Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation
Profil użytkownika

naturalnawodamineralna

Zamieszcza historie od: 7 marca 2011 - 21:52
Ostatnio: 20 listopada 2020 - 7:47
  • Historii na głównej: 8 z 21
  • Punktów za historie: 5437
  • Komentarzy: 36
  • Punktów za komentarze: 94
 
PAMIĘTNIK COVIDOWY

Dzień zero (niedziela): Wieczorem lekki kaszel, myślę: standardowe jesienne przeziębienie.

Dzień 1: Lekki kaszel nadal jest, ale idę do pracy. Po południu zaczyna mnie „rozkładać”- czuję się lekko „połamana”, temperatura 37,3.

Dzień 2: Dla bezpieczeństwa ja i P. zostajemy w domu- gdyby to jednak był covid, żeby nikogo nie zarazić, choć na 99% obstawiam przeziębienie. Za „467” razem udaje mi się dodzwonić do przychodni, teleporada z lekarzem rodzinnym, L4 do końca tygodnia, P. ma home office.

Dzień 3-4: lekki kaszel powoli przechodzi, temperatura cały czas około 37, w kościach nie łamie więc to na bank przeziębienie.

Dzień 5 (piątek): Wieczorem tracę smak i węch… Informujemy osoby, które się z nami widziały (na szczęście tylko 3 szt.) o sytuacji i prosimy o pozostanie w domach („niedługo i tak pewnie zadzwoni do was sanepid z informacją o kwarantannie, no ale lepiej już teraz uważać”)

Dzień 6-7 (weekend): Czuję się dobrze, P. też, temperatura około 37, P. też (dzień 7) traci węch i smak. Próbujemy poruszyć niebo i ziemię (prywatne laboratoria i NFZ/sanepid), aby zrobić gdzieś test, choćby prywatnie („nie przyjmujemy, mamy za dużo chętnych z NFZ”) lub na NFZ (sanepid lokalny- nie odbiera, Główny Inspektor Sanitarny, infolinia ogólnokrajowa: „test tylko po skierowaniu od lekarza rodzinnego, proszę czekać do poniedziałku i dzwonić o teleporadę i skierowanie”). Czuję się dobrze, P. też,

Dzień 8 (poniedziałek): Za „758” razem udaje mi się dodzwonić do przychodni, umawiam teleporadę (sobie i P.), opisuję sytuację, lekarz: „nie dam skierowania na test bo nie ma gorączki powyżej 38. Awantura. Dostaję skierowanie. Teleporada dla P., skierowanie.

Dzień 9: Jedziemy razem na test- wymaz pobrany w tym samym momencie/dniu/godzinie.

Dzień 10: P. ma wynik pozytywny, na pacjent.gov.pl ma info o wyniku i izolacji. Mojego wyniku brak, mam na pacjent.gov.pl info o kwarantannie. P. informuje lekarza rodzinnego o pozytywnym wyniku testu, bo lekarz mimo wydania skierowania nie widzi tego w żadnym systemie. Instalujemy w telefonach aplikację „kwarantanna domowa”- moja od razu każe mi zrobić sobie fotkę, P. przez kilka godzin walczy o dostanie danych do logowania. Jego aplikacja nic od niego nie chce.

Dzień 11: Mam wynik pozytywny, kwarantanna na pacjent.gov.pl zmienia się w izolację (o dzień dłużej niż P., bo dzień później dostałam wynik). Informuję lekarza rodzinnego o pozytywnym wyniku testu, bo lekarz mimo wydania skierowania nie widzi tego w żadnym systemie. Nikt z sanepidu się z nami nie kontaktuje, więc i z 3 osobami, które miały z nami kontakt też nie.

Dzień 12-13: Nic się nie dzieje- czujemy się dobrze, zaczyna mi powoli wracać węch. Sanepid nie dzwoni, aplikacje milczą.
Dzień 13: Do P. dzwoni dzielnicowy, żeby wyszedł na balkon/do okna, bo chcą sprawdzić czy jest w domu. P. tłumaczy z której strony bloku mamy okno, dzielnicowy wysyła tam kolegę. Kolega nie potrafi znaleźć okna, później się gubi, dzielnicowy idzie szukać kolegi. Olewają temat, misja nieukończona, nie sprawdzili czy P. jest w domu.

Dzień 14-15: Nic się nie dzieje- czujemy się dobrze, P. zaczyna powoli wracać węch. Sanepid nie dzwoni, aplikacje milczą.

Dzień 16: Do P. dzwoni dzielnicowy, żeby wyszedł na balkon/do okna, bo chcą sprawdzić czy jest w domu. P. mówi, że jest w wannie- nieważne, proszę szybko wyjść na balkon! Wychodzi, tym razem go znaleźli, pełen sukces.

Dziś jest dzień 17, moim zdaniem już od paru dni jesteśmy niepotrzebnie uwięzieni w domu. 2 z 3 osób, z którymi się widzieliśmy miały test, oba testy negatywne, więc raczej już wtedy nie zarażaliśmy, bo spędziliśmy kilka godzin w jednym pomieszczeniu więc raczej by się zarazili.

P.s. 1: Koleżanka A. miała test, wyszedł negatywny. Po trzech dniach wydzwaniania i kilku rozmów m.in. z sanepidem w mieście A. w końcu ktoś zdejmuje z niej kwarantannę.

P.s. 2: Kolega D. miał test, wyszedł negatywny. Pd trzech dniach wydzwaniania do sanepidu w mieście B., który ciągle nie odbiera jest wkurzony, bo nadal ma kwarantannę (sprawdzała go policja już po wyniku testu) i nie może wyjść do pracy/sklepu.

P.s. 3: Koleżanka R. ma męża, mąż ma wynik pozytywny, objawy, ona z nim mieszka. Sanepid do nich nie dzwonił, ona nie ma kwarantanny, od ponad tygodnia próbuje się dodzwonić do przychodni (po teleporadę/L4) lub sanepidu (w ww. mieście B, który nigdy nie odbiera, aby założyli jej kwarantannę) a pracodawca codziennie dopytuje na jakiej podstawie nie przychodzi do pracy. W końcu po ponad tygodniu dostaje skierowanie na test (i kwarantannę) a do męża dzwoni sanepid, więc przy okazji pytają kiedy koledze D. (ten sam sanepid, to samo miasto) zniknie kwarantanna, bo przecież ma wynik negatywny. Sanepid odpowiada, że kwarantanna nie zniknie, ma na niej siedzieć 10 dni mimo wyniku negatywnego, bo nie ma podstawy prawnej/rozporządzenia itp. na podstawie którego można skrócić kwarantannę.

P.s. 4: Trzy godziny później kolega D. informuje nas, że jego kwarantanna uległa skróceniu...
Wszystko powoli zbliża się do końca, a ja już tęsknię za tym korowodem absurdów, którego Bareja by nawet nie wymyślił…

Skomentuj (9) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 107 (137)
zarchiwizowany
O tym, jak zamówiłam sobie bluzę (będzie w punktach, żeby się łatwiej czytało):

- w niedzielę rano, 26 stycznia, zamówiłam sobie w sklepie internetowym bluzę

- po południu dostałam maila ze sklepu z informacją, że dziękują za zamówienie, realizację (szycie, bo to towar na zamówienie i może to potrwać do 14 dni) zaczną, jak dostaną pieniądze na konto i z pytaniem, czy wysłać na adres, który podałam przy rejestracji, czy na inny

- wieczorem zrobiłam przelew, napisałam maila, że pieniążki poszły i proszę o wysyłkę na inny adres (do pracy, żeby kurier/listonosz na pewno mnie zastał)

- poniedziałek: telefon z tej firmy, kiedy wyślę pieniądze- odpowiedziałam, że przecież już wczoraj napisałam, że wysłałam i podałam inny adres wysyłki- pan przeprosił, widocznie nie zauważyli maila/pracownik mu nie powiedział, że pisałam i że w takim razie zaczynają realizację (co potwierdzili w wieczornym mailu do mnie)

.....

- dzisiaj (6 lutego) napisałam do nich maila, jak tam moja bluza, kiedy będzie gotowa itp. (mają jeszcze czas, ale już się nie mogę doczekać)

- dzwoni szef (S) i bardzo mnie przeprasza, bo przesyłka poszła już 29 lutego, ale pracownik się pomylił i wysłał ją na adres z rejestracji (domowy) a nie ten z maila (do pracy) i pyta, czy ja będę w stanie to odebrać? i na następne zakupy dostanę rabat 10% i oni baaaardzo przepraszają- w sumie nic się nie stało, powiedziałam, że jak wrócę z pracy sprawdzę awizo i odbiorę sobie z poczty (10 min spacerem)

- jak powiedziałam, tak zrobiłam, tylko że awiza w skrzynce brak... niezrażona (wzięłam pod uwagę nieogarnięcie moje lub listonosza, mogło się gdzieś zgubić) idę na pocztę- a tam przesyłki brak... no to dzwonię do S i mówię, że nie ma, a być powinno i pytam, na jaki adres to wysłali? S mówi, że sprawdzi i oddzwoni

- S oddzwania, sprawdził i wysłali na adres taki, jaki podałam przy rejestracji, ul. Piekielna 10... ja na to, że ja mieszkam na ul.Piekilnej 10C/ 17!!! i okazało się, że pomyliłam się przy rejestracji... (jestem zła sama na siebie, grrrr...) - mówię S, że w takim razie to wróci do nich i niech mi to wyślą jeszcze raz, on że OK

- dzwoni S i mówi, że w sumie to mu się przypomniało, że wczoraj przyszło do nich jakieś awizo na "zwrot niedostarczonej przesyłki", ale on był na poczcie i tam w ogóle nie mieli tej paczki! W tym momencie witki mi opadły... S obiecał, że jeszcze raz pojedzie dzisiaj na pocztę i sprawdzi, czy tego tam nie mają

- S dzwoni kolejny raz- po numerze przesyłki sprawdził to na stronie poczty, gdzie jest napisane, że dzisiaj "przesyłka została przekazana do dostarczenia" - czyli dzisiaj dostał ją mój listonosz! byłoby super, gdyby nie fakt, ze nie ma u mnie ulicy Piekielnej 10 (pod tym adresem jest wielki blok- bez nr mieszkania nic nie dostarczy)

I teraz liczę na to, że złapię tą przesyłkę na poczcie zanim ją odeślą...

Idę na pocztę...

I kto tu był bardziej piekielny?

gdzieś w odmętach poczty

Skomentuj (1) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: -24 (30)
Trzymajcie mnie bo jeszcze mnie trzęsie...

Wczoraj koło 23.00 moja teściowa źle się poczuła - na tyle źle, że teść zadzwonił pod 999 i opisał objawy: Kobieta lat 60, wymioty, ból żołądka, silny ból lewego ramienia, ból, duszność, ucisk w klatce piersiowej, dotąd nie chorowała, paląca. Wy już wiecie co to, prawda?

Ciekawe, czy dyspozytor(ka), który odebrał tez wiedział? Bo skoro udzielono odpowiedzi "mamy inne wezwania, nie przyjedziemy" to albo tam pracują idioci albo... idioci.

Dobrze, że teść był w domu (często wyjeżdża), miał auto i dobry szpital blisko, zawał przeszła nieźle, stenty wstawili. Ale co gdyby mieszkali daleko/nie mieli auta/była sama w domu?

Wytłumaczcie mi, jak to jest, urwał, możliwe?

Skomentuj (30) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 684 (752)
zarchiwizowany
Akt I

Kupiłam buty na Allegro. Zapłaciłam, sprzedający otrzymał wpłatę. Czekam na mail (wysyłka kurierem), że nadano paczkę/jest w drodze/będzie jutro czy cokolwiek- mail miał być od firmy kurierskiej. 2 dni później: sprawdzam maila, żadnej informacji. Godzinę po tym kurier przywozi paczkę. 2 godziny po przyjeździe kuriera odbieram maila od firmy kurierskiej: "Informujemy, że została do Pani nadana przesyłka o numerze xxx" Szybcy są, nie ma co....

Akt II

Buty mi się na żywo nie spodobały, odsyłam je więc sprzedającemu, który zaznaczył, żeby wysłać je Pocztą Polską. Karton zapakowany, poszłam w sobotę na pocztę. W części (u mnie na poczcie to osobne pomieszczenie) zajmującej się wysyłką paczek 2 okienka. Identyczne- każde opisane "nadawanie i odbiór przesyłek listowych, nadawanie i odbiór paczek". Stanęłam w ogonku do pierwszego- wydawał mi się krótszy. Stoję, czekam, po 20 minutach dotarłam do okienka. Chcę podać pani w okienku paczkę i słyszę "ale to nie u mnie, paczki to u koleżanki obok..." Nosz kur**. Pytam dlaczego, skoro oba okienka są takie samo i u niej jest napisane "nadawanie paczek"? Odpowiedź: bo dzisiaj jest sobota a w soboty tylko u koleżanki. No tak, a ty żuczku mały, petencie marny stój, masz przecież czas...

Akt III

Muszę nadać paczkę. Co wybrać, kuriera czy pocztę...?

kurierzy/poczta

Skomentuj Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: -11 (33)
Odwiedziłam ostatnio pierwszy raz w życiu okulistę, bo zaczęłam mieć wrażenie, że po dłuższej chwili czytania czegokolwiek rozmazują mi się literki. Poszłam do nieznanej mi pani, bezpłatnie, z NFZ. Pani była bardzo miła, zrobiła wg. mnie dużo badań, wszystko wytłumaczyła. Diagnoza: 0,75 astygmatyzm, prawdopodobnie zawężone pole widzenia w jednym oku, kupić okulary i nosić.

Ok, trzeba to trzeba, ale że to wydatek czasem dość spory, to postanowiłam skorzystać z dofinansowania u mnie w firmie. Kadrowiec umówił mnie na wizytę w prywatnej przychodni (bardzo exclusive), która "obsługuje" nasza firmę w celu potwierdzenia wady i uzyskania wniosku z zaleceniem noszenia okularów niezbędnego do uzyskania refundacji. Oto czego dowiedziałam się od Pani Okulistki (wyjątkowo niemiłej i wrednej baby zresztą):

- wadę mam, potwierdziła, ale.... to bez sensu okulary, teraz to wszyscy wszystkim by tylko okulary dawali, "niech pani popatrzy w autobusie np. wszyscy prawie w okularach od małego dziecka po starsze osoby, to bez sensu", bo okulary to łatwo dać, ale pani młoda jest, niech się oko przyzwyczaja i sobie radzi...
- ona nie ma sprzętu, żeby tu zrobić wystarczające badania
- nie ma też na nie czasu
- a w ogóle to tu jest medycyna pracy, a nie poradnia okulistyczne, więc co ja chcę (nosz kur**, zaświadczenie do pracy!)
- (na skierowaniu z pracy mam wpisane "praca przy komputerze powyżej 4h dziennie"), wg. okulistki: nie to niemożliwe, przecież ja jestem tylko sekretarką to tyle nie siedzę przy komputerze, tyle to pani w banku siedzi a nie ja. I pani okulistka wie, że ja to przecież a to kawę zrobię, a to jakieś papiery przyniosę i na bank przed komputerem tyle nie siedzę (kij z tym, że pracuję na stanowisku asystenckim, ale nie w sekretariacie- pani okulistka wie lepiej, co robię w pracy)

Koniec końców wniosku na okulary nie dostałam, straciłam czas (2h w czasie pracy), kasę na dojazd, mnóstwo nerwów swoich i kadrowca, który jak wysłuchał mojej relacji to też się, delikatnie mówiąc, zdenerwował - bo nawet jeśli pani okulistka nie widzi potrzeby noszenia przeze mnie okularów, to ma obowiązek poinformować o tym mojego pracodawcę, a ta pani nie wypisała ani pozytywnego, ani negatywnego wniosku.

Po interwencji (...i awanturze) kadrowca z mojej firmy u dyrekcji placówki na następny dzień z samego rana zadzwoniła do mnie pani z rejestracji przychodni zapraszając po odbiór zaświadczenia o konieczności noszenia okularów korekcyjnych...

Zaświadczenie odebrałam. Jest bez wpisanej wady wzroku, a co za tym idzie, nie takie jak trzeba...

okulista

Skomentuj (9) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 503 (555)
zarchiwizowany
Jak to miło być docenionym w pracy...

Pracuję w dużej spółce giełdowej. Dzwoni telefon.
Ja: Dzień Dobry, Krystyna Piekielna, biuro relacji inwestorskich KOGUCIK S.A.
Akcjonariusz: Bry, ja jestem waszym akcjonariuszem i mam rachunek maklerski (wow!) i bym chciał porozmawiać o waszych akcjach i sytuacji spółki, to mogę rozmawiać z Panią czy z kimś kompetentnym?

Kurtyna.

taka sobie firma

Skomentuj (6) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 2 (72)
Z cyklu Matka Roku, lub raczej Metoda Wychowawcza Roku:

Sytuacja sprzed paru minut. Wracam do domu z zakupami, wszystkie bloki na moim osiedlu mają na dole garaże. Pani Matka wracała z synkiem, około 4-5 lat ze spaceru, mały na czterokołowym rowerku. Otworzyła garaż i kazała małemu zaprowadzić do środka rowerek. Sęk w tym, że dzieci w tym wieku nie są jeszcze ani silne, ani super skoordynowane, a w garażu było ciemno jak w miejscu, gdzie plecy tracą swa szlachetną nazwę i był w nim dość wysoki próg. Małemu zajęło to chyba o 3 sekundy za długo, niż wymagane przez matkę 5 sekund i zniecierpliwiona zamknęła małego w tym ciemnym garażu zanim zdążył z niego wyjść. Chłopczyk płakał i dobijał się do drzwi, za którymi stała matka drąc na niego swą paszczę tak, że chyba całe osiedle ją słyszało.

Gratulacje. Superniania byłaby z Pani dumna.

Garaż w bloku

Skomentuj (24) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 631 (711)
Kolejna opowieść z cyklu "piekielni kurierzy". Zamawiałam w pracy kuriera, trasa Katowice-Szczecin, przewóz dokumentów, bardzo bardzo ważnych, których niedostarczenie wiązałoby się dla firmy ze stratą tysięcy, o ile nie milionów złotych. Tak więc naprawdę ważna rzecz. Dodatkowo dokumenty musiały znaleźć się z Szczecinie u naszego pracownika nie później niż o 10.00 rano, bo o 11.00 ze Świnoujścia wypływał statek, na który miały być one dostarczone, a jeszcze trzeba je do tego portu zawieźć. Dzwonię do różnych firm, najtaniej wysyłka z dostarczeniem na 10.00 rano wyszła w firmie DajPanDokumenty.

Dzwonię na infolinię, żeby się upewnić, czy na pewno na 10.00 będą, czy tak się da i w ogóle. Gorące zapewnienia, że tak. Zamawiam kuriera. Po 2h przyjeżdża wybitnie niekumaty jegomość, któremu musiałam tłumaczyć za co jaka opłata, bo w smsie ze zgłoszeniem z infolinii dostał tylko cyfry załóżmy: 30,20,35 (30,00 pln przesyłka, 20,00 dopłata za dostarczenie na 10.00, 35,00 dokumenty zwrotne - czyli przesyłka z podpisaną kopią odbioru z powrotem do naszej firmy). Dodam tylko, że na liście przewozowym jak byk jest zaznaczone krzyżykiem "dostarczenie do 9.00 (do 10.00 w miesiącach listopad-marzec)". Akurat to był grudzień, dlatego na 10.00.

Ok, poszło. Dzień następny, godzina 10.00, pracownik w Szczecinie zgłasza, że nie dostał jeszcze paczki. Dzwonię na infolinię, a tam.... mało mnie szlag na miejscu nie trafił, informacja, że "nie ma możliwości dostarczenia tego na 10.00 w Szczecinie, bo to daleko od bazy, czy coś w tym stylu i w ogóle oni nie przyjmują zgłoszeń z opcja "do 10.00" do tej miejscowości.

Ja - stan przedzawałowy, nie będę cytować co powiedziałam panu na infolinii, mając w głębokim poważaniu, że mnie nagrywają. Generalnie zapytałam, dlaczego w takim razie przyjęli takie zgłoszenie, czemu mam to potwierdzone na kopii listu przewozowego, czemu na infolinii wczoraj powiedziano mi, że się da, i czemu za to zapłaciłam i takie zgłoszenie przeszło przez system??? Odpowiedź:
- Nie wiem jak to się stało. :)

Pomijam moje wiszenie na telefonie z infolinią, szukanie i przyspieszanie kuriera, jazda naszego pracownika chyba 200km/h, ale w 15 minut (po wielu przyspieszeniach pana kuriera - w sumie nie jego wina, bo on nie miał możliwości dostarczenia paczki wcześniej) nasz pracownik zdążył wbiegając na rampę czy ten pomost, który łączy nadbrzeże ze statkiem, w momencie odczepiania go. Nieważne, zdążył, miliony uratowane!

I ciąg dalszy: reklamacja zgłoszona na infolinię, mam czekać na kontakt. Po 2 tygodniach dostaję maila, że tu pani jakaś tam, w sprawie zgłoszenia reklamacyjnego, że o co to chodziło...? No to ja opisuje setny raz, wysyłam skan listu przewozowego. Po tygodniu odpowiedź: "Reklamacja uznana za bezzasadną - nie ma możliwości dostarczenia takiej przesyłki w to miejsce w opcji ′do 10.00′". Ja znowu piszę, (było to w połowie stycznia), że jak to, skoro potwierdzone, skoro infolinia, skoro zapłaciłam, skoro pan kurier przyjął, skoro mam to zaznaczone na kopii listu itd... I co?

Do dnia dzisiejszego firma DajPanDokumenty się nie odezwała....

firma kurierska DajPanDokumenty

Skomentuj (36) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 452 (560)
zarchiwizowany
Kolejna opowieść z cyklu "białe szaleństwo" czyli trochę o państwowej służbie zdrowia

Znajomy znajomej, facet koło 50ego roku życia dowiedział się, że ma problemy z sercem i konieczna jest operacja. Poszedł do szpitala, nota bene znanego z tego typu operacji i uważanego za bardzo dobrą placówkę pod względem opieki kardiologicznej.

Operację miał, udała się, ale jak to po zabiegu na sercu trzeba bardzo na wszystko uważać. Razem z nim na sali było jeszcze dwóch panów, też po niedawnych operacjach na sercu. Parę dni temu powiedziano im, żeby zeszli na dół na rentgen, od razu wszyscy w trójkę. Jednak nikt nie nadmienił, że powinni się ubrać, bo gabinet RTG jest przy wejściu do szpitala, gdzie hula wiatr i wpada śnieg gdy ktoś tylko otworzy drzwi. Siedzieli tak sobie w piżamkach czekając godzinę na rentgen, a ciepło im nie było.

Teraz poza dochodzeniem do siebie po operacji leczą się dodatkowo na zapalenie płuc. Wszyscy trzej.

pewien szpital na Śląsku

Skomentuj (3) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 121 (145)
zarchiwizowany
Historia metal_fish o rozmowach z jamniczką przypomniała mi inną zabawną sytuację opowiedzianą mi przez znajomych. Do rzeczy:

Znajomi, małżeństwo mieli jamnika koloru rudego (czy tam rudobrązowego, no klasyczny odcień jamniczy). Małżonka również była ruda i to dość ogniście. Mieszkali w bloku posiadając przy tym paru piekielnie zainteresowanych wszystkim wokół, w tym życiem współlokatorów, sąsiadów.

Któregoś weekendowego wieczoru wrócili dość późno (2-3 w nocy) z jakiejś większej imprezy. Jako, że są to ludzie w zasadzie nie pijący, to musiała być naprawdę wyjątkowa okazja, gdyż Pan Mąż (M) troszkę sobie dogodził i widocznie naszedł go jakiś ckliwy nastrój. Żona poszła do łazienki a on czule wita się z jamnikiem po paru godzinach nieobecności tymi słowami:
M: Moja Ty królewno, księżniczko jedyna, nawet nie wiesz, jak mi jest źle bez Ciebie! Moje Ty rude słoneczko, ty piękności najmilsza, chodź zrobię Ci kolację i położymy się spać razem, co? Nawet Cię kołderką przykryję jak chcesz...
I poszli spać.

Następnego dnia żona spotyka sąsiadkę (S), która do niej wypala:
S: Pani, jak ja Pani zazdroszczę takiego chłopa, cud nie facet, żeby mój raz w życiu tak do mnie powiedział, ale on tak nie umie, a ten Pani mąż to jak poeta mówił!

Żona w szoku, podziękowała za komplementy, wróciła do domu. I tam dopiero mąż wyjaśnił, kto w tym domu jest prawdziwą "rudą księżniczką"...

blok z rudym jamnikiem

Skomentuj (11) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 261 (283)