Profil użytkownika
myscha ♀
| Zamieszcza historie od: | 12 czerwca 2011 - 14:35 |
| Ostatnio: | 2 stycznia 2026 - 15:04 |
- Historii na głównej: 43 z 69
- Punktów za historie: 23736
- Komentarzy: 207
- Punktów za komentarze: 2249
Rozpętała się dyskusja na temat wielodzietności, więc i ja zamieszczę historię zasłyszaną od mojej znajomej.
W mieście, w którym mieszkam ustalono, że wielodzietność będzie "nagradzana" różnymi przywilejami. Nie chodzi o bezpośrednie dawanie pieniędzy, ale różnego rodzaju zniżki i darmowe bilety na komunikację dla rodzin 5+.
Mojej znajomej urodziło się czwarte dziecko. W rozmowie z panią z urzędu dowiedziała się o przywilejach. Nawet nie chciała korzystać, ale została przez urzędniczkę namówiona, bo są na to przeznaczone pieniądze, nikomu nie odbiera w ten sposób, a należy się. Rzeczywiście dla starszego rodzeństwa na dojazdy do szkół może się przydać.
Wybrała się zatem do odpowiedniego działu w urzędzie, przedstawiła sprawę.
- Pff, kolejna patologia - westchnęła ciężko pani za biurkiem.
Na tym chciałam skończyć opis piekielności, ale mniej więcej wiem, jakie komentarze będą. Uprzedzam: tak, była solidna awantura, nie, nie wiem, jakie konsekwencje poniosła urzędniczka.
W mieście, w którym mieszkam ustalono, że wielodzietność będzie "nagradzana" różnymi przywilejami. Nie chodzi o bezpośrednie dawanie pieniędzy, ale różnego rodzaju zniżki i darmowe bilety na komunikację dla rodzin 5+.
Mojej znajomej urodziło się czwarte dziecko. W rozmowie z panią z urzędu dowiedziała się o przywilejach. Nawet nie chciała korzystać, ale została przez urzędniczkę namówiona, bo są na to przeznaczone pieniądze, nikomu nie odbiera w ten sposób, a należy się. Rzeczywiście dla starszego rodzeństwa na dojazdy do szkół może się przydać.
Wybrała się zatem do odpowiedniego działu w urzędzie, przedstawiła sprawę.
- Pff, kolejna patologia - westchnęła ciężko pani za biurkiem.
Na tym chciałam skończyć opis piekielności, ale mniej więcej wiem, jakie komentarze będą. Uprzedzam: tak, była solidna awantura, nie, nie wiem, jakie konsekwencje poniosła urzędniczka.
Urząd
Ocena:
522
(618)
Pewien znajomy ma amputowane jądro. Wybrał się ostatnio na kontrolę do szpitala, w którym był operowany. Lekarz skierował go na USG. Wrócił z wynikiem, lekarz po przeczytaniu opisu prawie rozbił głową biurko. Opis brzmiał: "obydwa jądra w mosznie".
Dobrze, że do badania dołączone były wydruki zdjęć, bo inaczej to chyba można było przyjąć, że cud.
Dobrze, że do badania dołączone były wydruki zdjęć, bo inaczej to chyba można było przyjąć, że cud.
słuzba_zdrowia
Ocena:
493
(557)
Godziny otwarcia - temat-rzeka.
Moja firma mieści się w domu. Tu mieszkamy, tu pracujemy, ale czasem stąd gdzieś wychodzimy, albo odpoczywamy. Dlatego wyznaczyliśmy godziny pracy, które wywieszone są na banerze, umieszczone na ulotkach i wszelkich innych drukach reklamowych. Ponieważ jest nas tylko dwoje, czasem musimy wyjść gdzieś w czasie dnia, więc mamy "sjestę" pomiędzy godziną 13 a 16. Później jest czynne do 18. Ponieważ nie jest to typowy punkt usługowy, klienci raczej wcześniej zapowiadają się, nikomu takie godziny nie przeszkadzają. Jak komuś godziny nie pasują, to staramy się umówić indywidualnie i mamy czas, żeby podjechać do klientów, którym dostarczamy produkty, zakupić materiały, czy chociażby pojechać do zwykłego sklepu, bo po co po południu, kiedy jest najwięcej ludzi. Czasem wychodzimy razem, czasem jedno z nas.
- Godzina 14, akurat jestem na miejscu, przychodzi klient. Pracę przyjmuję, ale tłumaczę, że akurat jestem, ale w tych godzinach ma prawo nikogo nie być, więc raczej niech przychodzi w wyznaczonych godzinach. Dwa dni później pan wraca o 14.30 i radośnie oznajmia, że specjalnie przyszedł w przerwie, bo pomyślał, że na pewno będę.
- Klientka zapowiada się, że przyjedzie około 18. W porządku, jak wiem, że mam czekać, to czekam. 18.15 pani przywozi pracę, umawiam się na następny dzień, mówię, że w godzinach pracy od 9.00 praca będzie czekała. Ona przyjedzie tak jak dzisiaj. OK. 18.15, 18.30, czekam, chcę wyjść, bo mam coś do załatwienia, nie mam do pani telefonu, ona też nie dzwoni. O 19.00 zakładam buty, mówię trudno, pani nie dostanie dzisiaj pracy. Mąż coś jeszcze zwlekał z wyjściem. 19.15 przyszła pani. Jak staliśmy w drzwiach.
- Stała klientka przychodzi o 13.30 i jest oburzona, że nikogo nie ma.
- W soboty z założenia wolne. Ale jak komuś bardzo zależy, to możemy zrobić wyjątek, jeżeli nie mamy innych planów. W sobotę przed południem gdzieś wyjechaliśmy, niedaleko od domu. Dzwoni nowy klient, że jest u nas pod bramą i czy byśmy mu czegoś nie wydrukowali, bardzo mu zależy. Dobrze wracamy, za 15 minut jesteśmy. Pan ma 2 kartki do wydruku. Jakieś 4 złote. Pan bardzo nam dziękuje, że dla niego otworzyliśmy firmę, bo on by tego dla nikogo nie zrobił.
Moja firma mieści się w domu. Tu mieszkamy, tu pracujemy, ale czasem stąd gdzieś wychodzimy, albo odpoczywamy. Dlatego wyznaczyliśmy godziny pracy, które wywieszone są na banerze, umieszczone na ulotkach i wszelkich innych drukach reklamowych. Ponieważ jest nas tylko dwoje, czasem musimy wyjść gdzieś w czasie dnia, więc mamy "sjestę" pomiędzy godziną 13 a 16. Później jest czynne do 18. Ponieważ nie jest to typowy punkt usługowy, klienci raczej wcześniej zapowiadają się, nikomu takie godziny nie przeszkadzają. Jak komuś godziny nie pasują, to staramy się umówić indywidualnie i mamy czas, żeby podjechać do klientów, którym dostarczamy produkty, zakupić materiały, czy chociażby pojechać do zwykłego sklepu, bo po co po południu, kiedy jest najwięcej ludzi. Czasem wychodzimy razem, czasem jedno z nas.
- Godzina 14, akurat jestem na miejscu, przychodzi klient. Pracę przyjmuję, ale tłumaczę, że akurat jestem, ale w tych godzinach ma prawo nikogo nie być, więc raczej niech przychodzi w wyznaczonych godzinach. Dwa dni później pan wraca o 14.30 i radośnie oznajmia, że specjalnie przyszedł w przerwie, bo pomyślał, że na pewno będę.
- Klientka zapowiada się, że przyjedzie około 18. W porządku, jak wiem, że mam czekać, to czekam. 18.15 pani przywozi pracę, umawiam się na następny dzień, mówię, że w godzinach pracy od 9.00 praca będzie czekała. Ona przyjedzie tak jak dzisiaj. OK. 18.15, 18.30, czekam, chcę wyjść, bo mam coś do załatwienia, nie mam do pani telefonu, ona też nie dzwoni. O 19.00 zakładam buty, mówię trudno, pani nie dostanie dzisiaj pracy. Mąż coś jeszcze zwlekał z wyjściem. 19.15 przyszła pani. Jak staliśmy w drzwiach.
- Stała klientka przychodzi o 13.30 i jest oburzona, że nikogo nie ma.
- W soboty z założenia wolne. Ale jak komuś bardzo zależy, to możemy zrobić wyjątek, jeżeli nie mamy innych planów. W sobotę przed południem gdzieś wyjechaliśmy, niedaleko od domu. Dzwoni nowy klient, że jest u nas pod bramą i czy byśmy mu czegoś nie wydrukowali, bardzo mu zależy. Dobrze wracamy, za 15 minut jesteśmy. Pan ma 2 kartki do wydruku. Jakieś 4 złote. Pan bardzo nam dziękuje, że dla niego otworzyliśmy firmę, bo on by tego dla nikogo nie zrobił.
klienci
Ocena:
453
(531)
Kiedyś dostałam naprawdę duże zamówienie. Klient, który mi to zlecał był pośrednikiem, końcowego odbiorcy nawet na oczy nie widziałam. Robota duża, czasu niezbyt dużo, spory koszt materiałów i obcej robocizny, nasz wkład pracy też niemały. Ostatecznie i tak każda paczka z drukami przechodziła przez moje ręce, każdą opisywałam, liczyłam ilość, układałam, żeby mieć pewność, że wszystko gra.
Każda paczka zawinięta była w przezroczystą folię, żeby było widać co jest w środku. Klient odebrał, podziękował pięknie, jak to miał w zwyczaju, zapłacił od razu i praca pojechała w Polskę.
Zdążyłam porozliczać się z podwykonawcami, nacieszyć się tym, co zostało, jak po kilku dniach dzwoni wkurzony mocno Klient. Znałam go już od wielu lat jako człowieka opanowanego, bardzo kulturalnego, a tu nagle zaczyna na mnie krzyczeć. Okazuje się, że końcowy odbiorca chce oddać cały nakład. Dlaczego? Tylna strona druków odwrócona jest o 180 stopni, do góry nogami.
Pociemniało mi przed oczami, szum w uszach, nie wiedziałam, czy zemdleję, czy jakaś apopleksja mnie trafi na miejscu. Cała odpowiedzialność spadała na mnie i ja nie mogłabym nikogo nawet objechać, bo nikt oprócz mnie nie winien. Gdy poprosiłam, aby pan się uspokoił, usłyszałam, żebym cieszyła się, że nie musiałam rozmawiać z jego klientem, bo on usłyszał dużo gorzej.
- To niemożliwe - mówiłam - każdą paczkę miałam w ręku i przecież bym zauważyła, że coś nie tak.
- Możliwe, klient mi zgłasza reklamację, nie chce nowego nakładu, zrywa współpracę, koniec.
Mam oddać oprócz należności za pracę, koszty transportu w drugi koniec Polski. Nie wychodzę nawet na 0, muszę dopłacić i to nie mało.
Odłożyłam słuchawkę, chwilę jeszcze łapałam powietrze,rozpłakałam się, ze śmietnika wyciągnęłam resztki, a tam... wszystko w porządku. Zadzwoniłam jeszcze raz do klienta.
- Czy pana klient, zanim zrobiła awanturę, wyciągnął druk z paczki, czy oglądał przez folię?
- A co ma to do rzeczy?
- A to, żeby druki pokryte warstwą uszlachetnienia dobrze się układały, zapakowane są pół paczki w jedną stronę, pół "do góry nogami". Inaczej nie można byłoby ułożyć paczek jedna na drugą.
Współpraca kwitnie dotąd, ale co przeszłam ja i mój klient, tego nikt nam już nie zabierze.
Każda paczka zawinięta była w przezroczystą folię, żeby było widać co jest w środku. Klient odebrał, podziękował pięknie, jak to miał w zwyczaju, zapłacił od razu i praca pojechała w Polskę.
Zdążyłam porozliczać się z podwykonawcami, nacieszyć się tym, co zostało, jak po kilku dniach dzwoni wkurzony mocno Klient. Znałam go już od wielu lat jako człowieka opanowanego, bardzo kulturalnego, a tu nagle zaczyna na mnie krzyczeć. Okazuje się, że końcowy odbiorca chce oddać cały nakład. Dlaczego? Tylna strona druków odwrócona jest o 180 stopni, do góry nogami.
Pociemniało mi przed oczami, szum w uszach, nie wiedziałam, czy zemdleję, czy jakaś apopleksja mnie trafi na miejscu. Cała odpowiedzialność spadała na mnie i ja nie mogłabym nikogo nawet objechać, bo nikt oprócz mnie nie winien. Gdy poprosiłam, aby pan się uspokoił, usłyszałam, żebym cieszyła się, że nie musiałam rozmawiać z jego klientem, bo on usłyszał dużo gorzej.
- To niemożliwe - mówiłam - każdą paczkę miałam w ręku i przecież bym zauważyła, że coś nie tak.
- Możliwe, klient mi zgłasza reklamację, nie chce nowego nakładu, zrywa współpracę, koniec.
Mam oddać oprócz należności za pracę, koszty transportu w drugi koniec Polski. Nie wychodzę nawet na 0, muszę dopłacić i to nie mało.
Odłożyłam słuchawkę, chwilę jeszcze łapałam powietrze,rozpłakałam się, ze śmietnika wyciągnęłam resztki, a tam... wszystko w porządku. Zadzwoniłam jeszcze raz do klienta.
- Czy pana klient, zanim zrobiła awanturę, wyciągnął druk z paczki, czy oglądał przez folię?
- A co ma to do rzeczy?
- A to, żeby druki pokryte warstwą uszlachetnienia dobrze się układały, zapakowane są pół paczki w jedną stronę, pół "do góry nogami". Inaczej nie można byłoby ułożyć paczek jedna na drugą.
Współpraca kwitnie dotąd, ale co przeszłam ja i mój klient, tego nikt nam już nie zabierze.
usługi
Ocena:
772
(808)
zarchiwizowany
Skomentuj
(18)
Pobierz ten tekst w formie obrazka
Szpital dziecięcy w małej miejscowości. Nie, nie będzie o niekompetencji służby zdrowia. Opieka i leczenie rewelacyjne, nawet wyżywienie. Tylko jedna taka bezmyślność.
Oddział chirurgiczny. Na trzyosobowej sali po operacjach leży dwóch chłopców 11 i 13 lat. Nie bardzo mogą ruszać się z łóżek, co najwyżej do łazienki, która jest i tak na sali. Nuda. Chłopcy dosyć szybko nawiązują kontakt i razem gadają, śmieją się, żartują.
Ale jest jeszcze trzecie łóżko. Na razie puste. I tutaj ląduje roczny chłopiec i w pakiecie jego mama.
Małemu zostało jeszcze trochę czasu do operacji, więc nikt nie jest w stanie zmusić go do leżenia, zresztą leżenie nie ma uzasadnienia. Pielęgniarki profilaktycznie pochowały karty pacjentów na szafę, bo niżej wpadały w ręce Kamilka. Kroplówki były w niebezpieczeństwie, bo czemu nie zainteresować się, co takiego mają inni podłączone. Trzaskanie drzwiami, bo właśnie wychodzi na korytarz, darcie się, bo właśnie wraca, zafajdana pielucha, bo przewijak w łazience to nie to, zamknięte okna, bo się przeziębi (był wrzesień, dosyć ciepły, a sala mała).
Wszystko to kończyło się o godz. 20.00, bo Kamilek szedł spać. Wtedy zgaszone światło, muchy przestają oddychać, mama czyta Kamilkowi bajkę. Szósta rano - pobudka. Od początku rozkład dnia - bieganie, darcie się, zabieranie starszym tabletów, zabawa światełkami nad łóżkiem.
Przed operacją ma być na czczo. No, zaczęło się. Jeeeść! Po operacji też jakiś czas na głodniaka. Tragedia.
Inne sale wolne, albo takie, na których leżały podobne ananasy. Starsi sterroryzowani Kamilkiem i jego mamą. Drobna zmiana, a sytuacja pobytu w szpitalu mogła być całkiem znośna.
Oddział chirurgiczny. Na trzyosobowej sali po operacjach leży dwóch chłopców 11 i 13 lat. Nie bardzo mogą ruszać się z łóżek, co najwyżej do łazienki, która jest i tak na sali. Nuda. Chłopcy dosyć szybko nawiązują kontakt i razem gadają, śmieją się, żartują.
Ale jest jeszcze trzecie łóżko. Na razie puste. I tutaj ląduje roczny chłopiec i w pakiecie jego mama.
Małemu zostało jeszcze trochę czasu do operacji, więc nikt nie jest w stanie zmusić go do leżenia, zresztą leżenie nie ma uzasadnienia. Pielęgniarki profilaktycznie pochowały karty pacjentów na szafę, bo niżej wpadały w ręce Kamilka. Kroplówki były w niebezpieczeństwie, bo czemu nie zainteresować się, co takiego mają inni podłączone. Trzaskanie drzwiami, bo właśnie wychodzi na korytarz, darcie się, bo właśnie wraca, zafajdana pielucha, bo przewijak w łazience to nie to, zamknięte okna, bo się przeziębi (był wrzesień, dosyć ciepły, a sala mała).
Wszystko to kończyło się o godz. 20.00, bo Kamilek szedł spać. Wtedy zgaszone światło, muchy przestają oddychać, mama czyta Kamilkowi bajkę. Szósta rano - pobudka. Od początku rozkład dnia - bieganie, darcie się, zabieranie starszym tabletów, zabawa światełkami nad łóżkiem.
Przed operacją ma być na czczo. No, zaczęło się. Jeeeść! Po operacji też jakiś czas na głodniaka. Tragedia.
Inne sale wolne, albo takie, na których leżały podobne ananasy. Starsi sterroryzowani Kamilkiem i jego mamą. Drobna zmiana, a sytuacja pobytu w szpitalu mogła być całkiem znośna.
słuzba_zdrowia
Ocena:
231
(369)
Coś o dawaniu rąk i łokci.
Mieliśmy, ta znaczy ja i mój mąż, samochód. Nie był nowy. Do pełnoletności trochę mu brakowało, ale w wieku gimnazjalnym już był. Czasem coś się w nim psuło, trafiał na warsztat, palił sporo (bo to spory samochód był), ale jeździł.
Jakiś czas wcześniej moi teściowie w dosyć burzliwych okolicznościach stracili swój - jeszcze starszy - samochód, a wiadomo, że to rzecz bardzo wygodna i kto miał i się przyzwyczaił, to łatwo się nie odzwyczai. Zaczęli myśleć o nowym. No nie fabrycznie nowym, bo emerytów nie bardzo na to stać.
Nam trafiła się okazja zakupu nieco krócej używanego samochodu, więc staruszka mieliśmy "na zbyciu". Mało tego, postanowiliśmy teściom go sprezentować.
Mówiłam mężowi, żeby dał go tak jak stoi, ojciec oddałby do wybranego przez siebie warsztatu. Ojciec przekonał męża, że on nie zna żadnego warsztatu, zapłaci za naprawę, samochód chce sprawny.
Oddaliśmy pojazd tam, gdzie dotąd był zawsze robiony, pan przyłożył się, przygotował samochód na badanie techniczne, bo akurat był termin, więc wszystkie rzeczy odpowiedzialne za bezpieczeństwo jazdy, do tego jeszcze przeżarta rdzą blacharka, wszystko odstawione elegancko, przegląd przebiegł bez zarzutu. Jedno "ale" - to jest stary samochód, zrobienie WSZYSTKIEGO przekroczyłoby wartość samochodu, więc za jakiś czas muszą wyjść inne usterki. Teść zapłacił, samochód mu zawieźliśmy, jeździł jak trzeba, przekazaliśmy umowę darowizny i wszystkie dokumenty, mój mąż opowiedział o wszystkich usterkach i możliwościach. Wszyscy wyglądali na zadowolonych.
Minęło kilka miesięcy. I się zaczęło.
Okazało się, że samochodem teść nie jeździ, bo się boi, na jakimś warsztacie (jednak warsztat się znalazł) wykazano mu 15 usterek (nie wiem jakich i jak istotnych), tamten fachowiec wziął pieniądze za nic, i w ogóle to on najchętniej by nam ten samochód oddał. Od oszustów wyzwał nas, jak okazało się, że ubezpieczyciel upomniał się o pieniądze, a przecież samochód ubezpieczony był do października. Jak mogliśmy za ubezpieczenie płacić w ratach, bo on teraz musi dopłacić. No cóż, nie wiedział, że i tak musiałby zapłacić, jako nowy właściciel? Ja umowę z ubezpieczycielem rozwiązałam.
Każda rozmowa z teściami (bo teściowa też ma swoje do powiedzenia) dotyczy głównie strasznego przekrętu, jaki zrobiliśmy dając im samochód, każąc płacić za naprawę i ubezpieczenie.
Wiem jak to załatwić - więcej nic nie dostaną.
Mieliśmy, ta znaczy ja i mój mąż, samochód. Nie był nowy. Do pełnoletności trochę mu brakowało, ale w wieku gimnazjalnym już był. Czasem coś się w nim psuło, trafiał na warsztat, palił sporo (bo to spory samochód był), ale jeździł.
Jakiś czas wcześniej moi teściowie w dosyć burzliwych okolicznościach stracili swój - jeszcze starszy - samochód, a wiadomo, że to rzecz bardzo wygodna i kto miał i się przyzwyczaił, to łatwo się nie odzwyczai. Zaczęli myśleć o nowym. No nie fabrycznie nowym, bo emerytów nie bardzo na to stać.
Nam trafiła się okazja zakupu nieco krócej używanego samochodu, więc staruszka mieliśmy "na zbyciu". Mało tego, postanowiliśmy teściom go sprezentować.
Mówiłam mężowi, żeby dał go tak jak stoi, ojciec oddałby do wybranego przez siebie warsztatu. Ojciec przekonał męża, że on nie zna żadnego warsztatu, zapłaci za naprawę, samochód chce sprawny.
Oddaliśmy pojazd tam, gdzie dotąd był zawsze robiony, pan przyłożył się, przygotował samochód na badanie techniczne, bo akurat był termin, więc wszystkie rzeczy odpowiedzialne za bezpieczeństwo jazdy, do tego jeszcze przeżarta rdzą blacharka, wszystko odstawione elegancko, przegląd przebiegł bez zarzutu. Jedno "ale" - to jest stary samochód, zrobienie WSZYSTKIEGO przekroczyłoby wartość samochodu, więc za jakiś czas muszą wyjść inne usterki. Teść zapłacił, samochód mu zawieźliśmy, jeździł jak trzeba, przekazaliśmy umowę darowizny i wszystkie dokumenty, mój mąż opowiedział o wszystkich usterkach i możliwościach. Wszyscy wyglądali na zadowolonych.
Minęło kilka miesięcy. I się zaczęło.
Okazało się, że samochodem teść nie jeździ, bo się boi, na jakimś warsztacie (jednak warsztat się znalazł) wykazano mu 15 usterek (nie wiem jakich i jak istotnych), tamten fachowiec wziął pieniądze za nic, i w ogóle to on najchętniej by nam ten samochód oddał. Od oszustów wyzwał nas, jak okazało się, że ubezpieczyciel upomniał się o pieniądze, a przecież samochód ubezpieczony był do października. Jak mogliśmy za ubezpieczenie płacić w ratach, bo on teraz musi dopłacić. No cóż, nie wiedział, że i tak musiałby zapłacić, jako nowy właściciel? Ja umowę z ubezpieczycielem rozwiązałam.
Każda rozmowa z teściami (bo teściowa też ma swoje do powiedzenia) dotyczy głównie strasznego przekrętu, jaki zrobiliśmy dając im samochód, każąc płacić za naprawę i ubezpieczenie.
Wiem jak to załatwić - więcej nic nie dostaną.
rodzina
Ocena:
732
(804)
zarchiwizowany
Skomentuj
(2)
Pobierz ten tekst w formie obrazka
Syn mój skończył właśnie szkołę podstawową. Przez ostatnie 3 lata jego klasą opiekowała się naprawdę fajna wychowawczyni. Osoba mądra, zrównoważona, dbająca o uczniów. Mój syn nigdy nic złego o niej nie powiedział.
Zupełnie inaczej, niż jego kolega Krzysiek. Zauważyłam, że tamten wypowiada się o wychowawczyni źle, więc dopytałam się w luźnej rozmowie, dlaczego jej tak nie lubi.
- Bo pani jest chamska, ubliżała nam i... (tu chwila zastanowienia nad użyciem wyrazu) używała wulgaryzmów.
Nie wyobrażałam sobie pani w tej akcji, więc drążę temat dalej.
- Jak byliśmy na wycieczce kilkudniowej (mojego syna tam nie było, więc relacji wcześniej nie znałam) to ze ściany sypał się tynk, to Jacek wziął kilof (nie pytajcie, myślę, że coś co mu ten kilof zastąpiło, niech będzie widelec, albo łyżka) i zaczął ten tynk odłupywać. Zrobiła się dziura.
Ustaliłam, że ściana była z karton-gipsu, więc jest to możliwe. Chłopak zaczął rozkręcać się przy opowieści, coraz lepiej się bawił.
- Dziura zrobiła się duża, że można było zajrzeć do pokoju obok, wtedy Maciek zaczął zasypywać ją chrupkami. Łamał chrupki i wsypywał do dziury. Wtedy przyszła pani i zaczęła na nas krzyczeć. No taka chamska była.
Nie wiem co było dalej, jaka kara, odpowiedzialność finansowa na kogo spadła. Wiem tylko, że Krzyś zdziwił się mocno, kiedy powiedziałam, że pani była delikatna, bo ja bym im nogi z pleców powyrywała za to. Dzieci były wtedy w czwartej klasie
Zupełnie inaczej, niż jego kolega Krzysiek. Zauważyłam, że tamten wypowiada się o wychowawczyni źle, więc dopytałam się w luźnej rozmowie, dlaczego jej tak nie lubi.
- Bo pani jest chamska, ubliżała nam i... (tu chwila zastanowienia nad użyciem wyrazu) używała wulgaryzmów.
Nie wyobrażałam sobie pani w tej akcji, więc drążę temat dalej.
- Jak byliśmy na wycieczce kilkudniowej (mojego syna tam nie było, więc relacji wcześniej nie znałam) to ze ściany sypał się tynk, to Jacek wziął kilof (nie pytajcie, myślę, że coś co mu ten kilof zastąpiło, niech będzie widelec, albo łyżka) i zaczął ten tynk odłupywać. Zrobiła się dziura.
Ustaliłam, że ściana była z karton-gipsu, więc jest to możliwe. Chłopak zaczął rozkręcać się przy opowieści, coraz lepiej się bawił.
- Dziura zrobiła się duża, że można było zajrzeć do pokoju obok, wtedy Maciek zaczął zasypywać ją chrupkami. Łamał chrupki i wsypywał do dziury. Wtedy przyszła pani i zaczęła na nas krzyczeć. No taka chamska była.
Nie wiem co było dalej, jaka kara, odpowiedzialność finansowa na kogo spadła. Wiem tylko, że Krzyś zdziwił się mocno, kiedy powiedziałam, że pani była delikatna, bo ja bym im nogi z pleców powyrywała za to. Dzieci były wtedy w czwartej klasie
wycieczka szkolna
Ocena:
16
(50)
zarchiwizowany
Skomentuj
Pobierz ten tekst w formie obrazka
Dopisuję ciąg dalszy historii http://piekielni.pl/58637#comments
Panią Klientkę podesłała nam zaprzyjaźniona drukarnia, żebyśmy zrobili przygotowalnię, a oni będą drukować. Drukarnia nie brała udziału w ustaleniach graficznych, cała korespondencja szła przez naszą firmę. Nie trwało to dwóch dni, jak byłoby można wywnioskować z poprzedniej historii, tylko ok. 3 tygodni, chociaż roboty na 3 dni. W końcu finisz. Czekamy na ostateczny akcept (terminy im się zbliżają) i akcept nie przychodzi. Może jakaś zwierzchność chce jeszcze to obejrzeć, może coś nowego wymyślili, kto wie, nie upominamy się.
Około godz. 14.00 telefon z drukarni:
- Gdzie pliki do druku?
- Nie mamy akceptu.
- Jak to, przecież akcept przyszedł do nas.
Tak, dobrze wiedzieć. Zainteresowany jak zwykle dowiaduje się na końcu.
Panią Klientkę podesłała nam zaprzyjaźniona drukarnia, żebyśmy zrobili przygotowalnię, a oni będą drukować. Drukarnia nie brała udziału w ustaleniach graficznych, cała korespondencja szła przez naszą firmę. Nie trwało to dwóch dni, jak byłoby można wywnioskować z poprzedniej historii, tylko ok. 3 tygodni, chociaż roboty na 3 dni. W końcu finisz. Czekamy na ostateczny akcept (terminy im się zbliżają) i akcept nie przychodzi. Może jakaś zwierzchność chce jeszcze to obejrzeć, może coś nowego wymyślili, kto wie, nie upominamy się.
Około godz. 14.00 telefon z drukarni:
- Gdzie pliki do druku?
- Nie mamy akceptu.
- Jak to, przecież akcept przyszedł do nas.
Tak, dobrze wiedzieć. Zainteresowany jak zwykle dowiaduje się na końcu.
uslugi
Ocena:
14
(46)
Firma czynna jest od 9.00 do 18.00. Przynajmniej tak wiedzą klienci.
Pierwszy dzień - robimy ulotki. Od rana gorąca linia na mailu. Pani klientka wysyła poprawki, od nas wychodzą naniesione, klientka sprawdza, kolejne zmiany, nowe pomysły. Około 13.00 kontakt się urywa, klientka znika. Trochę spokoju, można zająć się innymi zamówieniami. Do końca dnia pracy żadnych wiadomości w wiadomej sprawie.
Drugi dzień - rano przeglądam maile. Wiadomość z godz. 20.45 dnia poprzedniego - nowe poprawki. Wiadomość z godz. 6.50 dnia obecnego - "dlaczego nie dostałam jeszcze naniesionych poprawek?"
Pierwszy dzień - robimy ulotki. Od rana gorąca linia na mailu. Pani klientka wysyła poprawki, od nas wychodzą naniesione, klientka sprawdza, kolejne zmiany, nowe pomysły. Około 13.00 kontakt się urywa, klientka znika. Trochę spokoju, można zająć się innymi zamówieniami. Do końca dnia pracy żadnych wiadomości w wiadomej sprawie.
Drugi dzień - rano przeglądam maile. Wiadomość z godz. 20.45 dnia poprzedniego - nowe poprawki. Wiadomość z godz. 6.50 dnia obecnego - "dlaczego nie dostałam jeszcze naniesionych poprawek?"
uslugi
Ocena:
483
(559)
Jakieś 20 lat temu moi rodzice wybudowali dom. Wyprowadzili się z Warszawy do pobliskiej miejscowości. Mieszkanie sprzedali, pozałatwiali wszystkie formalności, popodawali gdzie trzeba nowy adres i poszli mieszkać.
Po prawie 20 latach zadzwonił pan, który obecnie jest właścicielem starego mieszkania. Zadał sobie dużo trudu, żeby odnaleźć numer telefonu, ale w swojej skrzynce pocztowej znalazł dwa awiza na listy polecone adresowane do moich rodziców - do każdego z nich z osobna. Pan podał numery przesyłek.
Wyprawa do Warszawy nie bardzo wiązała się z planami rodziców, więc mama zadzwoniła na pocztę, z której miała odebrać listy i dowiedziała się, że nadawcą jest Urząd Miejski z obecnego miejsca zamieszkania. Mama chcąc dowiedzieć się o co chodzi, poszła do urzędu, ale niczego nie dowiedziała się, bo tak naprawdę nikt nie wiedział w jakiej sprawie listy zostały wysłane, wiadomo tylko, że takie wyszły.
Udało się dotrzeć w końcu na pocztę, odebrać przesyłki i co się okazało? Urząd wysłał pismo informujące, że sąsiad zza płotu (w obecnym miejscu zamieszkania) chce wybudować coś na swojej posesji.
Tylko skąd wzięli stary adres, jeżeli podobne listy przychodziły od wielu lat na adres obecny?
Po prawie 20 latach zadzwonił pan, który obecnie jest właścicielem starego mieszkania. Zadał sobie dużo trudu, żeby odnaleźć numer telefonu, ale w swojej skrzynce pocztowej znalazł dwa awiza na listy polecone adresowane do moich rodziców - do każdego z nich z osobna. Pan podał numery przesyłek.
Wyprawa do Warszawy nie bardzo wiązała się z planami rodziców, więc mama zadzwoniła na pocztę, z której miała odebrać listy i dowiedziała się, że nadawcą jest Urząd Miejski z obecnego miejsca zamieszkania. Mama chcąc dowiedzieć się o co chodzi, poszła do urzędu, ale niczego nie dowiedziała się, bo tak naprawdę nikt nie wiedział w jakiej sprawie listy zostały wysłane, wiadomo tylko, że takie wyszły.
Udało się dotrzeć w końcu na pocztę, odebrać przesyłki i co się okazało? Urząd wysłał pismo informujące, że sąsiad zza płotu (w obecnym miejscu zamieszkania) chce wybudować coś na swojej posesji.
Tylko skąd wzięli stary adres, jeżeli podobne listy przychodziły od wielu lat na adres obecny?
urząd
Ocena:
506
(570)
‹ pierwsza < 1 2 3 4 5 6 7 > ostatnia ›