sanepid na kontrolę. Druh Komendant pokazuje obóz - namioty rozstawione jak należy, młodzież szczęśliwa, kuchnia w porządku, sanitariaty czyste. Ale ale! Nie może być tak pięknie!

Okazuje się, że w lesie są szyszki! Nikt się tego nie spodziewał, a już najmniej Sanepid. Zatem wydano zalecenie - usunąć szyszki! Po czym pozostawiono Druha Komendanta z narastającym stuporem.

Skomentuj (22) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 165 (197)

#84744

(PW) ·
| Do ulubionych
Tata sprzedaje auto. Samochód ma 8 lat, jest zadbany, serwisowany wyłącznie w ASO. Co ważne - jest to Fiat. Ja wiem, naród nie lubi Fiatów ;) Ogłoszenie napisane, a w nim wszystkie dane techniczne i marka. Przyjeżdża pan. Odbywa jazdę próbną. Stara się zbić cenę - Tata zgadza się coś tam opuścić. Wydawałoby się, że za chwileczkę zostanie podpisana umowa sprzedaży. Tata zaprasza pana do domu, żeby formalności dopełnić w kulturalnych warunkach. I wtedy pan powiada:
- To auto ma być dla mojej żony. A ona nie chce Fiata. Nie ma pan nic innego?
No nie ma...

Skomentuj (4) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 114 (122)

#84061

(PW) ·
| Do ulubionych
Miałam konto w banku z żubrem. Założone przez mojego męża ponad 20 lat temu, głównie z powodu bliskości oddziału. Z biegiem czasu konto robiło się coraz mniej przydatne i droższe. W ostatnim roku prowadzenie rachunku kosztowało już 11,50 za miesiąc, każda wypłata z obcego bankomatu oznaczała prowizję w wysokości 6 zł (niezależnie od kwoty), a ichnich bankomatów jak na lekarstwo. Wiele razy chcieliśmy je zamknąć, ale zawsze coś nam przeszkodziło.

Aż nadeszła chwila kiedy się zmobilizowaliśmy i udaliśmy się do oddziału banku. Piekielnie było średnio, ale dość dla nas zabawnie. Pierwsze co usłyszeliśmy to że konta nie da się zamknąć u nich w oddziale, musi być oddział macierzysty gdzie było zakładane. A obecnie mieszkamy na drugim końcu miasta. Po interwencji kierownika oddziału jednak się dało. Oczywiście nastąpiły próby przekonania nas, że lepszego banku to na świecie nie ma. I czy wyrażamy zgodę, żeby zadzwonił do nas konsultant, bo przygotują dla nas specjalną ofertę. Z ciekawości zgodę wyraziliśmy. Już następnego dnia zadzwoniła pani konsultantka, a propozycja była następująca:

- Z uwagi na to, że są państwo długoletnimi klientami zrezygnujemy dla państwa z opłaty za prowadzenie rachunku i prowizji za wypłaty z bankomatów przez okres 12 miesięcy! - zakomunikowała pani radośnie.
- A co potem? - pytam.
- Potem wrócimy do poprzednich warunków...
Podziękowałam za tak wspaniała ofertę.

Skomentuj (9) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 119 (123)

#83949

(PW) ·
| Do ulubionych
Pracuję na uczelni medycznej.
Jak to często w takich przypadkach bywa rektorat jest w centrum, a poszczególne katedry porozrzucane są po całym mieście. Nasza mieści się na terenie dużego szpitala, zatem jeśli jest do nas jakaś korespondencja, to listonosz zostawia ją w kancelarii. Pani kancelistka dzwoni do adresatów, żeby ktoś przyszedł po pisma. Wszystko gra i buczy. Ale! Gdyby było tak pięknie to nie byłoby tej historii.

Pani kancelistka udała się na urlop i korespondencja tymczasowo trafia do sekretariatu zastępcy dyrektora. Dziś udałam się tamże po pisma. Było jedno, ale przy okazji poprosiłam panią sekretarkę, żeby telefonowała kiedy będzie coś do nas (zwłaszcza, że tej korespondencji nie ma dużo). Zostałam ofukana, że ona nie ma czasu i że ktoś ma przychodzić. W poniedziałek, środę i piątek. Dalej twierdzę, że telefon byłby dla wszystkich wygodniejszy - nawet wręczyłam jej numery wewnętrzne bo może nie ma - znowu zostałam ofukana.
Cóż - pismo zabrałam, zaniosłam gdzie trzeba i dowiedziałam się jeszcze jednej ciekawostki. Otóż w ubiegłym tygodniu list (polecony i ZPO) z UJ zaadresowany imiennie na jednego z naszych pracowników pani sekretarka odesłała z adnotacją "adresat nieznany"... Ciekawe ile listów tak potraktowała.
Całe szczęście kancelistka wraca w poniedziałek.

EDIT: podniosły się głosy w obronie pani sekretarki. Zatem wyjaśniam - korespondencja do nas zdarza się sporadycznie - w ciągu pół roku mojej pracy musiałam po nią iść może ze 4 razy. Uczelnia preferuje raczej elektroniczny obieg dokumentów. Szpital jest ogromniasty - zatem ja także muszę swoje obowiązki na jakiś czas "odstawić" żeby po te listy iść - a jak wspomniałam ta potrzeba występuje bardzo sporadycznie.
A list z UJ tak lekkomyślnie przez panią odesłany został przywieziony przez kuriera, który - pomimo rozległości obiektu - nie miał żadnego kłopotu z odnalezieniem adresata.

Skomentuj (34) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 129 (155)

#70235

(PW) ·
| Do ulubionych
Nigdy nie miałam powodów, żeby narzekać na służbę zdrowia. Aż do teraz…

Trochę biegam. Jakiś czas temu zaczęła mnie boleć stopa, podeszwa konkretnie. Nie doznałam żadnej kontuzji - ot, boli, i to żeby było śmieszniej nie w trakcie biegu, ale po "zastaniu".

Poczytałam nieco i najbardziej prawdopodobną przyczyną wydało mi się zapalenie rozcięgna. Udałam się zatem do lekarza POZ z pełną świadomością, że raczej nie wyleczy, ale przynajmniej skieruje na dalszą diagnostykę, a specjalista zapewne problem rozwiąże.

Skierowania nie dostałam. Za to otrzymałam bezcenną radę: "nie biegać".

Pointy nie będzie. Do sportowego pójdę prywatnie.

Skomentuj (28) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 154 (234)

#83589

(PW) ·
| Do ulubionych
W moim bloku mamy taki luksus jak suszarnia. W miesiącach zimowych błogosławieństwo - naraz można rozwiesić 4-5 wsadów pralki, po jednym dniu wszystko suche. Zazwyczaj zajmuje się suszarnię na nie dłużej niż dwa dni.

Klucz od tego przybytku znajduje się u sąsiadki z ósmego - ona koordynuje kolejkę. Ja mam z nią taki układ, że jeśli jest pilna potrzeba, to "dowieszam" się do jej prania. Wszystko gra i buczy.

Aż do zeszłego tygodnia - zapisana byłam w kolejce na weekend. Przychodzę do sąsiadki, a tu klucza nie ma - pani z drugiego trzyma już tydzień i nie oddaje. Niby ma czteroosobową rodzinę i prania może się nazbierać, ale żeby aż tydzień trzymać? No to idziemy z interwencją.

Na pytanie, kiedy odda klucz, sąsiadka odpowiada, że nie wie, bo jeszcze nie skończyła prania. W tym momencie zwizualizowałam sobie ilość brudnych rzeczy u niej w domu.

- No ale jak to możliwe? Przez tydzień?

I tu nastąpiło wyjaśnienie…

- No przecież nie mogę włączać pralki częściej niż raz dziennie, bo mi się zepsuje…

Chyba żyję w innym świecie...

Skomentuj (21) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 156 (168)

#83378

(PW) ·
| Do ulubionych
Jest sobie pewna strona w internecie, gdzie można wyrazić swoją opinię na temat firmy, którą się zna. Osoby zainteresowane zatrudnieniem w danej firmie mogą sobie poczytać. Oczywiście nie powinno być to kryterium decydujące o tym czy aplikować, ale daje pewne pojęcie.
Postanowiłam dodać tam opinię na temat firmy, w której byłam zatrudniona - dla zainteresowanych - opisywałam ich tutaj: #82861 i #82919.

Na wspomnianej wcześniej stronie opinię próbowałam dodać kilkukrotnie - za każdym razem była kasowana... Cóż - nie były to peany, ale takie rzeczy przyszły pracownik też może chcieć wiedzieć.

Skomentuj (9) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 132 (136)

#83184

(PW) ·
| Do ulubionych
Jestem filologiem, tłumaczem angielskiego. Z różnych powodów nie chcę pracować w szkole, ilości przekładów nie da się przewidzieć, zatem szukam zatrudnienia na etacie.

Znalazłam idealną posadę - obsługa studentów anglojęzycznych w dziekanacie uczelni medycznej. Wśród wymagań stawianych kandydatom biegły angielski w mowie i piśmie, a zakres obowiązków obejmuje sporządzanie oficjalnych pism w języku Szekspira. Złożyłam aplikację.

Po dwóch tygodniach od zakończenia rekrutacji (oraz braku odzewu) zadzwoniłam do działu kadr. Dowiedziałam się, że jestem przekwalifikowana.

Tak że ten...

Skomentuj (27) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 76 (116)

#83292

(PW) ·
| Do ulubionych
Popsuł mi się kluczyk do samochodu. Otwierał centralny zamek, uzbrajał alarm, ale nijak nie chciał odpalić auta. Pomyślałam, podumałam i doszłam do wniosku, że to zapewne problem z immobiliserem. Udałam się zatem do autoryzowanego serwisu w celu dokonania naprawy. O ja naiwna!

Przemiła pani w serwisie orzekła, że kluczyk należy przekodować i że kosztować mnie to będzie 150 zł. No cóż - niemało, ale kluczyk zapasowy był bez pilota do alarmu, a co za tym idzie był nieco mniej wygodny w użytkowaniu. Robimy więc. Siedziałam w tym serwisie 3 godziny. Pani co jakiś czas przychodziła i aktualizowała stan naprawy.

News nr 1 - Komputer nie widzi kluczyka. Oni nie wiedzą dlaczego, ale jeszcze zobaczą.

News nr 2 - Komputer dalej nie widzi kluczyka, ale za to rozładował się akumulator. Nowy kosztuje 300 plus 30 za założenie. Decyduję, że chcę nowy akumulator (i tak niedługo trzeba by go wymienić), ale założę go sobie sama - toż to żadna filozofia. Nie da się - nie wolno klientom wchodzić do warsztatu. No to wyprowadźcie mi auto poza warsztat - nie, bo by musieli wypychać. No to zakładajcie, przecierpię to 30 zł.

Finał był taki, że pani przedstawiła mi fakturę, na której były 3 pozycje. Akumulator, instalacja akumulatora i - uwaga - 70 zł za naprawę kluczyka. Przypominam - dalej niedziałającego. Ciutkę się zagotowałam, powiedziałam Pani co o tym myślę i opuściłam ASO obiecując sobie, że już moja noga tam nie postanie.

A kluczyk naprawił Pan Tomek, z zakładu rzemieślniczego na peryferiach - odpala, otwiera, gra i buczy.
Naprawdę rozumiem, że nie każdy musi znać się na wszystkim, ale czy to jest jakaś ujma, żeby się do tego przyznać?

Skomentuj (32) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 104 (128)