Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation
Profil użytkownika

olo1990pl

Zamieszcza historie od: 12 lipca 2012 - 2:02
Ostatnio: 26 maja 2020 - 23:43
  • Historii na głównej: 2 z 6
  • Punktów za historie: 425
  • Komentarzy: 25
  • Punktów za komentarze: 42
 

#86305

(PW) ·
| Do ulubionych
Czas mamy, jaki mamy - wszędzie trąbią by TERAZ nie przychodzić bez potrzeby do przychodni, bo to tylko siedlisko chorób (ogólnie to zawsze jest to siedlisko chorób i nie powinno się bez powodu przychodzić).

Mały wstęp - aktualnie siedzę w domu na szkoleniu (z powodu pandemii zamiast tradycyjnego jest webinarium), samo szkolenie wymagane w ramach zrobienia specjalizacji, czekałem na nie dość sporo, więc nie mogłem przełożyć. To tak do ~15 a potem idę popołudniami do pracy jako Roślinny... Rodzinny na jakieś 2-3h, by wypisać recepty wcześniej zgłoszone przez pacjentów oraz by dawać telekonsultacje lekarskie - robię to po to, by odciążyć trochę kolegów po fachu oraz dlatego, że na jakichś 10 lekarzy stale pracujących w przychodni tylko ja i dwoje innych potrafi nasz system w miarę sprawnie obsługiwać - e-recepty znacząco utrudniły i wydłużyły pisanie ich w naszym systemie i (o ile nie wyrobi się odpowiedniej techniki) wypisanie JEDNEJ recepty zajmuje ~3min ..., gdzie rekordzistka miała 4 pełne recepty - 20 leków a normalnie na pacjenta przypadają 2 recepty.

I. Odn. recept - niektórzy ludzie nagle po 6-12 msc. przypomnieli sobie, że przyjmują jakieś leki. Albo proszą o leki na 4msc., gdzie poprzednie leki na 4msc. były wypisane miesiąc temu. Kompletnie mnie też załamują osoby, które w czasie wizyty receptowej (a więc tylko leki stałe na bazie dokumentacji POZ/AOS/wypisu ze szpitala), poza lekami do leczenia przewlekłego próbują mi wcisnąć (a nóż się uda!!) antybiotyki/maści sterydowe i ostatni hit pochodne chininy. :/ Albo oprócz leków prośby o przepisanie badań, albo od razu do specjalisty skierowanie, bo może się przyda.

II. Przyszedł Pan, bo potrzebuje pilnie!! na!! już!! zaświadczenia. Siedzę obłożony kartami pacjentów (w tym czasie ogarniam ze 30 osób), ale pytam się co tak mu pilnie potrzeba (jak się już naraził to, niech nie pójdzie to na marne). Pan mówi, że mamusia/teściowa jest ciężko chora (może nie przeżyje miesiąca!!), córeczka (jego żona) się nią opiekuje (i nie pracuje przez to) i potrzebuje na już zaświadczenia lekarskiego o stanie zdrowia dla zespołu orzekania o niepełnosprawności (i docelowo renty oraz dodatku 500+ na seniora).

Z rejestratorką tłumaczymy chłopu, że teraz to nie ma sensu tego robić bo:
a) trwa to ~20-30 min i muszę mieć wszystkie dokumenty (a pacjenci i rodzina NIE przynoszą ŻADNYCH zaświadczeń od specjalisty lub wypisu ze szpitala mimo moich usilnych próśb, a na bazie jego słów nic mu nie wypiszę);
b) żadne urzędy/ośrodki w moim mieście nie przyjmują teraz petentów;
c) czas jaki upływa od złożenia wniosku do wypłaty świadczeń to ok 3 msc;
d) moje zaświadczenie jest ważne tylko 30 dni.

Pan wielce obrażony wyszedł, że mu nie pomogłem, bo on przecież teraz był w MOPR i powiedzieli mu, że jakby teraz dostarczył to będą pieniądze za miesiąc - wielce wątpię.

Mała dygresja jeszcze - owe zaświadczenia (głównie chodzi mi o to 500+ dla seniora) NIE JEST w ramach świadczeń POZ i pacjent powinien za nie zapłacić - w mojej jednak przychodni lekarze uznali, że nie będziemy za to pobierać pieniędzy (inne przychodnie liczą po 50-100 zł od papiera).

Dygresja nr 2 - 500+ dla seniora jest TYLKO dla ludzi ze znacznym stopniem niepełnosprawności + wymagającym opieki osób drugich/trzecich (nie zliczę ile osób miałem, co same przyszły i KAZAŁY sobie wpisać, że wymagają opieki) + razem z emeryturą/rentą nie może przekroczyć o ile pamiętam 1600 zł.

III. Przychodzi Pan. Pan mało schludnie ubrany. U którego widać po zachowaniu i zapachu, że wziął sobie ostro do serca zalecenia od Ministra Zdrowia o odkażaniu alkoholem, ale nie poprzestał na zewnętrznym stosowaniu i uskuteczniał stosowanie wewnętrzne... bez przerwy od kilku dni ("Paaaanie doktorze, z ręką na sercu - tylko jedno piwko dzisiaj wypiłem"). Od 3tyg skarży się na katarek i stan podgorączkowy. I każe mi wypisać mu antybiotyk. Nie to, że antybiotyki + alkohol to bardzo złe połączenie (niektóre działają tak jak "wszywki") to tym bardziej przeziębienie nie jest wskazaniem do leczenia antybiotykiem. Zaleciłem powrót do domu, koniec z piciem i przyjście następnego dnia jak wytrzeźwieje... Gabinet wietrzyłem 30 min po jego wyjściu, ale przynajmniej katar mnie puścił (spokojnie to tylko przewlekły nieżyt nosa, ni to alergiczny, ni to infekcyjny.

IV. (Z zeszłego tygodnia tuż przed zaleconą kwarantanną, ale gdy już mówiono by nie chodzić do POZ bez powodu) Przychodzi Pani i prosi o lek na opryszczkę - na twarzy nie widzę, pytam się gdzie są zmiany (ginekologicznie nie badam ... jeszcze - choć coś Ministerstwo Zdrowia chciało ostatnio dołożyć rodzinnym elementy z zakresu ginekologii, dermatologii i chirurgii). Pani mówi, że nie, nie dla niej ten lek. Dla męża. On teraz jest w delegacji 100 km od domu. A w ogóle to już mu przeszło 2 dni temu. Bo była w weekend w aptece i dostała od zaprzyjaźnionego aptekarza opakowanie. I on ją prosił by doniosła receptę. A i w ogóle to ma być opakowanie z dawką 400 mg.

Nosz motyla noga:
a) Standardowo wdł. Charakterystyki Produktu Leczniczego i zaleceń daje się na zwykłą opryszczkę ten lek w dawce 200 mg 5xdz przez 5 dni. Nie 400 mg;
b) takie leczenie jest też dostępne w aptece bez recepty ("No ale jest drożej!");
c) Kara za nienależną refundację dla lekarza to 200 zł + to co NFZ dopłacił do leku + odsetki - a przypominają sobie dziady tuż przed przedawnieniem, więc odsetki są bardzo duże - BTW czemu karany jest lekarz, a nie osoba która się wzbogaciła (najczęściej okłamując lekarza, że ma w karcie/domu zaświadczenie uprawniające do refundacji)? Bo lekarza łatwiej zastraszyć i odebrać mu "przywilej" wypisywania leków z refundacją;
d) Za każdą receptę odpowiadam prawnie - bo to jest dokument urzędowy - jakby coś się jej mężowi stało (np uszkodził by mu ten lek wątrobę), to (z powodu jego osobistej vendetty) minister Ziobro i smutni panowie w stroju AT zapukaliby do moich drzwi nad ranem;
e) Aptekarz złamał prawo i nie będę go teraz ratował ryzykując moimi uprawnieniami i ryzykiem wywalenia do kosza 10-ciu lat nauki z mojego życiorysu.

Tak, jestem w wielu przypadkach służbistą. Pani wyszła bez recepty, obrażona.

Bonus:
14 luty - święto chorób umysłowych i epilepsji. Po dość spokojnym poranku (jak nigdy) dzwoni telefon. Rejestratorka przyjmuje zapotrzebowanie na wizytę domową - według numeracji to mieszkanie jakieś 200m od przychodni. Oddzwaniam na numer z historii choroby i odbiera tata pacjenta (dwudziestokilkulatka). Mówi, że synek od 4 dni nic nie je, jest osłabiony, pije tylko wodę. Skarży się też na ból gardła. Drążę temat i dowiaduję się, że wszystko zaczęło się od zerwania z dziewczyną, a i te leki przeciwbólowe (Paracetamol) to bierze w bardzo dużej ilości (8 tabletek dziennie - max dla wątroby w warunkach domowych, ale w połączeniu z alkoholem to już działa na nią mocno toksycznie).

Tłumaczę ojcu, że w takiej sytuacji wizyta domowa nie ma sensu (a ja nie mogę ot tak opuścić przychodni), że wezmę zaocznie wypiszę skierowanie do szpitala na oddział psychiatryczny, bo tu ewidentnie ma ciężką reakcję na stres (albo chce zrobić "samobójstwo" na pokaz, co by takim szantażem zmusić dziewczynę do powrotu) i trzeba zrobić podstawowe badania na szybko i pod STAŁĄ opieką zacząć leczenie.

Słyszę odpowiedź, że nie - "bo to będzie WSTYD!! Co ludzie powiedzą" (nosz kur...). Mam przyjść (nawet po pracy, zapłacę!) by synkowi dać kroplówkę na wzmocnienie (kroplówka u takiej osoby to wielce prawdopodobne zaburzenia rytmu serca, plus nie ma czegoś takiego jak kroplówka na wzmocnienie! To tylko woda z elektrolitami lub odrobiną glukozy).

Powtarzam 3x, że u syna nie ma problemu internistycznego, który magicznie zniknie jak tam pójdę, tylko problem natury psychicznej i potrzebuje on fachowej pomocy.

I dostaję dictum - mam TERAZ przyjść podać kroplówkę i osłuchać jego syna, albo on przyniesie syna do przychodni i położy mi go przed drzwiami gabinetu i zmusi siłą do zbadania syna.

o_O

Jedyne co powiedziałem to: Zapraszam, jestem do 18:00 (rozmowa trwała >30 min sumarycznie i początkowy luz zmienił się w chaos w poczekalni, więc nawet jeśli to już nie mogłem wyjść z przychodni). I tu nastąpiło rozłączenie telefonu.

Na szczęście nie spełnił gróźb, ale żeby nie było - to miałem nadzieję, że faktycznie przyjdą i wtedy może udało by mi się jakoś przekonać chłopaka, by jednak poszedł do szpitala.

Może kiedyś coś jeszcze napiszę jak coś ciekawego się zdarzy.

ochrona_zdrowia POZ

Skomentuj (12) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 173 (199)

#86126

(PW) ·
| Do ulubionych
Miałem napisać komentarz do https://piekielni.pl/86116 , ale wyszło mi za dużo znaków na to oraz może też więcej osób to przeczyta i zrozumie dlaczego młoda lekarka tak postąpiła.

W skrócie: autorka tekstu napisała, że w Podstawowej Opiece Zdrowotnej (po ludzku przychodnia gdzie przyjmuje roślinny... wróć rodzinny) nie dostała badań potrzebnych jej do operacji, których listę dostała od chirurga.

Sam jestem w podobnej sytuacji jak tamta lekarka z historii (kończę drugi rok specjalizacji z Medycyny Rodzinnej). I postąpiła ona zgodnie z prawem, ponieważ:

NIE WOLNO PRZENOSIĆ KOSZTÓW SPECJALISTYKI NA POZ! I skarga w NFZ zostałaby zapewne rozpatrzona negatywnie, bo oni sami walczą z tą "patologią".

Specjaliści przenoszą obowiązkowe badania ze swojej poradni lub z oddziału na lekarzy POZ - po to by sami nie musieć za nie zapłacić -> proste prawda? Dodatkowo często wymagają badań, których w przychodni NIE mogę zlecić lub wymagają zaświadczeń, których NIE mogę wystawiać (kwalifikacja do zabiegu w znieczuleniu ogólnym - o tym decyduje Anestezjolog). Za badania, które nie są w "koszyku świadczeń" pracodawca może ode mnie wymagać zwrotu kosztów.

Co do finansowania przychodni - w porównaniu z Poradniami Specjalistycznymi oraz Oddziałami, POZ nie dostaje pieniędzy za wykonane procedury (za każdą wizytę, badanie i zabieg dostaje się wtedy punkty, za które płaci fundusz), lecz NFZ płaci miesięcznie stawkę kapitacyjną (EDYCJA ~140zł od OSOBY w skali roku, czyli ~12 zł za miesiąc! Coś mi nie pasowało, że płacą ~100 zł miesięcznie, bo to za dużo kasy by było), która przeznaczana jest na całą pracę przychodni (pensje, media, czynsz, itp) oraz na wszystkie zlecane przez lekarzy badania (laboratoryjne, radiologiczne i inne).

CODZIENNIE przychodzi do mnie jakiś pacjent, który ŻĄDA zlecenia jakiegoś badania, bo mu powiedziano u specjalisty lub zakładzie radiologii, że je ode mnie dostanie. Często jest to Kreatynina (wymagana do zrobienia MR lub CT z kontrastem by sprawdzić czy nerki dobrze pracują i czy zostanie on [kontrast] wydalony z moczem) kosztująca całe 9 zł prywatnie... a pacjent wiedząc o tym potrafi mimo to czekać w poczekalni >2h i wykłócać się, że przecież zabrali mu pieniądze z pensji i mu się należy. O ile jednak pacjent poprosi i nie miał zleconego tego badania w ciągu ostatnich 6 miesiącach, to mu je zlecę (szczególnie jeśli to osoba starsza i wiem z jej historii choroby, że jest schorowana).

Najlepsi są jednak pacjenci, którzy już teraz potrzebują kompletu badań, "bo umierają" (koszt ~150zł). Zbieram z nimi dokładny wywiad i zlecam im standardowe badania + to co podejrzewam z tegoż wywiadu z zaleceniem pilnego zrobienia ich i konsultacji następnego dnia po południu (wyniki są najczęściej w dniu pobrania po 14). (Przykład z zeszłego tygodnia). Pacjent zrobił takie badanie następnego dnia i przyszedł do mnie po... 2 miesiącach (gdzie zgodnie z przepisami są nieważne, ponieważ obowiązują do 30 dni od wykonania badania), bo wyniki według niego były dobre.
Ale nie były, bo np. lipidogram [wszystkie frakcje cholesterolu] wynosił 2x ponad najmniej rygorystyczną normę, gdzie faktycznie powinien mieć 1/3 tego wyniku, by nie bać się zawału w ciągu następnych 10 lat. Plus miał inne mniejsze odchylenia do obserwacji. Ogólnie oznacza to, że tamte pieniądze poszły do kosza, bo i tak muszę zlecić ponowne badania by legalnie zdiagnozować mu chorobę (łączny koszt ~300 zł).

Albo pacjent (z wczoraj), który miesiąc temu dostał lek z powodu wysokiego cholesterolu (40% ponad limit) i już TERAZ ma mieć wykonane badanie (nie to, że kontrola leczenia jest wskazana po minimum 3 mieiąces leczenia w schemacie -> dieta + zmiana trybu życia + ostatecznie leczenie farmakologiczne). Na pytanie czy w ogóle zaczął leczenie przepisanymi lekami odpowiada mi nie, ale je więcej warzyw (a informowałem go, że sama dieta daje spadek o ~10%, dieta + ruch + suplementy ~20%, najmniejsza dawka samych leków ~30%).

Jeśli ktoś chce poczytać ewentualnie jak wygląda praca w przychodni od kuchni, to w razie pozytywnego odzewu mogę coś spróbować napisać - obiecuję poprawić składnię i postaram się lżej pisać.

słuzba_zdrowia POZ

Skomentuj (25) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 175 (187)
zarchiwizowany

#53507

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Jakiś czas temu dostałem zlecenie od mamy - potrzebna pilnie książka do firmy. Jedź szybko do Biblioteki. A potem do niej.
Trasa to 4,5 km jazdy rowerem. Co może Cię w czym czasie spotkać?
- Wjeżdżam na ścieżkę przy Grunwaldzkiej od Ślichowic (trochę piekielny zjazd dla osoby która jedzie z miasta, bo nagle wjeżdża się pod prąd dwujezdniowej trzypasmówki), która prowadzi wzdłuż straży pożarnej, a potem szpitala. Pod nim jest przystanek autobusowy (ścieżka idzie za nim) - ludzie stoją sobie na zieleni w cieniu, a ich torby z rzeczami na środku ścieżki. Mijam i jadę dalej, ale zaraz za przystankiem na skrzyżowaniu jest tylko przejście dla pieszych (znak końca ścieżki rowerowej przed skrzyżowaniem i kolejny mówiący o niej za nim, choć może to lepiej, bo karetki co chwilę tam jeżdżą na sygnale). Schodzę z roweru, przechodzę.
- Trasa idzie w cieniu kasztanowców między chodnikiem a drzewami. Widzę przed sobą panią idącą chodnikiem tuż przy krawędzi ścieżki, a po drugiej stronie psa idącego po trawie. Coś mi nie pasuje, więc zwalniam. Całe szczęście, bo pies był na cienkiej smyczy, której nie było widać. Dzwonek w ruch i pani łaskawie przechodzi przez ścieżkę rowerową do pieska.
- Dojeżdżam do skrzyżowania z inną dwujezdniówką - Jagiellońską. Ścieżka dalej biegnie po drugiej stronie Grunwaldzkiej, więc trzeba cztery razy przejechać przez przejazd dla rowerów. Jednak najpierw trzeba zrobić ostry skręt. Panowie biznesmeni z aktówkami postanowili porozmawiać sobie na nim w cieniu drzew.
- Przejeżdżam powolutku, na zielonym, wcześniej się zatrzymując przed wjazdem na jezdnię (czemu? ano było to jakiś czas po tym http://piekielni.pl/52570 ). Mimo tego na czwartym przejeździe ktoś postanowił wymusić pierwszeństwo i przejechał samochodem 5 m przed moim kołem (dokładnie w tym miejscu co w tamtej historii).
- Na końcu Grunwaldzkiej zmodernizowano skrzyżowanie. Postanowiono przy tym dokończyć ścieżkę rowerową, która kończyła się na 200 m przed nim. Po drodze jest wiadukt oraz wjazd i zjazd z niego. Zrobić zrobili, ale niejasne mi jest czemu nie zrobili przejazdów rowerowych na dojazdach na wiadukt - stoi sobie znak przy ścieżce, że się ona kończy, ale dla samochodów jadących jezdnią stoi znak, że jest tam przejście i przejazd, a na asfalcie jest zebra dla pieszych i pas dla rowerów oraz wszędzie różowa kostka ścieżki rowerowej (powie mi ktoś do czego mam się dostosować? Bo na razie przeprowadzam tam rower).
- Na Żytniej Pan postanowił sobie zaparkować na ścieżce rowerowej w momencie, gdy po niej jechałem. Na szczęście odbiłem szybko i udało mi się nie wjechać w niego. Zwróciłem mu uwagę, że to jest ścieżka rowerowa i by patrzył jak jeździ oraz przy okazji tam jest skrzyżowanie (w kształcie litery T) i by potem się nie zdziwił, jak ktoś wbije mu się w bok albo go przerysuje.
- By dojechać tam gdzie chcę muszę przejechać trasą tylko dla rowerów wiodącą pod mostem, tuż przy korycie (małej) rzeki poniżej normalnego gruntu. Zjeżdżając wpakowałbym się w służby oczyszczania miasta, ale najlepsza była całująca się para nastolatków w cieniu. Stali w taki sposób, że osoba jadąca z drugiej strony mogłaby na nich wpaść, bo po prostu by ich nie zauważyła, bo tam było ciemno.
- Przejeżdżam dalej przez park, przestaję liczyć już ludzi idących ścieżką mimo, że obok jest równie szeroki wyasfaltowany chodnik z ławeczkami.
- Starszy pan uznał, że lepiej zejść z górki po wijącej się ścieżce rowerowej niż po schodach, oraz inny otyły mężczyzna na wózku elektrycznym, który zjeżdżał z górki samym środkiem wąskiej ścieżki.
I to wszystko na 4,5 km.

ścieżka_rowerowa rower

Skomentuj Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: -7 (25)
zarchiwizowany
I jak tu być rowerzystą w Polsce. Długo w trzech aktach:
Prolog:
Brat od roku cierpi z powodu chęci kupna nowego roweru. W końcu przyjechał w rodzinne strony, by kupić wymarzone dwa kółka. Pomagałem mu trochę w wybieraniu i wczoraj w końcu zdecydował się na pięknego czarnego "Giganta" na 28" kołach za 2k zł. Jako, że był umówiony ze znajomymi, to postanowił, że rower przekazuje w moje ręce, wcześniej jednak mam się kawałek dodatkowo przejechać po mieście zanim odprowadzę go do domu, co by wszelkie usterki od razu odkryć i usunąć przed jego powrotem do swojego mieszkania. Śmiałem się tylko, że "za wszelkie szkody w transporcie nie odpowiadam" i po ukończeniu wszelkich formalności odjechałem.
Akt 1:
Miło się jeździło, ale czas wrócić do domu na obiad i zmianę roweru na własny, by dalej nabijać kilometry. Była 17:30. Jadę sobie ścieżką rowerową przy Grunwaldzkiej w Kielcach (od Społem) i zbliżam się do skrzyżowania z Jagiellońską i widzę, że na przejeździe rowerowym mam zielone światło. Ulice o dziwo puste, nikogo nie widzę po lewej i nie słyszę. No to bez pośpiechu wjeżdżam na jezdnię (zwalniając wcześniej, bo raz straciłem ośkę w kolarzówce zjeżdżając ze ścieżki na asfalt) i nagle pisk hamulców, łupnięcie w okolice tylnych widełek i ja uczę się latać. Lądowanie na szczęście na nogach (z telemarkiem). Jakbym jechał wolniej to albo skończyłbym na masce albo przeleciał przez kierownicę uderzając wcześniej w błotnik.
Jeszcze się nie pozbierałem, a z Wieśwagena Paska B4 Kombi (dziwne, że nie B5) wychodzi gość po 60 i drze się na mnie, że mu wyjechałem przed maskę i że to moja wina. Ja w szoku, zdziwiony lekko sytuacją, słucham jak się kłóci z przechodniami, którzy również przechodzili na pasach w tym czasie. O mój stan zdrowia nie zapytał się nawet. Telefon w dłoń i dzwonię na 112. O dziwo bez problemu się dodzwoniłem i zgłoszenie o kolizji przyjęto. Gostek na to, że przecież ja jestem cały, rower również to po co dzwonić na policję (może po to, by dostał mandat jako nauczkę?). Cały czas oczywiście drze się na mnie.
W tym czasie kazałem mu razem z przechodniem, który był świadkiem zjechać do zatoczki prowadzącej na stację benzynową (dwa cykle świateł minęły zanim posłuchał i przestał blokować skrzyżowanie) i czekać na policję (w tym samym momencie uczyłem się jego numerów na pamięć, bo gostek wyglądał jakby miał zwiać). W czasie gdy ja dzwoniłem do brata (by go poinformować o wypadku) i do taty (co by przyjechał z moimi dokumentami i ogólnie pomógł) przybyła do niego odsiecz w postaci córki, zięcia i wnuka ok 6 lat. I córka od razu zaczęła się wymądrzać, że rower przecież cały (a to że koło nie przekręca się dalej niż 1/4 obrotu to nic) ja też nie wyglądam źle. Świadek mówił, że sprawca nie zwalniał wchodząc w zakręt.
Akt 2:
Po 40 min (18:20) przyjechali cichociemni w Pasku B6 i zaczęli odpytywać co i jak. Sprawca na dzień dobry się już wkopał, że jego wina, bo skręcał w prawo, a ja jechałem prosto ścieżką rowerową. Ja nic do dodania nie miałem. Adrealina mi już schodziła, szok przechodził i zaczął wychodzić ból kręgosłupa, bo a nuż lądowanie naciągnęło mięśnie lub dostałem siodełkiem. No to po kilkunastu minutach od przyjazdu policjantów poszedłem do nich i poprosiłem o wezwanie karetki czy cuś, bo w krzyżu łupie. Policjant zdziwiony, bo pytał 20 minut wcześniej, czy jest potrzebna pomoc, sprawca i córka w krzyk, że kombinuję i chcę wyłudzić kasę od nich. No ale wezwali karetkę. Po 20 minutach przyjeżdża S-ka (po jaką cholerę, wystarczyła by P lub nawet T, bo główny szpital 300m dalej, ale wytyczne to wytyczne) i mnie zawieźli no SOR. W tym czasie jakiś technik policyjny od siedmiu boleści mówił, że tam przecież nie ma przejazdu rowerowego i nakręcał sprawcę. Skończyło się dla gościa na 6 pkt i 350 zł mandatu.
Akt 3:
W szpitalu byłem o 19:00. Jak niewiele osób wie, pierwszeństwo mają ludzie przywiezieni przez karetkę. Oberwało mi się przez to na dzień dobry, że się wpycham w kolejkę, bo mnie wyczytał lekarz. Lekarz młody, może stażysta jeszcze, który pewnie został zmuszony do dyżuru na SORze, zbadał mnie i skierował na dwa TK, trzy RTG i USG (w tym roku już wykorzystałem chyba roczną dawkę promieniowania). Brak kolejki na radiologii (cud w tym szpitalu), TK i USG czyste, tylko czekać na wyniki RTG i po wypis i na miejsce wypadku. No, ale jak to na Czarnowie bywa, nagle cały korytarz ludzi do ortopedy (a to uraz sprzed kilkunastu godzin (czyli sprawa dla przychodni), a to lekarz z przychodni nie potrafił zabezpieczyć zerwanego ścięgna Achillesa i wypisać skierowania na oddział chirurgii/ortopedii, a to paniusia co wchodzi zapytać się i potem mówi że "pani doktor kazała wejść jej córce"). O 21 w końcu udało mi się ponownie zawitać w gabinecie, no ale koniec końców wypisano mnie koło 22 bo była jeszcze wizyta u chirurga (od którego dowiedziałem się, że studiował na tej samej uczelni co ja teraz) i ponowna wizyta po wypis u ortopedy i można wracać do domu. O 22:40 zjadłem "obiad".
Epilog:
Rano jeszcze obolały wstaję i lecę z tatą oddać rower do serwisu (przy salonie gdzie kupiliśmy rower). W między czasie poleciałem poprosić o zwolnienie z praktyki na dzisiejszy dzień (za co jeszcze raz dziękuję Pani doktor) i do domku wyleżeć się i czekać na telefon z policji/serwisu. Serwis dzwoni, mam odebrać rower - cena napraw 60 zł + VAT (coś mało). Umawiam się ze sprawcą by podjechał do serwisu na 17. Ja poleciałem wcześniej, by sprawdzić co zrobili i zrobić jazdę próbną. Dowiedziałem się, że jedyne co niby uszkodzone to: zósemkowane koła (przednie jakimś cudem też), przekręcona kierownica i siodło - coś dziwnie mało. Ramy nie miał jak sprawdzić, ale według mechanika nie jest pokrzywiona (czego ja nie jestem pewien, bo mimo że nigdzie nie było śladów uderzenia na niej, to koło powinno być bardziej pokrzywione jakby ono dostało). Jazda testowa krótka, nic nie czuję niepokojącego. Przychodzi gostek, wykłóca się czemu tak drogo za naprawy (seriously? biorą po 15 zł za centrowanie koła, ogólne sprawdzenie roweru + regulacja przerzutek i hamulców 30 zł - za samo rozpięcie łańcucha zażądali mi gdzieś indziej 15 zł, a za regulację przerzutek i hamulców 100 zł). No ale w końcu płaci, faktura wstawiona na niego, że niby naprawy dokonane. Ja się już żegnam, a ten na do widzenia daje mi odręcznie napisane oświadczenie do podpisania. W nim zrzekam się wszelkich roszczeń co do niego od tego momentu. Ja w tym momencie karpik, przepraszam go mówiąc, że muszę zadzwonić najpierw. Telefon do znajomego prawnika i pytam co robić, bo tu kurcze gostek chce wałki odstawiać. Ten odpowiada, że mam nic nie podpisywać, bo nie wiadomo co z tą ramą przecież (jak się rozejdzie przy 30 km/h, ta raczej brat nie będzie zadowolony), albo wyjdzie mi coś po kilku dniach w kręgosłupie. Podziękowałem za poradę i poszedłem znowu do gostka i grzecznie powiedziałem, że po konsultacji z prawnikiem postanawiam nie podpisywać żadnego oświadczenia mając na uwadze to, że rama nie była sprawdzona z braku potrzebnego sprzętu oraz tego, że jeszcze bolą plecy. A jak chce mieć pewność co do roweru to niech na swój koszt weźmie rzeczoznawcę. Tu rozkręcił się ponownie (jak w dzień wypadku), zaczął mnie straszyć policją, sądem oraz moim tatą! (bo jak byłem w szpitalu to umówili się, by szkodę nie naprawiać z jego OC, by nie stracił zniżek) i ogólnie KAZAŁ podpisać oświadczenie. Po godzinie krzyku z jego strony w końcu się rozeszliśmy w złych okolicznościach (kazał napisać właścicielowi sklepu, że rower jest w pełni sprawny po dokonaniu napraw (dostałem tego kopię razem z kopią faktury). Pozostało mi tylko przeprosić właściciela i mechanika (i jeśli to czytają to jeszcze raz przepraszam) za to całe zamieszanie.
A co ciekawe ani razu nie usłyszałem od tamtego gościa ani przepraszam, ani czy dobrze się czuję (o co podobno pytał moich rodziców.
Jak coś będzie dalej to napiszę.

ścieżka_rowerowa służba_zdrowia kierowcy

Skomentuj (18) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 70 (214)
zarchiwizowany
Historia woodpecker6 przypomniała mi jak to będąc w gimnazjum zostałem pobity. Będzie długo i być może chaotycznie. O Piekielnym Gimnazjum, Policji, Sądzie.

Prolog: Gimbaza
Od rana miałem ciężki dzień, bo jeden z chłopaków z klasy się na mnie uwziął i cały czas mnie wkurzał. Z tego powodu na przerwie przed ostatnią lekcją, po przekroczeniu punktu krytycznego dostałem "małego" rozstroju nerwowego. A wyglądało u mnie tak, że najpierw wpadłem w furię, a potem - gdy spadła adrealina - zacząłem płakać.
Nie udało mi się - niestety - uspokoić do następnych zajęć. Nauczycielka z tego powodu wystawiła uwagę [CH]łopakowi siedzącemu za mną (innemu niż ten wcześniej) myśląc, że to on coś mi zrobił. Próbowałem tłumaczyć, że to nie on, ale nic to nie dało i uwaga została.

Akt 1: Atak
Po zajęciach wracałem sobie do domu - a drogę miałem daleką, bo aż 200 m musiałem przejść - myśląc jedynie o tym by zaraz po powrocie włączyć jakiegoś FPSa i odstresować się, gdy podszedł do mnie od tyłu jakiś gościu (dalej jako [N]), pociągnął za ramie i p********ł mi prawym sierpowym w lewą kość jarzmową tak, że przez siłę bezwładności upadłem. Nie powiem dawniej sporo się biłem i prowokowałem do bójek przez mój niewyparzony jęzor (co nie kończyło się dla mnie zazwyczaj dobrze i kilka razy byłem na izbie przyjęć), ale w tym momencie - jeszcze - myślałem, że nic złego nie zrobiłem i było to całkiem za nic.
Mój najlepszy [P]rzyjaciel widząc to, podbiegł pomóc mi wstać. Powiedział mi, że zna N i że widział go kilka minut wcześniej jak rozmawiał z CH. Nie pamiętam, czy chciał mi pomóc wrócić do domu, ale postanowiłem że sam wrócę co też zrobiłem.

Akt 2: Policja
Powrót rodzinki do domu. Mój tata zazwyczaj spokojny i opanowany człowiek, zdenerwował się jak nigdy dotąd (częściowo z powodu tego, że dwa miesiące wcześniej wróciłem z rozwalonym nosem). Od razu wpakował mnie do samochodu i jedziemy na policję. Po długim czekaniu na korytarzu (tata wypalił w tym czasie ramę fajek) nareszcie można zgłosić sprawę.
Po powiedzeniu, że zostałem napadnięty i pobity, że sam nie znam N i że nie widziałem jego twarzy (bo jak skoro zaatakował mnie od tyłu i jego twarz mi tylko mignęła przed oczami), ale za to mam świadka, który zarówno zna N jak i widział go jak rozmawia przed atakiem z CH (co mogło dawać motyw) pan policjant nie zbyt chętnie chciał przyjąć zgłoszenie, ale jednak przyjął. Podałem również (za zgodą P) imię i nazwisko świadka, z zaznaczeniem by nie było ono upublicznione i by z tego powodu nie miał on nieprzyjemności z tym związanym – na co pan policjant przystał. Została jeszcze obdukcja lekarska – oprócz wielgachnej opuchlizny i podbitego oka na szczęście nic się nie stało.
Wszystko było, więc czekamy na wieści od policji jak dalej sprawa się potoczy.

Akt 3: Sąd
Kilka dni później P mówi mi, że N dowiedział się od POLICJI, że to on jest świadkiem i podobno coś mu groził. Dwa tygodnie później, na dzień przed terminem dostałem list (nie pamiętam już czy był on nawet polecony) z sądu na stawienie się na przesłuchaniu w sądzie.
Trzeba jechać. Na dzień dobry dowiaduję się, że jest również N z matką także na przesłuchanie. No okej. Jak mówiłem nie widziałem twarzy i nie byłem pewny, czy to był naprawdę on. Pani [S]ędzina (?) wyszła z gabinetu na korytarz, przywitała się z wszystkimi i poprosiła do gabinetu tylko N z matką. No to czekamy na korytarzu. Po jakichś 30 minutach, drzwi się otwierają i S nas zaprasza. Na nasze pytanie, czy N wychodzi odpowiedziała, że nie. W gabinecie były dwa fotele dla gości. Zajmowali je N z matką (N nie ustąpił miejsca) i z tego powodu moja mama i tata musieli razem ze mną stać w czasie przesłuchania. Na którym to S zadawała pytania i próbowała mi wmówić, że to nie ja jestem ofiarą a N. Ogólnie czułem się jak oskarżony. Po godzinie przesłuchania (w czasie którego matka N przerywała mi i mówiła jaki to jej syn dobry – mimo że miał już podobną sprawę i groził mu poprawczak), S orzekła, że z braku dowodów i z powodu niskiej szkodliwość czynu umarza sprawę. Pamiętam, że przez cały czas trwania tego „przesłuchania” N uśmiechał się drwiąco.

Epilog:
Jakoś udało mi się przeżyć resztę gimnazjum. P nie miał problemów. Po roku nawet zaprzyjaźniłem się z CH (przyjaciół trzymaj blisko, wrogów jeszcze bliżej). To czy N był winny czy nie miałem gdzieś. Ale zawiodłem się wtedy na szkole, która nic nie robiła mimo, że bójki były tam na porządku dziennym oraz na wymiarze sprawiedliwości – jak traktuje się szarego obywatela.

Gimnazjum Policja Sąd

Skomentuj (2) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: -10 (26)
zarchiwizowany
W pewnym momencie życia nadchodzi taki czas, kiedy trzeba odejść z krainy gotowych obiadków oraz wypranych i wyprasowanych ubrań i wyjechać na studia byle jak najdalej od domu. I standardowo trafić na jakże miłych współlokatorów. Tak więc opisze jeden z częstszych przykładów piekielności na stronie.

Na wstępie małe info - studiuje Ci ja w naszej pięknej (inaczej) stolicy na (podobno) trudnym i drogim w nauce kierunku (to się akurat zgadza). O ile ceny jedzenia jeszcze są w miarę ok, to z kolei za kawalerkę potrafią sobie zawołać 1500 zł/miesięcznie. Moja rodzinka nigdy nie była zamożna, więc nie mogłem wybrzydzać co do lokum i najważniejsza była niska cena. A że przez wakacje przez rozpoczęciem nauki pracowałem, to też nie za bardzo miałem czas na jego szukanie. Ale w końcu się udało.

Codename: Babcia
(Nie)szczęśliwym trafem sąsiadka moich dziadków miała emerytowaną już koleżankę, która chętnie by wynajęła pokój w swoim mieszkaniu za bardzo korzystną cenę 500 zł. Zarówno sąsiadka jak i właścicielka mieszkania pracowały w tej samej firmie co moi rodzice tylko, że w siedzibie głównej. A mieszkanko blisko metra, w miarę młode osiedle i blisko hipermarket to nie było źle. Przez jakieś pół roku. Ale od początku:

Pokoik w którym było mi mieszkać miał maksymalnie wymiary 2x3,5 m. Wystarczyło miejsca na łóżko, małe biurko, płytką 30-letnią meblościankę i niewielką szafę. Nigdy nie uważałem, że potrzebuję dużo miejsca, ale tak lekko klaustrofobicznie się tam czułem.

W mieszkaniu oprócz nas były dwie kotki (dachowce), nie powiem fajne, ale jednak miały tak troszkę więcej przywilejów ode mnie. Jedzenie ich kosztowało więcej niż ja płaciłem za swoje. Jedna z nich wytresowała babkę, by ta z rana wstawała, wpuszczała ją do łazienki i odkręcała wodę w wannie (tak by się lała strumykiem). Tylko w ten sposób piła wodę. To nic, że woda leje się i leje. Jak wstawałem to zakręcałem.

Pisałem, że wstawała rano? Mała uwaga – rano dla mnie to 9.00 dla niej ~5.00. Pora spania z kolei to dla niej była 22.00. Jak się nieraz uczyłem do kolokwium (albo zasiedziałem się przy grze/filmie) to szedłem spać jak ona wstawała. A jako, że chodziła spać o nieludzkiej porze, to dostałem szlabany na przebywanie w kuchni i łazience. Z kuchni mogłem skorzystać maksymalnie do godziny 21 (bo ona musi po mnie pozmywać, bo ja tego (niby) nie potrafię i do tego tłucze się garami tak, że nie słyszy telewizora, który ja słyszałem bez problemu w kuchni), a na łazienkę do 23, bo ona ma lekki sen i jak spuszczam wodę/kąpałem się to ją budzę. Co do kąpania się – masz tylko się „opryskiwać” w wannie, bo trzeba oszczędzać wodę (!!!).

Kuchnia – jedna lodówka, więc wiadomo, trzeba mi było wygospodarować miejsce. Jedna półka mi wystarczy, prawda? No tak do pierwszego mojego wyjazdu do domu było okej. Ale po powrocie ze zdziwieniem odkryłem, że słoiki które mogłem wcześniej spokojnie postawić pionowo teraz się nie mieszczą – tak półka nad moją została obniżona. Na moje pytanie, czy to zrobiła, odpowiedziała że tak było zawsze. Do tego przekładanie moich rzeczy i potem robienie afery, bo zapomniałem o nich i zdążyło to coś wyewoluować. A i jeszcze patelnie – powiedziała, że nie muszę mieć swoich, bo użyczy własnych Teflonowych. Kupiła po jakimś czasie dla mnie i dla siebie po patelni (mi taką małą 12 cm). Podobno porysowałem jej patelnie. O dziwo, moja nie miała ani jednej ryski po używaniu przez rok a tylko na niej gotowałem. Jej z kolei była cała w rysach. A i nigdy nie mogłem robić sobie jedzenia w tym samym czasie co ona. Mimo że nie używaliśmy tych samych sprzętów oraz było sporo miejsca. Poza tym, jak ja już coś robiłem i ona przyszła do kuchni to miałem przestać i zrobić jej miejsce.

Sprzątanie w mieszkaniu było codziennością. Koty nie czesane, kłaczyły się, więc wszędzie była sierść. W powietrzu, w wannie, w jedzeniu. Na czystej białej koszuli oraz fartuchu leżących na biurku również. Tylko, że wtedy oprócz sierści, była też na nich jej czarna właścicielka (chodzi oczywiście o kota). Nie wiem jakim cudem co jakiś czas znajdowałem je u siebie w pokoju mimo, że cały czas były zamknięte drzwi (ściany są coraz bliżej!!!). Wracając do sprzątania. Odkurzałem co dwa dni, myłem podłogę co cztery, ale zauważyłem, że kilka razy rzeczy, które leżały na podłodze jak wychodziłem znajdywałem po powrocie położone gdzieś indziej. No tak, moje sprzątanie to za mało – trzeba "porządnie" posprzątać. A najlepiej będzie jak nie będę jej sterczał nad głową. Szczęśliwie nie zauważyłem, by rzeczy w szafkach były poprzestawiane, a proste zabezpieczenia nie pokazały, by ktoś otwierał je pod moją nieobecność.

Na razie tyle, by nie zanudzać. W innym czasie wrzucę drugą część i kolejnego współlokatora. O ile się spodobało.

Warszawa Współlokatorzy

Skomentuj (13) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 24 (110)

1