Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation
Profil użytkownika

nie_idealna_mama

Zamieszcza historie od: 26 sierpnia 2015 - 13:04
Ostatnio: 25 czerwca 2018 - 14:25
  • Historii na głównej: 2 z 2
  • Punktów za historie: 637
  • Komentarzy: 8
  • Punktów za komentarze: 16
 

#82391

(PW) ·
| Do ulubionych
Często pojawia się temat służby zdrowia w roli głównej, więc i ja dodam swoje 3 grosze.

Podczas ferii zimowych byłam na wsi u siostry. W pewien dzień rano zaczął bolec mnie brzuch. Znałam ten ból doskonale, bo miałam drobne kamyki w woreczku żółciowym i takie bóle zdarzyły się już kilkakrotnie. Lecz przyznam, lekko mnie to zaskoczyło, ponieważ rano jak i poprzedniego dnia jadłam jedynie chleb z twarogiem. Nic tłustego.
Wzięłam leki przeciwbólowe i poszłam z dziećmi na sanki. Była to godzina 11 w niedziele.

Gdy wracałam czułam, że ból jest silniejszy. Akurat miałam wracać z mężem do miasta, więc stwierdziłam, że od wypadku przyspieszę swoją podróż.

Jechałam 2,5 godziny w bólach. Już silniejszych. Wiedziałam, że może to trwać kilka godzin, więc nastawiałam się na to. W domu kolejna dawka leków, które nic nie pomogły. Po tym jak zaczęłam wyć z bólu, mąż zadzwonił na pogotowie. Karetka przyjechała szybko. Pomacali, zmierzyli ciśnienie (200/100) oraz cukier (200) dali leki na nadciśnienie oraz kazali wykupić ketonal, coś jeszcze i pojechali. Do 30 minut ból powinien ustąpić. Nie ustąpił. Po 2 godzinach po rozmowie męża z dyspozytorką ta znów wysłała karetkę. Przyjechała większa ekipa, lepiej wyposażona. Byli w szoku jak usłyszeli „zalecenia” swoich kolegów po fachu oraz faktu, że nie dostałam od nich leków (których jak usłyszałam, gdy rozmawiali między sobą, nie mieli).

Zabrali się do roboty, wenflon, leki dożylne. Poczekali aż ból zacznie słabnąć i pojechali. Była to 1 w nocy. Ból zelżał, lecz nadal go czułam, ale poszłam spać. Pospalam... 30 minut. Ból nawrócił, bardzo silny. Pojechałam na SOR taksówką, innej możliwości nie było. Mąż musiał zostać z dziećmi w domu, a nie mieliśmy nikogo do pomocy. Jak już trafiłam na SOR to miałam szczęście, bo okazało się, że przede mną nikogo nie ma. Wzięli mnie od razu.

Kroplówki, badania, już nie wiedziałam co się wokół mnie dzieje. Kroplówki w końcu dały ulgę, badania wyszły ok i o 7 w poniedziałek wróciłam do domu. W zaleceniach było napisane, że mam wrócić na SOR w trybie natychmiastowym, jeśli zaczną mi między innymi żółknąc oczy.

Koło 10 napiłam się łyk wody, pojawił się przeszywający ból. Ale minął po kilku minutach. Byłam tak słaba, że cały dzień spałam. Bolało mnie ciągle, ale mówili, że podrażniony woreczek może bolec, więc nie narzekałam. Bolało w nadbrzuszu, w centralnej części. Przy każdym kroku, oddechu. Wieczorem myślałam już, że to żołądek. W końcu nie jadłam nic już od ponad 30 godzin.

Ugryzłam wiec wafla ryżowego i napiłam się łyka wody. Po 10 minutach dostałam bardzo silnego bólu, silniejszego niż wcześniej. Wzięłam leki i spróbowałam iść spać, byłam ciągle osłabiona. Przysypiałam, lecz co jakiś czas budził mnie ból. Około 2 w nocy chciałam już umrzeć i pobiegłam wymiotować. Niestety nie było czym. Synek też wymiotował, więc byłam pewna, że dodatkowo złapaliśmy wirusa. Po tym epizodzie przeszło i mogłam iść spać dalej. Rano obudziłam się z lekko żółtymi oczami na samym dole. Zastanawiałam się co robić, ale około 11 we wtorek, pojechałam jednak na SOR myśląc, że będę zawracać jedynie tyłek.

Dużo się nie pomyliłam, Pani w okienku marudziła, że trzeba operację zrobić i będzie spokój, że przecież nic mi nie jest. Według niej oczy mogą być żółte po ataku. Nie chciała słuchać, że boli, że ledwo chodzę już, bo jestem tak słaba, że mam dość.
W końcu po moim uporze stwierdziła - dobra, zbadamy.
Moja kolej nadeszła po około godzinie. Kroplówki, badania, chcą zrobić usg. Ok, róbcie cokolwiek, byleby mi ulżyć.
W usg wyszło, że mam poszerzone drogi żółciowe i coś jeszcze. Po 10 minutach przyszły wyniki badań z krwi.

Nagle słyszę „o ku**a”.
Podsłuchuję, że rozmawiają o czyiś wynikach badań - duży poziom bilirubiny i tragicznie wysoki poziom amylazy trzustkowej. Szybko telefon na oddział i tekst „nie wychodź, przywozimy do Was na chirurgię pacjentkę. Młodziutka. 24 lata.” Wtedy już wiedziałam, że to o mnie mowa. Okazało się, że jeden z kamyczków poszedł sobie na wędrówkę w drogi żółciowe i doszło do ostrego zapalenia trzustki. W dodatku byłam już maksymalnie odwodniona.
Dowiedziałam się, że gdybym z tym poczekała jeszcze kilka godzin, może dzień, to osierociłabym dzieci.

Spędziłam tam tydzień. Doszłam do siebie. I tu pojawia się kolejna piekielność. Trzeba wyznaczyć termin zabiegu usunięcia woreczka. Umawiają mnie za 2/3 tygodnie do poradni chirurgicznej. Zaznaczają, że pilne, trują mi, że muszę jak najszybciej usunąć, że to się może powtórzyć.

Ok, nadszedł termin, był to początek marca. W poradni spędziłam kilka godzin (byłam umówiona na godzinę), by dowiedzieć się, że muszę jeszcze odbyć konsultacje z anestezjologiem. Więc pani przyjdzie do nas 10 maja... opadło mi wszystko. Mam już, teraz, natychmiast usunąć, ale termin na kolejną konsultacje jest za 2 miesiące?! Czyli mam się zoperować sama czy jak?

Na drugi dzień dzwonię do szpitala i chce umówić się do anestezjologia prywatnie. Mówię jaka sprawa i wtedy miła pani mówi STOP. Skoro zabieg ma być na NFZ, to muszę iść do anestezjologa na NFZ. Nie powiem, wkurzyłam się.
Poszłam prywatnie do chirurga, z innego szpitala. Od ręki wystawił mi termin za 2 miesiące, bo do zrobienia sterta badań (mam planowaną jeszcze znacznie poważniejszą operacje, też u niego).

W chwili obecnej jestem po zabiegu, wszystko poszło super, a ja mogę normalnie funkcjonować bez obawy, że coś się stanie.

Szpital Kraków

Skomentuj (24) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 146 (176)

#68218

(PW) ·
| Do ulubionych
Historia miała miejsce pół roku temu w centrum Krakowa.

Pracuję obecnie w miejscu gdzie organizowane są różne posiedzenia, rady lub szkolenia. Zdarza się, że takie szkolenie trwa 2 dni po 8 godzin. W tym czasie jest zapewniony catering. Bardzo często zdarza się, że zostaje mnóstwo jedzenia, które trzeba albo wyrzucić albo po prostu wziąć do domu - właśnie tak zdarzyło się w tym dniu. Wszystko pięknie spakowane do osobnych pudełeczek, zupa w słoiku i wio na autobus. Godzina 14, więc osób na przystanku dużo, tym bardziej że blisko miasteczko studenckie i uniwersytet.

Stoję sobie spokojnie, gdy nagle podchodzi do mnie mężczyzna w wieku około 50 lat, widać że biedny, ale na pewno nie pijany. I pyta się mnie po cichu czy nie mam kilku złotych na jedzenie, bo on bezdomny. Ja już radosna, że mogę komuś pomóc i z wielkim bananem na ryju odpowiadam, że właśnie tak się składa, że mam przy sobie jedzenie.[Bezdomny] opuszcza wzrok i do mnie rzecze:

[B]: Msbdjsakjdhfhdfd.
[J]: Przepraszam, ale mógłby Pan powtórzyć, bo nie słyszałam.
[B]: A co Pani ma?
[J]: (lekki zonk, ale myślę, że może uczulony czy coś) Zupę krem z pomidorów, makaron ze szpinakiem oraz rybę
[B]: A to nie...
I poszedł sobie kilka osób dalej, ze spojrzeniem jak kot z Shreka, pytając czy nie pomogą biednemu bezdomnemu...

komunikacja_miejska

Skomentuj (22) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 491 (519)

1