Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation
Profil użytkownika

myscha

Zamieszcza historie od: 12 czerwca 2011 - 14:35
Ostatnio: 15 listopada 2022 - 22:16
  • Historii na głównej: 34 z 59
  • Punktów za historie: 22390
  • Komentarzy: 172
  • Punktów za komentarze: 1934
 
zarchiwizowany

#74404

przez (PW) ·
| było | Do ulubionych
Wiem, że dowcip o przedstawianiu preferencji żywnościowych wegetarian ma bardzo długą brodę, ale nie moge oprzeć się pokusie przedstawienia nowego wymiaru chwalenia się sposobem odżywiania.
W niewielkim mieście, nazwijmy je Niebianki, bo nazwa nawet się rymuje zorganizowano bieg dla mieszkańców. Dla każdego, kto tylko czuł się na siłach. Bieg pod patronatem władz miasta, imienia słynnej biegaczki. Uczestnicy dopisali, kibice też. Po imprezie zrobiono uczestnikom pamiątkowe zdjęcie, które zamieszczono w internecie i lokalnej prasie. A na tym zdjęciu ponad głowami biegaczy rozciągnięty był transparent "Zuzia, najszybsza weganka w Niebiankach"

Skomentuj Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 5 (47)

#73613

przez (PW) ·
| Do ulubionych
Jak codziennie rano wyszłam z psem. Niedaleko mojego domu jest spora niezabudowana przestrzeń, gdzie pies może pobuszować w wysokiej trawie, złapać jakiegoś kleszcza (dobra, żartuję, pies nasmarowany czymś niejadalnym dla kleszczy) i załatwić swoje psie sprawy. Aby dojść do tego Edenu, należy przejść spory kawałek ulicą zabudowaną domami jednorodzinnymi. I pies, jak to pies, postanowił zrzucić ładunek sąsiadowi pod furtką.

Na taką okoliczność byłam przygotowana, wyjęłam więc dyskretnie woreczek i nachyliłam się, aby sprzątnąć. Gdy się wyprostowałam zobaczyłam sąsiada pospiesznym krokiem zdążającego w kierunku furtki, a z uszu prawie dym mu szedł.

- Proszę to zostawić, to nie pani.
Rozejrzałam się niepewnie - kolekcjoner, czy co, ale dojrzałam w okolicach furtki skrzynkę z narzędziami, może akurat furtka była naprawiana i tak zostały.
- Ale... - nie zdążyłam nic więcej powiedzieć.
- Nie można na chwilę niczego zostawić, wszystko ukradną, proszę to natychmiast oddać - tu wyciągnął rękę czekając na przekazanie łupu.
- Nie wzięłam niczego, co należy do pana.
- Tak, bo jak leży na ulicy, to już niczyje. Wstyd, dorosła kobieta i zabiera - miło, że nie powiedział "stara baba".

I stoi tak z wyciągniętą ręką, więc co będę mu żałować. Jeszcze ciepłe. Włożyłam mu do dłoni i lekko rozgniotłam. Nie pobrudził się, bo woreczek chronił. Na chwilę zaniemówił i zanim odzyskał głos, oddaliłam się. A głos odzyskał, słyszałam, ale nie wsłuchiwałam się w szczegóły.
Chyba nie powie mi już "dzień dobry". Zresztą nigdy nie mówił.

sąsiedzi

Skomentuj (13) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 557 (565)

#72250

przez (PW) ·
| Do ulubionych
Ze sprzątaniem nigdy nie było mi po drodze. Nie to, żeby nie można było wejść do mojego pokoju, ale zawsze był taki kontrolowany nieład, nad czym bardzo bolała moja mama i babcia, obydwie przyzwyczajone do idealnego porządku.

Wyjeżdżając na wakacje, widziałam, że po powrocie do domu w swoim pokoju zastanę porządek i połowę moich rzeczy. Nie pomagały prośby, próby posprzątania przed wyjazdem, obydwie wpadały pod moją nieobecność i układały. Taki stan trwał mniej więcej do mojej pełnoletniości, potem udało mi się wyperswadować owe pomysły.

Zresztą jeszcze podczas studiów zamieszkałam sama, rodzice w międzyczasie wybudowali dom, do którego zabrali babcię - w tym momencie już niepełnosprawną.
Po kilku latach, kiedy na świecie pojawił się ich ukochany jedyny wnuk, postanowiliśmy zamieszkać nie tyle z nimi, co bardzo blisko, w drugim budynku na tym samym podwórku. Osobne gospodarstwo, kuchnia, łazienka, liczniki, niby niezależność. Wybiłam mamie z głowy zakusy na pomoc w sprzątaniu u mnie w domu, trochę była niepocieszona.

Babcia poruszała się po domu za pomocą balkonika, choć pokonywała codziennie schody, jednak ciężko jej było wybrać się do mnie, gdy ją zapraszałam. "Jak cieplej będzie", "noga mnie boli", "dzisiaj nie".
Nadeszły wakacje, mój syn miał może 4 lata, wyjechaliśmy z mężem i synem na wczasy, wracamy, syn biegnie do swojego pokoju - i w ryk. Pokój przemeblowany! Poprzestawiane meble, pochowane zabawki, wzorowy porządek. Dzieciak twierdzi, że to nie jego pokój. Wróciliśmy do starych ustawień, pytam mamy, co się wydarzyło.

Pod naszą nieobecność babcia uznała, że to dobry czas, i ona do nas przyjdzie. Nie podobało jej się w pokoju prawnuczka, więc częściowo wydając komendy mamie, a częściowo sama wykonując, zmieniły wystrój, bo tak będzie lepiej.
Zrobiłam awanturę, babcia się na mnie obraziła na kilka miesięcy, bo nie doceniłam jej starań, a ona stara, słaba i chciała dobrze. I żebym przemyślała i przeprosiła, bo ona już dla nas nigdy nic...

No i dobrze, jak powiedziałam, że trzymam za słowo, przestała się do mnie odzywać i udawała, że mnie nie widzi. Nie, babcia z głową miała wszystko w porządku, do końca życia zachowała światły umysł i dobrą pamięć, ona tylko kochała rządzić.

rodzina

Skomentuj (6) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 259 (281)

#71888

przez (PW) ·
| Do ulubionych
Takie prawo, niczyja zła wola, ale ciężko człowiekowi się w tym znaleźć.

Moi rodzice byli współposiadaczami konta bankowego. Co prawda wszelkie środki spływające na to konto pochodziły z przychodów taty, bo mama miała jeszcze inne konto w innym banku, ale z pewnych względów musiała podłączyć się pod konto taty.

Mama zmarła. Na koncie były jakieś niewielkie środki, tata zgłosił do banku śmierć współposiadacza i bank konto zablokował. Wtedy, kiedy wpłynęła taty emerytura. I w taki sposób człowiek nadszarpnięty już kosztami pogrzebu pozostał praktycznie bez środków do życia. Po kilku dniach przepychanek z bankiem, wypłacono mu połowę zgromadzonych środków. Jakieś 900 złotych. Ciąg dalszy po sprawie spadkowej.

Typowa sprawa spadkowa trwa co najmniej pół roku. Tym razem można załatwić to notarialnie, tylko trzeba zgromadzić dokumenty z Urzędu Stanu Cywilnego. W Warszawie okres oczekiwania - 3 miesiące.
Bank trzyma pieniądze, opłaty same się nie zrobią, trzeba założyć nowe konto, na które spłynie kolejna emerytura i ten miesiąc przeżyć za połowę emerytury.
Żyć, nie umierać.

Skomentuj (10) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 274 (296)

#71797

przez (PW) ·
| Do ulubionych
Rzecz działa się kilkanaście lat temu, kiedy cyfrowe aparaty fotograficzne dopiero zbłądzały pod strzechy, za to kliszowe były w pełnym rozkwicie.

Postanowiłam ze względów zawodowych kupić cyfrówkę do robienia zdjęć przedmiotów do katalogów. Łatwiej, taniej, szybciej. Aparat był o dosyć słabych parametrach, ale za to odpowiednio drogi, kupiony na kredyt. Cacuszko wzbudziło zainteresowanie znajomych i rodziny, w tym brata mojego męża.

Przy okazji jakiegoś wydarzenia, w którym brat miał brać udział zażyczył sobie pożyczenia aparatu. Facet, około 30 lat, przyzwyczajony, że jemu się nie odmawia, a szczególnie brat mu nie odmawia. Ja odmówiłam. W wydarzeniu miało brać udział sporo ludzi, aparat mógł zostać zniszczony, ukradziony, a to było moje narzędzie pracy, a brat nie byłby w stanie mi go odkupić, ani w inny sposób zrekompensować, bo nie pracował i nie zarabiał. W zamian zaproponowałam mu pożyczenie innego aparatu na kliszę, żeby nie został z niczym.

Takiej obrazy majestatu nie widziałam nigdy. Nie to, że przestał się odzywać, wprost przeciwnie, za każdym razem, gdy rozmawiał z moim mężem musiał przypomnieć o tym, że ten nie pożyczył mu aparatu. Na nic tłumaczenia, że aparat był mój, świadczyło tylko o tym, że mój mąż był pod pantoflem i mi ustępował.

Po 10 latach od wydarzenia nadal nie mógł się z tym pogodzić. I po 10 latach nadal każda rozmowa kończyła się stwierdzeniem, że on dla mojego męża wszystko (ciekawe, co?), a ten mu nawet aparatu nie pożyczył, kiedy potrzebował.

rodzina

Skomentuj (7) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 340 (350)
zarchiwizowany

#71515

przez (PW) ·
| było | Do ulubionych
Piątek, o godz. 18, jak zresztą jest opisane we wszystkich możliwych miejscach zamykam firmę. Przede mną bardzo trudne dni, urywają się telefony od rodziny.
Godzina 20. Dzwoni jakiś numer, dość krótko, nie zdążyłam odebrać. Normalnie bym nie oddzwaniała, ale dzisiaj nic nie jest normalne, więc myśląc, że może ktoś kolejny z rodziny, czyjego numeru nie znam, oddzwaniam.
Okazuje się, że to pan klient. Pyta się, czy możliwe jest zrobienie jakiejś pracy. Tak, możliwe, a na kiedy pan to chce, bo w poniedziałek zamknięte na głucho, wyłączone telefony, mogę się zająć dopiero we wtorek.
- To jak to, dzisiaj nie mogę przynieść?

Skomentuj (10) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 97 (153)

#70868

przez (PW) ·
| Do ulubionych
Wkrótce po ślubie zdecydowaliśmy, że zaczniemy się starać o dziecko. Łatwiej jednak zdecydować, niż wykonać. Mijały miesiące, a tu nic.

W przedsięwzieciu tym bohatersko kibicowały nam dwie przyszłe babcie, pytając co jakiś czas "czy coś się dzieje w tej sprawie?"

Czas mijał, pierwsze poronienie bardzo wczesnej ciąży, lekarka (cudowna osoba) mówi - czekać, babcie coraz bardziej się niecierpliwią, a ja mam babć i ich zainteresowania coraz bardziej dosyć. I tak jak moja mama pyta pyta:

- To co, zostanę babcią? - to ja zaciskając zęby, żeby nie wybuchnąć odpowiadam:
- Zostaniesz, ale jeszcze nie teraz, na pewno ci powiem.

To teściowa zmienia taktykę i oznajmia:

- Musicie postarać się o dziecko, małżeństwo bez dziecka jest niepełne, dziecko cementuje związek - i takie tam podobne.


A co my do %&%#@& robimy cały czas? To gadanie wyprowadza mnie z równowagi, mój mąż spokojniejszy, bo on z tych, co się nie denerwują. Jeździmy do teściów coraz rzadziej, oni do nas prawie wcale, a mamy jakieś 20 km odległości i wszyscy mają samochody. Ale przy następnym spotkaniu:

- No, ale to najwyższy czas, MUSICIE postarać się o dziecko.
Opowiadam jej, żeby nie męczyła, że jestem pod opieką lekarza, że zaczynamy robić badania, że bardzo chcemy, ale...
- Musicie postarać się...

W końcu po naprawdę długim czasie zdarzył się cud. Mały lokator wprowadził się tam gdzie trzeba, święto w rodzinie. Urodził się zdrowy chłopak. Moja mama oszalała na jego punkcie, jedyny wnuk, za to teściowa, chociaż to też jedyny wnuk, to przyjechała raz, obejrzała, udzieliła kilku fachowych rad typu: "zakładaj mu czapkę w domu i zawiąż rękawki przy dłoniach, żeby mu nie wiało". Naprawdę? Był czerwiec...

Jak jej coś odpowiedziałam, to dostała focha i więcej nie przyjechała. Następnym razem na pierwsze urodziny. My jeździliśmy do nich na święta, bo na niedzielny obiad nigdy nas nie zaprosiła.
Za to wkrótce zaczęło się przy nielicznych spotkaniach i rozmowach telefonicznych:

- Musicie postarać się o drugie dziecko. Zupełnie inaczej chowa się dwójka.

Z różnych powodów zdecydowaliśmy, że drugiego dziecka nie będzie. I to powiedziałam jej patrząc w oczy, zdecydowanym tonem. Zazwyczaj to skutkowało na doradców w sprawach dzietności, ale nie teraz. Jak syn odrósł trochę, to zaczęło się:

- Powiedz rodzicom, że chcesz siostrzyczkę.

Dzieciak zaskoczył nas wszystkich twierdząc:

- A ja nie chcę.

Warto nadmienić, że teściowa nie nawiązała z naszym synem żadnych relacji. To nie to, że nie chciała pomagać, bo nikt tego nie oczekiwał, ale przyjeżdżała do wnuka raz w roku na urodziny, co przeszło jej po trzecich, jak już się spotykaliśmy (zawsze u teściów), to nie rozmawiała z nim, chyba że mówiąc "powiedz rodzicom, że chcesz siostrzyczkę", żadnego zainteresowania.

W końcu, kiedy mój syn miał chyba ze 12 lat, przy kolejnej rozmowie spytałam jadowicie:

- A mama pomoże przy drugim?
- Nie, ja to mówię dla was.

I skończyło się. Spokój, żadnych namów. Może przestraszyła się, że jej wcisnę do opieki, może zrozumiała, że nic nie wskóra. Odetchnęłam. Ostatnio pojechał do niej mój mąż, jak wrócił, opowiadał mi, że mama powiedziała:

- Wiesz, teraz będą dawać na drugie dziecko po 500 złotych. Postarajcie się.

Wszystko mi opadło. Myślałam, że jej przeszło.

- A skąd, jak ciebie nie ma, to za każdym razem mi mówi, ale nie powtarzam ci, bo nie chcę cię denerwować.


Jestem już w takim wieku, że zaczynam mieć objawy menopauzy.

dobre rady

Skomentuj (83) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 375 (415)

#69287

przez (PW) ·
| Do ulubionych
Pan Antoni pracował w administracji pewnego kompleksu handlowego składającego się z pawilonów, w których były sklepy. Niektóre pawilony były wynajmowane od właściciela terenu, inne były własnością użytkowników. Właściciele tych drugich pawilonów byli jednak zobowiązani do płacenia czynszu za prąd, wywóz śmieci itp.

Jeden z pawilonów od dłuższego czasu stał nieużywany, zaległości niezapłacone, a z właścicielami nie można się było skontaktować. Czynności windykacyjne w toku.

Pewnego dnia pan Antoni wychodził z pracy trochę później niż zwykle, kiedy zauważył, że przy rzeczonym pawilonie coś się dzieje. Zorientował się, że właściciel próbuje sprzedać komuś obiekt. Antoni zatrzymał się i powiedział tylko, że informuje potencjalnego nabywcę, że obiekt jest zadłużony i ewentualne obciążenia przejdą na nowego właściciela. Po czym wsiadł w samochód i odjechał.

Ujechał spory kawałek, kiedy spostrzegł, że pomimo godzin szczytu wokół niego na ulicy zrobiło się pusto, ale za to towarzyszą mu dwa radiowozy. Policja zatrzymała go, Antoni jako wesoły człowiek próbował z uśmiechem zagadać do policjanta, ale zauważył, że do śmiechu nikomu nie jest. Drugi radiowóz stał w gotowości, jakby miał rzucić się w pogoń, policjanci zatrzymujący też wyjątkowo czujni, jakby mieli zatrzymać jakiegoś zbira. Dokumenty, kontrola trzeźwości, przez radio komunikat "mamy TEGO fiata", kontrola trzeźwości, jeszcze raz kontrola trzeźwości i... nic. Napięcie zeszło.

- Nie mogę podać panu szczegółów - powiedział policjant - ale musiał pan komuś zajść za skórę. Mieliśmy zgłoszenie, że pijany i agresywny. Szerokiej drogi.

Wtedy Antoni zobaczył, że na końcu drogi właśnie puszczają blokadę, która zatrzymała inne samochody.
W pracy następnego dnia nic nikomu nie mówił, samochód zaparkował dalej niż zwykle, tylko dlaczego poszła plotka, że Antoni stracił prawo jazdy?

współpracownicy

Skomentuj (5) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 256 (352)

#68666

przez (PW) ·
| Do ulubionych
Historia sprzed lat... oj wielu. Nie było jeszcze takiego parcia na wyprowadzanie psów na smyczy i w kagańcach, a o sprzątaniu po psie nikt nie słyszał.
Ciche, spokojne osiedle w Warszawie. Bloki niezbyt wysokie, dużo zieleni i mała, niezbyt ruchliwa uliczka przechodząca na obrzeżu osiedla. Samochody nie były aż tak powszechne jak obecnie, więc tylko od czasu do czasu jakiś przemykał.

W jednym z bloków obok tej uliczki mieszkała pani [E] z rodziną i psem. I właśnie psa dotyczy opowieść.
Pies, mały czarny kundel, był wypuszczany rano, jak jego pani wychodziła do pracy i biegał samopas po podwórku do późnego popołudnia. Dzieci pani [E] nie bardzo się przyznawały do futrzaka. Ktoś mu coś rzucił do jedzenia, popił wody z kałuży, a jego ulubionym zajęciem było ganianie samochodów.

Leżał na trawniku obok ulicy i wyczekiwał, jak jakiś samochód będzie przejeżdżał przez jego terytorium, biegł za nim i próbował ugryźć go w oponę. Jakoś szczęśliwym trafem wychodził cało z tej zabawy, może kierowcy byli ostrożni, a może sam pies wiedział, jak się obchodzić z kupą złomu.
W końcu nie wytrzymała pani [E]. Wzięła rozpęd, wycelowała i sama najechała swoim samochodem na psa. Pies przeżył, ale przez długi czas na osiedlu był spokój - był znoszony na spacer z tylnymi łapami w gipsie. Pani [E] nie wstydziła się swojego uczynku, mało tego rozpowiadała innym, że w ten sposób oduczy sierściucha biegania za pojazdami. Nie nauczyła. Po zdjęciu gipsu, zwierzak wrócił do ulubionego zajęcia.

Nie skłoniło to też pani [E] do jakichkolwiek przemyśleń. Nadal wypuszczała psa luzem, nie interesowała się nim wcale, a smycz, jeżeli w ogóle była, chyba zakurzyła się gdzieś w kącie. Żeby nie było wątpliwości - [E] nie była wcale z marginesu społecznego, była lekarką z zapędami do ustawiania życia (szczególnie moralnego i duchowego) innym ludziom.

sąsiedzi

Skomentuj (3) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 336 (374)

#67637

przez (PW) ·
| Do ulubionych
Jakiś czas temu na pustej działce obok naszego domu postawiono dom-bliźniak. Jedną część domu zajęli przemili państwo [A]nielscy. Ludzie kontaktowi, pomocni, szybko nawiązaliśmy znajomość. Dla równowagi druga część przypadła [P]iekielnym. [A] i [P] nie przypadli sobie do gustu, więc zaczęły się atrakcje, z których również korzystali sąsiedzi z kilku pobliskich domów. A to muzyka gruchnie nagle w środku nocy, a to jakieś petardy. Oczywiście bezpośredni adresaci mieli dużo weselej, bo byli bliżej.

Kiedy wykończyły się środki po dobroci, a konflikt wciąż narastał, [A] zdecydowali się na drogę prawną. Do każdego incydentu zaczęli wzywać policję, ci nie mogli nic ustalić, bo gdy podjeżdżali na sygnale, to u [P] gasło światło i cichły odgłosy. [P] czuli się całkowicie bezkarni, ufni w siłę pieniądza i znajomości. W końcu policja postanowiła przesłuchać świadków, czyli innych mieszkańców ulicy.
Padło między innymi na mnie i mojego męża.

Dostaliśmy wezwania na konkretny dzień, godzinę, wszystko odbyło się wyjątkowo sprawnie i w miłej atmosferze. Pani policjantka przeczytała mi protokół, który miałam podpisać. Dowiedziałam się z niego, że to [A] dokuczają [P].
- Nie, odwrotnie, to [P] są ci gorsi.

Pani trochę niepocieszona musiała zmienić zapiski, które dokładnie przeczytałam, zanim złożyłam podpis. Było już dobrze. Pomyślałam, że pani musiała być bardzo zmęczona.
Wracając spotkałam inną sąsiadkę-świadka, która była przesłuchiwana wcześniej przez tę samą funkcjonariuszkę. Jako anegdotkę opowiedziała mi o pomyłce w protokole, takiej samej jak u mnie.
Mój mąż zeznawał jako następny. Zgadnijcie... tak, to samo.
Przypadek?

policja

Skomentuj (14) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 799 (833)