Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation
Profil użytkownika

misguided

Zamieszcza historie od: 29 grudnia 2012 - 20:38
Ostatnio: 6 lipca 2019 - 11:51
  • Historii na głównej: 34 z 71
  • Punktów za historie: 7820
  • Komentarzy: 91
  • Punktów za komentarze: 259
 

#84945

(PW) ·
| Do ulubionych
Historia może bardziej śmieszna niż piekielna. Zasłyszana od chrzestnej.

Okres przedświąteczny, chrzestna wybrała się na pocztę, by odebrać paczkę. Stała w dosyć długiej kolejce, gdy na pocztę wszedł kurier znanej firmy. Podszedł do jednego pustego okienka (ubezpieczenia lub kiosk).
K: Dzień dobry, szukam pani Takiej i Takiej, mam dla niej paczkę zaadresowaną na adres poczty.

Pani w okienku popatrzyła dziwnie.
P: Niestety nie pracuje tu taka pani, może jest w którymś z biur położonych w budynku poczty, sprawdzę.

Postukała coś na komputerze, pokręciła głową.
P: Niestety, nie ma takiej tutaj, może pomyliła adresy?

Kurier podziękował, usiadł na krześle i zadzwonił pod numer na paczce.
K: Dzień dobry, tu kurier Znanej Firmy, mam dla pani paczkę, ale wydaje mi się, że źle ją pani zaadresowała.

Chwila przerwy, gdzie pani tłumaczy coś kurierowi.
K: Nie, zaadresowała pani paczkę na Pocztę, a nie pracuje pani tutaj i nie mam komu zostawić tego.

Znowu chwila przerwy.
K: Nie, proszę pani, nie pracuję na poczcie i nie mogę zostawić tu paczki, bo pani nie będzie mogła pokwitować odbioru.

Znowu chwila przerwy.
K: Nie jestem z Poczty, nie mam prawa zostawić tam paczki, kurierów zamawia pani do miejsca, gdzie pani będzie mogła podpisać, że pani odebrała, inaczej może pani złożyć na mnie skargę, że oddałem paczkę niewłaściwej osobie. Mogę pani przywieźć to, gdzie pani tylko chce, ale nie zostawię tego na poczcie.

Po tym rozłączył się i siedział załamany przez kilkanaście minut.

Czy pani podała swój adres domowy? Nie wiem, ale jeżeli nie, to musiała udać się na pewno dalej niż na pocztę, aby paczkę odebrać.

kurierzy

Skomentuj (5) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 203 (319)

#84834

(PW) ·
| Do ulubionych
Dzisiaj trochę o tym jak być leniem i marudzić, że w tym kraju nie można do niczego dojść.

Mam kolegę, dorosły facet, mieszkający w jednym z miast wojewódzkich. Niestety stało się tak, że gdy miał 19 lat wpadł ze swoją dziewczyną. Zdarza się, nie można się załamywać tylko trzeba iść dalej. Poród wyznaczony był na jesień, latem kolega i jego dziewczyna kończyli szkołę, więc nie musieli myśleć jak pogodzić szkołę z wychowaniem dziecka. Mieli wielkie plany, że kolega pójdzie po szkole od razu do pracy, zamieszkają razem, dziewczyna będzie chodzić do szkoły policealnej w weekendy, w tygodniu wychowywać dziecko, rodzice jednej jak i drugiej strony obiecali pomoc. Idealnie, prawda?

Niestety plany okazały się tylko pomysłami, gdyż kolega po skończeniu szkoły musiał zrobić sobie wakacje, bo musiał odpocząć. Gdy dziewczyna zaczęła mówić mu o pracy, zaczął się na nią denerwować, że ona jest z nim tylko dla pieniędzy, bo wymaga tylko tego od niego. Tłumaczyłam mu, wyjaśniałam, że niedługo będą mieli dziecko, że potrzebuje tyle rzeczy dla niego, a one mało nie kosztują, że potem będzie jeszcze gorzej. Kolega ciągle uważał, że jakoś to będzie. Oczywiście był zadowolony i dumny, że będzie miał dziecko, że wychowa je lepiej niż on był wychowany.

Oczywiście do porodu nie pracował, rzeczy dla dziecka kupili rodzice, dostali od znajomych w spadku po ich dzieciach. Po porodzie kolega zadowolony, ma syna, będzie się nim zajmował, opiekował, będzie idealnie. Zaczął już coś myśleć o pracy. Niestety idealnie przestało być, gdy zobaczył, że dziecko wymaga poświęcenia prawie całego swojego czasu. Żalił mi się, ze jest zmęczony, że jego dziewczyna jest zmęczona, że gdy do niej przychodzi (mieszkali oddzielnie), to ona nie chce spędzać z nim czasu tylko mówi, że chce odpocząć. Miał pretensje, że musi się zajmować synem, gdy ona wychodziła na zajęcia, bo miał fajniejsze rzeczy do robienia (spotykanie się ze znajomymi). Tak jak zawsze w takich sytuacjach, para ze sobą nie wytrzymała, on zarzucał jej, że ona go zdradza, bo stała się bardziej oschła w stosunku do niego, ona chciała aby chociaż trochę jej pomógł, odciążył ją, albo chociaż pracował.

Od tych wydarzeń minął rok. Kolega dalej nie pracuje, dalej uważa, że to była wina dziewczyny. Mieszka z rodzicami, całymi dniami pije ze znajomymi. Ostatnio zaczęłam wspominać o zmianie pracy, bo za mało ambitna, nie mogę się rozwijać i fajnie by było trochę więcej zarabiać. Kolega stwierdził, że przecież mam, całkiem dobrze płatną i on by wszystko oddał za to aby tyle samo co ja zarabiać. Wysłałam mu więc ogłoszenie z McDonalda z jego miasta, gdzie szukają pracowników, gdzie w ogłoszeniu podano taką samą stawkę godzinową jaką ja mam w swojej pracy. Kolega oczywiście mnie wyśmiał, bo on w McDonaldzie pracować przecież nie będzie. Oprócz tego miał pretensje, że państwo zrobiło go w konia, bo okazało się, że gdy pójdzie do pracy, będzie musiał spłacić wszystkie alimenty, których nie dawał od narodzin dziecka.

Skomentuj (19) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 143 (151)

#83335

(PW) ·
| Do ulubionych
Pracuję w mediach, dosyć specyficznym zawodzie. Często trafiają do nas freelancerzy, którzy chcą pracować w bardziej wyznaczonych godzinach, a przy tym mając stałą pensję. Nie każdy sobie radzi. Zwykle potrzeba około 2 miesięcy, aby poczuć się pewniej, pracować bez wielu błędów albo bez pytań skierowanych do osób o dłuższym stażu. Wszyscy na dziale tworzymy zespół. Każdy zajmuje się wszystkim co przychodzi na maila. Praca jest na zmiany, tak, aby przez 16 godzin ktoś był w biurze.

Gdy zaczynałam swoje szkolenie, dwa tygodnie uczył się już jeden kolega. Starszy ode mnie, CV imponujące, oprócz tego praca jako freelancer, rodzina. Wydawało się, że ogarnięty facet. Po 2 tygodniach jednak każdy zmienił zdanie.

1. Brak zespołowego myślenia.
Tak jak wyżej pisałam, jesteśmy zespołem. Jeżeli jedna osoba coś źle zrobi i skończy zmianę, druga osoba ma to poprawić. Nie może dojść do sytuacji, gdzie kogoś nie będzie 3 dni w pracy, a materiał będzie czekał na poprawki. Po 2 tygodniach, gdy byliśmy prawowitymi pracownikami, kolega przyznał, że przyszedł mail, z małymi poprawkami do rzeczy, która robiłam. Powiedział koleżance, która przyszła na zmianę po nim, że ma tego nie poprawiać, bo to mój błąd. Co z tego, że miałam akurat 3 dni wolnego.

2. Spóźnianie.
Pracujemy po 8 godzin. Pierwsza zmiana przychodzi bardzo wcześnie, druga zmiana wychodzi bardzo późno. Nie wiem jak kolega radził sobie (do pewnego momentu, ale o tym później) z przychodzeniem na poranne zmiany. Jednak zawsze gdy przychodził na drugą zmianę, spóźniał się. Na początku 15-20 minut, tłumaczył to problemami z zaparkowaniem. Potem zaczynał spóźniać się po 30 minut. Nie informował o tym drugiej osoby, a gdy miał spóźnić się więcej niż 30 minut, dzwonił, gdy był spóźniony 15 minut, że jeszcze bardziej się spóźni. Jego rekord w dniu, gdy ja pracowałam, to 1,5 godziny. Powiedziałam mu co o tym myślę i nastego dnia przyszłam 2 godziny później, mówiąc mu, że tak odbieram godziny, które pracowałam za niego. Na pewien czas starał się na zmianę po mnie przychodzić wcześniej niż powinien.

Niestety jednak zdarzyło się, że zaspał na rano. Nie jakoś mało, bo 2 godziny. Zmiana poranna ma od samego początku dosyć dużo pracy, narzuconej odgórnie od osób, które są o wiele wyżej postawione. Gdy dowiedzieli się oni, że to nie jego pierwsze spóźnienie, wypowiedzieli mu umowę, z miesięcznym wypowiedzeniem. To co działo się w trakcie tego miesiąca było jeszcze bardziej piekielne niż 2 miesiące jego regularnej pracy.

3. Brak jakiejkolwiek pracy.
Kolega przez miesiąc wykonywał jedynie rzeczy, które są obowiązkowe, za co miałby potrącone z wypłaty. Nie robił nic, co przychodziło na maila. Wrzucał tylko zadania do naszego systemu, aby osoba, która będzie na kolejnej zmianie, mogła zrobić wszystko za niego.

4. Brak informowania nas o zadaniach.
Zdarzało się także i to, że zapomniał wrzucać zadań do systemu. Ile razy zdarzyło się tak, że będąc na zmianie popołudniowej robiłam na spokojnie rzeczy, które nie były ważne, a jakaś ważniejsza osoba przychodziła do mnie z pytaniem jak zadanie, które zleciła nam 6 godzin temu. Ja zawsze wtedy robiłam karpika, sprawdzałam system, mówiłam, że nic nie miałam, sprawdzałam maile, a tam zlecenie. Na początku ufałam koledze, że o wszystkim nas poinformuje. Potem jednak zaczęłam sprawdzać wszystkie maile z danego dnia, czy na pewno wszystko zrobiłam, nawet ze zmiany kolegi.

5. Nieprzyjemności dla innych.
Do naszych zadań należy także i pilnowanie, aby wszystkie materiały, które do nas przychodzą, trafiały na dysk firmy. Często są to bardzo ważne materiały, utrata ich grozi kara finansową. Gdy miałam wolny dzień, zadzwonił do mnie kierownik działu z pytaniem, czy wiem coś o jednym materiale. Przypomniałam sobie, że jedynie wiem, że był on w folderach, miałam go wysłać jednej osobie, ale nic innego nie robiłam. Okazało się, że zaginęła 1/2 materiału. W systemie było zaznaczone, że ja materiał otwierałam, ale na dysk zrzucał go kolega. Kierownik działu sprawdził wszystkie miejsca, gdzie mogło się to znajdować, całe szczęście udało się odnaleźć drugą połowę. Zapytał się kolegi, czy tego nie widział, zapomniał, albo cokolwiek. Kolega stwierdził, że widział, ale myślał, że było to to samo, co pierwsze.

6. Zwalanie na nas braku dostępu do materiałów.
Gdy pracujemy nad jednym projektem, często drugiej osobie na zmianie zostawiamy informacje, gdzie wszystko się znajduje. To takie zabezpieczenie, w ramach poprawek, aby ktoś nie szukał, nie musiał do nas dzwonić. Niestety kolega nagminnie tłumaczy się wszystkim, że nie mógł znaleźć materiałów, dlatego poprawka, która mogła trwać 10 minut, zajęła mu 3 godziny. Numery telefonów do każdego ma, w podsumowaniach często także i piszemy lokalizację plików.

Więc co kolega robi w czasie pracy? Na początku myślałam, że jest aż tak powolny albo zestresowany, że potrzebuje do wszystkiego więcej czasu. Potem kolega, który był z nim na zmianie, powiedział, że zamiast pracować, gra w gry online. A potem wszystko zwala na nas.

Praca

Skomentuj (4) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 136 (146)
zarchiwizowany

#83035

(PW) ·
| było | Do ulubionych
W czerwcu skończyłam studia. Postanowiłam od razu zacząć poszukiwania pracy w zawodzie. Wysyłałam więc CV i portfolio (wymagane przy zawodzie) do każdej z ofert, w której spełniałam warunki. Przyjęto mnie do jednej z firm, w połowie lipca zaczęłam naukę systemu pracy, a z początkiem sierpnia rozpoczęłam pracę na stanowisku.

Jakoś kilka dni temu, pod koniec sierpnia dostałam telefon. Odezwała się Pani, proponując mi rozmowę kwalifikacyjną w ich firmie. Zdziwiłam się, powiedziałam, że w przeciągu ostatniego miesiąca nie wysyłałam żadnych zgłoszeń do rekrutacji. Pani stwierdziła, że się zgadza, bo swoje CV przesłałam im na początku lipca. Gdy jej powiedziałam, że od miesiąca mam pracę, zaczęła pogadankę, że w jej firmie byłoby mi lepiej niż u konkurencji. Już sobie wyobrażam, skoro po 1,5 miesiąca dopiero odzywają się w sprawie rekrutacji, to ciekawe po jakim czasie byłaby umowa i wynagrodzenie.

Poszukiwanie pracy

Skomentuj (15) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: -1 (41)

#82877

(PW) ·
| Do ulubionych
Czytając historię https://piekielni.pl/82863, przypomniałam sobie, jak ostatnio potraktowała mnie kobieta w banku.

Tak samo jak autorka wyżej wymienionej historii, jestem singielką z wyboru. Jestem może jeszcze dosyć młoda, ale to już jest ten czas w życiu, gdzie znajomi planują śluby i dzieci, a niektórzy z nich już mają rozwody.

Pewnego dnia postanowiłam, że zostaję w mieście, w którym pracuję. Znudziło mi się wynajmowanie mieszkań, chciałam mieć coś swojego. Podjęłam decyzję o kupnie mieszkania.

Niestety nie mam aż tyle odłożonych pieniędzy, aby zapłacić za całość z góry, ale chyba po to są kredyty hipoteczne? Poszłam więc do jednego z banków zapytać, ile maksymalnie mogę pożyczyć przy moich zarobkach.

Miła pani wyliczyła, podała sumę pożyczki, oprocentowanie. Zaczęła też wymieniać rzeczy, którymi mogę podnieść kwotę. Na samym końcu powiedziała, że mogę wziąć pożyczkę z mężem/narzeczonym/chłopakiem, na co określiłam, że niestety nie posiadam nikogo z wymienionych. Co ona na to odpowiedziała?

"Skoro nie myśli pani o ustatkowaniu, to po co pani mieszkanie?”.

Bank

Skomentuj (11) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 114 (158)

#82775

(PW) ·
| Do ulubionych
Mój tata jest leśniczym.

W pracy za zadanie ma nie tylko pilnowanie lasu, ale i musi decydować, na jakim terenie posadzi się nowe sadzonki i jakie drzewa na danym terenie ściąć oraz przyjmuje interesantów, którzy chcą to drewno kupić. Oprócz tego ma do dyspozycji leśniczówkę, w której mieszka obecnie z moją mamą, a wcześniej ze mną i moją siostrą. Leśniczówka jak normalny dom, oprócz tego, że jeden pokój przerobiony jest na dodatkowe biuro, z osobnym wejściem, znajdującym się poza ogrodzonym prywatnym podwórkiem i z wielką tabliczką z nazwą leśnictwa. Dom znajduje się w spokojnym i przepięknym miejscu, bo na polanie pośrodku lasu, z niewielkim stawem obok i malowniczym jeziorem kawałek dalej. Po co to opisuję tak dokładnie? Aby pokazać zarozumiałość i głupotę niektórych ludzi.

Jak wspomniałam, drzwi do biura dla interesantów znajdują się z drugiej strony domu, tuż przy samym parkingu. Pozostała część terenu jest ogrodzona płotem, na tyle wysokim, że, aby zobaczyć co jest za nim, dorosły człowiek musi stanąć na palcach. Nie przeszkadza to klientom w podglądaniu tego, co znajduje się na podwórku. Jem śniadanie na świeżym powietrzu? Warto popatrzeć, co mam na talerzu. Siedzę z laptopem i pracuję? Można stanąć przy płocie i patrzeć, bez dzień dobry, bez zahamowań. Momentami czuję się na podwórku jak okaz z zoo.

Niektórzy tylko patrzą, inni wchodzą na podwórko, podchodzą do drzwi i dobrze, jak do nich zapukają. W lato zwykle mamy otwarte drzwi wejściowe. Pewnego ranka, gdy moja mama robiła kawę, usłyszała otwieraną bramkę. Jak zawsze nasz leniwy pies się podniósł i sprawdził, kto to przyszedł. W momencie, gdy mama weszła do przedpokoju, zobaczyła rodzinkę trzyosobową (rodzice plus dziecko w wieku przedszkolnym), stojącą w naszym domu. Oprócz tego mamuśka zaczęła już krzyczeć do mojej mamy, że musi zabrać psa, bo jej dziecko się boi. Moja mama najpierw zareagowała karpikiem, ale odciągnęła psa i od razu zapytała, co szanowne państwo robi u niej w domu. Ich odpowiedź? "Jak to co? Do leśniczego przyszliśmy!". Gdy mama pokazała im, że do leśniczego jest inne wejście, zabrali się z podwórka bez żadnego przepraszam.

W pewnym momencie prowadzona była budowa dobudówki do naszego domu. Robotnicy pracowali za płotem, ale czasami potrzebowali podłączyć coś w piwnicy, do której wejście znajduje się na naszym podwórku. Na początku pytali się kogokolwiek z domowników, czy mogą wejść. Po pewnym czasie sami się nauczyli, że mogą wchodzić bez pytania. Jak to się skończyło?

Zalali piwnicę. Musieli napuścić wodę do grzejników w dobudówce, ale zapomnieli o tym, że ją odkręcili. Moja mama kazała im sprzątać to wszystko po godzinach.

Oprócz tego często przyjeżdżają różni ludzie, pytając, czy mamy pokoje na wynajem (nad jeziorem znajduje się wiele miejscowości turystycznych). Najbardziej chamska była para, która stwierdziła, że mają zarezerwowany pokój, ale im się nie podoba, a tutaj jest tak ślicznie. Gdy moja mama odmówiła, zaczęli się kłócić, że oni z samej stolicy przyjechali i jak to tak, odmówić takich gości, w końcu stwierdzili, że nawet zapłacą!

Oczywiście nie mamy żadnych tabliczek, że leśniczówka jest pensjonatem albo hotelem, tak samo, jak i nie ma żadnych takich informacji w internecie.

Skomentuj (24) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 95 (157)

#82762

(PW) ·
| Do ulubionych
Moja siostra zamawiała ostatnio buty. Miały przyjść one do domu rodzinnego (w którym w tamtym czasie miałyśmy być ja i moja mama praktycznie przez cały czas). Oprócz tego tradycyjnie został podany numer telefonu przy składaniu zamówienia.

Kilka dni po złożeniu zamówienia siostra wchodzi na maila, patrzy, a tam mail od firmy kurierskiej, że proszą o kontakt na infolinię ze względu na błędnie podany adres i brak numeru telefonu na paczce. Grozili także, że gdy sprawa się nie rozwiąże, czyli nikt się z nimi nie skontaktuje, nie będzie możliwości wysłania ponownie paczki na ten sam adres.

Siostra sprawdziła adres w mailu ze sklepu, z którego zamawiała. Wszystko się zgadzało. Zadzwoniła na infolinię, potwierdziła, że adres jest poprawny, sprawdziła, czy też poprawny mają w systemie. Miła pani na infolinii powiedziała, że w takim razie wyśle jeszcze raz kuriera. Paczka dotarła po kilku dniach do domu.

Czemu więc paczka za pierwszym razem miała wpisany błędny adres? Mieszkamy na wsi, pośrodku lasu. Dojazd nawet od naszych najbliższych sąsiadów to droga około kilometra, od najbliższej wsi około pięciu, a od głównego miasta około dziesięciu kilometrów. W GPS-ie bez problemu można wpisać nasz adres, jednak pokazuje on dom oddalony od wszystkich innych zabudowań. Kurierowi prawdopodobnie nie chciało się jechać taki kawał drogi, marnować paliwa, aby doręczyć tylko jedna paczkę. Myślał, że gdy zobaczymy, że jest błędny adres, to odeślemy paczkę i zamówimy raz jeszcze, tym razem na inny adres, może bliżej miasta.

kurierzy

Skomentuj (8) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 78 (118)

#82721

(PW) ·
| Do ulubionych
Byłam ostatnio w kinie na filmie "Deadpool 2". Dla osób, które nie wiedzą co to za film: jest to film o postaci z nadprzyrodzonymi mocami. Bohater jest płatnym zabójcą. Film jest pełen przemocy (często widać rozczłonkowanych ludzi jak i samego głównego bohatera), oprócz tego jest pełen czarnego humoru oraz żartów czysto erotycznych. Film jest oznaczony limitem wiekowym - 16 lat.

Siedząc wczoraj w kinie, czekając na reklamy, zauważyłam kobietę, około 30-40 letnią, wchodzącą po schodach razem z synem, około 6-letnim. Po seansie, od razu po zapaleniu świateł, pierwsza osobą, która dosłownie wybiegła z sali była właśnie ta mamuśka, a za nią powoli wyszedł jej synek.

Nie rozumiem zabierania aż tak młodych dzieci na takie filmy, chyba po coś jest zapisane ograniczenie wiekowe w repertuarze. A nawet jeżeli to dziecko namówiło swoją mamę, czy aż tak ciężko jest sprawdzić opis filmu oraz jego recenzje?

Kino

Skomentuj (18) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 125 (139)

#82496

(PW) ·
| Do ulubionych
Obrony prac dyplomowych na mojej uczelni zbliżają się niemiłosiernie. Studenci zestresowani, biegają zbierając podpisy, mówiące, że nie zalegają z opłatami w akademiku (co z tego, że ktoś w nim nigdy nie mieszkał), że oddali wszystkie książki do biblioteki i że promotorzy zgadzają się na obronę w pierwszym terminie.

Oprócz tego, na mojej uczelni postanowiono od tego roku, że to studenci mają wybierać sobie recenzentów prac dyplomowych (co już jest pierwszą piekielną rzeczą w tej sytuacji). Dostaliśmy taką informację mailowo. Pani z dziekanatu zaznaczyła jedynie, że każdy dydaktyk na uczelni może być takim recenzentem. Idealnie, prawda? Gdy jeden z dydaktyków mi odmówił, ze względu na natłok obowiązków poprosiłam o pełną listę potencjalnych recenzentów, żeby po raz drugi nie słyszeć odmowy. Niestety w dziekanacie nie było takiej listy.

Odezwałam się więc do drugiego dydaktyka, który orientuje się w moim temacie pracy. Zgodził się, zgłosiłam recenzenta w dziekanacie osobiście, Pani w dziekanacie bez problemu przyjęła nazwisko. Po tygodniu poszłam do recenzenta zanieść kartkę do podpisania i by umówić się jak mam mu dostarczyć pracę do przeczytania. Recenzent przyjął dokument, tego samego dnia zaniósł do dziekanatu.

Niestety, następnego dnia dostałam maila, od Pani z dziekanatu, mówiącego, że mój recenzent nie może być nim, bo nie jest z mojego wydziału (co z tego, ze przez 2 lata studiów magisterskich mieliśmy z nim zajęcia, a dodatkowo może być promotorem na moim wydziale). Nagle znalazła się lista recenzentów, składająca się głównie z nazwisk, których nikt nie zna.

Co więc robią studenci dwa tygodnie przed obroną? biegają za dydaktykami i pytają się czy łaskawie ktoś może przeczytać ich pracę i ocenić w 3-4 zdaniach w dniu obrony.

studia

Skomentuj (2) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 167 (171)
zarchiwizowany

#82527

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Przypomniało mi się a propos historii #82520. Tym razem będzie o głupich zasadach Kościoła. Jak jeszcze byłam dzieckiem, uczęszczałam do małej parafii w moim mieście. Parafia dopiero co powstała, miała jedynie małą, drewnianą kapliczkę, w której wszyscy się nie mieścili. W planach była budowa wielkiego kościoła. Na początku ksiądz proboszcz był sam. Czasami do pomocy przychodził ksiądz senior. Proboszcz rozpoczął budowę kościoła, parkingu, plebanii, dzwonnicy. W przeciągu 10 lat budowa rosła, parafia się rozwijała. Proboszcz był lubiany przez wszystkich. Jest to człowiek miły, ciepły, otwarty na wszystko i bardzo ludzki. Dzieci go uwielbiały, a on uwielbiał dzieci, ale bez żadnych dwuznacznych sytuacji. Ksiądz idealny. Budowę kościoła doprowadził do końca.

Jednak po pięciu latach odwołali go ze stanowiska proboszcza w mojej parafii. Zamiast niego przyszedł ksiądz, który z ambony w czasie kazań miesza religię z polityką. Większość osób, zdecydowała się przenieść do drugiej, sąsiedniej parafii.

Po roku okazało się, czemu odwołano księdza proboszcza. Na terenie miasta miał swoją "dziewczynę", chociaż to za słabe słowo. Miał z nią dwójkę dzieci. Żyli sobie na co dzień razem, spędzali razem święta. Aby plotka nie rozniosła się dalej, po całym mieście, postanowiono przenieść księdza do zupełnie innej parafii na drugim końcu Polski. A jego prawie żona i dzieci pojechali za nim.

ksieza

Skomentuj (3) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 3 (29)