Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation
Profil użytkownika

poliglotka

Zamieszcza historie od: 23 czerwca 2020 - 0:43
Ostatnio: 27 stycznia 2023 - 10:42
  • Historii na głównej: 16 z 16
  • Punktów za historie: 1450
  • Komentarzy: 59
  • Punktów za komentarze: 174
 

#90062

przez (PW) ·
| Do ulubionych
Takie smutne porównanie chodzi mi po głowie…

Przed maturą, w 2008-2009 roku, kiedy Polska służba zdrowia miała się jeszcze jako tako, dopadały mnie regularnie kolki nerkowe. Lądowałam wtedy na ostrym dyżurze (bo wtedy to jeszcze nie był SOR) w Szpitalu Praskim w celu uśmierzenia bólu. Przy okazji, robiono mi USG albo prześwietlenie, po czym wypuszczano mnie do domu, bo poza powiększonym moczowodem nie widziano nic. Za którymś razem, urolog z dyżuru wypisał mi skierowanie do urologa z przychodni oraz receptę na mocniejszy lek przeciwbólowy.

Trochę musiałam czekać na wizytę, ale lekarz trochę się przejął i postawił sobie za punkt honoru znalezienie tego, co mi z tej nerki schodzi, bo diagnoza „piasek” go nie satysfakcjonowała.

Kazał mi wtedy jechać do Szpitala Bielańskiego, w którym pracował, i zapisać się w sekretariacie na kilka innych badań, w tym urografię z kontrastem. Informacja, że to ten konkretny lekarz, pracujący na oddziale, mnie przysłał skróciła czas oczekiwania na badanie do 3 tygodni. W międzyczasie miałam pić dużo wody i brać tabletki moczopędne (pierwsze po jakimś czasie zniknęły z półek aptek, bo koniki morskie potrzebne do ich produkcji znalazły się pod ochroną, drugie przestano produkować. Zastępstwa brak.

Badania nic nie wykazały, więc urolog w akcie desperacji wypisał skierowanie na tomografię. W rozpoznaniu musiał wpisać „podejrzenie nowotworu nerki” inaczej skierowanie by nie przeszło. Kolejne 3 czy 4 tygodnie oczekiwania, więc to co sobie schodziło już dawno zeszło. Tomografia wykazała tylko ślad, że faktycznie coś było, ale już tego nie ma. Nie wspominam dobrze ani pobytów na ostrym dyżurze, ani badań w szpitalu, które zawsze były okraszane wojskowymi komendami. Często czułam się tam jak intruz.

I teraz. Połowa roku 2022, francuska służba zdrowia jest podobno na skraju załamania po pandemii. Umawiam się na telekonsultację do mojej rodzinnej lekarki, bo mam objawy jak przy zapaleniu pęcherza. W badaniu nie wychodzi żadna infekcja, ale mnóstwo kryształków wapnia. Lekarka rodzinna w porozumieniu z moją endokrynolog zalecają mi cały szereg badań i wizytę u innego endokrynologa w szpitalu. Czas oczekiwania na wizytę, badania itd. zamykają się w miesiąc, mimo że mówimy o wziętym lekarzu. Czekając na wyniki badań ze szpitala, dostaję kolki nerkowej i ląduję na najbliższym SORze. Badanie krwi wskazuje na kamień nerkowy, więc proponują mi tomografię, ale obłożenie duże, więc po 10 godzinach siedzenia przysięgam lekarce, że zrobię tomografię w ciągu 2-3 dni. Bez problemu znajduję termin w mojej przychodni na za 2 dni.

Okazuje się, że tomografia to rutynowe badanie przy podejrzeniu kamienia nerkowego. I faktycznie, kamień się znajduje. Wyhodowałam sobie 8mm. Wizyta u urologa 3 dni później. Ten przepisuje mi masę leków przeciwbólowych i przeciwzapalnych na wypadek kolejnej kolki i kieruje do szpitala na rozbicie. Czas oczekiwania na konsultację z chirurgiem: miesiąc. Czas oczekiwania na zabieg: miesiąc, ale gdyby ponownie zdarzyła mi się kolka to przyjmują od razu. Bardzo się bałam, bo to pierwsza operacja pod narkozą w moim życiu, jednak personel był bardzo miły i pomocny, i czułam się po prostu bezpiecznie.

Dodatkowo, na każde pytanie dostałam odpowiedź, informowano mnie na bieżąco o tym, co będą mi robić itd. Po zabiegu, dostałam całą rozpiskę, co robić w przypadku komplikacji. Następnego dnia po, pielęgniarka dzwoniła żeby wypytać jak się czuję itd.

W międzyczasie, endokrynolog ze szpitala nie znalazł nic niepokojącego, więc skierował mnie do innego szpitala specjalizującego się w chorobach nerki. Skierowanie zostało jeszcze poparte przez lekarza, który mnie operował, oraz przez moją endokrynolog. Innymi słowy: chcą wiedzieć dlaczego 32-letnia kobieta wyhodowała sobie kamień nerkowy i nie dadzą mi spokoju dopóki się tam nie zgłoszę.
Wszystko to w publicznej służbie zdrowia.

Tymczasem w Polsce, moja rodzina chodzi do lekarza prywatnie. Różne badania również wykonuje prywatnie, bo, pomimo płacenia składek, czas oczekiwania na wizytę u lekarza czy badanie jest tak irracjonalnie długi, że szybciej można by się przekręcić.

Swoją drogą, moja mama dwa razy prawie znalazła się na tamtym świecie (raz po cesarce, bo została zarażona gronkowcem złocistym, a lekarze zmieniali tylko opatrunek na ropiejącej ranie, a drugi raz przez pęknięty wrzód - lekarz nie widział powodu bólu na usg, więc chciał olać sprawę) - na szczęście trafiła na dwie ogarnięte osoby, które nie uprawiały spychologii na dyżurze.

I z jednej strony dobrze, że mogą pozwolić sobie na to finansowo. Dużo osób nie ma tej szansy i jest skazana na litość publicznej służby zdrowia. Ale z drugiej, nie tak to powinno wyglądać.

Ten wpis nie ma na celu wychwalania francuskiej opieki zdrowotnej. Po prostu uderzyło mnie podejście do pacjenta i łatwość dostania się do szpitala na zabieg, mimo że mówi się o ogromnym kryzysie i braku wydolności służby zdrowia.

Służba zdrowia

Skomentuj (13) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 130 (152)

#89951

przez (PW) ·
| Do ulubionych
Historia o tym, jak pewna firma okradła legalnie klientów.

Nie wiem czy w Polsce się o tym mówi, bo brytyjska firma Made.com chyba nie funkcjonowała na polskim rynku. Funkcjonowała za to na rynku brytyjskim, francuskim i w kilku innych zachodnioeuropejskich krajach. W skrócie, Made.com proponował meble, oświetlenie oraz inne przedmioty dekoracyjne w cenach trochę wyższych niż, na przykład, Ikea, ale i lepszej jakości, i dzięki temu cieszył się dosyć dobrą reputacją. Jedyny minus - meble były robione na zamówienie, więc i czas oczekiwania na dostawę dłuższy niż w innych sklepach (nawet do 3-4 miesięcy). Kiedy zaczęłam rozglądać się za nową kanapą, zdecydowana większość osób, z którymi o tym rozmawiałam, polecała mi Made.

Mój przypadek jednak nie jest jeszcze najgorszy...
Otóż Made.com od pewnego czasu borykał się z, dobrze ukrywanymi, problemami finansowymi - bo wojna na Ukrainie, inflacja, Covid i wszystkie inne plagi egipskie. Zamiast zwinąć interes dyskretnie i uczciwie, firma zrobiła sporą akcję promocyjną na początku października przyciągając klientów obniżkami cen, po czym ogłosiła upadłość pod koniec tego samego miesiąca. Innymi słowy: firma, wiedząc, że lada dzień zamknie interes, sprzedała towar i tym samym zebrała kasę, wiedząc, że klienci nigdy go nie dostaną, a i odzyskać pieniądze będzie im trudno. Rekordzista wydał u nich prawie 10 tysięcy euro.

To jednak nie wszystko, bo są klienci, którzy złożyli zamówienia wcześniej i którzy też nie zobaczą ani mebli ani swoich pieniędzy. Niektórzy czekają na realizację zamówienia z lutego. Inni czekają na dostawę, ale firma transportowa odmawia dostawy towaru, bo Made nie zapłacił za ich usługi. Jeszcze inni odesłali wadliwy towar kilka miesięcy temu i do tej pory nie dostali zwrotu pieniędzy.
Ja mam to szczęście w nieszczęściu, że kanapę dostałam w maju, ale po niecałych dwóch miesiącach jeden z podłokietników po prostu się złamał. Złożyłam reklamację, więc zaproponowano mi zwrot pieniędzy lub wymianę kanapy na nową. Wybrałam tę drugą opcję, ale nowej kanapy oczywiście nie dostanę. Podłokietnik naprawię jakoś sama.

Jeśli zaś chodzi o próby odzyskania pieniędzy, to póki co tylko PayPal rozpatruje pozytywnie wnioski o zwrot wpłaconej kwoty. Niektóre banki czasami też zwracają pieniądze po dostarczeniu bardziej obszernych wyjaśnień, ale jeśli płatność została zrealizowana ponad 120 dni wcześniej, to odpowiedź jest negatywna. Z kolei firma oferująca płatność na raty odmawia wszystkim jak leci, uzasadniając swoją decyzję tym, że nie dostali informacji o anulacji zamówienia ze strony Made. Tyle, że takiej informacji nigdy nie dostaną.

Wisienką na torcie w tej historii, jest pani adwokat, która obiecała na facebookowej grupie wspólny pozew i bicie się o odszkodowania do ostatniej kropli krwi. Jej honorarium to 10% od wartości każdego zamówienia, a koniec końców jej pomoc ograniczyła się póki co do rady by wszyscy wysłali list polecony do Made. Listy pozostały bez odpowiedzi, bo nie ma już na nie kto odpowiedzieć.
PWC, który został wyznaczony na likwidatora administracyjnego firmy Made, wydał kilka dni temu oświadczenie, że klienci mogą co najwyżej liczyć na zwrot 1.6% kwoty zamówienia, a to i tak nic pewnego. Wiadomo, że są rzeczy ważne i ważniejsze, a klient jak ten wrzód na tyłku jest najmniej ważny...

Made.com

Skomentuj (11) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 131 (139)

#89936

przez (PW) ·
| Do ulubionych
Ostatnio pojawiła się tutaj historia o faworyzowaniu dzieci nauczycieli. Osobiście spotkałam się z faworyzowaniem dziecka pani woźnej.

Słowem wstępu:
Urodziłam się i spędziłam pierwsze lata mojego życia w Warszawie, ale, kiedy miałam 9 lat, moja rodzina postanowiła przenieść się do średniego miasta, niegdyś włókienniczego, oddalonego około 60 km od stolicy ze względu na pracę mojego ojczyma. Tam skończyłam podstawówkę i poszłam do gimnazjum.
Szkoła podstawowa minęła mi bez większych atrakcji - chodziły do niej głównie dzieciaki z mojej dzielnicy, bo podstawówek w mieście było sporo, udało mi się nawiązać przyjaźnie, które trwają do dziś. Gimnazjum, jedno z dwóch państwowych na całe miasto, zrzeszało z kolei dzieciaki z innych dzielnic.

Byłam wtedy normalną, przeciętną wręcz, nastolatką - ani grubą, ani chudą, ubraną tak jak wszyscy inni. Nie podkreślałam nigdy, że „pochodzę ze stolicy” ani nie wywyższałam się w inny sposób. Jedyne, co mogło ewentualnie mnie wyróżniać na tle klasy, to to, że chodziłam na zajęcia plastyczne i kółko teatralne do Młodzieżowego Domu Kultury (zajęcia, które kosztowały zawrotne 20 zł za cały rok szkolny) i wolałam słuchać rocka niż popularnego wówczas hip-hopu. Nie byłam jednak jedyną osobą w klasie, która uczęszczała na dodatkowe zajęcia artystyczne czy która słuchała innej muzyki niż wszyscy. Nie identyfikowałam się również z „metalami” czy innymi subkulturami.

Z jakiegoś jednak powodu, jeden chłopak z mojej klasy, Szymon, postawił sobie za punkt honoru uprzykrzyć mi życie jak najbardziej się da. W ten sposób, od początku drugiej klasy regularnie byłam wyzywana od krów (bo okres dojrzewania zrobił swoje i, niesamowite!, urosły mi piersi jak kilku innym dziewczynom z klasy), znajdowałam w plecaku czy przyklejone do ławki papierki po Milce (bo, hehe, krowa ma wymiona, a ja mam cycki, więc pewnie jak bym się schyliła jak ta krowa na obrazku to szorowałabym nimi po podłodze - tak, takie teksty też się zdarzały), byłam wyśmiewana jeśli pomyliłam się zapytana o coś przez nauczyciela, a na wycieczkach szkolnych Szymon i jego banda, bo udało mu się zbuntować kilkoro innych uczniów przeciwko mnie, krążyli wokół mnie żeby tylko podstawić mi nogę, popchnąć czy w inny sposób uprzykrzyć życie.
Nauczyciele nie reagowali, mimo moich skarg. Koleżanki, które stawały też w mojej obronie, polecały ignorować, więc tak też robiłam.
Siłą rzeczy, ciągłe nękanie praktycznie zniszczyło moją pewność siebie, miałam coraz częściej niezbyt pozytywne myśli, bałam się chodzić do szkoły i zaczęłam coraz częściej opuszczać lekcje. W końcu moja mama wyciągnęła ze mnie, co się dzieje i cała grupa, która mnie nękała wyładowała na dywaniku u wychowawczyni.
Wychowawczyni kazała im jedynie mnie przeprosić i przestać w ogóle się do mnie odzywać.

Przez jakiś czas był spokój, po czym Szymon znowu zaczął bawić się moim kosztem. Tym razem twierdził, że jestem gruba. Potrafił zagrodzić mi drogę na schodach czy korytarzu i wydrzeć się prosto mi w twarz „Gruba!”, albo usiąść za mną podczas jakiegoś apelu i macać ewentualne fałdki jakie mogły mi się zrobić po bokach kiedy siedziałam zgarbiona. Nauczyciele nadal nie reagowali, więc Szymon czuł się bezkarny.
Doszło do tego, że Szymon i jego banda, podczas jednej z przerw, wykradli z mojego plecaka list, który miałam wysłać do mojego korespondencyjnego znajomego (tak, to te czasy, kiedy jeszcze pisało się listy), skopiowali go i rozdali te kopie innym uczniom. Chyba nie muszę mówić jaka to była tragedia dla 15-latki, która przeżywa pierwszą miłość i zwierza się z niej w liście... Byłam w połowie 3 klasy gimnazjum, ostatnia prosta, ale nie widziałam jak mogłabym zostać w tej szkole. Nie dałabym rady psychicznie, więc zmieniłam szkołę i wróciłam do Warszawy.

Niedługo przed tym, jak Szymon ukradł i skopiował mój list, wylosowałam go na Mikołajki. Nikt nie chciał się ze mną zamienić, więc postanowiłam odwdzięczyć się wtedy za te półtora roku piekła i kupiłam mu ramkę z przyklejonym w środku papierosem i napisem „Zbić w razie pilnej potrzeby”. Może nie był to najmilszy prezent, ale nie uważam żeby był też jakiś bardzo chamski w stosunku do tego, co on mi zrobił.
Mama Szymona pracowała jako woźna w tym gimnazjum. Kiedy odkryła, co jej synuś dostał na Mikołajki, zrobiła karczemną awanturę. Cała klasa musiała wtedy wypełnić ankietę czy jest zadowolona z prezentu, a ja dostałam srogą uwagę i obniżoną ocenę z zachowania. Zrozumiałam wtedy dlaczego czuł się tak bezkarny i dlaczego nikt nigdy nie ukarał go za prześladowanie mnie. Szymon nigdy nie miał obniżonej oceny z zachowania ani uwagi, mimo moich skarg i skargi mojej mamy. Pani woźna najwyraźniej miała większą siłę przebicia.

Kilka lat temu, kiedy Facebook zaproponował mi Szymona jako potencjalnego znajomego, wysłałam mu wiadomość, żeby dowiedzieć się o co właściwie mu chodziło i dlaczego uwziął się akurat na mnie. Wiadomość nie była agresywna, po prostu „pogadajmy jak dorośli, którymi już jesteśmy”. Nie dostałam odpowiedzi.

Gimnazjum prześladowanie

Skomentuj (28) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 118 (138)

#89915

przez (PW) ·
| Do ulubionych
Mój operator komórkowy od kilku tygodni dąży do tego, bym w końcu przeszła do konkurencji.

Obecny numer telefonu mam od prawie 10 lat. Wcześniej u tego samego operatora miałam też pakiet internet/telewizja/stacjonarny, ale mój partner znalazł ofertę bardziej przystosowaną do naszych potrzeb u swojego operatora, więc niecały rok temu rozwiązałam umowę.
Do tej pory, i przez wszystkie te lata, Obsługa Klienta kontaktowała się ze mną bardzo sporadycznie sama z siebie. Raczej to ja inicjowałam kontakt.

Jednak od kilku tygodni, mam wrażenie, że operator skumał się z wyłudzaczami danych i innymi oszustami, bo dostaję kilka telefonów tygodniowo z ofertą na nowy światłowód, nową linię i inne gadżety. Dla równowagi fałszywe ubezpieczenia zdrowotne, ocieplenie domu za 1€ i próby wyczyszczenia mojego konta z kasy na szkolenia ustały.

Tydzień temu, w poniedziałek, odebrałam jedno z połączeń.
Po drugiej stronie, młodzieniec mówi do mnie: „Dzień dobry Pani. Widzę, że ma Pani u nas abonament na telefon komórkowy, ale nie ma Pani umowy na światłowód. Dlaczego?”
No, nie powiem... trochę mnie zaskoczył tą bezpośredniością.
Odpowiadam mu: „Ponieważ miałam u Was internet przez kilka dobrych lat, ale rozwiązałam umowę prawie rok temu, bo znalazłam lepszą ofertę gdzie indziej”.
Młodzieniec: Czyli niedługo kończy się Pani tam umowa jak już prawie rok minął, to może wrócić Pani do nas!
Ja: No, ale nie chcę do Was wrócić póki co, bo jestem zadowolona z obecnej usługi.
Młodzieniec chyba stracił nadzieję na premię albo przestraszył się, że go ze stażu wywalą, bo szybko się pożegnał i rozłączył.

Niestety, to nie koniec, bądź co bądź, uporczywych telefonów z różnych numerów. Dzisiaj (kolejny poniedziałek), widzę podczas zebrania, że znowu jakiś nieznany numer się dobija. Odrzuciłam połączenie myśląc, że jak to coś ważnego, to dzwoniący zostawi mi wiadomość. No nie... Numer zadzwonił drugi raz, a po kolejnym odrzuceniu, trzeci. W internecie zero informacji o tym, do kogo numer należy, więc jak zadzwonił po raz czwarty godzinę później, to odebrałam.

Facet po drugiej stronie przedstawił się jako mój operator i chciałby przedstawić mi nową ofertę na światłowód.
Odpowiedziałam mu od razu, ale spokojnie, że nie jestem zainteresowana i nie rozumiem dlaczego nie jest to odnotowane na moim koncie skoro mają taką informację od tygodnia, a poza tym chyba trochę przesadzają z telefonami, bo to już 4 połączenie, które otrzymałam w ciągu półtorej godziny. Rozumiem, że pewnie system sam wybiera numer, ale bez przesady.
Facet stracił mocno pewność siebie i zaczął mnie zapewniać, że więcej nie zadzwonią. Najwyraźniej system nie zapisuje ile razy nagabuje się klienta...

Zobaczymy czy dotrzymają słowa.
W każdym razie, ja raczej przeniosę numer do konkurencji jak tylko moje zobowiązanie wobec tej sieci wygaśnie pod koniec stycznia.

Operator komórkowy

Skomentuj (5) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 103 (111)

#89884

przez (PW) ·
| Do ulubionych
Piekielności dnia codziennego…

Pewnie niektórzy uznają mnie za staroświecką, mimo że ledwo przekroczyłam 30-stkę, i może faktycznie nie rozumiem już młodszego pokolenia, ale zachowania, które opiszę poniżej dotyczą w sumie każdej grupy wiekowej w mniejszym lub większym stopniu.

1. Kiedyś czytałam tu historię o tym, że kogoś denerwują ludzie, którzy wolno chodzą. Rozumiem autora, ale rozumiem też, że każdy ma swoje tempo i to, że ja szybko chodzę nie oznacza, że wszyscy tak mają. Mnie z kolei denerwuje nagłe zatrzymywanie się po środku drogi bez zastanowienia się czy ktoś przypadkiem za taką osobą nie idzie. To, że ludzie myślą tylko o sobie, to żadna nowość. Ale przeraża mnie, że aż tak bardzo nie zwracają uwagi na otoczenie i innych.
Przykład: środek zatłoczonego chodnika, wejście na czy zejście ze schodów zwykłych czy ruchomych, przed drzwiami do wagonu metra czy do autobusu. Stanie taka osoba, zastanawia się gdzie iść, patrzy w telefon albo gada z inną osobą, a że tamuje ruch to co tam!
Naprawdę ciężko jest zrobić te dwa kroki żeby odejść na bok i nie tamować ruchu?

2. Telefony komórkowe i ich właściciele zombie, czyli delikwenci, którzy idą żółwim tempem wpatrzeni bez przerwy w ekran. Oczywiście środkiem chodnika, wąskiego korytarza czy w innym miejscu, w którym tamują ruch. Inaczej się nie liczy. Naprawdę te media społecznościowe, SMS czy odcinek serialu nie mogą poczekać? A jeśli to takie pilne, to nie można stanąć gdzieś z boku i załatwić sprawę na spokojnie?
Najbardziej chyba powala mnie kombo rowerzysta + pisanie wiadomości podczas jazdy. Chciałoby się pogratulować podzielności uwagi. Mnie bardziej zastanawia czy selekcja naturalna nadal działa i jak szybko.

3. Co jest niezrozumiałego w komunikacie „Prosimy o wyłączenie telefonów/nierobienie zdjęć i nienagrywanie spektaklu”? Czy naprawdę telefon to już takie przedłużenie ręki, że ciężko wytrzymać 1,5 czy 2 godziny bez gapienia się w ekran? Za każdym razem kiedy idę do kina (minimum raz w tygodniu) albo kiedy jestem w teatrze jako widz czy w pracy, znajdzie się kilka osób, które regularnie gapią się w telefon, robią zdjęcia mimo zakazu, nagrywają itd. Nieważne czy to mały teatr czy wielka sala koncertowa i nieważne jak często obsługa sali będzie upominała takie osoby. Jeśli coś mnie nie interesuje albo mi się nie podoba, to nie wydaję na to pieniędzy albo wychodzę w trakcie filmu czy spektaklu. Z wyproszeniem delikwenta z sali też ciężko, bo takie osobniki mają tendencję do wszczynania awantur. Szczytem dla mnie było robienie selfie z flashem podczas filmu, bo trzeba pochwalić się na snapie, że wkurza się innych widzów.

4. To samo tyczy się gadania w kinie czy w teatrze. Jest tyle lepszych miejsc na ploteczki. Serio... Dlaczego akurat trzeba je uskuteczniać podczas seansu czy spektaklu? Oczywiście, można zwracać uwagę do woli... Pomaga na dwie minuty, potem zabawa zaczyna się od nowa. I najczęściej dotyczy to dorosłych ludzi...

5. Skoro już wspomniałam o rowerzystach... Nie wiem jak w Polsce, ale we Francji większość rowerzystów jest święcie przekonana, że zasady ruchu ich nie obowiązują. Kilka razy dziennie spotykam się z przejeżdżaniem na czerwonym świetle czy z jazdą pod prąd po jednokierunkowej ścieżce rowerowej, a to i tak kropla w morzu piekielności. Raz, jeden rowerzysta zaczął mnie ochrzaniać, bo weszłam mu pod koła - ja miałam zielone, on czerwone. Wszystkie samochody zatrzymały się już jakiś czas wcześniej na światłach, ale jego czerwone i ruchliwe skrzyżowanie nie dotyczyło, a ja przerwałam mu rajd. Może bym zrozumiała gdyby miał pod górkę, bo wtedy ciężej ruszyć.

No, to sobie ponarzekałam.

Uprzedzając co po niektórych: pewnie mam swoje zachowania, które mogą irytować innych, ale staram się je niwelować jak mogę. Po prostu zwracam uwagę na to, co się dzieje wokół mnie i dbam również w ten sposób o moje własne bezpieczeństwo i komfort. Niestety, pępki świata przeważają w społeczeństwie i staje się to coraz bardziej uciążliwe.

Ulica

Skomentuj (10) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 126 (138)

#89835

przez (PW) ·
| Do ulubionych
Mój partner jest z zawodu fotografem i zajmuje się sprzedażą sprzętu fotograficznego. Jakiś czas temu, przyszedł do sklepu chłopak, który dopiero zaczynał hobbystycznie przygodę z fotografią. Jednym z pierwszych pytań jakie zadał dotyczyło obiektywu, który „pozwoliłby mu fotografować ludzi z ukrycia”. V. zaświeciła się czerwona lampka i powiedział mu, że fotografowanie ludzi z ukrycia i publikowanie zdjęć bez ich zgody nie jest zbyt legalne, bo prawo do wizerunku. Chłopak niby zrozumiał, wziął obiektyw i aparat, który V. mu polecił (i który nie pozwalał na takie zbliżenia żeby fotografowana osoba nie widziała fotografa - - nie znam się jednak na parametrach poszczególnych obiektywów, więc nie będę wchodzić w szczegóły), a potem jeszcze kilkakrotnie kontaktował się z V. na instagramie żeby dopytać o różne funkcje, techniki itd.

Jakiś czas później chłopak oznajmił V., że zamierza kupić obiektyw, o którym przeczytał, że pozwala na duże zbliżenia, a co za tym idzie na fotografię z ukrycia. V. znowu zapaliła się czerwona lampka i kolejny raz powtórzył, że lepiej nie iść tą drogą.
Oczywiście, chłopak to olał i kilka dni później mogliśmy podziwiać na instagramie efekty jego „pracy”: zdjęcia tylko i wyłącznie młodych dziewczyn o tym samym typie urody, idealnie rozpoznawalnych na fotografiach, zaabsorbowanych swoim życiem (w trakcie rozmowy, patrzące w telefony, oglądające witryny sklepów itd.) i kompletnie nieświadomych, że właśnie są fotografowane. Wszystkie zdjęcia wykonane w tej samej dzielnicy i publikowane dziesiątkami.

Zagotowało się w nas mocno, a jednocześnie jesteśmy przerażeni tym, co ten facet wyprawia.
Raz, że wszystkie dziewczyny są do siebie podobne - może właśnie obserwujemy jakiegoś psychopatę przygotowującego się do morderstwa czy dającego upust jakiemuś fetyszowi?
Dwa, tyle kampanii o napastowaniu kobiet na ulicy przewinęło się przez Paryż, że ciężko nie odnieść wrażenia, że to napastowanie przybiera coraz to nowe formy byleby tylko ominąć skargi i karę.
Trzy, nie chciałabym znaleźć się na miejscu tych dziewczyn i odkryć przypadkiem, że moja twarz, całkowicie rozpoznawalna na zdjęciach, została opublikowana na koncie jakiegoś typa, który bawi się w paparazzi.

Próbowaliśmy wpłynąć na tego gościa - mój partner jako osoba, którą wcześniej prosił o rady, ja anonimowo. Obydwoje zostaliśmy zablokowani.
Próbowałam również zgłaszać konto na instagramie oraz skontaktować się z różnymi organizacjami zajmującymi się ochroną prawa do wizerunku, ale póki mnie nie ma na zdjęciach lub nie znam którejś z dziewczyn, która na nich figuruje, organizacje mają to gdzieś.

Pozostaje mi chyba tylko udać się do dzielnicy, po której typ grasuje i liczyć na to, że mnie sfotografuje...

Paparazzi

Skomentuj (16) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 137 (149)

#89768

przez (PW) ·
| Do ulubionych
Chciałam dodać komentarz do historii o niemieckim obywatelstwie wymaganym do zakupów na raty, ale wyszłoby za długo...

Słowem wstępu: nie tylko w Niemczech takie kwiatki się zdarzają.
Mieszkam po zachodniej części Renu od ponad 10 lat i od jakichś 8 lat mam ten sam numer telefonu.

Na początku roku, podczas zmiany dostawcy internetu, przyśniła mi się również zmiana operatora sieci komórkowej. Chciałam przede wszystkim obniżyć mój comiesięczny rachunek i przy okazji wymienić telefon. Mój nowy dostawca internetu, który ma w swojej ofercie bardzo korzystne pakiety telefoniczne "bez zobowiązań", wprowadził jakiś czas temu coś w rodzaju leasingu - płaci się jakiś tam wkład własny, a potem przez 24 miesiące dosyć niskie raty. Po tym okresie telefon należy do nas.
Wypełniłam więc wniosek o przeniesienie numeru, wybrałam ofertę, telefon, załączyłam potrzebne dokumenty, w tym kopię mojego polskiego dowodu, i wysłałam to wszystko przez stronę operatora.

Po kilku dniach dostałam maila z informacją o anulowaniu mojego zamówienia. Szybki przegląd internetu podpowiedział mi w czym może być problem, więc zadzwoniłam na infolinię żeby się upewnić. Pan z call center początkowo zaczął mnie zapewniać, że to pewnie błąd systemu, że zamówienie nadal widnieje u niego jako aktualne. Kiedy wspomniałam o moim polskim dowodzie, bardzo szybko się ogarnął i powiedział wprost, że sieć nie akceptuje zagranicznych dowodów i paszportów.
Powód? Abonamenty na telefon są „bez zobowiązań”, więc można je rozwiązać kiedy się chce. Obcokrajowcy podobno brali telefony na raty, rozwiązywali umowy i znikali nie płacąc pozostałych rat. Oczywiście, starają się znaleźć jakieś rozwiązanie, ale im to nie wychodzi.

Zwróciłam uwagę na to, że wystąpiłam o przeniesienie numeru, który mogą sprawdzić u mojego operatora, że posiadam go od lat, nigdy nie miałam problemów z płatnościami itd. Dodatkowo, podpisałam u nich umowę na internet, która wiąże mnie na minimum rok. Korzystałam też z ofert ratalnych wcześniej, nigdy nie miałam problemów ani z wzięciem czegoś na raty ani ze spłatą (inaczej mieli by o tym adnotację z Banku). Pan poubolewał sobie jeszcze, obiecał, że przekaże mój przypadek wyżej, bo faktycznie to niesprawiedliwe, i poradził żebym spróbowała przenieść numer, ale na nazwisko mojego partnera.

Nie, to też nie pomogło, bo operator anulował zamówienie telefonu w systemie ratalnym, ale nie przeniesienie numeru. Żeby odkręcić to ostatnie, musiałam wysłać list polecony z potwierdzeniem odbioru... odpowiedzi nie dostałam do dziś.

Koniec końców dogadałam się z moim starym operatorem jeśli chodzi o abonament. Telefon kupiłam na raty na stronie marki.

Edit: Małe sprostowanie, bo widzę sugestie w komentarzach, że tylko osoby z polskim dowodem/paszportem mają opisany wyżej problem. Nie... Wszystkie osoby legitymujące się dowodem czy paszportem, europejskim czy nie, innym niż francuski nie mogą wziąć telefonu na raty u tego operatora. Ot, taka polityka firmy obowiązująca od czasów jej założenia (trafiłam na fora z wpisami dotyczącymi problemu z 2011 czy 2012 roku czyli z okresu wejścia operatora na rynek).

Operator sieci komórkowej

Skomentuj (19) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 93 (101)

#89627

przez (PW) ·
| Do ulubionych
Kochany sąsiad!

Słowem wstępu:
Mieszkam w kamienicy, której ściany są cienkie jak papier - słychać dosłownie wszystko. Mamy więc z sąsiadami (głównie rodziny z dziećmi oraz aktywne zawodowo pary po 30) taką niepisaną zasadę, że kiedy ktoś robi imprezę lub remont, to wywiesza kartkę ze stosowną informacją przy wejściu do klatki schodowej. Na co dzień, staramy się zachowywać dyskretnie w miarę możliwości, ale nikt nikomu nie robi burdy jeśli ktoś słucha muzyki, chodzi po mieszkaniu czy rozmawia przy otwartym oknie. Oczywiście, wszystko w granicach rozsądku. I tak to sobie dobrze funkcjonowało przez kilka lat.

Podczas którejś z kolei sesji pracy zdalnej z powodu pandemii, usłyszałam, że w mieszkaniu bezpośrednio nad moim cieknie woda (tak, słyszałam regularne kapanie). W obawie przed ewentualnym zalaniem, dorwałam dozorcę żeby dowiedzieć się czy lokatorzy wyjechali tymczasowo czy wyprowadzili się na stałe. Okazało się, że mieszkanie stoi puste, ale właściciel nie miał jeszcze okazji znaleźć nowego lokatora. Zgłaszając cieknącą wodę przyspieszyłam ten proces i w ten sposób pozbyłam się usterki, ale zyskałam nowego sąsiada.

Chłopak, góra 25 lat, sprawiał wrażenie spokojnego i sympatycznego.
Gdyby rzeczywiście tak było, to nie pisałabym tej historii...

Nowy sąsiad zaczął umilać życie całej kamienicy z przytupem - podczas lockdownu z godziną policyjną o 18 i ograniczeniem spotkań do 6 osób na raz, urządził parapetówkę w środku tygodnia na ponad 20 osób. Kartki z informacją brak, goście łazili w tę i z powrotem po klatce schodowej żeby palić na zewnątrz, wrzaski, głośne rozmowy na schodach i podwórku typu studnia (więc hałas niósł się jak się masz), muzyka tak głośna, że miałam wrażenie, że impreza jest w moim mieszkaniu.
Kilkukrotnie próbowaliśmy upomnieć nowego i prosiliśmy o ciszę - bez skutku. W końcu, około 23, zaczęliśmy dzwonić na policję. Ta przyjechała o 3 nad ranem. Imprezowicze w jakiś sposób zostali powiadomieni o nalocie, bo kiedy policjanci weszli na podwórko, na górze zapanowała lekka panika kiedy wszyscy próbowali się schować, a potem cisza na 20 minut. Oczywiście, policja nic nie wskórała, a mnie udało się zasnąć dopiero około 5 nad ranem kiedy muzyka przycichła.

Następnie, okazało się, że nowy sąsiad preferuje nocny tryb życia od dziennego. Niby nic złego, sama kiedyś tak funkcjonowałam.
Ale w przypadku sąsiada nocny tryb życia oznacza sprowadzanie co noc innej panienki, głośne rozmowy na klatce schodowej i dzielenie się z resztą budynku swoimi łóżkowymi podbojami.
Nerwy mi puściły, kiedy zostałam wyrwana ze snu tuż przed 6 rano przez dzikie wrzaski dziewczyny. Chwilę mi zajęło zanim oceniłam czy niewiasta jest obdzierana ze skóry czy może to krzyki rozkoszy. Niemniej jednak ze snem do czasu aż mój budzik zadzwoni mogłam się pożegnać.

Chciałam pogadać z sąsiadem w cztery oczy, bo jego nocne życie zaczęło być trochę uciążliwe dla mnie i mojego partnera skoro obydwoje wstajemy rano do pracy. Jako, że nie zastałam go w domu wieczorem tego samego dnia, postanowiłam zostawić mu list, w którym wypunktowałam wszystko to, co realnie nam przeszkadzało. Zostawiłam też swój numer telefonu żeby mógł się ze mną skontaktować w razie wątpliwości. Odpowiedzi brak, panienki sprowadza dalej, ale chociaż przestały się drzeć.

Kolejną pasją sąsiada jest robienie prania w pralce w nocy. I to nie chodzi o to, że włącza pralkę około 22-23, ale przez długi program wiruje ona po północy. Nie... On włącza pralkę jak mu się przypomni - czasami o 1 w nocy, czasami o 4 nad ranem... Tym razem z innymi sąsiadami z piętra wywiesiliśmy na jego piętrze oraz przy wejściu kartkę z prośbą o nie robienie prania po północy. Zaczął więc włączać pralkę około 22, nawet jeśli jest w domu cały dzień.

Myśleliśmy, że w końcu zrozumiał, że wszyscy chcemy mieć po prostu trochę spokoju.
No chyba nie...

Kilka dni temu, zostaliśmy obudzeni głośną muzyką około 5 nad ranem. Mój partner nie mógł już spać, ja jeszcze próbowałam żeby być w miarę przytomna na szkoleniu. Poddałam się około 6 rano i dałam partnerowi zielone światło na wizytę u sąsiada.
Początkowo nie chciał otworzyć, ściszając jedynie muzykę - jak się później okazało, była u niego panienka. Kiedy w końcu dotarł do drzwi, mój partner powiedział mu w kilku żołnierskich słowach, co sądzi o jego trybie życia, jego wpływie na nasze życie, puszczaniu muzyki i robieniu prania w nocy. Zagroził mu również, że następnym razem powiadomimy właściciela i wspólnotę. Sąsiad zdołał wydukać tylko, że „robi pranie jak musi”.

Od tamtej pory sąsiad chodzi na paluszkach. Chciałam sama z nim porozmawiać po powrocie z pracy, ale nie otworzył mi drzwi, mimo że słyszałam, że jest w domu. Wróciłam więc do domu i poszłam pod prysznic odświeżyć się. Chwilę po tym jak odkręciłam wodę, usłyszałam trzaśnięcie drzwi piętro wyżej i charakterystyczne zbieganie po schodach. Może to i przypadek, chociaż wydaje mi się, że chłopak albo się przestraszył mojego partnera albo nie ma siły na konfrontację, albo ma na to wywalone.
Rozmowy raczej nie będzie, więc jestem ciekawa ile tym razem potrwa spokój.

Sąsiad kamienica

Skomentuj (21) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 128 (140)

#89540

przez (PW) ·
| Do ulubionych
Jak mój pracodawca narobił sobie problemów…

We Francji, istnieją dwa ubezpieczenia zdrowotne: podstawowe, opłacane ze składek jak w Polsce, które pokrywa 70% kosztów wizyty u lekarza, badań, lekarstw na receptę itd. oraz dodatkowe - Mutuelle - które, w dużym uproszczeniu, pokrywa pozostałe 30% kosztów oraz częściowo lub całkowicie to, czego podstawowe ubezpieczenie nie pokrywa, np. wizyty u psychologa, wyższe honoraria u dentystów, okulistów itp.

Od kilku lat, jednym z obowiązków pracodawców każdej branży jest zapewnienie Mutuelle pracownikom, co pozwala też na posiadanie lepszego pakietu niż gdyby wykupiło się Mutuelle samemu. Pracodawca, który nie wywiązuje się z tego obowiązku może trafić przed sąd i słono za to zapłacić.

Od lutego, czyli od momentu zatrudnienia, chodziłam za moimi przełożonymi i prosiłam o przesłanie mi papierów do ubezpieczenia - mailowo, telefonicznie, przez smsy, osobiście, przy świadkach i bez świadków. Najpierw powiedziano mi, że nikt nie korzysta z Mutuelle, która obejmuje naszą teatralną branżę, bo wszyscy są podpięci pod Mutuelle małżonków. Fajnie, tylko ja nie mam małżonka… Owszem, mogłabym podpiąć się pod ubezpieczenie mojego partnera, ale łatwiej, szybciej i bezpieczniej jest ogarnąć własne ubezpieczenie, tym bardziej, że już z tej konkretnej Mutuelle korzystałam w innej pracy i wiem, że jest bardzo dobra.

Potem mydlono mi oczy, że tak, już jutro zadzwonią i dowiedzą się jak mnie podpiąć, bo dawno tego nie robili, nie wiedzą, gdzie wysłać… bla bla bla… Dokumentów nie zobaczyłam do tej pory, ale z mojej pensji znika co miesiąc 106€ na opłatę ubezpieczenia.

W maju dorobiłam się turbo zapalenia oskrzeli. Dwie wizyty u lekarza i dwie wizyty w aptece kosztowały mnie łącznie 50€. Oceńcie sami czy to dużo czy to mało. Mogłam uniknąć tych kosztów, gdyby nie opieszałość pracodawcy.

Pod koniec czerwca z kolei, wylądowałam na ostrym dyżurze z kolką nerkową. Potem jeszcze musiałam wykupić leki w aptece, zrobić tomografię, badanie krwi, iść do urologa i ponownie do apteki. Mam jeszcze jedną tomografię do zrobienia i kolejną wizytę u urologa… Czekam wciąż na fakturę ze szpitala, ale na chwilę obecną mój kamień nerkowy kosztował mnie około 100€, co również mogło zostać pokryte przez Mutuelle, gdybym ją miała.
Zbieram więc wszystkie faktury i zastanawiam się czy być jeszcze miła dla mojego pracodawcy wysyłając mu kopie faktur z prośbą o zwrot kosztów czy może od razu skierować kroki do sądu pracy, który rozpatruje takie przypadki w przyspieszonym tempie.

Praca

Skomentuj (12) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 193 (199)

#89202

przez (PW) ·
| Do ulubionych
Na fali historii o niewiernej przyjaciółce.

Kiedy poznałam mojego obecnego partnera, ten był w trakcie rozwodu. Mimo że rozwód odbył się za porozumieniem stron, jednym z jego powodów była kompletna paranoja jego żony na punkcie zdrady. Nie, nie miała powodów by podejrzewać V. o zdradę, chociażby dlatego, że jego rodzice rozstali się przez zdradę jego ojca, więc V. postawił sobie za punkt honoru, że nigdy w ten sposób nie skrzywdzi drugiej osoby, bo nie potrafiłby potem spojrzeć swojej matce w oczy.

N. jest obywatelką Stanów i nigdy w życiu nie pracowała we Francji - pieniądze na utrzymanie dostawała od rodziców, więc nie mogła sobie pozwolić na samodzielne wynajęcie mieszkania (legendarna francuska biurokracja). Mój partner, Francuz, poznał ją kiedy mieli po 16 lat. Najpierw się przyjaźnili, potem postanowili być razem i pobrać się. To tak w dużym skrócie. Mieszkali razem do zakończenia rozwodu i do jej wyprowadzki do Stanów. Ze względu na staż tej znajomości, nadal utrzymują ze sobą kontakt (co mi nie przeszkadza).

Kiedy więc się poznaliśmy i zaczęło między nami iskrzyć, V. opowiedział mi od razu o całej sytuacji. Przez cały okres rozwodu, „ukrywał mnie”, ponieważ bał się, że gdyby N. dowiedziała się o moim istnieniu przed podpisaniem papierów rozwodowych, oskarżyłaby go o zdradę i wniosła o rozwód z orzeczeniem o winie, co przedłużyłoby procedurę. Biorąc pod uwagę to, że każdą kobietę w otoczeniu V. uważała za potencjalną kochankę, obawy były jak najbardziej uzasadnione. Jeszcze zanim N. wystąpiła o rozwód, V., który jest z zawodu fotografem specjalizującym się w wydarzeniach kulturalnych, miał przykazane by wracać z koncertów przed godziną 22. Bo przecież wiadomo, że przed 22 nikt nikogo nie zdradza, ale po 22 to już każdy z każdym. N. regularnie urządzała mu awantury, gdy V. wrócił z koncertu po 22. O sesji zdjęciowej do portfolio jakiejś modelki czy aktorki również nie było mowy, bo to kobieta, więc może ją zdradzić. Z facetami już tego problemu nie było.

Ulżyło nam bardzo, obojgu, kiedy mieliśmy pewność, że samolot z N. na pokładzie odleciał do Nowego Jorku. V. przekonał się od tamtego czasu, że nie mam takich zapędów jak N. i nie widzę zagrożenia w każdej kobiecie. A ja cieszę się normalnym związkiem, bez ukrywania się, bez zazdrości i w pełnym zaufaniu do mojego partnera.

Tylko, że kilka tygodni temu, V. zrobił mi kilka zdjęć podczas spaceru i opublikował dwa z nich na swoim Instagramie i na swojej stronie. Nie minęła godzina, a N. napisała do niego z pytaniem czy się z kimś spotyka. Potwierdził. Spytała go więc czy nie będzie miał nic przeciwko jeśli i ona będzie się z kimś spotykać. Odpowiedział, zgodnie z prawdą, że nie. W końcu są rok po rozwodzie, każdy układa sobie życie na nowo. Od słowa do słowa, V. dowiedział się, że owszem, N. spotyka się z facetem, którego V. poznał podczas ich wspólnego pobytu w Nowym Jorku. N. podjęła decyzję o rozwodzie po powrocie z tamtych wakacji. Cały czas była w kontakcie z tym facetem. Wykręciła się od odpowiedzi, kiedy V. zapytał ją czy do czegoś między nimi doszło zanim się rozwiedli.

Wnioski narzucają się same

Podwójne standardy zdrada

Skomentuj (22) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 156 (176)