Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation
Profil użytkownika

mikado188

Zamieszcza historie od: 30 października 2010 - 14:27
Ostatnio: 22 czerwca 2019 - 17:49
  • Historii na głównej: 30 z 38
  • Punktów za historie: 7991
  • Komentarzy: 260
  • Punktów za komentarze: 1496
 

#84369

(PW) ·
| Do ulubionych
O tym, że odpieluszkowe zapalenie mózgu przechodzą nie tylko rodzice, ale i babcie.

Generalnie z moją rodziną nie utrzymuję zażyłych stosunków - z ciotkami/wujkami i kuzynostwem widuję się w skrajnych wypadkach raz na rok. Ma to swoje uzasadnione powody, których nie będę przytaczać, bo nie ma sensu i dodam, że powodem nie są sytuacje opisane poniżej. Faktem jest, że 1-3 razy do roku jednak się widuję z rodziną.

Mój kuzyn ze swoją żoną dorobili się pierwszego dziecka 2 lata temu. W grudniu (nazwijmy go) Tomuś miał 1,5 roku, to był pierwszy raz gdy go widziałam. Wujostwo z kuzynem, jego żoną i synem przyjechali po 20.00, gdy ja leżałam już w łóżku (pracowałam w niedzielę poprzedzającą wigilię 12 godzin plus w nocy z niedzieli na poniedziałek/wigilię od 2.00 do 14.00). Teoretycznie mogłam się więc wymigać tłumacząc ciężką orką w pracy. Z pewnych jednak względów zdecydowałam się zejść na parter i te 20 minut posiedzieć.

Generalnie ciotkę uważałam za naprawdę zdrowo myślącą kobietę i byłam w szoku, że aż tak się jej rzuciło na głowę.

Dziecko było przeziębione i zakatarzone, kuzyn i jego żona wycierali mu nos chusteczkami. Ciotka chciała się jednak pochwalić, że wnusio umie już wydmuchiwać jak dorosły.(Ponoć nie wszystkie dzieci umieją). No i demonstracja mnie zabiła.

Ciotka pozwoliła się wysmarkać Tomusiowi w swoją gołą rękę. A wysmarkał obficie trzeba przyznać. Po czym zaczęła demonstrować te gile wszystkim obecnym. Aplauzu nie wzbudziła, ale dezaprobaty również nie. Jednak to jeszcze nie koniec! Następnie wyjęła chusteczkę higieniczną (czyli ją miała, dlaczego więc jej nie użyła, by dziecko mogło wydmuchać nos do dziś nie wykminiłam) po czym wytarła rękę. Do łazienki umyć dłoni nie poszła. Nie przeszkodziło jej to dosłownie dwie minuty później sięgnąć do patery z ciastem, i tą przed chwilą jeszcze zagilaną ręką, wziąć piernik i go spałaszować. Zbyt zorana byłam na cokolwiek, więc patrzyłam na to wszystko otępiała, zwłaszcza na tę paterę i leżące na niej ciasto – wyobrażałam sobie te miliony wirusów czy innych bakterii harcujących na pierniku i serniczku. Wstałam, wyszłam bez pożegnania, bo myślałam, że rzygnę.

Jakiś czas później byłam całkowicie przypadkiem na jakiejś rodzinnej fecie i ciotka nie odchodząc od stołu (aczkolwiek nie na samym stole), gdzie ludzie jedli i pili, zmieniła Tomusiowi zużytą pieluchę.

Moja mama dzwoniła ostatnio i pytała czy przyjdę na jakieś inne rodzinne spotkanie. No i pierwsze co mi przyszło do głowy to dzika fantazja - ciotka rzucająca Tomusia na stół przykryty białym obrusem, między salceson a makowiec, zmieniającą zafajdaną pieluchę, po czym demonstrująca ją wszystkim z zachwytem.

Spasowałam.

rodzina

Skomentuj (1) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 127 (143)

#84231

(PW) ·
| Do ulubionych
Sytuacja sprzed 10 lat, jak mieszkałam i studiowałam przez krótki czas w Toruniu. Wstęp będzie trochę długi, ale muszę naświetlić sytuację.

Był grudzień, ja w popłochu uciekałam z lokum wynajmowanego u sławnego swego czasu w mieście piernika pana Z. z Baśniowej.
Moje nowe mieszkanie było w starej kamienicy z przełomu XVIII i XIX wieku, niezbyt dobry wybór, ale przebierać nie miałam w czym. Jak mi powiedziała właścicielka, w mieszkaniu miał być internet, "tylko musi pani podpytać współlokatorów jak się podłączyć". Okazało się, że kłamała, bo umowa na dostarczanie internetu nie była w ogóle podpisana i nie było do czego "się podłączać".

Nowo poznana współlokatorka (Dominika) poinformowała mnie, że jeżeli chcę mieć stałe łącze internetowe, muszę podpisać umowę na 18 miesięcy i cena tej przyjemności to około 100 zł za miesiąc. Było to kompletnie nieopłacalne, bo cała trójka wcześniejszych lokatorów miała internet bezprzewodowy i całość musiałabym płacić sama, no i przez 18 miesięcy, a ja umowę najmu miałam podpisaną na 7 i nie zamierzałam raczej jej przedłużać. Dlatego też podpisałam umowę na bezprzewodowy.

Generalnie jeżeli chodzi o lokatorów, to było nas czworo, w tym nazwijmy go, Tomasz, który jest bohaterem tej historii. Kolega studiował na czwartym roku prawa i w mieszkaniu był dwa dni w tygodniu, w pozostałe bodajże jechał do swojego domu rodzinnego gdzieś pod Toruniem. Generalnie z nikim się nie kolegował, a i przychodził w większości tylko na noc. Jak wyjechał na przerwę bożonarodzeniową, tak go nie widziałam do połowy marca.

Przechodzimy do właściwej historii.

Pewnego dnia w marcu byłam sama w mieszkaniu - zbierałam się do wyjścia, gdy zadzwonił domofon. Stwierdziłam, że nie będę otwierać - ja się nikogo nie spodziewałam, do moich współlokatorów raczej nikt nie przychodził, a bez przerwy dobijali się do nas akwizytorzy i Świadkowie Jehowi. Po prostu wyszłam z mieszkania i chciałam normalnie opuścić klatkę, gdy zaczepiły mnie dwie dziewczyny, które dzwoniły.

Dziewczyny: Przepraszam, czy mieszkasz może w mieszkaniu 01 na parterze?
Ja: Tak, mieszkam.
D: Czy jest może w mieszkaniu ten chłopak, który wynajmuje pokój na końcu korytarza, przy kuchni?
J: Nie, nie ma. Ja go ostatni raz widziałam w grudniu, więc nie wiem nawet czy tu jeszcze mieszka czy może już wypowiedział umowę. A o co chodzi?

Dziewczyny spojrzały po sobie i opowiedziały, co je sprowadza - otóż mieszkały w lokalu 01 w poprzednim roku akademickim i stanęły przed takim samym problemem jak ja wprowadzając się - internetu ni ma, mimo że miał być. Podpisały umowę na internet bezprzewodowy w pomarańczowej sieci. Jak się wyprowadzały do lepszego lokum, gdzie internet miał być stały, internet bezprzewodowy stał im się zbędny, a że ileś tam płaciły, to wolały się go pozbyć. No i wpadły na w ich mniemaniu genialny plan - jak do mieszkania wprowadził się Tomasz, to umówiły się z nim, że dadzą mu wszystkie hasła, oprzyrządowanie itp, on będzie korzystał z internetu i za niego płacił w ich imieniu. Niestety mój współlokator okazał się niepokorny i co prawda z dziewczynami się umówił, ale jak przyszło co do czego to nie płacił. Wezwania do zapłaty przychodziły na adres mieszkania, w którym mieszkałam ja i Tomasz. Dziewczyny już oczywiście przebywały pod innym adresem i nic o ponagleniach nie wiedziały. No i w marcu skontaktowała się z nimi windykacja w sprawie zaległych płatności i kary umownej. No i dziewczyny zostały z problemem.

Ja osobiście wiem, że można się nie znać na prawie i nie wiedzieć, że istnieje coś takiego jak cesja, ale nie wiem jak naiwnym trzeba być, by facetowi, którego pierwszy raz się widzi na oczy uwierzyć na gębę, że będzie płacił rachunki za umowę, której nie jest stroną. Może jakieś dziwne przekonanie, że skoro chłopak studiuje prawo, to będzie uczciwy i honorowy? Niestety nie wiem jak się koniec końców cała historia skończyła, wiem że do rozmowy z Tomaszem doszło i że próbował się wypiąć, ale niestety nie wiem jaki był finał całej sprawy. Fakt, że po dwudziestoparoletnich dziewczynach spodziewałam się więcej zdrowego rozsądku.

współlokator

Skomentuj (39) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 108 (132)

#83959

(PW) ·
| Do ulubionych
W gastro się kradnie.

Kradnie się na potęgę, do tego stopnia, że niektórzy uważają to za oczywistość. Mam nieodparte wrażenie, że 6 lat temu, jak zaczynałam z robieniem w tej branży, było dużo gorzej. Żadnych badań socjologicznych nie prowadziłam i nie przesadzajmy z tym, że ze mnie jakiś stary wyjadacz, co pracował wszędzie i wszystko już widział - to tylko moje przemyślenia.

Jak zaczynałam stawki były mierne (5 zł netto za godzinę jak dostawałeś napiwki, 7 zł jak nie dostawałeś), a praca ciężka zarówno pod względem fizycznym i psychicznym, choć wiele pewnie zależy od miejsca. Za byle co można było wylecieć. Ludzie nie raz robili na czarno, albo nabierali się na tydzień próbny pracy po 12 godzin i odchodzili bez zapłaty, bo Janusz biznesu stwierdził, że się nie sprawdzili. Ludzie jednak pracowali, bo za coś trzeba żyć, a i te 6 lat temu sytuacja na rynku pracy też, wydaje mi się, była gorsza niż teraz. Może właśnie dlatego było tak wielkie przyzwolenie na kradzież, bo ludzie czuli się zwyczajnie wykorzystywani.

Ja nigdy nic nie ukradłam, ale faktem jest, że nie miałam potrzeby. Jak próbowałam w swojej naiwności zwracać uwagę na złodziejstwo, to skończyło się na tym, że dostawałam po łbie i "życzliwi" uczyli mnie, by udawać, że się nie widzi. Przyznaję, że pewnie się usprawiedliwiam, ale niestety na dzień dzisiejszy gastro to branża, w której mogę w miarę ok zarabiać, mam bardzo elastyczny grafik i dzięki niemu mogę wszystkie swoje zobowiązania pogodzić. Mam jednak nadzieję, że za max dwa lata pożegnam się z tą pracą na dobre.

Wszystkie historie są prawdziwe.

Zaczynałam w agencji kelnerskiej - chodziłam do różnych hoteli i na cateringi. Ludzie wynosili - pojedynczo pakowane torebki herbaty (nie całe pudełka, pojedyncze saszetki), zupki w proszku, szary papier toaletowy z łazienek pracowniczych. Rzeczy za dosłownie grosze. Notorycznie podjadano, choćby kajzerki na śniadanie dla gości. Na cateringach z open barem napoczęte butelki z alkoholem. Nie każdy jednak się zadowalał czymś takim.

1. Impreza dla banku (już przez mnie opisywana ze względu na piekielność gości) - open bar, drogi alkohol bez limitu. Na sali 20 kelnerów plus 4 dziewczyny do obsługi szatni, w tym ja. Na początku odprawa, gdzie wszyscy jesteśmy ostrzegani przez głównego managera, że jak złapie nas kradnących alkohol wzywana będzie policja. Impreza się przeciąga - ja miałam wyjść około 22.00, młodszy manager jednak prosił, bym z innymi dziewczynami została do końca. Nie chciałam się zgodzić, bo impreza miała miejsce na Pradze Północ, więc raczej nieciekawej dzielnicy, a nie wiedziałam w ogóle, czy w odległości kilku czy kilkunastu przecznic odjeżdżają jakieś nocne autobusy. Jedna dziewczyna w tej samej sytuacji - miałyśmy wracać razem do Śródmieścia ostatnim dziennym tramwajem. Padła propozycja, że młodszy manager zawiezie nas samochodem na Dworzec Centralny. Zgodziłyśmy się i siedziałyśmy do 2.00 w nocy. Jak się ubrałyśmy (jesień), facet zaprowadził nas do samochodu i kazał na siebie poczekać. No i gwóźdź programu - między halą, w której była impreza, a samochodem przechadzał się pięć/sześć razy za każdym razem niosąc po 3-4 butelki wódki, whiskey, koniaku itp i układając na podłodze samochodu. Wyniósł alkoholu za spokojnie 800 zł. Na końcu chciał nam sprezentować po butelce piwa. Nie wzięłyśmy. Zawiózł nas do centrum. Jak czekałyśmy na swoje autobusy, dziewczyna z którą jechałam zaczęła się zżymać, że "sobie nabrał łiskaczy, a nam browary za 4 zł chciał dać". Widząc jednak moją minę trochę się zreflektowała i poradziła bym nie donosiła, bo nikt ze mną nie będzie chciał pracować. Jak rozmawiałam kilka dni później z koordynatorem ze swojej agencji poradził mi to samo, dodał też, że skoro nie znam imienia i nazwiska managera to i tak nic nie wskóram.

2. Rok później pracowałam w pizzerii sieciowej. Piwo było sprzedawane z kega na kufle i na dzbany. Od poniedziałku do czwartku dzban był w promocji 12,90, w pozostałe dni 18,00 zł. Wszystko w knajpie było ścisłego zarachowania z wyjątkiem sosów do pizzy i właśnie kega. Zaczęłam pracę w czerwcu, po 4 dniach szkolenia na jednym lokalu rzucono mnie na inny, który miał być moim stałym. Było lato, a knajpa była daleko od centrum i starówki, więc tak zwany niski sezon dla tego lokalu - na zmianie zawsze była jedna kelnerka plus kierowniczka i dwóch dostawców. Co ważne, byliśmy ulokowani w centrum handlowym, jednak dużo mniejszym i starszym od choćby Złotych Tarasów. Dochodziła 21.00, więc pora zamknięcia, zaczęłam powoli zamiatać podłogę. Wtem podchodzi do mnie ochroniarz i zagaja:

O: Cześć, jest ruda kelnerka?
J: Jaka ruda kelnerka? Nie, jestem tylko ja na zmianie.
O: OK, a sprzedasz mi dzban piwa w promocji za 10 zł?
J: Nie ma takiej promocji. Dziś jest promocja za 12,90.
O: Ale ruda sprzedała mi za 10 zł.
J: Jeżeli mam sprzedać za tyle, to muszę zapytać kierowniczki.
O: Kierowniczka się pewnie nie zgodzi, ale dobra idź zapytaj.

Poszłam, zapytałam. Kasia (dziewczyna była tylko 3 lata starsza ode mnie) stwierdziła oczywiście, że nie ma takiej promocji i jeżeli Ola (ruda) sprzedała mu dzban za dziesięć zł, to albo sama te 3 zł dołożyła, albo się pomyliła i nabiła kufel zamiast dzbana. Po czym dodała, że wyjaśni sprawę. Podeszłam do ochroniarza, powtórzyłam powyższe. Stwierdził, że "w takim razie on poczeka jak ruda będzie na zmianie". Wyroków wtedy nie ferowałam, bo byłam 2 dzień na lokalu i Oli nie znałam (i nie poznałam do września), jednak w świetle tego, co się działo potem można było domniemywać, że Ola puszczała piwo z kega na lewo. Po prostu mieliśmy bardzo duże straty w beczce - nie dało się tego wyjaśnić lekkim przelewaniem przy zwykłym nalewaniu piwa, bo potrafiło brakować nawet 8 litrów przy pojemności kega 50 litrów. Dowiedziałam się o tym przypadkiem - kierowniczka po każdej mojej zmianie sprawdzała ile mam zlewek w podkładce (autentyk) i wyrywkowo sprawdzała czy nie przelewam kufli i dzbanów. No i raz Oli nie było 3 tygodnie w pracy, bo rozchorowało jej się dziecko. I nagle brakowało dużo mniej. Zwolnić jednak Oli nie zwolniono, bo za rękę jej kierowniczka nie dała rady złapać. No i były braki w personelu.

3. Historia z zeszłego roku, też z agencji kelnerskiej. Hotel 2 gwiazdkowy. Kierownik bez żenady dogadał się z kelnerami i spisywał na straty butelki piwa, które chcieli po pracy wynieść. Skąd wiem? Bo wlazłam na zaplecze jak to robili. Kelner pakował butelki do swojego plecaka, a kierownik komentował "jak jest ważne aż 4 miechy, to nie spiszę na straty, bo się przyczepią. Weź Żywca, ma jeszcze dwa tygodnie tylko". Jak zobaczył, że jestem na zapleczu spytał co tu robię. Odparłam zgodnie z prawdą, że przyszłam się napić. Powiedział, że mam wracać na salę i potem się napiję. Wyszłam, po pracy się wypisałam na liście. O sprawie nie myślałam, aż dwa dni po zmianie dostałam telefon od koordynatora, że dostałam bana na hotel (czyli nie mogłam się już tam zapisywać na zmiany do pracy) i podobno się obijałam. Facet zdziwiony, bo skarg na mnie nie było, a tu nagle takie coś i co się ze mną w ogóle działo na tej zmianie. Prychnęłam ze złości i wyjaśniłam co widziałam, koordynator mi uwierzył, więc kary finansowej nie dostałam, ale do hotelu już chodzić nie mogłam. Kierownik najwyraźniej się bał, że nie udam, że nie widziałam i chciał się "zabezpieczyć".

Generalnie mam wrażenie, że jest lepiej, choćby dlatego, że ludzie nie wynoszą już tych drobnych rzeczy, o których wspomniałam na początku - każdy może się jako pracownik w hotelach czy knajpie napić herbaty za darmo, tak samo zjeść. Zniknęła więc konieczność podkradania, bo po co wynosić coś, czego można się napchać do oporu codziennie "legalnie". Po zakrapianych imprezach często napoczęte butelki alkoholu rozdaje się obsłudze, bo i tak hotel nic z tym już nie zrobi. Płace też są lepsze. No, ale żeby nie było tak różowo, to jak obsługiwałam w tym roku bal sylwestrowy w hotelu, to babki ze stewardingu wyniosły trochę sztućców. Tego hotel jeszcze za darmo nie rozdaje. Złapał je kierownik.

gastronomia

Skomentuj (5) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 139 (147)

#83693

(PW) ·
| Do ulubionych
Pracodawcy w tym kraju...

Na przełomie września i października szukałam pracy - w poprzedniej krótko zabawiłam, bo to, co deklarowano na rozmowie, a to co zastałam to były dwie różne bajki. Teraz pracę mam i mam nadzieję, że będzie na długo (zaczynam 3 miesiąc i jest ok). Chciałam opowiedzieć o dwóch przypadkach, które "złapałam" przez te dwa tygodnie przerwy między zatrudnieniem. Szukałam pracy jako kelnerka.

1. Restauracja hotelowa - generalnie warunki były bardzo dobre. Wstępnie się zadeklarowałam, otrzymałam odpowiedź, że "jeszcze szukają, ale na pewno zadzwonią z odpowiedzią". Po dwóch tygodniach, tuż przed podjęciem obecnej pracy zadzwoniłam z pytaniem czy jest już decyzja. Usłyszałam: "Nie, my jeszcze mamy rozpisanych ludzi na dni próbne na następne dwa tygodnie, ale na pewno zadzwonimy". Najzabawniejsze jest to, że dwa dni później widziałam świeżo dodane ogłoszenie tej restauracji na jednej z facebookowych grup. Krótko mówiąc pani rozmawiając ze mną wiedziała, że już mnie nie zatrudni, ale kłamać widać było łatwiej. Telefonu z odpowiedzią nigdy nie dostałam.

2. Restauracja sushi. Żeby było weselej lubianego przez mnie sushi. Na rozmowie kwalifikacyjnej kierowniczka po trzy razy prosiła, że jakbym zamierzała nie przyjść na dzień próbny to prosi o telefon, bo "ludzie nie przychodzą i marnują jej czas" i "szukają kogoś na stałe, bo ludzie odchodzą po kilku miesiącach". Dzień próbny jak sądziłam przeszłam, zostałam zaproszona na kolejny dzień. Podczas niego okazało się, że 3 na 4 kelnerki pracują na czarno, więc ja pod koniec zmiany poprosiłam o umowę. Usłyszałam od innego kierownika, że "Karolina do ciebie zadzwoni w poniedziałek, bo dziewczyny już są rozpisane na weekend i nie będziemy mieszać w grafiku". Telefonu oczywiście nie dostałam, sama musiałam zadzwonić i się dopytać oraz przy okazji dowiedzieć się, że nie będziemy współpracować. Do pani kierowniczki trzeba dzwonić, by nie marnować jej czasu, ale ona innym może ten czas zmarnować i nie powiedzieć od razu, że nie będziemy razem pracować, o łaskawym zatelefonowaniu nie wspomniawszy.

Ja wiem, że gastro to patologia, ale żeby aż tak? Jak można być managerem i komuś marnować czas, jednocześnie wymagając od tego kogoś, by tobie go nie marnował?

gastronomia

Skomentuj (16) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 177 (191)

#83350

(PW) ·
| Do ulubionych
Moja historia sprzed kilku lat. Nie mogłam sobie w tamtym czasie pozwolić na pracę inną niż dorywcza. Powodów było kilka, ale nie jest to ważne dla opowieści.

Zatrudniłam się w firmie inwentaryzacyjnej – pracowało się na noce licząc skanerem np. produkty w supermarketach. Ja takich inwentur miałam 3-6 w miesiącu. Dla firmy X pracowałam łącznie prawie pół roku. Od czerwca do września nie było problemów – pod koniec miesiąca wysyłałam swoją dyspozycyjność na następny miesiąc, oni po kilku dniach wysyłali mi grafik. W październiku nie dostałam maila zwrotnego. Zadzwoniłam do firmy, by wyjaśnić sytuację, zmieszana pani odpowiedziała mi, że w zasadzie nie wiadomo czemu nie dostałam maila, ale najprawdopodobniej do mojej dyspozycyjności nie udało się dopasować żadnego zlecenia. Wydało mi się to dziwne, ale wzruszyłam ramionami.

Po kilku dniach dostałam wiadomość, że jeżeli pracownicy chcą dalej pracować dla X, muszą mieć obowiązkowo książeczki sanepid. Bez tego dokumentu współpraca nie będzie kontynuowana, mamy też przyjechać do firmy podpisać nową umowę. Dla osób, które nie dostarczą badań do 30 października dzień 31 października jest dniem wypowiedzenia.

Książeczkę miałam już wcześniej wyrobioną, pojechałam więc do siedziby firmy, by mogli ją skserować i by podpisać papiery. Pani, która mnie obsługiwała poklikała w komputerze, po czym wyraźnie się zmieszała i powiedziała, że niestety nie mogę podpisać aneksu, bo ma „błędy w dokumentacji” i prosi, bym wróciła do domu. W przeciągu kilku dni ma wyjaśnić wszystko z przełożoną i do mnie zadzwonić. OK, trudno. Czekałam tydzień, pani nie zadzwoniła. W końcu dostałam telefon od innej pani z tej samej firmy, czy mam książeczkę sanepid i czy podpisuję umowę. Zbaraniałam. Odpowiedziałam, że tak, ale na październik nie dostałam grafiku i są jakieś błędy w mojej dokumentacji i nie mogłam podpisać dokumentu. Pani poklikała w komputerku, po czym powiedziała, że wyjaśni sytuację i szybciutko się pożegnała. Czekałam tydzień, nie zadzwoniła. Wkurzyłam się i napisałam kulturalnego acz stanowczego maila, że proszę o wyjaśnienie całej sytuacji. No i odpowiedź dostałam i zwaliła mnie z nóg.

Okazało się, że grafiku na październik nie dostałam, bo po prostu miałam za duży margines błędu w liczeniu i 1 października mnie „zwolniono”. A że umowa i tak mi się kończyła 31 października, to o wypowiedzeniu postanowiono mnie najwyraźniej nie informować. Był bałagan w dokumentach, dlatego do mnie wydzwaniano z propozycjami. Po sprawdzeniu mojego profilu w komputerze, pracownice były zmieszane, bo wyświetlała im się informacja, by tej umowy ze mną nie przedłużać, ale żadna nie miała odwagi mi tego uświadomić i wolały mnie zbyć, licząc, chyba że się domyślę.

Rozumiem, że się nie sprawdzałam, ale poważne potraktowanie należy się chyba każdemu.

inwentaryzacja

Skomentuj (7) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 185 (201)

#82761

(PW) ·
| Do ulubionych
Szukam pracy jako kelnerka. Najświeższe januszowe oferty z rynku gastronomicznego Warszawy:

W trzech restauracjach zaproponowano mi stawkę niezgodną z prawem – od pięciu do dziewięciu złotych netto za godzinę. Żeby było weselej – wszystkie lokale na co najmniej osiemdziesiąt miejsc, położone przy głównych placach i ulicach, gdzie przewala się od rana do wieczora multum ludzi. Osobiście nie wierzę, że mają małe obroty i nie stać ich na płacenie zgodnie z prawem. We wszystkich lokalach kończyłam rozmowę w kilku słowach po tym jak padała stawka.
Wszystkie panie manager zdziwione, że nie chcę się umówić na dzień próbny i że się tak szybko podrywam.

Procent od utargu – w dwóch knajpach zamiast stawki godzinowej miałam mieć procent od obrotu, który to jako kelnerka wypracuję. Pierwszy lokal – 3% gdy zarobię do trzech tysięcy zł i 3,5% gdy suma wyniesie do czterech tysięcy zł. Zmiana jest od 9.00 do 23.00. Generalnie taktyka mająca chyba na celu ominięcie regulacji o stawce minimalnej. Żeby było śmieszniej wymagali ode mnie, abym miała własne pieniądze na rozmienianie. Gdybym się stawiła w pracy bez własnego bilonu i drobnych banknotów, ucinają mi 0,5% procenta z dniówki. Ucinano go również za inne „niedociągnięcia” ze strony kelnerki.

W drugim lokalu było już lepiej – stałe 5%. Kierownik stwierdził, że nawet początkująca kelnerka ma utarg na poziomie czterech tysięcy zł, więc zarobek hipotetycznie konkretniejszy. Rozwaliło mnie co innego – zmiana trwa szesnaście godzin. Tak, zmiana jest od 8.00 do 00.00. Grafik jest tzw. „dwa na dwa”, czyli dwa dni pracujące dwa dni wolne. Ja mieszkałam od lokalu rzut beretem, więc te siedem godzin może by mi się udało przespać, nie wiem co ma zrobić dziewczyna, która dojeżdża z dalszego miejsca. Nie wiem też jak wstać po tych szesnastu godzinach biegania z tacą, by iść i biegać kolejne szesnaście godzin.

Restauracja hotelowa – pani kierownik zaraz po przywitaniu się ze mną pyta, kiedy mogę przyjść na dzień próbny. Nie przedstawiła w ogóle oferty. Szczerze mówiąc nie zdążyłam jeszcze dobrze na krzesło klapnąć. Niestety w tym momencie wiedziałam już, że najprawdopodobniej będzie śmiesznie. Pani oferuje dzień próbny płatny dziesięć zł za godzinę (co jeszcze złe nie jest), bez prawa do napiwków, nawet jak sama będę obsługiwać (tu już gorzej). Potem jak się spodobam będzie okres próbny trzech – pięciu tygodni, płatnych też po dziesięć zł, bez prawa do napiwków, po którym to ona zadecyduje, czy mnie zatrudni (łaska pańska nie zna granic). Z ciekawości zapytałam jaka umowa na te parę tygodni. Kobita spojrzała na mnie, skrzywiła się i powiedziała: „No... niby mogę pani dać umowę... (Aha, czyli miało nie być żadnej?) Podziękowałam, wyszłam.

Niewielki lokal niedaleko centrum. Pan właściciel wita mnie od progu i opowiada o lokalu, jak tu jest fajnie, stresów nie ma, kelnerzy głodni u niego nie chodzą, bo ich karmi itp. No cóż, przyznam, że było sympatycznie. Zapytałam o konkrety – jaka stawka godzinowa, jaka umowa itp. Usłyszałam, że mam przyjść na osiem godzin bezpłatnego dnia próbnego i wtedy jak się spodobam, to powie mi ile mi będzie płacił i jaka umowa. „Bo nie wiem co pani umie i jak pracuje, a ja muszę ocenić, żeby wiedzieć ile i na co Pani zasługuje”. Aha.

Niewielki lokal niedaleko kampusu uniwersyteckiego. W wymaganiach doświadczenie w zawodzie i bardzo dobry angielski, rozmowa kwalifikacyjna ma być właśnie w tym języku. Dla mnie to nie problem, przyszłam, pogadałam, chcą mnie zatrudnić. Okazuje się, że właściciel i personel kuchni są obcokrajowcami, a 70% gości to ich rodacy. Co za tym idzie, praca niemal wyłącznie po angielsku – ile mi rzucili na godzinę? Dziesięć złotych. Spoko, rozumiem, że jako kelnerka nie będę prowadzić wyszukanych konwersacji, prowadzić korespondencji i sporządzać umów po angielsku, ale jak wymagają doświadczenia i angielskiego na poziomie B2, to chyba nie za taką stawkę.

Pocieszam się, że były też dobre oferty i czekam na wyniki rekrutacji. W najgorszym wypadku będę szukać dalej.

gastronomia

Skomentuj (25) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 156 (170)

#82624

(PW) ·
| Do ulubionych
Szukam pracy jako kelnerka.

Dwa tygodnie temu przystałam na jedną z propozycji – sieć włoskich restauracji, mieli otwierać nowy lokal. W zeszłym tygodniu miałam 2 dni przyuczenia po 5 godzin na „starych” punktach, w tym tygodniu 2 dni szkolenia z win i menu plus sprzątanie pomieszczeń, gdzie startowała restauracja.

Zatrudniono 7 kelnerów. W piątek miałam mieć pierwszą zmianę, dostałam w ostatniej chwili sms, żebym nie przychodziła, bo właścicielka kazała zmienić grafik i mam przyjść w sobotę na 12.00. W pracy się stawiłam, po czym mnie i jeszcze jednej osobie kazano iść do domu, bo "jest za dużo osób". Po 16.00 dostałam telefon, że mnie zwalniają, bo za dużo kelnerów zatrudnili i w zasadzie nie mogą sobie pozwolić na tyle personelu.

Zmarnowali mi 2 tygodnie - nie ma to jak poważny pracodawca.

gastronomia

Skomentuj (8) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 154 (162)

#82418

(PW) ·
| Do ulubionych
Szukam teraz pracy w knajpie, jako kelnerka. W restauracji na Nowym Świecie zaproponowano mi 1500 zł za 200 godzin pracy w miesiącu.
JA: Proszę pani, taka stawka jest niezgodna z prawem.
KIEROWNICZKA: Ale przecież to normalne, że są takie stawki w gastronomii.
J: Nie, nie jest normalne. Chodzę na rozmowy i średnio proponuje mi się 12 zł netto za godzinę.
K: No ale ja z napiwków mogę zagwarantować 3000 - 3500 na miesiąc, doliczamy serwis już od dwóch osób. Jak ktoś jest obrotny to i 5000 z napiwków zarobi.

W tym momencie się tylko skrzywiłam i cudem powstrzymałam od kąśliwego komentarza.
K: Chciałaby Pani się umówić na dzień próbny?
J: Nie, proszę pani. Mam jeszcze inne rozmowy.

Pożegnałam się i wyszłam. Baby nie było jak nagrać, bo stawkę podstawową napisała na kartce, a nie wypowiedziała na głos. Karteczkę skrzętnie schowała, gdy próbowałam ją wziąć. Żeby było weselej w pierogarni z piecem w nazwie, którą już tu opisywałam jest podobno tak samo (to wiem od dziewczyn z poprzedniej pracy, które się z tego lokalu zwalniały). Nie wiem, jakim cudem to nadal funkcjonuje.

gastronomia

Skomentuj (25) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 171 (191)

#82112

(PW) ·
| Do ulubionych
Pracuję w firmie outsourcingowej jako kelnerka - historie z 2 hoteli, w których ostatnio byłam.

1. Śniadania w hotelach 4* kosztują w okolicach 60-80 zł od osoby i są w formie bufetu. Co robimy, gdy nie chcemy zapłacić? Oszukujemy i nie przejmujemy się, że w sali są kamery i wszystko widać. Pan przyszedł na śniadanie w okolicy 8.00 rano, wybrał stolik przy bufecie. Zjadł, po czym odkręcił się twarzą do bufetu i czeka, patrząc na podgrzewacze. Siedział tak około 30 minut. Jajecznica w bemarze się skończyła, więc koleżanka wyjęła tacę z podgrzewacza, by wymienić ją na pełną. Normalnie zajmuje to 2 - 3 minuty (wyjęcie tacy, rzucenie jej na zmywak plus wzięcie nowej, pełnej z wydawki i wsadzenie do bemara). Co zrobił pan w międzyczasie? Jak tylko koleżanka zniknęła za przepierzeniem podszedł do pustego podgrzewacza, wyjął telefon, zrobił zdjęcie i opuścił salę. Następnie napisał soczystą skargę, jak to chciał nałożyć sobie jajeczniczk,i a nie było i przez 15 minut siedział z pustym talerzem, po czym zniesmaczony fatalną obsługą wyszedł. Przed wystawienie niepochlebnej opinii powstrzyma się jedynie, jeżeli dostanie śniadanie za darmo.
Dostał, mimo że wszystko, co opisałam było widoczne na monitoringu i wiadomo było, że było zrobione specjalnie, by wyłudzić gratisy.

2. Ostatnio odbywał się Marsz Żywych. Do Polski przybywają wtedy wycieczki z Izraela/USA. Jadalnia i jedzenie muszą być koszerne - Żydzi jedzą wtedy też na jednorazowych nakryciach (plastiki, styropianowe talerze, łyżki do nakładania potraw są już metalowe, ale nieużywane, dostarczane przez gości). Cała sala jest przybrana odświętnie, białe obrusy, cięte kwiaty, pokrowce na krzesła. Piekielnym była "indywidualna" klientka hotelu (w sensie zwykły gość, nie z grupy). Kolacja dla takich osób była organizowane na innym poziomie hotelu. Koleżanka (A.) stała przy hoście czekając na wycieczkę, wtem na salę próbowała się wtrynić w/w klientka. A. poinformowała, że pomieszczenie jest zarezerwowane dla grupy i kolacje indywidualne są podawane piętro niżej. Pani jednak odparła, że chce zjeść tu, bo tu tak ładnie i porcelana taka biała (że niby ten styropian...)i "przecież ona zapłaciła, to może sobie wybrać". A. powiedziała, że nie ma takiej opcji, sala jest zarezerwowana, co więcej są jasne instrukcje, kto może a kto nie może wchodzić i spożywać na sali (kwestie koszerności, nie pytajcie mnie o co chodzi, bo dokładnie nie wiem). Koleżanka została zwyzywana i usłyszała, że poleci na nią soczysta skarga.

Większość pracowników hoteli podchodzi do tego ze śmiechem, jednak mnie czasem krew zalewa.

gastronomia

Skomentuj (12) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 137 (153)

#81096

(PW) ·
| Do ulubionych
W nawiązaniu do historii #81086. Autor wysnuł tezę, że są granice bezczelności. Odpowiadam - nie, nie ma.

Dorabiam sobie jako kelnerka hotelowa dla firmy outsourcingowej. Dwie historie z hotelu, w którym jestem najczęściej.

1. Firmy farmaceutyczne urządzają dla lekarzy konferencje na różne tematy. Najczęściej organizator wykupuje w hotelu tzw. "przerwę kawową" czyli poczęstunek typu kwaka, herbatka, ciastka. Tym razem jednak kasa poszła na stół, była wykupiona kolacja w godzinach 19.00 - 21.00 i otwarty bar (wino i piwo bez limitu, bez twardego alkoholu).

Jak tylko to usłyszeliśmy, wiedzieliśmy, że będzie śmiesznie. Większość towarzystwa rozeszła się w okolicach 21.15. Jednak oczywiście nie wszyscy. Zostało 6 panów, którzy stwierdzili najwyraźniej, że będą się bawić do rana. O 21.30 koleżanka powiedziała, że zamykamy bar, więc przyjmuje ostatnie zamówienia na alkohol. Odezwały się pomruki niezadowolenia. Panowie nabrali piwa i wina i siedzą dalej. Gdy wybiła 23.00 (było 2 godziny po zakończeniu imprezy), kolega podszedł do panów z pytaniem czy mogą się przesiąść na foyer (3 metry dalej), bo musimy nakryć na śniadania (o północy zmiana szła do domu, zostawała 1 osoba na room servisie, a sala na 150 osób).

Pan poczytał to za wielką obrazę, rzucił się na kelnera z łapami, musiała go pacyfikować ochrona. Pan poczuł się jeszcze bardziej obrażony i poszedł się awanturować na recepcję jak można go było tak podle potraktować. Hotel PRZEPROSIŁ pana za zachowanie kelnera i ochrony, i zaserwował mu darmowy obiad. Ciekawe co by było jakby się rzucił na innego gościa.

2. Kolacje dla wycieczek w formie bufetu. Zamówiony został posiłek dla 18 osób. Przyszło 28, o zwiększonej liczbie osób organizator wycieczki nie poinformował hotelu. Od razu jak tylko koleżanka zobaczyła ile jest gości, była rzucona informacja na kuchnię, by dogotowywać jedzenie, bo będzie za mało.

W którymś momencie rzeczywiście w 3 na 6 bemarów (podgrzewaczy) było bardzo mało jedzenia, jednak trwało to kilka minut, bo świeżo upichcone potrawy zostały doniesione. Hotel wybrnął z sytuacji? A skąd. Awantura na recepcji, bo musieli kilka minut poczekać. Fakt, że nawalił organizator, bo nie poinformował hotelu o dużo większej liczbie gości i po prostu kuchnia nie była przygotowana, nie miał znaczenia. Wycieczka dostała zniżkę na te 18 osób co było zapłacone, a za kolejne 10, co były nadprogramowo nie zapłaciła w ogóle.

W przypadku pierwszej historii - darmowy obiad dla hotelu to grosze, natomiast w przypadku drugiej hotel ma to podobno wliczone w koszta, bo dotyczy to pewnego narodu, co bardzo nie lubi płacić i zawsze szuka powodu, by się poawanturować o zniżkę.

Tak czy inaczej nie wiem, jak można się zachować jak burak i jeszcze żądać benefitów.

gastronomia

Skomentuj (13) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 129 (137)