Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation
Profil użytkownika

pusia

Zamieszcza historie od: 16 grudnia 2010 - 22:03
Ostatnio: 15 października 2019 - 11:39
  • Historii na głównej: 21 z 34
  • Punktów za historie: 10145
  • Komentarzy: 152
  • Punktów za komentarze: 887
 

#85364

(PW) ·
| Do ulubionych
Obok mnie mieszka bardzo młode małżeństwo z dwójką dzieci. Starsze ma 6 lat, młodsze rok. Nie kumplujemy się jakoś, jesteśmy bardziej na przelotne cześć, czasem z dziewczyną chwilę zagadam, jej mąż jest za to bardzo dziwny, więc gadki z nim raczej unikam.

Ostatnio zapukali do nas, samochód oddali do mechanika, a taka sytuacja jest, że z młodszym dzieckiem trzeba do lekarza jechać. Okej, nie ma sprawy, podrzucimy ich, tylko wiadomo muszą zabrać fotelik. No i ładujemy się do samochodu, sąsiad pakuje dziecko na tylne siedzenie, ale tak patrzę, a on zapiął pas, a dłuższy przełożył tylko wokół fotelika. Nie wiem czy dobrze to opisałam, ale ochrona dla tego fotelika żadna, bo przy każdym najmniejszym zakręcie wysunąłby się.

Bezpieczeństwo najważniejsze więc pytam, czy on nie zapina tego fotelika, bo przecież ten krótszy pas też powinien iść wokół, są do tego nawet specjalne zaczepy. Na to, jego żona z fochem mówi: "Widzisz! Mówiłam ci, że to się też zapina, bo ten fotelik zawsze się buja na każdą stronę, a ty nie słuchałeś!" Kopara mi opadła i pytam jak w takim razie jeździli z dzieckiem do tej pory? No normalnie, ona siedziała z tyłu i trzymała na zakrętach.

Nie chcę nawet myśleć, co by było przy jakiejś stłuczce, albo gdy jedno z nich musiałoby jechać z dzieckiem samo.

Skomentuj (2) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 146 (156)

#85104

(PW) ·
| Do ulubionych
Mam dobrą koleżankę, fajna dziewczyna, miła, choć dosyć cicha i łagodna, ona z kolei ma męża o którym można by było książkę na piekielnych napisać.

Aby jak najlepiej przybliżyć jego postać, to niestety ale modne ostatnio memy o Januszach nosaczach, oddają jego charakter w 99% (włącznie z tym, że jeździ starym Passatem). Przy piwie jest głośny, ignoruje resztę, opowiada żenujące historie, albo puszcza muzykę, którą lubi tylko on. Jak to się stało, że są razem to nie wiem i wolę się nie wtrącać, jeśli dobrze im ze sobą, to mi pozostaje tylko go unikać.

Ostatni raz widzieliśmy się przypadkowo na mieście i opowiedział jak to nasz wspólny kolega Wojtek go urządził. Zainteresowaliśmy się co takiego on mu zrobił, tym bardziej, że Janusz na twarzy poobijany, warga rozcięta, ogólnie wyglądał nieciekawie.

Janusz poprosił Wojtka, żeby mu pomógł wynieść szafę do piwnicy, a po wszystkim usiedli tam i wypili parę piw. Po tym Januszowi było mało więc wyjął flaszkę i namawiał kolegę, żeby ją też wypili, ale Wojtek po kieliszku, zostawił go w tej piwnicy. No więc cóż miał biedny począć, dokończył ledwie napoczętą butelkę i spróbował wrócić do domu, ale spadł ze schodów i się poobijał.

Według Janusza cała ta historia to wina Wojtka, bo co to za kolega, co drugiego zostawia. Na pytanie po co wypijał resztę alkoholu, nie umie odpowiedzieć, ale to też wina Wojtka. Jego żona solidarnie sprawy nie komentuje, a sam 'winny' urwał z nim kontakt, podając numer psychiatry. Oburzony Janusz szukał u nas poparcia, ale cóż... nie znalazł.

Skomentuj (1) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 102 (118)

#85063

(PW) ·
| Do ulubionych
Mnóstwo ludzi dookoła ma w domu zwierzęta, jeszcze więcej ma dzieci, a i ogromna część ma oba równocześnie. Posiadanie kota, czy psa jest w pełni społecznie akceptowane, a jednak do tej pory nie miałam pojęcia, jak wiele ludzi zwierząt nie szanuje.

Od kiedy zaszłam w ciążę, pytanie co teraz zrobię ze swoimi kotami, słyszałam milion razy. To, że moja wiekowa babcia wiecznie mi przepowiada, że zarażę się od nich parchami, aidsem i rakiem, rozumiem. To, że mój równie wiekowy dziadek, usilnie namawia mnie na oddanie mu kotków na wieś, do szopy "coby sobie myszy nałapały", też rozumiem. Nawet to, że mój mniej wiekowy ojciec opowiada, jak to noworodek niechybnie zachłyśnie się sierścią, albo kot mu się rzuci do gardła, też jestem w stanie zrozumieć.

Tak to, że grono młodych, świadomych ludzi, w dobie dostępu do wszelkiego rodzaju informacji, opowiada podobne głupoty mnie wręcz boli. Nie stawiam zwierząt ponad ludźmi, jak to wiele osób z braku argumentu, mi zarzuca. Jeśli płonąłby mi dom, wiadomo, że pierwsze ratowałabym dziecko. Jednak mam świadomość, że koty, za które wzięłam odpowiedzialność, mają uczucia, są żywymi istotami i też należy im się szacunek.

Jeden z moich kotków nie lubi gości. Nie oznacza to, że rzuca się na każdego, kto do nas przyjdzie, ale że zajmuje się swoimi kocimi sprawami a jedyne zbliżenia z obcymi, na jakie ma ochotę, to ewentualne poocieranie się o ich buty, żeby pachniały bardziej kocio. Nie zliczę ile razy muszę powtarzać, żeby nie próbować go głaskać, bo nie ma na to ochoty. Większość, musi na siłę udowodnić, że ich akurat polubi i na to, że kot na nich prychnie reagują świętym oburzeniem, że dzikus i wszystkich nas pozagryza.

Od koleżanki usłyszałam, że skoro on tak na wszystkich reaguje to dziecko rozszarpie. Więc tłumaczę, że na domowników tak nie reaguje i pytam, czy jeśli twoja dwuletnia córka, gdy widzi obcych zamyka oczy i się wstydzi, czy to oznacza, że w domu na wasz widok też tak robi? No nie, ale to KOT.

Drugi mój kotek jest za to takim pieszczochem, że nawet jakby złodziej przyszedł nas okraść, to by się domagał od niego głaskania. To też źle bo to oznacza, że oczywiście dziecko rozszarpie bo będzie zazdrosny. A dlaczego? Bo to KOT.

Żaden z tych młodych ludzi, za nic nie łączy faktów, że koty, tak samo jak dzieci trzeba wychować. Gdy rodzi się drugie dziecko, to pierwsze trzeba przygotować na przyjście rodzeństwa, tak samo zwierzęta można przygotować. I nie trzeba od razu wyrzucać, oddawać, czy kochać mniej, żeby mieć więcej miłości dla dziecka.

Skomentuj (38) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 184 (202)

#85064

(PW) ·
| Do ulubionych
Są miejsca w których powiedzenie czegoś o robieniu kupy, albo użycie słów takich jak "pochwa" czy "odbyt" wywołuje salwy śmiechu.

Jednym z takich miejsc jest szkoła, ale w życiu bym się nie spodziewała, że będzie to szkoła rodzenia.

Dwie panie notorycznie zagłuszają wykład chichocząc, ewentualnie komentując głośno okrzykami w stylu "o fuuuuj". Obie są po trzydziestce i dla jednej z nich będzie to już drugi poród.

Skomentuj (1) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 103 (103)

#84996

(PW) ·
| Do ulubionych
W swojej sieci komórkowej, jeśli będę miała drugi numer, zapłacę dokładnie tyle samo, ile za jeden. Super promocja, to teraz tylko dopisać numer męża na mnie i możemy się cieszyć dwa razy niższym abonamentem. Mąż miał numer w fioletowej sieci, więc najpierw trzeba było zrobić cesję na mnie, a później przenieść go do mojej sieci.

Wszystko udało się załatwić, do przeniesienia numeru i zakończenia umowy zostały nam dwa miesiące i, co za tym idzie, opłacenie dwóch faktur. Zapłacone w terminie, numer przeniesiony, umowa z moją siecią weszła w życie.

Minęło parę miesięcy i w skrzynce znalazłam list z jakiejś firmy windykacyjnej. Firma ta informuje mnie, że mam dwa tygodnie na opłacenie zaległości, inaczej sprawa trafia do sądu. Szybki rachunek sumienia, mandatów do zapłacenia zero, rachunki wszystkie w terminie, ale pismo jest i mi grozi.

Na infolinii, po przebrnięciu przez wszystkie wytyczne, dowiaduję się w końcu, że mój dług został im przekazany przez fioletową firmę. Umowa rozwiązana parę miesięcy temu, żadnych innych z ich siecią nie posiadam, potwierdzenia zapłaty są, no to pozostaje mi tylko dzwonić na ich infolinię.

Okazuje się, że fakturę, owszem, opłaciłam, ale w międzyczasie przeszła cesja, więc nowa faktura wystawiona jest na mnie. No więc tłumaczę pani, że tak czy siak jest opłacona, więc o co właściwie chodzi.

A o to, że na moim koncie jest zaległość, ale na koncie męża jest nadpłata. Numer konta do zapłaty został taki sam, więc pieniądze trafiły dokładnie tam, gdzie miały trafić. Mimo wszystko oni sobie zaksięgowali to w ten sposób i to moja wina, więc muszę zapłacić.

Nie mogą państwo po prostu przeksięgować tej kwoty na moje konto? NIE. Na pytanie, czy w takim razie, jeśli zapłacę za moją fakturę, mąż będzie mógł wypłacić sobie tę nadpłatę z jego konta, pani profesjonalnie odpowiada, że NIE, bo konto męża już nie istnieje. Sytuacja tak absurdalna, że zastanawiam się, czy ktoś ze znajomych mnie czasem nie wkręca.

Kiedy okazuje się, że na infolinii naprawdę rozmawiam z pracownikiem ich sieci, a nie koleżanką, szlag mnie trafia. Nie dość, że każą zapłacić mi za coś, co jest już opłacone i nie chcą oddać mi tego, co teoretycznie jest nadpłatą, to jeszcze przez kilka miesięcy milczą i zamiast wysłać mi mejla, pismo czy gołębia pocztowego, bezczelnie sprzedają rzekomy "dług" firmie windykacyjnej.

Pogroziłam chyba każdą instytucją, jaka przyszła mi do głowy, nastraszyłam prawnikiem, prokuratorem i papieżem, wykrzyczałam też wszystkie swoje żale, z czego dumna nie jestem, ale rozmowa z pracownikiem przypominała rozmowę z krzesłem. Wiecie, mów do dupy, to cię osra.

W końcu, po kilkukrotnym przełączaniu mnie między pracownikami infolinii, tłumaczeniu tej samej sprawy od początku po raz pięćdziesiąty, trafiam na kogoś, kto albo pracuje tam dłużej, albo jest bardziej wyszkolony i okazuje się, że można przeksięgować nadpłatę na poczet niedopłaty. Zajęło im to trochę czasu, ale dług został anulowany.

Pozostaje mi tylko nie mieć z ich firmą już nigdy nic wspólnego. I jakby ktoś mnie pytał, odradzam podpisywanie jakichkolwiek umów.

Skomentuj (20) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 105 (113)

#84960

(PW) ·
| Do ulubionych
Darowanemu koniowi w zęby się nie zagląda i tej zasady się trzymam, jeśli coś oddaję, oczekuję zwykłego dziękuję, jeśli coś dostaję, robię dokładnie to samo. Jednak naprawdę nie rozumiem, dlaczego niektórzy przekazują innym zwykłe śmieci.

Spodziewam się dziecka i rodzina czy znajomi, proponują rzeczy po swoich maluszkach. Uważam to za miłe i pomocne, i z chęcią z takiej pomocy korzystam.
Dalsza kuzynka, oddała mi dwie torby ciuszków. Super, podziękowałam, zaproponowałam jakąś kawę czy czekoladę, wyszło to całkowicie z jej inicjatywy, więc był to taki miły gest. Do czasu.

Oczywiście po jej wyjściu zabrałam się za przeglądanie tych prezentów i oniemiałam.
Większość rzeczy była zwyczajne podarta, dziurawa, uszkodzona. Powyciągane rajstopki, żółte od niedopranego moczu, dziurawe skarpetki, bucik bez pary czy zmęczone spodenki, rozdarte na kroku. Z dwóch pełnych toreb jedynie jedna kurteczka była ładna i nadawała się do użytku. Całą resztę po prostu wyrzuciłam do kosza, bo nie wiem do czego miałabym użyć jednej rękawiczki w dodatku z dziurą.

Teraz się tak zastanawiam, czy to złośliwość, czy może po prostu pomyliły jej się torby ze śmieciami.

Skomentuj (43) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 166 (176)

#84885

(PW) ·
| Do ulubionych
Parę lat temu, mój bliski znajomy spotykał się niedługo, z pewną dziewczyną, nazwijmy ją Zuzia.
Zuzia była bardzo sympatyczna, z miejsca ją polubiliśmy i przyjęliśmy do naszej paczki.

Bardzo szybko dziewczyna nam wyznała, że jest poważnie chora, ma wadę serca. Więcej szczegółów nie znaliśmy, bo Zuzia akurat o swojej chorobie mówiła niewiele, za to często. Ja przynajmniej odniosłam wrażenie, jakby chciała się tym z kimś podzielić, ale nie chciała litości. Kiedy się spotykaliśmy, dopasowywaliśmy się do niej, wiadomo możliwości miała ograniczone, jednak wtedy ona zawsze nalegała na odrobinę szaleństwa, jakby chciała zapomnieć choć na chwilę o swojej chorobie.

Czasem z tego powodu dochodziło do spięć, bo jednego razu nam mówiła, że ze względu na leki nie może pić alkoholu, żeby przy następnym spotkaniu beztrosko popijać piwo. Na nasze sprzeciwy odpowiadała, że wie co robi i zna swój organizm. Kilka razy zdarzało jej się na chwilę stracić przytomność, jednak nigdy nie pozwoliła nam wezwać karetki. Była bardzo uparta i mimo słabego ciała, miała silny charakter.

Nagle Zuzia zniknęła, przestała się odzywać, by po paru dniach nieobecności, w krótkim sms-ie powiadomić swojego chłopaka, że ma operację w Warszawie, ale nie chce litości i współczucia. Na więcej wiadomości nie odpisała, telefonów nie odbierała.

Kolega bardzo to przeżył, bo jednak mimo, że nie byli ze sobą długo, to mocno się w niej zauroczył, zresztą okoliczności niecodzienne, więc siłą rzeczy martwił się o jej los.

Do czasu, aż dwa dni później zobaczyliśmy Zuzię na mieście w towarzystwie, roześmianą i zdecydowanie niewyglądającą na kogoś chorego, a już na pewno, nie po poważnej operacji serca.

Kolega trochę popytał jakiś wspólnych znajomych i dowiedział się, że Zuzia chora nigdy nie była, ale podobno nie pierwszy raz próbowała w ten sposób zwrócić na siebie uwagę.

Dzisiaj ją właśnie przypadkiem spotkałam i udała, że mnie nie zna. Mam nadzieję, że to ze wstydu.

Skomentuj (6) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 139 (145)

#65974

(PW) ·
| Do ulubionych
O piekielnym jak dla mnie weterynarzu.

Gdy kotka nasza skończyła parę miesięcy, poszliśmy zasięgnąć opinii weterynarza, kiedy najlepiej ją wysterylizować. Pan powiedział, że najlepiej po pierwszej rui, kiedy kotka osiągnie pełną dojrzałość płciową.

Kiedy nadszedł ten moment, od razu zadzwoniliśmy, żeby umówić się na konkretny termin zabiegu. Niestety po paru dniach zauważyliśmy, że kicia, korzystając z kuwety, wydaje dziwne pomruki. Już na drugi dzień zaczęła wręcz warczeć.

Telefon do doktora, ale poradnia była otwarta dopiero od 13, a pan nie odbierał telefonu. Już wtedy wydawało mi się to dziwne, ale kotu wyraźnie coś dolega, więc zapakowaliśmy ją i poszliśmy na badanie. Pan zmierzył temperaturę, pomacał i stwierdził łagodne zapalenie pęcherza, przepisał nam specjalną karmę i przełożył termin zabiegu, aby zwierzę się wykurowało.
Zaczęliśmy zgodnie z zaleceniami stosować jej dietę, ale po paru dniach miałam wrażenie, że jest gorzej, kotka zaczęła warczeć nie tylko podczas "toalety" i częściej się wylizywała.

Kolejne badanie, pan twierdzi, że dieta i karma na pewno pomogą, mamy ją dalej podawać.
Pewnego dnia kotka ewidentnie już cierpiała, oprócz tego zauważyłam dziwną maź wydzielającą się z wiadomego miejsca. Przeraziłam się, ale tym razem po rozmowie z weterynarzem stwierdziłam, że mam gdzieś jego karmę i gabinet otwarty od święta. Mąż mój zapakował kicię w transporter i ruszył do całodobowej poradni.

Tam kotka trafiła pod opiekę cudownej pani weterynarz, która do tematu podeszła profesjonalnie i z ogromną troską. Podała zwierzątku kroplówkę, przepisała leki, pobrała krew do badania i od razu wydała diagnozę: ropomacicze. U rocznego kotka jest to niespotykane, przyszliśmy na szczęście nie za późno, ale gdy lekarka usłyszała o metodzie swojego poprzednika, nie mogła uwierzyć, że nie zrobił więcej badań.

Ustaliła datę operacji. Jednak gdy przyszły wyniki badań, okazało się, że trzeba operować jak najszybciej, bo jest źle, kotka ma sepsę. Wtedy cały zespół bardzo nam pomógł, za pobyt kotki w szpitalu nie wzięli nawet pieniędzy.

Jestem ogromnie wdzięczna. Dziś kotka ma dwa lata, jest zdrowa i radosna, wróciła bardzo szybko do formy, ale gdybyśmy dalej próbowali leczyć ją u poprzedniego pseudoweterynarza, nie byłoby jej z nami.

Skomentuj (18) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 278 (372)

#79775

(PW) ·
| Do ulubionych
Większość osób nauczona jest, że jeśli chce się porozmawiać z kimś, kto aktualnie prowadzi rozmowę z kimś innym, najpierw czeka się aż skończy.

Chyba że jest się w sklepie, to wtedy to już nie obowiązuje.

I tak mogę rozmawiać z klientem, kiedy inny podchodzi i bezpardonowo wcina mi się w zdanie i zadaje pytanie. Okej, cierpliwa jestem, przyzwyczajona, skończę z jednym, pomagam drugiemu. Ale nie w momencie, kiedy liczę pieniądze, wydaję resztę czy słucham, co ktoś do mnie mówi, jestem skupiona, a nagle ktoś zaczyna swoją litanię, po czym osoba obok, nie zważając, że już dwie osoby do mnie mówią, też zadaje pytanie.

Ludzie, serio?

To samo tyczy się wszelkich nieprawidłowości, których klient się dopatrzy. Zdarza się, że promocja nie wchodzi na kasie, albo sam klient nie przeczytał do końca, o co w niej chodzi. Nieważne, po czyjej stronie leży wina (często po żadnej), 1 osoba na 100 podejdzie kulturalnie wyjaśnić, o co chodzi. Cała reszta na hurra zaczyna krzyczeć.

Pożegnałam się grzecznie z klientką, 3 minuty później podchodzi i wrzeszczy coś nieskładnie. Pytam, o co chodzi. "Bo na paragonie mam dwie wody a brałam jedną!!!”.

Okej, proszę pokazać paragon. Widzę, że faktycznie wbiła się dwa razy, ale jedną usunęłam. Mówię o tym kobiecie, a ta (dalej krzycząc): A, bo ja nie wiedziałam!!!

I nieważne, czy to starsza osoba, która wielu rzeczy nie wie, nastolatek, czy dziecko.

Promocje często na paragonie pokazują się jako produkt w pełnej cenie z doliczonym rabatem. I tak nabijam, dajmy na to, batonik, klient widzi tylko pełną cenę na wyświetlaczu, a ja widzę rabat. Nie zapyta, czy promocja obowiązuje, tylko też zaczyna wrzeszczeć.

"Bo tam cena jest inna!!! Ja pani pokażę!!!”. I już odchodzi szybko w kierunku półki z ceną, kiedy ja 3 razy zdążę wyjaśnić, że nie zaszła pomyłka, cena się zgadza, ale szanowny klient zajęty był robieniem awantury i mnie nie słuchał.

Sklep to miejsce publiczne, takie samo jak każde inne. Skoro w urzędzie, domu czy parku się tak nie zachowujemy, to dlaczego w sklepie już tak?

Skomentuj (13) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 134 (174)
zarchiwizowany

#76751

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Sporo jest tu opowieści sklepowych, głównie na temat chamstwa klientów czy kasjerek. Ja poruszę temat podawania czy wydawania pieniędzy.
Większość woli pewnie podać czy dostać wprost do ręki, wydaje się to szybsze i prostsze. I tak w momencie gdy kasjerka skanuje towar, czy wbija coś na kasę, klient trzyma wyciągniętą rękę, pcha ją prawie pod nos. Nie łatwiej wtedy położyć na podajniku, a sprzedawca sam je weźmie gdy będzie mógł?
A propo podajników, stoją przy kasie, w centralnym miejscu, ale wierzcie mi, że większość ludzi omija go wzrokiem i kładzie pieniądze centymetr obok. Jest to o tyle niewygodne, że dużo ciężej zebrać monety z płaskiej i śliskiej powierzchni, więc tacki miały być ułatwieniem.
Samo podawanie reszty do rąk klienta, nie jest trudne, kiedy ktoś wyciąga dłoń, zawsze staram się to zrobić. A tutaj kilka przykładów dlaczego nie zawsze tak się dzieje.
Mężczyzna, prawdopodobnie budowlaniec po pracy, ręce brudne jakby się za przeproszeniem z gównem bił i usilnie wkłada mi monety w dłoń, przyjemne to nie jest. Jeden chłopak miał krwawiącą ranę, zorientowałam się dopiero jak mnie pobrudził własną krwią. I pani z katarem, która po wytarciu nosa zostawiła mi na palcu kozę z nosa.
Więc kiedy pani kasjerka znowu położy resztę na tacce mimo, że wyciągneliście dłoń, zamiast się bulwersować,warto spojrzeć, czy i wy przy ewentualnym kontakcie fizycznym nie zostawicie żadnej niespodzianki.

Skomentuj (10) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 56 (122)