Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation
Profil użytkownika

moomoo

Zamieszcza historie od: 25 września 2017 - 8:10
Ostatnio: 13 stycznia 2024 - 10:14
  • Historii na głównej: 9 z 9
  • Punktów za historie: 1171
  • Komentarzy: 8
  • Punktów za komentarze: 38
 

#91016

przez (PW) ·
| Do ulubionych
TLDR; narzekanie na właścicieli psów.

Mam psa. Zanim do mnie trafił, przemyślałam to i przygotowałam się, upewniłam się że mnie na to stać i naprawdę tego chcę - innymi słowy podeszłam do tematu na serio, wiedząc że to odpowiedzialność, a nie zakup maskotki. Kiedy już szczeniak u mnie był, mieszkałam w bloku w nowszej dzielnicy (osiedle miało jakieś 5 lat) i nigdy nie spotkała mnie tam żadna przykra sytuacja dotycząca psa. Inni psiarze też wydawali się względnie ogarnięci, kupy były sprzątane itd.
Kilka miesięcy temu przeprowadziłam się do segmentu w starszej dzielnicy. Wokół głównie niska zabudowa, ale do blokowiska wcale nie tak daleko. I borze szumiący, to jest tak inna mentalność niż ta do której przywykłam...

1. 90% psów które mijamy na spacerach rzuca się do nas. Część już z wrzaskiem, część z odwiecznym tekstem właściciela "on się chce przywitać" (nie będę tłumaczyć dlaczego nie, to nie jest przywitanie - pewnie i tak większość tutaj ogarnia ten temat. jeśli nie to proszę o komentarz, spróbuję naprostować). Ja, dla poszanowania tej drugiej osoby i dla komfortu psa, zawsze przywołuję swojego futrzaka i ustawiam go przy nodze podczas mijanki, żeby potem zwolnić i pozwolić eksplorować dalej. Nie ma spaceru, żebym nie musiała prosić o skrócenie smyczy na końcu której dusi się pies czołgając w naszą stronę. Ludzie, serio? To jest normalne? Tak to powinno wyglądać? Czasami widzę też dramat polegający na ciągnięciu przez właściciela smyczy w górę podczas gdy pies (prawie zawsze jakiejś mniejszej rasy) dynda ledwo dotykając łapkami ziemi bo w rozumieniu tego człowieka to jedyny sposób powstrzymania tej wiewiórki przed zagryzieniem nas.

2. Wiele domów wolnostojących ma psy "stróżujące" na podwórku. Ogólnie nie jestem przeciwna trzymaniu psa na zewnątrz - są typy psów które się super w takim układzie odnajdują. Ale niemal wszyscy właściciele w takiej sytuacji kompletnie o te zwierzaki nie dbają. No bo jak pies żyje i ma gdzie się przejść to wszystko gra, nie? No nie.
Musiałam się nauczyć na pamięć, których podwórek nie mijać i kiedy przejść na drugą stronę chodnika bo albo bym dostała zawału od nagłego wyskakiwania zza winkla z jazgotem, albo coś by mnie w końcu zaatakowało wyrywając się na ulicę razem z ogrodzeniem (i nie ma znaczenia czy idę z psem czy sama). Wiecznie widzę niedomknięte furtki, siatki tak lekkie że kot by je rozwalił, dziurawe budy czy kilka psów na jednym podwórku które w ferworze jazgotu rzucają się też na siebie nawzajem bo takim stresem jest dla nich przechodzień.

Pies się "sam nie wychowa". Bez socjalizacji i jakichś podstaw można skończyć z wiecznie zestresowanym i wybuchowym zwierzakiem i zamiast fajnego towarzysza. Za kilka lat oboje będziecie się ze sobą męczyć. Nie każdy musi chodzić na treningi i układać życie wokół czworonoga, ale wielu ludzi zapomina, że w obecnych czasach posiadanie psa to nie obowiązek tylko wręcz luksus. Bo pies kosztuje czas i pieniądze. Nie masz tych zasobów to zainwestuj w maskotkę.

pies

Skomentuj (8) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 148 (160)

#86498

przez (PW) ·
| Do ulubionych
Trzy historie o tym, jak trzeba kogoś op*****lić i postraszyć prawnikiem by dopiąć swego.

1. Naprawa szkody w aucie leasingowanym;
Szkoda zgłoszona w styczniu. Do marca każdy telefon skutkował tekstem "przekażemy to dalej", "nadaliśmy wysoki priorytet", "pana bezpośrednia opiekunka floty jest na urlopie/chorobowym/ma szkolenie/jest na lunchu". W końcu żyłka pękła, zagroziliśmy zerwaniem umowy ubezpieczenia z ich winy i oświadczyliśmy, że kolejny telefon wykona do nich prawnik. Co się okazało? W ciągu tygodnia udało się otrzymać kontakt nie tylko od ubezpieczyciela, ale i bezpośrednio z warsztatu, auto zostało odstawione, wydano zastępcze, a szkoda ma być naprawiona na dniach. Sprawa ruszyła dopiero po wspomnieniu drogi prawnej, miłe i cierpliwe upomnienia nic nie dawały. Omijajcie Arval szerokim łukiem.

2. Zamówienie ze sklepu online. Pasmanteria, wybrałam 4 towary, przesyłka paczkomatem. W odebranej paczce brak połowy zamówienia, wina ewidentnie po stronie sklepu, bo paczka była za mała, by zmieścić tam całość. Ktoś zwyczajnie nie dopakował towaru. Dzwonię raz. Drugi. Któregoś dnia odbieram telefon od magazyniera/kogośtam z InPostu, że sklep nadał mi brakujący towar na ten sam numer paczki co poprzednia przesyłka, więc muszą ją cofnąć do nadawcy (jak?!). Dzwonię więc do sklepu i informuję, że znowu coś pomieszali. Znowu słyszę "dobrze dziś wyślemy". Mija kolejny tydzień. W końcu dzwonię wściekła szósty raz wyłuszczając sprawę, wspominając UOKiK, Boga i wszystkich Świętych oraz prawnika i oświadczam, że jeśli dziś nie dostanę potwierdzenia nadania paczki, to pociągnę sprawę dalej dla czystej zasady. Bam! Tego samego dnia paczka u kuriera, dzień później dostarczona. Sklep Pinsola - nie polecam.

3. Zamówienie z Allegro. Opłacone, nadane dnia kolejnego opcją Pocztex48. Usługa z nazwy trwająca 48 godzin ciągnie się już 8 dni. Pani na infolinii poinformowała nas że te 48 jest umowne, bo czas dostarczenia to "plus minus 3 dni" - AHA. Poinstruowano nas jak złożyć reklamację. Co ważne: telefonowaliśmy o 10.18, rozmowa trwała do 10.28, o 10.31 zmienił się status przesyłki na "przekazane kurierowi". Przypadek? Poczta Polska.

dostawcy

Skomentuj (14) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 139 (155)

#85999

przez (PW) ·
| Do ulubionych
Dnia pewnego wybrałam się na wizytę kontrolną do ginekologa. Po zebraniu wywiadu pani doktor poprosiła o rozebranie się do badania. Tutaj warto zaznaczyć, że wyglądam dość ''alternatywnie'' - niecodzienny kolor włosów i tatuaże.

Kiedy wróciłam do gabinetu rozebrana od pasa w dół, doktorka rzuciła z histerią, patrząc na moje wytatuowane udo: ''matko! przecież dziecko się będzie pani bało! no znienawidzi panią!''.

W tamtej chwili byłam dość nieśmiałą dziewczyną, więc zamiast odpowiedzieć jej coś do słuchu, jedynie potulnie wpełzłam na fotel, ale dziś zareagowałabym już inaczej.

P.S. Przepowiednia nie spełniła się, (żadne) dziecko się nie boi. :)

luxmed

Skomentuj (17) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 53 (101)

#85996

przez (PW) ·
| Do ulubionych
Siła plotki chyba nigdy nie osłabnie - tym razem na śmieszno.

Dorastałam w małej miejscowości ze skromną infrastrukturą, jednak najważniejsze instytucje jak kościół, szkoła i monopolowy szczęśliwie posiadaliśmy.

Kiedy chodziłam do gimnazjum mój ojciec wyjechał za granicę, dorobić do remontu domu. Sam remont zaczął się już w czasie jego pobytu tam i dotyczył też m.in. ocieplenia, było więc z zewnątrz widać, że ''coś się dzieje''.

Po jakimś czasie, jesienią, ojciec przyjechał na krótki urlop. W trakcie jego pobytu mamie przydarzył się paskudny wypadek: spadła ze schodów i złamała ramię, w efekcie czego wsadzono ją w gips od pasa do ramion, tak że prawą rękę miała unieruchomioną w zgięciu i opartą poniżej piersi, lewa ręka pozostała wolna poza zbroją. Ojciec musiał już niestety wracać do pracy, zostałam więc z mamą sama i jakoś sobie radziłyśmy.

Zeszło się to w czasie z pierwszymi mrozami, więc szanowna mamusia, okutana w kurtkę, wyglądała, jakby przybyło jej tu i ówdzie przez gipsowe wdzianko. Któregoś dnia, gdy poszłam do szkoły, koleżanki zapytały mnie, jak się czuję z tym, że nie będę już jedynaczką. Przez chwilę zlękłam się, że ojciec przywiezie mi, wracając, obcojęzyczne rodzeństwo, jednak nie! Okazało się, że sąsiadka cioci mamy mojej koleżanki widziała moją mamusię zaokrągloną pod kurtką i bez zwłoki wydała werdykt - w ciąży! I to jak szybko jej brzuch wylazł! A mąż za granico! Pewnie bękart!

Cóż, mama nie dorobiła się finalnie kolejnego dziecka, gips zdjęto, a remont dokończono mimo społecznego oburzenia (bo pewnie ciążę usunęła!). ; )

miasteczko

Skomentuj (4) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 160 (174)

#85894

przez (PW) ·
| Do ulubionych
Jak prawdopodobnie ktoś chciał nas zrobić w balona.

Mój partner sprzedawał auto: w świetnym stanie (kupując, wiedział, że kiedyś je sprzeda), z aktualnym przeglądem itd.

Zgłosił się chętny z miasta obok. Umówiliśmy się na sobotę, facet był nastawiony na kupno, jeśli po oględzinach wszystko będzie grało. Przyjechał z kompanem. Oględziny wyglądały dość zabawnie: panowie jedynie obeszli auto dookoła, kopnęli w opony i zadecydowali, że kupują. Zaproponowaliśmy przejażdżkę, bo jak to tak...? Ok, niech będzie, przejażdżka odbyła się, wszystko super, biorą. Papiery podpisane, zapłata uiszczona, panowie pojechali.

Godzina od ich wyjścia i telefon: "auto coś dziwnie jeździ, ma mało mocy". Wcześniej przy kupnie pan wspominał, że odda auto do swojego znajomego ''czarodzieja od tuningu'', który samochód podkręci, doklei spoilery i będzie do ściganka, więc on jutro pokaże mu ten samochód, to on sprawdzi, co jest nie tak. Ok, czekamy zatem.

Mija kilka dni, pan dzwoni z werdyktem: uszczelka pod głowicą do wymiany i w ogóle cała głowica też, jak pokryjesz pan większość kosztów, to się dogadamy. Partner prosi w takim razie o ekspertyzę na piśmie od owego czarodzieja, żeby mieć podkładkę i bez problemu pokryje naprawę (chociaż jeszcze kilka dni wcześniej, kiedy korzystaliśmy z auta, wszystko grało... dziwne!).

Okazuje się, że no niestety, ale czarodziej nie wystawi papierka, bo nie może, bo cośtam, proszę wierzyć na gębę. Śmierdzi wałkiem na kilometr, partner idzie w zaparte: albo papierek z pieczątką mechanika, albo za nic nie płacimy. Pan poprosił o kilka dni na ogarnięcie sprawy.

Dni mijają, pan na dowód wysyła nagranie testu na obecność C02 twierdząc, że to wystarczy za papierek. Partner powtarza: dokument albo bujaj się pan sam. Kupujący w końcu w nerwach rzuca, że jak zapłacimy za ekspertyzę mechanika, to on odstawi auto do kontroli. Zgodziliśmy się, auto odstawione. Przychodzą wyniki: mechanik stwierdził, że nie da się jednoznacznie stwierdzić usterki. To panu nabywcy nie wystarcza, on żąda orzeczenia od biura ekspertyz motoryzacyjnych! Zgadzamy się pod warunkiem, że sam sobie za to zapłaci. Koleś unosi się wściekłością, decyduje się na ASO. Czekamy.

Orzeczenie z ASO potwierdza nasze podejrzenia: wszystko gra, jak na swój wiek auto mega zadbane, nie stwierdzają uszkodzenia. Kupujący wściekły, krzyczy, że wszyscy go oszukali i on tego tak nie zostawi, on to auto sprzeda, bo czarodziej spojlerowy stwierdził, że jest usterka i już!

A sprzedawaj pan.

Po kilku dniach pan dzwonił jeszcze do nas, wymyślając sobie jakie dodatkowe pisma potrzebne mu do sprzedaży, jednak to już nas nie obchodziło.

samochód sprzedaż

Skomentuj (5) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 121 (129)

#85893

przez (PW) ·
| Do ulubionych
W moim poprzednim miejscu pracy panował zwyczaj zrzucania się na prezenty dla pracowników na konkretne okazje - głównie na narodziny nowego potomstwa lub odejście z firmy (o ile było one planowane). Kiedy dołączyłam do ekipy, w krótkim czasie odbywały się zrzutki dla trzech pracowników, których nie znałam, wzięłam w nich jednak udział. Przecież te dziesięć złotych tu czy tam mnie nie zbawi.

I tak się to toczyło, ktoś odchodził, ktoś się rozmnażał, aż w końcu przyszedł czas i na mnie. Dostałam lepszą ofertę, czas wypowiedzenia dwa tygodnie. Muszę przyznać że z pewną niecierpliwością czekałam na ten dzień, w końcu kto nie lubi dostawać upominków. ;) Nadszedł ten dzień, koniec dnia pracy, żegnam się ze wszystkimi, dziękując za wspólny czas i jest! Zostaje wręczone mi pudło. Ciężkie. Zaglądam, a tam... Karton mleka.

Mleka, które dostaliśmy za darmo od jednego z klientów, mleka, które od tygodni stało w kuchni i mogliśmy z niego korzystać aż do przepicia. Nawet nie czekolada za 3zł, nawet nie głupia różyczka z kwiaciarni obok. Karton. Mleka. Z kuchni. Szczerze? Miałam ochotę zostawić to na biurku i wyjść, postanowiłam jednak rozdać to w jadłodzielni potrzebującym.

Nie zrozumcie mnie źle - gdyby był to zabawny dowcip, nawiązanie do śmiesznej anegdotki, gdyby ktoś poszedł do sklepu i kupił mi to mleko, nie miałabym nic przeciwko, jednak był to zwyczajnie niechciany towar, który i tak mogłam sobie wziąć, jako że mieliśmy tego nadmiar. Jak głupia przebębniłam z pewnością ponad stówę na zrzutki dla osób, których często nie znałam, nie wchodziłam w konflikty, socjalizowałam się i brałam udział w codziennym i popracowym życiu firmy, a oni nie mogli się zdobyć nawet na głupią czekoladę.

marketing

Skomentuj (13) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 247 (259)

#84730

przez (PW) ·
| Do ulubionych
Wesoła praca w agencji kreatywnej.

Pracuję w firmie, która onegdaj prowadzona była przez braci - założyli sobie spółkę i każdy zajmował się swoją firmą-córką ściśle współpracując. Wiadomo jednak, że z rodziną najlepiej na zdjęciu i dość szybko wyszło, że nie potrafią ze sobą najlepiej współpracować. Interes jednak jakoś dalej ciągnął.

W pewnym momencie brat dyrygujący firmą, w której dzielnie klepię w klawiaturę zawinął się i z dnia na dzień wybył... do Ameryki Południowej. Tak po prostu. Na kilkumiesięczne wakacje. Bez słowa. Nie przypadkiem zeszło się to z kryzysem w firmie. Zamiast go więc naprawiać zwiał, zmuszając brata do próby reanimacji biznesu. W tym samym czasie wymieniono jakoś połowę zespołu ("zmiany w strukturach firmy"), by pozbyć się malkontentów i zastąpiono ich niczego nie spodziewającą się świeżą krwią.

Szef-podróżnik wrócił z wojaży (będąc na nich regularnie pobierał prezesowską pensję) i jakby nigdy nic wrócił do szefowania. Było to jednak dla niego zbyt męczące, wobec po około roku zwiał ponownie. Tym razem do Azji. I tym razem zeszło się to z kryzysem, zdaje się, że poważniejszym. I tak samo jak poprzednio postanowiono pozbyć się narzekaczy (no bo jak śmiemy zauważać że to bałagan, a nie firma?!) i zastąpić ich wyrobnikami. Zwalnianie ludzi jest jednak męczące, więc zamiast robić to osobiście, 'szef' zajął się tym za pośrednictwem innego pracownika.

Otrzymaliśmy także ciekawą rozrywkę w postaci najazdu muskularnych panów potocznie określanymi jako "dziki", którzy usilnie poszukiwali obu braci, chcąc wyegzekwować od nich jakieś długi. Efektem była natychmiastowa zmiana numeru telefonu zastałego szefa i jego zniknięcie "w sprawach rodzinnych" już następnego dnia.

Mam wrażenie, że jedyne co mnie tu już trzyma to ten kabaret - bo takiej komedii nigdzie indziej nie zaznałam.

marketing

Skomentuj (2) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 120 (150)

#80289

przez (PW) ·
| Do ulubionych
Ryzykując szykany, pragnę wylać żale zza branżowego biurka.

Wiadomo jak to jest - każdemu zdarzy się potknąć, komuś powinie się noga na drodze życia. Większość z nas błędy w miarę sił i możliwości naprawia. Ale nie małżeństwo Iksińskich (których odpowiedników/kopii w naszym kraju wiele...). Do rzeczy.

Iksińscy mają długi. Jednak nie takie "towarzyskie", u znajomych. Długi z egzekucjami komorniczymi. Mimo to żyją jak u Pana Boga za piecem, wykorzystując ułomność polskiego prawa.
Wiadomo, że komornik nie może ot tak wpaść i wszystkiego zabrać. Wiedząc to, obchodzą wszystkie przepisy jak mogą. A zatem: w domu mają 3 dzieci - to już 1500. Owszem, 1500, ponieważ ich zarobki nie przekraczają wymaganego progu, dlatego kwalifikują się na wyższą zapomogę. Oprócz tego otrzymują szereg dodatków typu mieszkaniowy, racje żywnościowe z Caritas dla ubogich rodzin, okazjonalne zapomogi i zasiłki. Pan Iksiński pracuje z umową na najniższą krajową (z której komornik nie może nic uciąć), a resztę dostaje pod stołem. Pani Iksińska zajmuje się domem i wykonuje prace dorywcze z umową "na gębę", typu sprzątanie, pomoc w opiece nad dziećmi/starszymi. Tak zarobione pieniądze otrzymują do ręki, przychód nie jest rejestrowany, ciężko im je wyrwać z ręki. Efektem tego stać ich bez problemu na wyjazdy, wakacje i wcale nie najtańsze sprzęty domowe typu smartfon czy plazma.

Ale! Można by rzec - czemu komornik nie zajmie mienia ruchomego/nieruchomego w takim razie?
Ponieważ to nie jest ich. Żadna z rzeczy nie jest zakupiona na ich nazwisko, a na rodziców/rodzeństwo (kilka nielicznych osób, które się od niech nie odwróciły). Oficjalnie korzystają z tego zatem po dobroci i nawet mają na to faktury :)

I tak oto kantują nas wszystkich, bo kiedy np. ja czy jakiś pan Piotrek tyramy w swoich miejscach pracy i nie możemy sobie nawet pozwolić na większą przyjemność, tacy oto radośnie korzystają z życia, jawnie śmiejąc się nam w twarz. I gdzie sprawiedliwość?

PS Iksińscy oficjalnie oświadczyli, że nie mają zamiaru spłacać długów, bo po co, skoro udaje im się kręcić i dają radę. Kwestii tego, co się z długiem podzieje w przyszłości nie rozważają - przyszłość zatem pokaże.

komornik długi prawo

Skomentuj (22) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 117 (141)

#80149

przez (PW) ·
| Do ulubionych
Jak na własne życzenie dokonać ostracyzmu rodzinnego.

Pewna moja [C]iotka oraz [W]uj swego czasu doznali problemów finansowych. W stracił pracę, C w domu z dwójką małych dzieci, które jak wiadomo kosztują. Do tego ich rozrzutność na zakup zbędnych sprzętów nie miała granic, szybko więc zaczęli mieć kłopoty.

Szybka decyzja - na wieczne pożyczki po znajomych/rodzinie nie ma co liczyć, zatem głowa rodziny wyrusza po chleb za wschodnią granicę. Mogłoby się wydawać, że to (przynajmniej za jakiś czas) zażegna problem z pustym kontem bankowym, jednak C, mimo iż W pracę w końcu znalazł, nie ustawała w pożyczaniu po bliskich gotówki. Niedługo okazało się, że pożyczała również bez wiedzy samych zainteresowanych...

Mieszkaliśmy w sąsiadujących miejscowościach. C, wpadła na weekendowe odwiedziny do naszego miasta z dwójką dzieciaków. Kiedy zrobiło się późno, C pod pretekstem ukołysania do snu młodszego dziecka zaszyła się w sypialni gospodarzy. Nikt jej przy tym nie towarzyszył - wiadomo, układa do snu niemowlaka, nie ma co przeszkadzać. Wszystko fajnie, dziecięta śpią, dorośli biesiadują jeszcze chwilę. C następnego dnia odwiedziła jeszcze innych członków rodziny, po czym wróciła do siebie.

Minął jakiś czas (może kilka tygodni?), kiedy gospodyni goszcząca C podczas porządków spostrzegła, że zniknęła jej spora suma pieniędzy i biżuteria. Burzliwa rodzinna narada, szukanie wyjaśnienia, aż w końcu, bam! - wniosek nasunął się sam. Szybko też okazało się, że druga rodzina odwiedzana wtedy przez C też zarejestrowała zniknięcie gotówki, ale zwalono to na karb domowego zamieszania. Połączono te oraz inne, drobniejsze fakty z przeszłości, a wysnuty wniosek był oczywisty...

C wyparła się wszystkiego, nawet kiedy postawiono ją pod ścianą. Wyuczyła także starsze dziecko, by pyskowało i wykrzykiwało obronne hasła na temat matki (kilkuletnie dziecko...). W, po zapoznaniu się ze sprawą, uwierzył żonie. Tym samym odcięli się skutecznie od całej rodziny. Nie przyznali się do winy nawet wtedy, kiedy C podczas innej wizyty u znajomych została złapana na gorącym uczynku.

I tylko dzieci szkoda.

rodzina

Skomentuj (12) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 136 (150)

1