Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation
Profil użytkownika

poliglotka

Zamieszcza historie od: 23 czerwca 2020 - 0:43
Ostatnio: 22 maja 2021 - 8:08
  • Historii na głównej: 3 z 4
  • Punktów za historie: 332
  • Komentarzy: 13
  • Punktów za komentarze: 24
 
Pracuję w teatrze...
Aktualnie, od ponad roku z krótką przerwą, zdalnie. Trochę to upierdliwe na dłuższą metę, ale przynajmniej w końcu mamy czas na zrobienie wszystkiego tego, czego nie mamy czasu zrobić kiedy teatr działa normalnie.

Z tego samego założenia wyszedł dział księgowości, od którego dostaliśmy jakiś czas temu maila, który można by streścić następująco:
„Pamiętacie spektakl, który zajął nam cały sezon 2018/2019? Wypłaciliśmy kasę producentowi, ale właśnie zauważyliśmy, że brakuje nam prawie 2 milionów euro od dystrybutorów i punktów sprzedaży. Macie tu tabelkę kto ile nam wisi.
Znajdźcie, proszę, te 2 bańki, zanim prezes łby nam poukręca.”

Kiedy już kolektywny karpik nam przeszedł, zaczęliśmy się zastanawiać, jak to w ogóle możliwe, że dopiero teraz zauważyli, że brakuje im 2 baniek w kasie. Że nasi księgowi są mało ogarnięci, to wiedzieliśmy od dawna. Ale że aż tak?!

Po sprawdzeniu faktur, wymianie tony maili z dystrybutorami i punktami sprzedaży, pierdyliardzie burz mózgów na Teamsie, kilku awanturach - bo, umówmy się, są lepsze rzeczy do roboty niż szukanie potwierdzeń przelewów sprzed 2-3 lat, a następnie dopasowywanie ich wspólnymi siłami do konkretnych rezerwacji - razem z moimi kolegami doszliśmy do wniosku, że, owszem, brakuje kasy. Ale nie 2 baniek, a mniej niż 1/4 tej sumy. Udało nam się odzyskać brakujące pieniądze.

A skąd w księgowości wzięła się taka suma?
Przelewy w końcu przychodziły na czas, ale nikomu nie chciało ich się odpowiednio przypisywać do faktur, które wystawialiśmy regularnie i które wysyłaliśmy do księgowości, żeby się te dwa biedaki nie pogubiły. Okrągłe sumki ze sprzedaży biletów i innych atrakcji widniały więc na koncie, ale nikt w księgowości nie zadał sobie pytania skąd ta kasa im wpływa i do którego spektaklu trzeba ją przypisać. Ot, poduszka finansowa.

Skomentuj (2) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 145 (155)

#88010

(PW) ·
| Do ulubionych
Krótka historia o bezmyślności.

Mój partner pracuje w butiku jednej z lokalnych sieci komórkowych. Nie jest to najlepszy okres dla niego, bo po śmierci dwóch dalszych członków rodziny i znajomego w naszym wieku, który był okazem zdrowia, panicznie boi się wirusa. Niestety, lockdown lockdownem, ale butiki sieci komórkowych mogą być otwarte, na co zezwolił tutejszy rząd.
Partner przestrzega wszystkich zasad higieny, dystansu społecznego itd. Czasami nawet przesadza, moim zdaniem, ale nie będę się kłócić, niech robi, co chce. Np. odmawia ucałowania swojej mamy na powitanie, mimo że ta ma regularnie robione testy, bo pracuje w szkole. Ze mną już takiego problemu nie ma, bo pracuję zdalnie i od zawsze trzymałam ludzi na dystans.

Jakiś czas temu, to jednak nie Covid prawie go wykończył, a zawał serca.
Pewnego dnia, do butiku zawitał klient, który chciał zwrócić sprzęt po wymianie (modem, dekoder i inne kable). Klient, podczas całej procedury zdania sprzętu i rozmowy z moim partnerem, trochę pokasływał, a że ten ostatni jest dosyć jowialny, to na pożegnanie rzucił do klienta: „No to teraz syropek i do łóżka!”
Klient mu na to, że „tak w sumie to on ma Covida i jest na kwarantannie, no ale musiał oddać sprzęt”.

Nie muszę chyba mówić, że ta odpowiedź zwaliła mojego partnera z nóg?
Kiedy otrząsnął się z pierwszego szoku, zadzwonił do klienta żeby się upewnić czy to aby na pewno nie był żart. Klient ze stoickim spokojem potwierdził, że jest chory na Covid i nie powinien wychodzić z domu.

Oczywiście, potem nastąpiła izolacja, testy, zwolnienie lekarskie, żeby nie utracić całości wynagrodzenia za nieobecność w pracy i tak dalej... Na szczęście, skończyło się na strachu.
Zastanawialiśmy też czy nie da się tego gdzieś zgłosić, ale szybko okazało się, że nie. Co więcej, dowiedzieliśmy się, że osoby przebywające na kwarantannie mogą wyjść z domu po szybkie zakupy pierwszej potrzeby. Tylko czy oddanie sprzętu, a co za tym idzie, narażanie innych ludzi na zakażenie - bo jednak procedura trochę czasu zajmuje i w tym czasie jest się dosyć blisko drugiej osoby - było naprawdę pierwszą potrzebą?

Covid

Skomentuj (29) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 142 (160)

#87977

(PW) ·
| Do ulubionych
Dwa podejścia covidowe...

Stomatolog, u którego leczę zęby, skontaktował się ze mną ponad tydzień temu:
- Dzień dobry, tu dr Z. miałem kontakt z osobą zarażoną covidem, czekam obecnie na wynik testu, ale muszę odwołać Pani wizytę. Odezwę się pod koniec tygodnia, jeśli test wyjdzie negatywny, żeby ustalić nowy termin.

Faktycznie pod koniec tygodnia, umówiliśmy się na wizytę pod koniec kolejnego tygodnia. Dzień przed tą zaplanowaną wizytą, dostaję kolejnego smsa:
- Niestety, muszę odwołać Pani jutrzejszą wizytę, ponieważ właśnie dostałem pozytywny wynik drugiego testu, mam objawy od tego i tego dnia (dzień po tym jak przekładaliśmy wizytę), więc muszę pozostać w izolacji do dnia x. Mogę zaproponować Pani wizytę po tej dacie, np. dnia y.

Podziękowałam za informację, potwierdziłam nowy termin i życzyłam zdrowia.

Tymczasem, u stomatologa, który leczy resztę mojej rodziny...
Babcia i mama były umówione na wizytę tego samego dnia. Wizyta babci przebiegła normalnie. Podczas wizyty mojej mamy, kiedy ta siedziała z otwartą buzią, bez maseczki, na fotelu, dentystka zaczęła kaszleć, pociągać nosem itd., po czym poinformowała moją mamę całkowicie spokojnie:
- A bo ja w sumie przeziębiona jestem...

Mama, już po skończonym leczeniu, zaczęła wypytywać czy to aby na pewno nie Covid, bo akurat dla niej zarażenie się mogłoby być fatalne w skutkach. Dentystka zaczęła ją zapewniać, że nie. A czy robiła test? Nie, bo po co...

To nie jedyna piekielność z jej strony, bo potrafi obmacać pół gabinetu dłońmi w rękawiczkach, które przed chwilą trzymała w buzi pacjenta i które chwilę później wylądują w buzi pacjenta na nowo. Wątpię, żeby dezynfekowała dokładnie cały gabinet po każdym pacjencie... Nie robiła tego przed pandemią, kiedy jeszcze się u niej leczyłam (to temat na kilka innych historii).

Ta sama stomatolog zamknęła gabinet od marca do sierpnia włącznie w ubiegłym roku, bo bała się, że jakiś pacjent przyniesie jej wirusa, a ona odsprzeda go swojej córce chorej na cukrzycę.

Tak, że tak...

Uprzedzając pytania: tak, próbuję namówić moją rodzinę do zmiany stomatologa (mnie to wyszło na dobre), ale, jak to mówią, „old habits die hard”...

Covid

Skomentuj (14) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 123 (135)

1