Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation
Profil użytkownika

misguided

Zamieszcza historie od: 29 grudnia 2012 - 20:38
Ostatnio: 24 listopada 2020 - 20:11
  • Historii na głównej: 69 z 114
  • Punktów za historie: 12686
  • Komentarzy: 187
  • Punktów za komentarze: 1003
 
poczekalnia

#87429

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Nawiązując do mojej historii http://piekielni.pl/87396

W skrócie- zachorowałam na COVID, test był zrobiony prywatnie, mimo telefonów, wysyłania formularzy i maili do sanepidu w Warszawie nie została na mnie nałożona kwarantanna, musiałam się o to prosić lekarza rodzinnego (o czym dowiedziałam się po 3 telefonie na infolinię sanepidu).

Ale...

Od mojego pozytywnego testu minęły prawie 3 tygodnie. Od wypełniania formularza w sprawie kontaktu, przez stronę Ministerstwa Zdrowia minęły 2 tygodnie. Kwarantannę skończyłam tydzień temu, zrobiłam test (negatywny), wróciłam do pracy. Zapomniałam o tym jak to jest być chorym na COVID. Ale właśnie.

Dzisiaj, przed chwilą zadzwonił do mnie Pan, że zgłaszałam się do kontaktu z sanepidem. Gdzie na stronie jest informacja o kontakcie 24h po zgłoszeniu.

Cieszę się, że chociaż kwarantanny na mnie nie nałożył.

Skomentuj Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 36 (44)
poczekalnia

#87412

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Na wstępie chce wyjaśnić to, że mój dom (nie ważne czy ten rodzinny, czy mieszkanie, które obecnie wynajmuję sama) zawsze traktowałam jako miejsce bardziej intymne. Miejsce gdzie ja żyję i zapraszam do niego osoby, które znam. Dziwnie czułabym się zaprosić osobę, z którą rozmawiałam przez 10 minut. Dodatkowo to ja płacę za wynajęcie mieszkania, w umowie zapisane jest moje nazwisko więc to ja za nie na czas wynajmowania odpowiadam. Jeżeli chcę spotkać się z osobą, którą niedawno poznałam, to wolę umówić się na piwo w barze, plenerze, restauracji, a w obecnych czasach, na spacerze. Nikt w tej sytuacji nie jest ani gospodarzem ani gościem, więc starania w poznanie drugiej osoby powinny być wtedy na równi. Oprócz tego mam większą pewność siebie niż w trakcie gdy przyjdę do czyjegoś domu po raz pierwszy.

Przechodząc do historii. Poznałam przez internet faceta. Od razu ustaliliśmy, że ani ja ani on nie szukamy znajomych tylko do tego aby iść od razu do łóżka, ale też nie chcemy trzymać znajomości tylko na poziomie internetowym. Przez pierwsze 15 minut całkiem fajnie nam się rozmawiało, jednak po tym czasie zapytał się kiedy zaproszę go do siebie do mieszkania, skoro mieszkam sama.

Potraktowałam to jako żart, napisałam, że obecnie przebywam na kwarantannie, która kończy się za 2 dni. On dalej drążył temat, że tak to by mnie zaprosił do siebie, ale skoro ja nie mogę wychodzić to on chętnie wpadnie do mnie.

Wytłumaczyłam mu wtedy, że nie lubię zapraszać dopiero co poznane osoby do siebie. Napisałam mu wszystko to, co tutaj we wstępie. Zaproponowałam na pierwsze spotkanie spacer, jakieś jedzenie na wynos, a co do drugiego spotkania to zobaczymy. Nie mówiłam mu, że będziemy tylko na spacerach się spotykać, zaznaczyłam, że pierwsze wyjście jest na poznanie siebie bliżej, żeby zadecydować, czy chcę kogoś zaprosić do siebie. On od razu stwierdził, że na żadne spacery nie ma zamiaru chodzić, że albo widzimy się u mnie lub u niego, albo w ogóle. Cóż w takiej sytuacji miałam odpowiedzieć? Oczywiście wybrałam ostatnią opcję, która facetowi się nie spodobała.

Na początku swojego monologu zareagował delikatnie, że dla niego dom to miejsce na spotkania, nawet ludzi, których na oczy nie widział, że nie rozumie mojego zdania. Potem stwierdził, że na pewno jestem dziecinna (Z jakiego powodu? Nie wiem). Następnie przeszedł do cięższych rzeczy, które chyba miały mnie przekonać aby jednak go zaprosić do siebie- stwierdził, że pewnie siedzę sama w mieszkaniu, nie mam znajomych, skoro jego boję się zaprosić, że jestem dziwna. Skończył na wyzywaniu mnie i stwierdzeniu, że go okłamałam, bo mówiłam, że nie chce tylko internetowych znajomości.

I teraz pytanie. Jakim bucem trzeba być aby najpierw wprosić się nowo poznanej osobie do domu, a potem wyzywać ją, bo zaproponowała jednak spacer?

Skomentuj (17) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 69 (97)

#87396

(PW) ·
| Do ulubionych
Historia covidowa.

W pewien poniedziałek zachorowałam. Nie było mi nic poważnego - lekki katar, lekki kaszel i ogólne uczucie bycia chorym. Stwierdziłam, że nie będę siedzieć pół dnia na telefonie, aby umówić się do lekarza, bo w weekend miałam przeprowadzkę i mogło mnie przewiać.

Niestety w piątek, przy cotygodniowych testach w pracy wyszło, że mam covid. Plusem było to, że pracowałam tylko 2 dni, nikogo nie zaraziłam i nigdzie prawie nie wychodziłam. Panie pobierające wymaz dały znać, że sanepid będzie do mnie dzwonił pewnie po weekendzie, wraz z pozytywnym wynikiem mam nałożoną kwarantannę, sanepid wystawi L4 dla pracodawcy.

Weekend spędziłam w domu, lecząc się witaminami i pijąc dużo wody. Gdy już zaczęłam czuć się lepiej, zauważyłam, ze nawet nie mam dostępu do aplikacji kwarantanny (próbowałam się zalogować - pojawiła się informacja, że nie ma moich danych w systemie). Sprawdziła także i informację na moim panelu pacjenta - nie miałam nic świadczącego o tym, że mam pozytywny wynik na covid i siedzę na kwarantannie. Trochę się zdziwiłam. Znalazłam jednak formularz kontaktowy sanepidu, aby mógł się on skontaktować z osobami po pozytywnym teście. Mieli się ze mną skontaktować po 24 godzinach od zgłoszenia - oczywiście nie muszę tutaj mówić, że żadnego kontaktu nie było.

Zaczęłam się trochę tym stresować, słyszałam historie, jak kwarantanna została nakładana ostatniego dnia na kolejne 10 dni, albo w ogóle. Najbardziej obchodziło mnie zwolnienie lekarskie, które musiało dotrzeć do mojego pracodawcy, a w momencie gdy nie zostałam objęta kwarantanną takiego zwolnienia nie było.

Postanowiłam, że zadzwonię na infolinię sanepidu. Po określeniu sytuacji, że nigdzie nie mam informacji, że jestem na kwarantannie, miła pani przekierowała mnie do sanepidu w Warszawie (gdzie podobno moje badanie miało dotrzeć). Jednak nie udało mi się tam dodzwonić - niestety sanepid był czynny do godziny 16, a ja dzwoniłam chwilę po. Cóż.

Zadzwoniłam następnego dnia na tą samą infolinię. Tym razem niemiły pan powiedział, że mam czekać. Co z tego, że pracodawca czekać nie mógł. Pan stwierdził, że jest dużo przypadków i trzeba czekać na swoją kolej, po czym się rozłączył.

Posłuchałam pana. Czekałam. Jednak następnego dnia już przestałam być taka cierpliwa. Zadzwoniłam ponownie. Znowu trafiłam na miłą panią, ale inną. Stwierdziła, że skoro badanie było robione przez zewnętrzną firmę to prawdopodobnie Sanepid w Warszawie jeszcze nie przyjął wyniku. Dodatkowo poleciła mi napisać maila do sanepidu z załączonym wynikiem testu. Oprócz tego stwierdziła, że najlepiej będzie, jak umówię się na teleporadę ze swoim lekarzem rodzinnym, aby to on nałożył mi kwarantannę i wystawił zwolnienie.

I właśnie ta porada okazała się najlepsza. Moja lekarka po wysłuchaniu sytuacji stwierdziła, że słyszała, że w sanepidzie Warszawskim mają problemy i bez wysyłania potwierdzenia testu nałożyła na mnie kwarantannę i wypisała zwolnienie lekarskie.

Co jest piekielnego w tej historii? Rządzący mimo, że wiedzieli, ze na jesień będzie kolejna fala, nie usprawnili systemu opieki zdrowotnej w sprawie koronawirusa.
Sanepidy nie wyrabiają z ilością chorych.
Laboratorium, które robiło mi test nie wysłało do sanepidu moich wyników, ewentualnie sanepid nie radzi sobie na tyle, że nie przyjmuje testów robionych poza NFZtem. Dwie osoby z trzech na infolinii nie powiedziały mi, że lekarz rodzinny może nałożyć na mnie kwarantannę. Jedyną informacją jaką znalazłam na stronie ministerstwa jest to, że na kwarantannę może skierować tylko sanepid. Dzisiaj jestem na ostatnim dniu kwarantanny, nie miałam żadnego kontaktu ze strony sanepidu, mimo, że prosiłam o to kilka razy. Nie odwiedzała mnie policja, dalej nie mam dostępu do aplikacji.

Trzeba być zdrowym, aby chorować w tym kraju.

słuzba_zdrowia

Skomentuj (20) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 77 (99)

#87331

(PW) ·
| Do ulubionych
Dodana historia o spóźnialskim koledze, przypomniała mi jak mój były zawsze się spóźniał.

Normą było, że gdy gdzieś wychodziliśmy, on zaczynał zbierać się dopiero kilka minut przed umówionym spotkaniem. Czasami brał prysznic (który u niego trwał nawet i 3 godziny), czasami samo znalezienie ubrania, uczesanie itd zajmowało mu godzinę. Znajomi przyzwyczaili się do tego, że on zawsze jest spóźniony. Jednak raz przesadził.

Byliśmy w związku na odległość, zanim jeszcze przeprowadziłam się do Warszawy. Jeździliśmy do siebie na zmianę w weekendy czy dłuższe wolne dni. Gdy ja przyjeżdżałam do niego, z autobusu przesiadałam się do metra, zwykle podjeżdżałam na patelnię (dla osób, które nie wiedzą - wyjście z metra Centrum). Tam czekał zawsze na mnie mój były. Stamtąd podjeżdżaliśmy autobusem do niego.

Pewnego dnia, gdy przyjechałam do stolicy, dotarłam do centrum, byłego nie było. Napisałam do niego, on odpisał, że za chwilkę wyjeżdża. Ja stwierdziłam, że przecież znam autobusy, mogę sama do niego podjechać. On na to, że nie, on już wsiada i będzie za 20 minut. Stwierdziłam, że ok, mogę poczekać. Po 20 minutach znowu do niego napisałam. Ponownie napisał, że już wsiada do autobusu. Jednak tak jak wcześniej, znowu czekałam na nic. Gdy zadzwoniłam do niego po godzinie, okazało się, że jednak podwiezie go jego tata. Gdy przyjechał, po półtorej godziny, dziwił się czemu byłam zła.

Co robił tak długi czas? Przyznał się, że sprzątał i wolał abym czekała niż widziała bałagan.

Skomentuj (12) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 157 (173)

#87348

(PW) ·
| Do ulubionych
Wracałam akurat z pracy do domu. Ciemno, kropi, zmęczona. Zajechałam na parking najbliżej położony mojego bloku, jednak był on zajęty, na środku stał samochód, obok niego pewna kobieta, wyglądająca na minimalnie starszą ode mnie (około 30-35 lat). Stwierdziłam, że nie mam co stać i czekać, postanowiłam zaparkować na parkingu położonym dalej, ale z którego po drodze miałabym dwa sklepy, do których miałam zamiar zajść. Wrzuciłam wsteczny aby wycofać, ale w tym samym czasie podeszła do mnie kobieta i zaczęła machać rękoma.

Otworzyłam okno.

K: Ja tutaj czekam w kolejce! Ja pierwsza zajmuję miejsce, jak tylko ktoś zwolni!

Poczułam się jakbym już dawno zajęła jej miejsce, na które chciała stanąć. Krzyczała na mnie i machała rękoma.

Odpowiedziałam, że już cofam, że chciałam tylko zobaczyć, czy jest jakieś miejsce, że mam zamiar zaparkować gdzieś indziej.

K: I dobrze! Nie będziesz zajmować mojego miejsca! Bo ja chcę tutaj stanąć! Ja tu czekam od godziny, więc jakaś przyjezdna nie będzie mi stawała na moim miejscu! (mieszkam w mieście od ponad 5 lat, jednak zdecydowałam zarejestrować samochód w moim rodzinnym mieście, aby było szybciej).

Popatrzyłam się na nią zdziwiona, odjechałam. Zaparkowałam dalej, zaszłam do sklepów. Gdy wracałam, kobieta dalej stała, a jej krzyki było słychać z dosyć dużej odległości.

Ja rozumiem, że chce stanąć bliżej mieszkania, ale czy agresywna reakcja i wyganianie każdego kto tylko wjedzie na parking jest potrzebne? Parking jest ogólnodostępny, nie ma przypisywanych miejsc.

parking

Skomentuj (6) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 147 (153)

#87325

(PW) ·
| Do ulubionych
Dziś będzie o tym, jak kierowcy nie zwracają uwagi na znaki drogowe.

W pracy mam parking. Umieszczony on jest po zewnętrznej krawędzi budynku biurowca. Sam budynek jest w kształcie litery U. Wjazd na parking jest w lewej górnej części U, a wyjazd w prawej, górnej. Parking nie jest szeroki. Wystarczy miejsca na to, aby samochód stanął prostopadle do budynku i na jeden pas do ruchu. W związku z tym parking jest jednokierunkowy. Informuje o tym znak przy bramce do wjazdu, przy bramce do wyjazdu, oraz znaki umiejscowione co jakiś czas wzdłuż drogi.

Moje biuro mieści się na parterze, więc z okien mam widok na to, jak ludzie poruszają się po parkingu. Kilka razu dziennie zdarzy się, że ktoś pojedzie pod prąd. Już się do tego przyzwyczaiłam. Jednak gdy ruch jest większy niektórzy potrafią stać przy bramce wjazdowej, z zamiarem wyjechania i trąbią na kogoś kto chce wjechać. Zwykle po kilku minutach to ten, który jedzie pod prąd musi wycofywać i przepuszczać osobę wjeżdżającą.

Jednak ostatnio rozpętała się walka. Pan w dużym i drogim samochodzie nie chciał ustąpić. Uważał, że ma bliżej wjazd niż wyjazd, więc mu jest tak wygodniej. Co z tego, że przy wjeździe stał już samochód, a z czasem utworzyła się ładna kolejka do wjazdu na parking. Pan dopiero odpuścił po około godzinie, jak przyszli ochroniarze, którzy zaczęli straszyć go policją.

Skomentuj (2) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 109 (113)

#87261

(PW) ·
| Do ulubionych
Przyszedł czas, gdy zdecydowałam, że zarabiam odpowiednio i jestem już na tyle stara, że wynajmowanie pokoju w mieszkaniu 3 pokojowym stało się dla mnie udręką. Postanowiłam więc wynająć kawalerkę, aby po raz pierwszy w życiu zamieszkać całkowicie sama. Miałam określony budżet, który mieścił się bez problemu w panujących w okolicy cenach. Miałam także wymarzoną lokalizację, oraz dzielnice, które by mnie interesowały. Dodatkowo nie obchodziła mnie bliskość komunikacji miejskiej, bo posiadam samochód, którym na co dzień się poruszam. Ważniejsze było dla mnie miejsce, gdzie mogłabym zaparkować. Mieszkanie udało mi się znaleźć dosyć szybko, jednak trafiłam na kilka piekielności, które sprawiły, ze okres poszukiwania nie był przyjemny.

Na początek dodałam ogłoszenie na grupie na mediach społecznościowych. Określiłam lokalizację, cenę, standard i dopisałam, że poruszam się samochodem, więc jakiś parking obok bloku, bądź miejsce postojowe byłyby na plus. To, że ludzie nie potrafią czytać ze zrozumieniem to rozumiem. Dostawałam pełno ogłoszeń przekraczających moje wymagania finansowe, z mieszkaniami na drugim końcu miasta. Jednak napisała do mnie pewna pani. Zaproponowała kawalerkę, w samym centrum (w wiadomości z 3 razy podkreśliła, że z okien jest widok na Pałac Kultury), bez garażu, z ceną o 300 zł więcej niż to, co mogłam dać. Grzecznie podziękowałam, napisałam, że nie szukam mieszkania w centrum, plus nawet jakbym miała rozważyć, to cena jest za wysoka. Odpisała, że ja muszę je wynająć. Czemu? Bo według niej, po pierwsze, każdy chce mieszkać w centrum, po drugie, przecież metro jest tak blisko mieszkania, a po trzecie, przecież to tylko 300 zł powyżej budżetu. Jak napisałam, że skoro to dla niej tylko 300 zł, to niech tyle opuści, odpisała, że chyba jestem nie poważna. Cóż.

Różnorodność ogłoszeń. Wiedziałam, że za tą cenę, którą sobie określiłam, mogłam wynająć kawalerkę około 25-35 metrów w standardzie Ikea (albo coś na styl remontu generalnego max 10 lat temu). Jednak na stronach przewijało się pełno ogłoszeń z kawalerkami we wczesnym stylu PRL, lub o wielkości około 15 metrów, w tej samej cenie, co "normalne" mieszkania. Hitem była właścicielka, która podała w ogłoszeniu, że kawalerka ma 26 metrów. Zdjęcia nie sprawiały wrażenia, że mieszkanie jest ciasne, dopiero jak poszłam je obejrzeć, to właścicielka przyznała się, że całość, łącznie z kuchnią i łazienką ma 17 metrów.

Znalazłam ładne mieszkanie, cena też ok, miejsce w garażu podziemnym. Zadzwoniłam do właścicielki, aby dowiedzieć się więcej i umówić się na spotkanie. Właścicielka od razu chciała wiedzieć, czy będę sama, ale to sama mieszkała w mieszkaniu. Czy ktoś będzie do mnie przychodził. Przyznała, że wcześniej mieszkanie wynajmowało narzeczeństwo i na pewno jakieś dziwne orgie wyprawiali, bo nie widziała drugiego łóżka w mieszkaniu, więc jak tak przed ślubem spać w jednym. Jak tylko się o tym dowiedziała, to wypowiedziała im umowę. Zapowiedziała także wizyty cotygodniowe, nawet pod moją nieobecność, bo musi sprawdzać, czy nie uprawiam jakiś orgii.

Ostatnią piekielnością, która najbardziej mnie zdenerwowała, byli agenci nieruchomości. Rozumiem, że niektórzy posiłkują się agencjami. Jednak połowa moich telefonów z pytaniem kiedy można oglądać mieszkanie kończyła się informacją, że mam zarejestrować się na stronie agencji, wpłacić 200, 300, 400 zł i dopiero wtedy mogę umówić się na pokazanie mieszkania. Co najgorsze, ceny takich mieszkań nie wyróżniają się cenowo na tle innych, a w ogłoszeniach jest napisane, że wystawia je osoba prywatna.

Skomentuj (14) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 90 (100)
zarchiwizowany

#87295

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Pierwszy raz w życiu miałam ochotę wyśmiać pomysł szefa cenzuralnymi słowami.

Pracuję w 4 osobowym zespole. Kolega A i B wykonują trochę inną pracę niż kolega C i ja. Jednak często jak mamy chwilę wolnego pomagamy sobie, znamy swoje zadania na wzajem. Przez to, że jesteśmy w zespole, to gdy kolega A i B chcą wziąć urlop, ja i kolega C wiemy o tym pierwsi i możemy zgłosić się na dodatkowo płatne zastępstwo. Warunek jest taki, że nie możemy wtedy mieć naszego pracującego dnia. Jeżeli ja albo C potrzebujemy pilnie dnia wolnego, najlepiej jest jak zamienimy się dniami w grafiku, chyba, że na prawdę druga osoba nie może, to wtedy na płatne zastępstwo wchodzi A i B. Dodatkowo ja i C pracujemy po 12 godzin, A i B po 8.

Ostatnio kolega A przyszedł do mnie z informacją, że w dniu kiedy mam wolne musi wziąć pilny urlop. Zapytał się, jeszcze przed rozmową z szefem, czy jestem chętna, aby wziąć to zastępstwo. Ja odpowiedziałam, że nie za bardzo, miałam ważne plany na ten dzień, jednak zaznaczyłam, że jeżeli szef nie znajdzie nikogo na zastępstwo (co mogło się zdarzyć, bo obecnie ilość pracy jest ogromna) to mogę przyjść.

Po godzinie zadzwonił do mnie szef. Nie zaproponował zastępstwa. Chciał abym zamieniła się dniami z C. Ja bym przyszła za C w dniu, kiedy A musi wziąć urlop (środek tygodnia), a C przyszedłby za mnie w sobotę (weekend jak to weekend, wychodzimy szybciej, nic się nie dzieje, ogląda się seriale). W zamian za to C przyjdzie na dodatkowo płatne zastępstwo.

Zdziwił się, jak powiedziałam, że wolę pracować w spokojniejszy weekend niż mieć pełne ręce roboty w tygodniu. Dodatkowo nie rozumiał, że ledwo dałabym radę przyjść na 8 godzinne zastępstwo, więc nie ma mowy, abym pojawiła się na 12 godzin w tym samym czasie. Jedyne co zrobiłam na koniec rozmowy, to zaznaczyłam, że mogę przyjść tego dnia za A, ale za C na pewno się nie zjawię. Może bym to przemyślała, gdyby szef zaproponował mi dodatkowe wynagrodzenie, ewentualnie więcej dni wolnych, jednak nie mam siły wypruwać sobie żył tylko po to, aby C miał mniej roboty i był faworyzowany w przydzieleniu dodatkowo płatnych godzin, zwłaszcza, że jakiś czas temu rozmawiałam z szefem o unikaniu cięższych dni przez C.

Skomentuj (1) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 3 (29)

#87134

(PW) ·
| Do ulubionych
Pochodzę z niewielkiej miejscowości, gdzie uczęszczałam do liceum. Szkoła jak to typowa szkoła w małym mieście, niby najlepsza w okolicy, ale wynik liczony na dwóch placówkach, więc nie ma czym się chwalić.

Gdy byłam na początku swojej licealnej przygody wymyśliłam sobie dodatkowe lekcje rysunku i malarstwa. Zawsze lubiłam to robić, rodzice nie protestowali, nawet przeciwnie, chwalili wybór i wspierali. Po pewnym czasie stwierdziłam, że może jednak w życiu mogłabym robić coś z tą sztuką. Wybrałam kierunek studiów, stwierdziłam, że pójdę do Akademii Sztuk Pięknych. Jeździłam na dodatkowe, dodatkowo płatne zajęcia, po lekcjach, aby przygotować prace do teczki. Maturę musiałam zdać, nieważny był wynik, tylko miałam mieć ją zdaną. Przy rekrutacji na studia liczyła się teczka z pracami i wiedza o sztuce. Wiadomo, nie olewałam szkoły, ale jednak nie mogła mi zapewnić odpowiedniego przygotowania na moje studia.

Szkołę skończyłam, na studia się dostałam, jedne, drugie, znalazłam pracę w znanej firmie medialnej. Mam zapisane na portalu społecznościowym gdzie pracuję.

A teraz, w końcu, piekielna sytuacja.

Ostatnio napisał do mnie nauczyciel języka polskiego ze starego liceum. Zaprosił mnie na jedne zajęcia, abym opowiedziała licealnej młodzieży (profil humanistyczny) czym się zajmuję, jakie studia skończyłam i jak bardzo pomogła mi w osiągnięciu tego szkoła.

Zrezygnowałam. Wątpię, aby i nauczyciel i dyrekcja byli zadowoleni, gdybym na spotkaniu powiedziała, że do wszystkiego doszłam sama, jeżdżąc na zajęcia po lekcjach, gdy szkoła nie przyłożyła nawet palca do moich osiągnięć.

Wiem, że nie do wszystkich studiów może przygotować liceum ogólnokształcące. Dlatego właśnie na własną rękę uczyłam się rysunku i czytałam o sztuce. Jednak nie rozumiem chwalenia się absolwentami, jakby to była zasługa liceum, że osiągnęli to, co osiągnęli.

Skomentuj (24) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 144 (164)

#87180

(PW) ·
| Do ulubionych
Pewnego dnia poznałam przez internet faceta. Około trzydziestki, tak jak ja. Miły, mieliśmy dużo wspólnych tematów, mówił, że mało co potrafi go wytrącić z równowagi. Zdecydowaliśmy więc, aby naszą znajomość przenieść bardziej do realu. Umówiliśmy się na randkę.

Na spotkaniu fajnie nam się rozmawiało, jakbyśmy znali się pół życia, jednak ja w trakcie czułam się jakbym rozmawiała z kolegą, a nie kandydatem na coś więcej. Na randce nie całowaliśmy się, a po niej każdy grzecznie udał się do swojego domu.

Dzień później stwierdziłam, że muszę przemyśleć, zanim porozmawiamy o drugim spotkaniu, czy chcę to kontynuować. Postanowiłam, że mimo, że jest on na serio fajnym facetem, ja nie czułam, że może to być coś więcej. Dodatkowo zdecydowałam, że na razie nie mam zamiaru z nikim się spotykać, bo mam za dużo na głowie.

Po podjętej decyzji musiałam tylko o niej poinformować kolegę. Stwierdziłam, że nie zareaguje jakoś źle, w końcu znaliśmy się tylko tydzień, byliśmy na jednej randce, która nie miała żadnych romantycznych gestów, nic sobie nie obiecywaliśmy, nawet drugiego spotkania.

Napisałam mu o tym (numeru telefonu nie posiadałam, a po jednym spotkaniu nie chciałam się z nim znowu spotykać, aby nie uważał tego za randkę, plus, jednak to była znajomość z internetu). Jednak wtedy rozpętało się piekło.

Kolega zaczął być agresywny, zaczął mnie wyzywać, wyklinać na mnie, pisał, że zrobiłam mu nadzieję, bawiłam się nim i tak po prostu go zostawiam, bez żadnego ważnego argumentu. Stwierdził, że nie powinnam myśleć, bo mi jak widać nie wychodzi i ogólnie to jestem panią lekkich obyczajów (to określił różnymi przymiotnikami). Życzył mi, abym została na zawsze sama, a następnie mnie zablokował.

Więc pamiętajcie! To, że jednak wolicie być sami, to nie jest ważny argument, lepiej być w związku, w którym nie chce się być. Po tej sytuacji byłam jednak zadowolona, że nie wpakowałam się w nic niezdrowego. Skoro zareagował tak na wiadomość, że wolę być sama, po jednym naszym spotkaniu, to jakby zareagował później, gdybym się z nim nie zgadzała w czymś?

Skomentuj (57) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 147 (163)