Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation
Profil użytkownika

metaxa

Zamieszcza historie od: 7 września 2012 - 12:18
Ostatnio: 18 września 2019 - 11:47
  • Historii na głównej: 24 z 27
  • Punktów za historie: 6431
  • Komentarzy: 257
  • Punktów za komentarze: 805
 

#56174

(PW) ·
| Do ulubionych
Zapisałam pewnej pani lek na cukrzycę. Początek leczenia, małe dawki, pełna edukacja - co jeść, kiedy nie jeść, kiedy jeść :)

Jeszcze tego samego dnia wpada pan Mąż. Od wejścia oburzony, chce rozmawiać natychmiast, z manifestowanym niezadowoleniem czeka na koniec kolejki. Wreszcie wchodzi.

M: Pani zapisała żonie lek X!
J: Zgadza się.
M: Taki niebezpieczny lek!
J: Nie bardziej niż wszystkie leki...
M: Pani sobie żartuje, a ja dokładnie przeczytałem ulotkę! Proszę!
J: A co pan takiego tu wyczytał?
M: "X może powodować hipoglikemię, zawroty głowy, bóle brzucha..."
J: Jak każdy lek, proszę pana. A ideą działania tego leku jest powodowanie obniżenia cukru.
M: Ja wiem co to za świństwo! moja matka kiedyś też to brała! I miała potem amputowaną nogę!
J: To chyba jednak nie po tym leku...
M: Ale miała jak brała ten lek! Ja żądam czegoś innego!
J: Ale pan nawet nie jest upoważniony do wglądu w dokumentację, o decyzjach nie wspominając. A lek jest jednym z bezpieczniejszych, ma potwierdzoną skuteczność, wiele lat obserwacji. Owszem, trzeba kontrolować posiłki i poziom cukru, ale to raczej wina choroby, a nie leku. I jak każdy lek, przedawkowany będzie miał swoje zagrożenia. Nawet aspirynę można przedawkować.
M: Pani tak mówi, a przecież wiadomo, że pani zależy, żeby żona brała ten lek.
J: Zależy.
M: Właśnie! A dlaczego ten? A może pani ktoś zapłacił, żeby ten! Ja tu mam czarno na białym, że on jest groźny! A pani mi tu wciska, że dobry! Bo pani chce to sprzedawać! Pieniądze pani ma z tego!
J: Pan się zapomina.
M: Ja dopilnuje, żeby żona tego nie brała!
J: To jej pan zaszkodzi. Pan ma jakiś cel w szkodzeniu żonie? Zresztą, proszę iść do innego lekarza, dopytać, poczytać sobie i wtedy wrócić.
M: To pani nie zapisze nic innego?
J: Nie. Nawet mojej pacjentki tu nie ma. To komu miałabym zmieniać leczenie?
M: Ja tu jeszcze wrócę!
J: Zapraszam. Tylko może tym razem z żoną. Do widzenia.

Nie wrócił. Wróciła żona, pogadałyśmy na spokojnie, wytłumaczyłam jeszcze raz co i jak. Obiecała brać leki, ale umówiłyśmy się, że jakby mąż robił duże problemy, to pomyślimy o zmianie. Tylko na co? W końcu każdy lek w ulotce ma wymienione same powikłania...

A tendencja jest niestety coraz większa. Coraz częściej też przychodzą pacjenci dr Google, którzy przeczytali i wiedzą na pewno, że ten ból brzucha, to od nowotworu, zapalenia otrzewnej albo wytrzewienia. Od wczorajszego obiadu na pewno nie. Ale to temat na kolejną historię.

Skomentuj (60) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 693 (809)

#56625

(PW) ·
| Do ulubionych
Wezwanie do starszego pana. Bóle w klatce piersiowej, zawroty głowy. Grzejemy na miejsce, gdzie wita nas wyraźnie zadowolony z czegoś staruszek. Teatralnie pojękuje, trzyma się za głowę, na każde pytanie o dolegliwości odpowiada twierdząco. Po mieszkaniu przechadza się przy tym bez problemów, koszulę zdejmuje sprawnie, ba, nawet sprawnie wstaje z łóżka po badaniu. Pytam o co chodzi, bo przecież widzę, że raczej nie ma zawrotów głowy (które podawał) i silnych bólów w klatce. Pan się oburza, od razu zaczyna się chwiać, potykać, kulić w sobie i krzyczeć, że co ja tam mogę wiedzieć.

Co robić, gotowy się jeszcze przewrócić teatralnie i rozbić głowę, żeby mi pokazać jak bardzo się nie znam. Wściekli zabieramy pana do szpitala z dodatkowym rozpoznaniem "symulant?". Warto zaznaczyć, że staruszek do karetki schodzi sam, po schodach, bez trzymania się poręczy. Cóż, może zawroty jakoś pomagają w chodzeniu po schodach.

W szpitalu anonsuję pana neurologowi, równie wściekłemu jak ja, bo wystarczy nam chorych, a tu jeszcze zdrowi się zdarzają i zajmują czas, który przecież nie jest z gumy.

Wracam do karety i co słyszę od kierowcy? Mamy przyczynę dziadkowego chorowania. Bo starszy pan pierwsze co zrobił po zajęciu krzesełka w poczekalni, to wykonał telefon do rodziny. I jęcząco, że on biedaczek w szpitalu, on wiedział, że tak będzie jak sobie rodzinka bez niego pojedzie na wakacje, no koniecznie musi ktoś wrócić do niego, a najlepiej cała familia, bo przecież on chyba umiera. Innymi słowy, pan się zemścił za wyjazd najbliższych na wakacje.

I nawet się nie zastanowił dzwoniąc pod trzy dziewiątki. Przecież to normalne, że pogotowie gra w teatrzykach...

Skomentuj (21) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 976 (1012)

#59708

(PW) ·
| Do ulubionych
The best of the best wytłumaczeń studenckich pod zbiorczym tytułem "dlaczego nie byłem na praktykach". Autentyki!

10. Nie mogłem trafić (zastosowane w małym szpitalu z jednym, jedynym SORem).

9. Zaspałem, a jak miałem się spóźnić, to wolałem nie przyjść wcale.

8. Nie mogłem przyjść, a nie znam numeru do szpitala, żeby uprzedzić.

7. Uznałem, że jest zbyt ładna pogoda.

6. Wyprałem ciuchy szpitalne i nie zdążyły wyschnąć.

5. Mój pies był chory, a nie ufam dziewczynie, żeby ją zostawić z nim samą.

4. Zabrakło mi pieniędzy na dojazd.

3. Pomyliłem dni tygodnia.

2. Myślałem, że po dwóch dniach zrobimy dzień przerwy.

1. Kolega był chory, więc solidarnie nie przyszedłem.

SOR

Skomentuj (60) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 486 (618)

#59898

(PW) ·
| Do ulubionych
Pani X, pacjentka SORu - która wcale nie powinna być leczona w SORze, tak na marginesie (bo za zdrowa na to) - uznała za celowe poskarżyć mi się na haniebne zachowania naszych lekarzy.

"Przecież to jest oburzające, tłum ludzi na korytarzu, a tu jeden do drugiego takie obrzydliwe propozycje wykrzykuje! To niemoralne! Przecież to lekarze, oni tu ludzi dotykają, rozbierają, tu trzeba zaufania, a takie - za przeproszeniem pani doktor - pedalstwo! Przecież tak nie powinno być!"

Hmm... Może rzeczywiście jakiś przyciężki dowcip poleciał, ale z drugiej strony, tak na korytarzu? Zdumiona pytam więc co nieszczęsny chirurg (bo o niego chodziło) wykrzykiwał do kolegi. Pani, hiperwentylując, ledwo wykrztusza:

"Umyjesz się ze mną?!"

... do zabiegu, oczywiście, czego pani już się nie domyśliła, więc dorobiła własną wersję :)

No... zboczeńcy... umawiać się na jakieś operacje po nocy...

SOR

Skomentuj (15) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 608 (676)

#48148

Konto usunięte ·
| Do ulubionych
A tymczasem poza ratownictwem...
W życiu trzeba mieć szczęście. Ja go zdecydowanie nie mam.

Niespełna rok temu nabyłem w stolicy moje ukochane autko. Ogłoszenie przez komis, ale sprzedający prywatny. Przyjechał na spotkanie, wymieniliśmy gotówkę na automobil i już.
Prawie.
Bo gość nie dał mi dwóch drobiazgów: koła zapasowego (obiecał, że dośle) i polisy OC - twierdził, że ważność upływa w dniu zakupu, a zostawił w domu...
Samochód przetransportowałem do domu w sposób nie wymagający kontroli dokumentów. Podremontowałem i ubezpieczyłem w swojej firmie. I zapomniałem. Aż do grudnia. Kiedy to dostałem wezwanie od ubezpieczyciela, u którego, wedle reklam, zaszły nieziemskie zmiany. Wezwanie do zapłaty kwoty 845 PLN z tytułu składki za pół roku ubezpieczenia mojego Saabcia.
Pierwotnie napisałem, że nie zawierałem z nimi takowej umowy, zaś poprzedni właściciel nie przekazał mi polisy, bo wygasła, toteż powinni od niego domagać się zapłaty.
No i się zaczęło.

Dostałem pismo, w którym, w tonie dość kategorycznym powiadomiono mnie o przepisach stosownej ustawy. Z której wynikało, że jestem im winien 845 złotych i to już!
Nie interesuje ich mój układ z poprzednim właścicielem, mogę od niego żądać kasy, ale najpierw mam im zapłacić. I co mnie obchodzi, dlaczego, skoro należność była wymagalna od maja, powiadomili mnie dopiero w grudniu? Tak, uniemożliwili mi wypowiedzenie umowy, ale to ja mam obowiązek wiedzieć i sprawdzić rzeczywisty stan ubezpieczenia i uregulować albo wypowiedzieć. Oni wcale nie działają na szkodę klienta, a nawet jeśli, to... członek męski im mogę zrobić.

Poszperałem w ustawie.
I zadałem kolejne pytania: czy przeliczyli tę część składki, którą mam zapłacić na moje zniżki? Bo według ich kalkulatora, za cały rok powinienem zapłacić coś koło 620 złotych, a chcą 845 za pół roku.
No i, kiedy zbywca powiadomił ich o sprzedaży. Bo w ustawie stoi, że do tego momentu solidarnie odpowiadamy za składkę, czyli jeszcze połowa odpada.
Pisma chwilowo ustały. Być może dlatego, że zażądałem kopii umowy, coby na własne oczy wyliczenie składki zobaczyć.
Za to zaczęły się telefony.
Żeby było zabawniej, na numer zarejestrowany na moją firmę, ale używany przez mamę. Którego nigdzie ale to nigdzie nie podawałem.
Poprosiłem mamę, żeby podała właściwy numer i czekałem.
Doczekałem się.

Nieludzko kompetentny konsultant zadzwonił. I udzielał odpowiedzi na moje pytania.
Tak, składka wynosi 845 i to po zniżkach, jest tego pewien.
Odpowiedzialność solidarna oznacza, że firma ma prawo ścigać jednego dłużnika albo dwóch albo... i od każdego wymagać tej samej kwoty, albo połowy, albo jak im się chce (WTF????)...
A numer uzyskali z ogólnodostępnych źródeł i nie jest to łamanie ustawy o ochronie danych osobowych.
A jak mam jeszcze wątpliwości, mam się pofatygować do oddziału osobiście.
Wziąłem wolne. Pojechałem.
Odstałem godzinę w kolejce rodem z Barei.
Bo nie ma numerków, na każdym okienku ten sam napis, ale panie obsługują różne świadczenia, bo ludzie wciskają się na chama bez kolejki...
Narzekanie, teksty "pan tu nie stał", kłótnie. Jednym słowem, raj z reklamy w całej krasie.
Doczekałem się. Przemiła pani przeliczyła mi składkę i okazało się, że muszę zapłacić... 310 złotych.
Jest różnica, nieprawdaż?

I teraz wyobraźcie sobie kogoś, kto ma słabsze nerwy i mniej się w życiu orientuje.
Po pierwszym piśmie odjąłby sobie od ust i pobiegł zapłacić. Bo rejestr długów itp...
Toteż napisałem wczoraj pismo do ulubionego windykatora.
W którym grzecznie pytam, dlaczego próbował wyłudzić ode mnie 535 złotych, jak to się ma do ewentualnego zawiadomienia prokuratury i co zamierza z tym zrobić.
Do tego, sprawdziłem, że mój numer nie jest publicznie dostępny. Toteż pociągnę jeszcze sprawy z operatorem i z nimi. I naprawdę nie odpuszczę.
W imię zasad, synu matki niepewnej prowieniencji, jak mawiał Boguś :)

moje życie

Skomentuj (31) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 988 (1046)

#43326

Konto usunięte ·
| Do ulubionych
Od wieków, nad rzeką Wisłą, żyje sobie ludek poczciwy. Bogobojny, pokorę wobec Najwyższego manifestujący moherowymi nakryciami głowy. Tyle, że pod owymi hełmami wiary, kołacze się zazwyczaj rozumek wielkości łebka od szpilki. Połączony z przekonaniem, że alkohol i obsługa narzędzi mechaniczno-elektrycznych idą w parze. A nawet są wskazane.
Dotyczy to wszelkiego kalibru i rodzaju narzędzi, od młotka po buldożer niemal.
Problem w tym, że często po spożyciu i użyciu następuje konieczność skorzystania z usług ratowniczych w szerokim znaczeniu...

Wyobraźcie sobie dobrego męża. Który, jak tradycja nakazuje, zapewnia rodzinie mięso, okrycia i ciepło w jaskini.
To ostatnie, na przykład, rąbiąc drewno na zimę.
Ale, że jesień, to trzeba przeprowadzić profilaktykę przeziębień, najlepiej w formie płynnej.
A potem: przytoczyć pieniek, położyć na nim polano do rozłupania, stanąć w rozkroku, zamachnąć się potężnie naostrzoną siekierą, zawyć i upaść na glebę.
Bo stanowisko rębne ustawił sobie pod rozciągniętymi dość wysoko linkami do suszenia bielizny. I jak tylko wprawił w ruch topór, ten odbił się od linek i zaparkował w czerepie drwala... Na szczęście, nie ze skutkiem śmiertelnym.

Inny mistrz sportów ekstremalnych, w roli głównej piła łańcuchowa.
Ten z kolei jest czujny, pomimo lekkiego upojenia.
Słyszał, że taka piła ma wiele wspólnego ze stringami: tu i tu, chwila nieuwagi i palce w pi...du.
Toteż, napięty jak struna, łowi każde niepokojące drgnienie, każdy sygnał mogący świadczyć o tym, że piła właśnie wciąga jego profesjonalne rękawice, chcąc przystosować właściciela wyłącznie do łapania autostopu...
W pewnej chwili, piła trafia na niewielki sęk w rżniętym drewnie.
Spanikowany pilarz natychmiast rzuca ją na ziemię, z dużą prędkością usuwając zagrożenie dla palców.
I trafia prościutko we własne ścięgno Achillesa...
Które mu potem urazowcy rekonstruują.

Jak ktoś ma pecha, to zamiast złamać paznokieć, skutecznie się ochwaci...

służba_zdrowia

Skomentuj (20) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 569 (713)
odrzucony

#74936

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Nowe historie randkowe. Cieszycie się? No jasne!

Krótki poradnik dla Januszy i Sebów wszelkiej maści*:

1. To, że kobieta na wstępie nie chce z tobą rozmawiać o seksie, wcale nie oznacza, że jest pruderyjną dziewicą, dla której seks to temat tabu. Najczęściej przyczyną tego stanu rzeczy jest fakt, że jesteś piątym czy dziesiątym z kolei obcym facetem, który przedstawia się głównie za pomocą nachalnego zainteresowania życiem erotycznym zupełnie nieznanej osoby. Podejrzewam, że nawet nimfoman na viagrze miałby w końcu tego dosyć, zwłaszcza, że takie rozmowy zazwyczaj nie są ani ciekawe, ani podniecające.

2. Jeśli twój profil to długie wynurzenia na temat tego, jak to praktycznie każda kobieta jest zła, próbuje faceta naciągnąć, okraść, zdradzić itp. to nie dziw się potem, że gdy w końcu do którejś podbijesz, ta radzi ci przerzucić się na facetów. Naprawdę, nie chcę sprawdzać, czy przypadkiem nie zostanę uznana za jedyną kobietę nieodpowiedzialną za wszelkie zło świata.

3. Jedynymi sensownym powodami chwalenia się na wstępie genitaliami są:
- posiadanie dwóch penisów, jak ten facet z Reditta
- jakaś ciekawa deformacja
W innym przypadku raczej nie zrobisz wrażenia.

4. Jeśli zaczynasz rozmowę pytanie w stylu "Lubisz bukkake?" nie dziw się, jeśli dostaniesz odpowiedź, że tylko w przypadku gejowskiego międzygatunkowego porno z Jabbą the Huttem.

5. Jeśli już musisz przyłazić i zaczynać rozmowę od seksualnych upodobań i zdjęć penisów, nie rób awantury, jeśli w odpowiedzi otrzymasz porno z Jabbą/kucykami Pony/gify z gejowskich pornosów. Co, nie lubisz gejowskich pornosów z kucykami i Jabbą? Cóż, ja nie lubię zdjęć obcych wacków.

*Nie mylić Januszów i Sebów z normalnymi facetami.

Skomentuj (36) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 222 (312)

#72478

(PW) ·
| Do ulubionych
Trzecia i jak na razie ostatnia część przygód na portalach randkowych, a wraz z nią kolejna porcja samczyków szukających lachona swojego życia. Ostrzeżenie za umiarkowaną obrzydliwość.

1. Mężczyźni mają penisy. Wydawałoby się, że to stwierdzenie dość głupie i oczywiste, jednakże, niestety, penisy mają też różne Janusze i Sebixy. A to oznacza, że na portalach randkowych można dostać zdjęciem Januszowego przyrodzenia prosto w twarz, w pierwszej wiadomości.

Nie do końca wiem, jakiego efektu oczekują Janusze, skoro jednak w ich języku kulturalnie jest przesyłać prącie na powitanie, to zazwyczaj odsyłam im podobne zdjęcie.

Nie wiem, czemu mają potem ból pośladów, przecież zawsze wybieram z google'a ładne i duże wacki :(

2. Masturbatorzy. Chyba najbardziej żenujący typ żerujący się na portalu. O ile większości wystarczy powiedzieć, że sorka, Seba, nie jestem zainteresowana cyberkiem/prostytucją/twoimi gołymi fotkami, jedynym sposobem na pozbycie się masturbatora jest tzw. blok. Zazwyczaj zaczynają wylewać swoje mniej lub bardziej obleśne fantazje, nie zwracając uwagi na subtelne "nie jestem zainteresowana", "bardziej podniecam się przy obieraniu ziemniaków" czy "odpi...rdol się, ćwokasie". Jedyny znak, że w ogóle chociaż trochę ogarniają, że właśnie piszą do kobiety, to teksty typu "czuję, że jesteś mokra".

Jedynie cięta riposta wujka Staszka + ewentualne przesłanie zdjęcia wacka innego Sebixa przed permanentnym blokiem typka uchroni przez wielką dawką żenuły.

3. Artyści Podrywu. Pod tym terminem kryją się w sumie różne nurty, mniej lub bardziej sensowne (zazwyczaj mniej). Artyści Podrywu zazwyczaj płacą krocie za jakieś kursy, gdzie uczą się "wyrywać target", tj. zaliczyć jak najwięcej kobiet. Z tego, co się zorientowałam, spora część technik AP to albo oczywistości (jak podejdziesz do 100 lasek, to w końcu któraś się zainteresuje, chociażby z desperacji), trochę psychomanipulacji, sporo starego dobrego bullshitu o kobietach.
AP mają sporo do czynienia z szalonymi coachami - zachowują się nienaturalnie, sprawiają wrażenie, jakby odbębniali w czasie rozmowy listę spraw do poruszenia i mają naprawdę dziwną wizję kobiet, jeden na przykład absolutnie nie mógł uwierzyć, że nie interesują mnie komedie romantyczne.
AP w większości wydają się niegroźni, warto zawsze jednak pamiętać, że większa część z nich to ludzie, którzy wyuczyli się stosować emocjonalne sztuczki w jednym tylko celu - zaliczenia targetu... eee... to jest kobiety.

4. Zaborczy. To już trochę inny poziom znajomości. Osobiście poznałam dwóch, obu łączyło to, że po pierwszej randce zaczęli narzucać się - zwykle wysyłając 50 smsów dziennie. Pewnego razu wychodząc z trzygodzinnych wykładów, zastałam jakieś 15 wiadomości i pięć połączeń o dramatycznym tonie, w tym ostatnie to zazwyczaj coś o tym, że skoro nie zależy mi na znajomości, to on odpuszcza, w ogóle co się ze mną dzieje, czy mogę się spotkać za pół godziny, jakieś szalone wyznania, normalnie dramatyzm na poziomie połączenia apokalipsy zombie z inwazją obcych. Rzeczowe odpisanie, że miałam zajęcia zazwyczaj nie pomaga, na szczęście płomienna miłość takich typów szybko przechodzi.

5. Obrońcy rasy, również w liczbie sztuk dwóch. Tu mamy do czynienia z kolejnym poziomem znajomości, zazwyczaj dodaniem do tzw. twarzoksiążki. Obrońcy rasy mają misję chronienia mnie przed ciapatymi, którymi awansem zostali:
- kolega z Meksyku, Indianin
- kolega z Kenii, katolik z dwójką dzieci
- kolega z Sosnowca, w sumie nie wiadomo, czemu. Może przez Sosnowiec
- raz udało im się nawet trafić na prawdziwego muzułmanina, kolegę z roku. Szkoda tylko, że kolega jest szyitą, trudno mi więc zrozumieć posądzenia o współpracę z ISIS
Obrońcom Rasy nie da się przetłumaczyć, że celem tych ludzi wcale nie jest uwiedzenie mnie i włączenie do haremu, żaden z nich mnie nigdy nie podrywał, nie mówiąc już, że mają własne związki.

6. Z cyklu: najgłupsze pytania świata. Pada zadziwiająco często. Podbija taki i rzuca zalotnie w pierwszej wiadomości "Lubisz sex?" Zwykłam wtedy odpowiadać, że przepraszam, ale trzymam dziewictwo dla Severusa Snape'a/Kylo Rena/Optimusa Prime'a, z którym mam zamiar wziąć ślub na płaszczyźnie astralnej.
Biorą to na serio. Naprawdę.

Skomentuj (72) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 350 (384)

#55395

Konto usunięte ·
| Do ulubionych
Jestem fanem spa. Poważnie.
Pomimo traumatycznych przeżyć na zjeżdżalni, nadal uwielbiam się moczyć, pluskać i wygrzewać, a także mrozić.

Byłem ostatnimi czasy na konferencji.
Ponieważ nie samą wiedzą człowiek żyje, po całym dniu wykładów i dyskusji, Organizatorzy zaprosili nas na wieczór w termach.
Termy - to brzmi tajemniczo. Pojechaliśmy. Moim samochodem, gardząc podstawionymi autokarami. Daleko trochę, ale czego się nie robi dla zdrowia...
Teraz będzie o ludziach.
Bo - z braku lepszego zajęcia - oddałem się obserwacji zachowań społecznych.

Najpierw obsługa.
Podchodzimy do kasy i meldujemy, że jesteśmy z konferencji.
Reakcja na poziomie rozwielitki - delikatnie brewka pykła...
No i co?
No i... byśmy chcieli wejść może?
A paseczki mają? Nie mają. To idą pobrać.
Gdzie?
No jakie to nieogarnięte... Oczywiście do klubu, wyjść stąd, obejść budynek i do piwnicy. Tam dostaną.
To poszli...
A w piwnicy, pan ochroniarz tłumaczy, że zaniósł nasze opaski pani do kasy, żeby nas nie ganiać!
Ale możemy o tutaj, tym wyjściem i po schodach i wyjdziemy tuż przy kasie, żeby po wietrze nie ganiać...
Rozumiem, że droga jednokierunkowa...
Pani w kasie tym razem wykazała ekspresję godną lwicy.
Tak! dostała, ale wydawać nie zamierza, bo NIE MA CZASU!!!
W końcu, po wezwaniu kierowniczki, dostaliśmy upragnione paseczki. Papierowe... Coby się lepiej z wodą komponowały...
Wchodząc na basen zauważyliśmy Profesorów Organizatorów, jak, tocząc błędnym wzrokiem, próbują ogarnąć procedurę wejścia. Przez trzask zamykanych drzwi usłyszałem znajome: " a paseczki mają?"
Potem ludzie na hali basenowej.
Po prostu cud miód i Bareja....

"Mamo, ja wychodzę, tu musi być awaria, ta woda jest słona!" - zasłyszane w basenie solankowym...

Komora śnieżna. Stoję i się chłodzę. Wpada parka: ona rozchichotana w stylu sugerującym awarię przodomózgowia, on - w łańcuchach kalibru krowiaka.
- Misiu, boszzzz, ale tu zimno... Ja wychodzę! Tu jest zimno!
- Mała, zimno to ci mogie w kontenerze zrobić, do minus 30...
Kur... na, a czego można się spodziewać w pomieszczeniu z napisem "komora śnieżna"? Ukwieconej łąki majowej? Saharyjskich upałów?

Sauna sucha.
Dwie pary drzwi. W zasadzie się nie zamykały, co znacznie obniżało pożądaną temperaturę.
- Heniu, chodź zobacz, co tu jest? Boże, ale tu gorąco!
- Zosiu, chodź do sauny, to zdrowe. (po 2 minutach): Duszę się, powietrza, wypuśćcie mnie stąd!!! (trzask drzwi)

Słoneczna łąka. Czyli trzy leżanki, od góry delikatnie solarka grzeje - idealne miejsce do pozbycia się depresji.
Tyle, że przez godzinę leżanki okupują te same trzy panie. Nieczułe na ciągłe zaglądanie spragnionych terapii obywateli. Niewrażliwe na napis, że nie należy przekraczać kwadransa...
Leżą. Bo zapłaciły, to leżą. I będą leżeć.
Podejrzewam, że rano, podczas uruchamiania przybytku, obsługa odnalazła cicho skwierczące, poczerniałe truchła miłośniczek fototerapii.

Wychodzimy.
Otwieram szafkę. Zamierzam zmienić bieliznę spodnią. Przy szafce, owinięty ręcznikiem, bo w przebieralniach nie działają rygle. Toteż ryzyko obnażenia jest znacznie większe.
Owijam biodra frociakiem i czuję czyjąś obecność.
Spoglądam w tył.
A tam stoi Pani Sprzątaczka.
Klasyczna do bólu.
Granatowy fartuch z ceraty, rajtuzy rodem z epoki Ludwika XIV i obowiązkowe szmaciane obuwie z wyciętym zapiętkiem.
Stoi. Dzierży mopa, niczym berło. I patrzy ponurym wzrokiem.
- Przepraszam panią, mógłbym się przebrać?
- To nie miejsce do przebierania! Tam so kabiny, se pójdzie! Tu zmywać muszę, zara koniec zmiany!
Potulnie zebrałem rzeczy i poczłapałem do wskazanego boksu.
Gdzie kilkakrotnie musiałem się wykazać refleksem, łapiąc otwierane przez innych basenowiczów drzwi z obu stron kabiny.
Na szczęście, grałem kiedyś w ruską gierkę "Wilk i zając"...

Wyszedłem żywy. I nawet w niezłym humorze. Bo czy możecie sobie wyobrazić inny kraj z takim natężeniem drobnych piekielności na każdym kroku?

basenownia w centrum kraju

Skomentuj (25) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 740 (900)

#70668

(PW) ·
| Do ulubionych
Okazałam się czepliwą s*ką, bo przeszkadza mi palenie papierosów w budynku.

Sąsiadka jest administratorką bloku, a jej mąż konserwatorem. I oboje muszą, no po prostu muszą palić na klatce lub w windzie. Tak, w windzie - bo najwidoczniej ta nie posiada żadnych czujników, skoro robią to nagminnie. Mieszkają na drugim piętrze - mój boże, taki kawał drogi do pokonania na dół, całe 30 sekund windą.

Raz wchodząc na klatkę poczułam, że śmierdzi fajkami. Powiedziałam do mojego chłopaka, że znowu ktoś palił i że to już zaczyna być irytujące - nie wiedziałam jednak, że to ta sąsiadka i że wciąż stała jeszcze na półpiętrze i nas słyszała. No cóż.

Minął jakiś czas, parę dni temu wracałam z pracy i czekałam na windę. Sąsiadka akurat schodziła z mężem i jeszcze jakimś panem. Mijając mnie nie odpowiedziała na moje dzień dobry, natomiast nie mogła powstrzymać się od komentarza w stronę znajomego.

P: Widzisz jak my teraz mamy źle, musimy palić w piwnicy!
Z: A dlaczego? Co się stało?
W tym momencie pani już schodziła po schodach i otwierała drzwi do klatki, bo w twarz mi przecież nic nie powie.
P: A bo widzisz, PANI to tak bardzo przeszkadza, że palimy na klatce!
Po czym zamknęła drzwi i poszła.

No faktycznie jestem taka straszna. Od tej pory jej nie widziałam, ale aż mnie krew zalewa. Czemu nie pali sobie w domu, skoro tak lubi? Naprawdę nie jestem w stanie zrozumieć.

sąsiedzi

Skomentuj (38) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 354 (402)