Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation
Profil użytkownika

poliglotka

Zamieszcza historie od: 23 czerwca 2020 - 0:43
Ostatnio: 22 maja 2021 - 8:08
  • Historii na głównej: 3 z 4
  • Punktów za historie: 332
  • Komentarzy: 13
  • Punktów za komentarze: 24
 
poczekalnia
Niektórym z Was ta historia może się wydać błaha, ale we mnie do tej pory się gotuje na samo wspomnienie, mimo że od całej sprawy minęło już kilka miesięcy.

Tytułem wstępu...
Z moim obecnym partnerem poznaliśmy się i związaliśmy w październiku ubiegłego roku. Był on wtedy w trakcie rozwodu, co jest tematem na osobną historię... Tutaj chcę jedynie powiedzieć, że rozwód był „za porozumieniem stron”, a jego procedura, w kraju, w którym mieszkamy, jest od kilku lat uproszczona, nie wymaga rozprawy sądowej i powinna trwać 3 miesiące. Małżonkowie dogadują się poprzez prawników, a potem przyklepują papiery u notariusza. Tyle z teorii... W praktyce, mój partner i jego była żona wystąpili o rozwód w sierpniu, w październiku, kiedy się poznaliśmy, termin był wyznaczony na grudzień, potem na styczeń, a ostatecznie papiery podpisali w marcu, czyli 7 miesięcy od początku całej historii. Nie wiemy czym ten poślizg był spowodowany... Czy przez Covid, opieszałość prawników czy może przez to, że była żona mojego partnera jest Amerykanką, a tutejsza biurokracja jest niewybaczalna. Może wszystko na raz.

Poznaliśmy się przez czysty przypadek, nie mając żadnych wspólnych znajomych czy innych wspólnych punktów odniesienia. Zaczynaliśmy od kompletnego zera pod tym względem. Każde z nas miało swój krąg bliższych i dalszych przyjaciół.
Dosyć szybko, bo w listopadzie, dorobiliśmy się jednej wspólnej znajomej, powiedzmy C., która również nie była z żadnym z nas jakkolwiek związana wcześniej. Osobiście, ucieszyłam się na tą nową znajomość, bo moje otoczenie jest w większej części męskie i czasami brakowało mi koleżanki w moim wieku, która nie byłaby jednocześnie moją współpracownicą. Obydwoje dobrze dogadywaliśmy się z C. Zawsze spotykaliśmy się we trójkę, nigdy osobno, ale wiedząc, że C. rozstała się kilka miesięcy wcześniej ze swoim partnerem, nie obnosiliśmy się z naszym związkiem. C. wiedziała, że jesteśmy razem od niedawna i że mój partner jest w trakcie rozwodu. Biorąc pod uwagę to, że nie czuła się najlepiej po tym rozstaniu (epizody depresyjne, była pod kontrolą psychiatry), staraliśmy się jakoś jej pomóc, umilić czas itd. Zaprosiliśmy ją, między innymi, na świąteczny obiad, mimo że te pierwsze Święta chcieliśmy początkowo spędzić tylko we dwoje i po prostu odpocząć od codziennych zmartwień.

Nie wszystko było, niestety, kolorowe i słodkopierdzące... Pierwsze miesiące naszego związku, określiłabym jako jedno wielkie wypracowywanie kompromisów, które skończyło się dopiero niedawno, ponieważ obydwoje znajdowaliśmy się na różnych etapach życia i oczekiwaliśmy innych rzeczy. Żadne z nas nie spodziewało się, że trafimy na siebie, że tak szybko między nami zaiskrzy i że zdecydujemy się być razem, mimo że nie mieliśmy ochoty pakować się w związek. Mój partner, po kilku latach małżeństwa, chciał korzystać z wolności. Ja, po przejściach z moim byłym partnerem, dostawałam mdłości na hasło „chcę lekkiego związku, bez zaangażowania”, a kilka tygodni wcześniej dostałam kosza od gościa, którego uważałam za mój ideał. Do tego, przeciągający się rozwód i paniczny strach mojego partnera o to, że jego była żona narobi mu koło pióra i jeszcze bardziej wszystko przedłuży, jeśli dowie się, że ten się z kimś spotyka, przyprawiały nas obydwoje o niezłą frustrację.

Jako, że moi znajomi byli dosyć negatywnie nastawieni do mojego partnera (zdarza się, że są zbyt opiekuńczy wobec mnie), a C. była jedyną osobą, która znała nas obydwoje, zdarzało mi się więc zwierzać jej z naszych problemów. Nie wchodziłam za bardzo w szczegóły, nie zwierzałam jej się z intymnych rzeczy, ale mówiłam jej kiedy nerwy mi puszczały, bo nie mogliśmy się dogadać z jakiegoś powodu, czy po prostu miałam już dość tego rozwodu (bo, nawet jeśli mnie to nie dotyczyło bezpośrednio, to jednak cała ta sytuacja miała duży wpływ również i na mnie).

W lutym, frustracja i zmęczenie psychiczne z jednej i drugiej strony były tak duże, że kłóciliśmy się prawie codziennie i byłam o krok od rzucenia wszystkiego w pieruny. Poprosiłam C. o radę, mówiąc jej, że chyba nie dam rady, że chyba przeszliśmy przez punkt bez odwrotu i nie ma już co zbierać. C. postanowiła wcielić się w rolę mediatora, mimo że jej o to nie prosiłam, jednocześnie namawiając mnie do rozstania. Coś we mnie pękło i powiedziałam jej wszystko, co mnie gryzło. Prowadziłyśmy taką szczerą rozmowę przez kilka dni. W tym samym czasie, jakoś udało nam się dojść do porozumienia z moim partnerem, o czym poinformowałam C. mówiąc jej, że szkoda by było stracić to, co mamy i o co walczymy od miesięcy. W odpowiedzi na to, C. niby cieszyła się moim szczęściem, ale wplotła w swoją wiadomość kilka zdań, które mocno mnie zaniepokoiły. Co tam zaniepokoiły... Serce mi stanęło z wrażenia.

Otóż C., między wierszami, zasugerowała mi, jakoby mój partner proponował jej spotkania sam na sam w wiadomym celu, a do tego, mocno z nią flirtował i odnosił się do niej w ten sam sposób, co do mnie używając tych samych czułych słówek. No jednym słowem: gra na dwa fronty, a tym samym robi mnie w konia jak mój były partner, mimo że wiedział jak bardzo przeżyłam tamten związek. Zadzwoniłam do niej i poprosiłam ją o wyjaśnienia. Przeczytała mi wiadomości mojego partnera, łącznie z datami, ale swoje odpowiedzi pomijała lub streszczała je w kilku słowach.
Oczywiście, wpadłam w furię, poinformowałam mojego partnera, że nie chcę go więcej widzieć na oczy, a swoje obietnice i kompromisy może sobie wsadzić tam, gdzie myślę. Mój partner chciał mi to wszystko wyjaśnić, C. z drugiej strony utwierdzała mnie w mojej wściekłości i kibicowała kiedy darłam się na mojego partnera przez telefon, kiedy ten próbował jeszcze coś wskórać. Byłam w okropnym stanie, zarówno psychicznie jak i fizycznie. Po prostu rozwaliło mnie to na łopatki.
Facet jednak był bardziej uparty niż ja i następnego dnia wieczorem, kiedy wiedział, że po przespaniu się z problemem trochę się uspokoję, przyjechał do mnie, żeby jeszcze raz spróbować wyjaśnić sprawę. Żeby udowodnić mi, że nie jest to tak czarno-białe jak mi się wydaje, pokazał mi całą konwersację, którą prowadził z C. na WhatsAppie.

Co się okazało? Owszem, mój partner kilkakrotnie zwrócił się do niej czule, ale było to w momencie, kiedy ona nie czuła się najlepiej psychicznie i obydwoje wspieraliśmy ją kiedy była w dołku. Owszem, delikatny flirt zdarzył się raz, zainicjowany przez nią. Owszem, kilkakrotnie padła propozycja spotkania sam na sam, którą wysłała C. i którą mój partner odrzucił za każdym razem.
Co ciekawsze, pierwsza propozycja spotkania sam na sam padła równo tydzień po tym jak doszliśmy do porozumienia w sprawie otwartości naszego związku, a raczej jej braku (mój partner chciał otwartego związku, ja nie i koniec końców stanęło na moim). C. wiedziała, że był to temat, który spędzał mi sen z powiek przez moje poprzednie doświadczenia. Pomimo tego, postanowiła „przetestować” wierność mojego partnera. Do tego, zauważyliśmy, że za każdym razem, gdy u nas działo się źle, C. była bardzo towarzyska, gadatliwa... No do rany przyłóż. Jak tylko się godziliśmy, potrafiła nie odzywać się przez kilka dni, czasami tłumacząc się złym samopoczuciem.

Dałam sobie kilka dni na podjęcie decyzji, co dalej, a następnie postanowiłam dać naszemu związkowi jeszcze jedną szansę. Kiedy poinformowałam C. o tym, nie wchodząc w szczegóły dyskusji jakie przez te kilka dni miałam z moim partnerem, dostałam odpowiedź: „Ok. Uważaj na siebie w każdym razie...”
I więcej o niej nie usłyszeliśmy...

Do tej pory zastanawiam się, co jej przyszło do głowy, żeby tak próbować namieszać, i czy może my pozwoliliśmy jej się do nas zbliżyć...

Przyjaciółka

Skomentuj (16) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 21 (73)

1