Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation
Profil użytkownika

raptus21

Zamieszcza historie od: 18 czerwca 2020 - 12:59
Ostatnio: 9 września 2020 - 23:46
  • Historii na głównej: 1 z 1
  • Punktów za historie: 121
  • Komentarzy: 6
  • Punktów za komentarze: -8
 
poczekalnia

#87066

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Historia sprzed lat siedmiu. Dialog w niej zawarty tak mnie rozbawił, że wtedy zapisałam go w notesie a obecnie notes odnalazłam i mogę historią się podzielić. Akurat na czasie. Jest to powód, dla którego „polska zaściankowość” kojarzy mi się lepiej niż nowomodne słowotwórstwo. Dialogi tłumaczone z języka angielskiego.

Pracowałam wtedy w firmie, której największym klientem była firma szwedzka. Wiązało się to z cyklicznymi wizytami w siedzibie klienta (zazwyczaj dwa razy do roku), co by porozmawiać o dalszej współpracy, zacieśnić relacje biznesowe. Podczas jednej z takich wizyt zapoznałam się ze sporą liczbą pracowników firmy klienta. Przedstawiali się imieniem, mówili z jakiego działu są, czym się zajmują, na wypadek gdybym potrzebowała o coś dopytać. Projekty, które robiliśmy dla tej firmy były mocno zindywidualizowane, więc wymagały konsultacji z wieloma osobami po stronie klienta.

Podeszła do nas kobieta lat około trzydzieści pięć, blondwłosa, o dosyć charakterystycznej szwedzkiej urodzie.
- Cześć! Jestem Karin.
- Cześć, raptus21. Czym się zajmujesz Karin?
- Jestem lesbijką.
Tu nastąpiło chwilowe zawieszenie systemu. Wydedukowałam sobie, że to pewnie nazwa jakiegoś stanowiska po szwedzku, więc pytam uprzejmie
- Wybacz, nie za bardzo rozumiem. W jakim dziale pracujesz?
- Jestem lesbijką. Mieszkam z kobietą. Kochamy się, jesteśmy parą. Uprawiam seks z kobietą, moją żoną.
Tłumaczyła to dosłownie jak pięciolatkowi. Szwedzi wokół przybrali miny sugerujące, że rozjechałam im kotka, ale nie mogą mnie ukatrupić, więc się uśmiechają. Ja, już całkiem zbita z tropu, bo jak ma mi pomóc w przyszłej współpracy informacja o czyjejś orientacji seksualnej, pytam
- OK, ale jaki to ma związek z pracą?
Na to stwierdzenie Karin poczerwieniała, zaczęła trajkotać po szwedzku i wybiegła z pokoju kawowego. Cóż. Atmosfera się popsuła, wszyscy byli uprzejmi, ale wiało chłodem.

Wieczorem poszliśmy coś zjeść i pytam Jonasa, który się nami podczas wizyty opiekował, o co chodziło. Kilka razy zmieniał temat, ale w końcu udało mi się z niego wydusić, że zachowałam się nieuprzejmie, bo powinnam była Karin pogratulować i wyrazić poparcie. Zostałam uznana za homofoba i ogólnie osobę nietolerancyjną. W końcu dowiedziałam się też, że Karin pracuje w dziale obsługi klienta. Zastanawiałam się wtedy, czy w każdej rozmowie Karin przedstawia się w ten sposób i czy to pomaga jej w pracy.

Wtedy wyciąganie kwestii pożycia seksualnego w rozmowie biznesowej, między obcymi ludźmi, wydało mi się dalece niestosowne i trudne do wyobrażenia. Że orientacja seksualna nie powinna być czymś, co nas publicznie definiuje w życiu, jak imię i nazwisko. Cóż. Obecnie i w Polsce znajdują się osoby, dla których informowanie innych o swoim życiu seksualnym stało się celem samym w sobie. Piekielne jest to, że zarówno Karin jak i te osoby pokazywane w mediach nie akceptują faktu, że kogoś może to nie interesować.

zagranica

Skomentuj (37) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 123 (163)
poczekalnia

#87057

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Historia z tego miesiąca. Może nie z czeluści piekła, ale niestety nastrajająca pesymistycznie względem ludzi. Szukamy pracownika. Praca fizyczna, nie wymagamy doświadczenia, wykształcenia, referencji, CV. W sumie wymagamy pełnoletności, sprawności fizycznej i sumienności. Oczywiście doświadczenie w podobnej pracy mile widziane, samochód i prawo jazdy również.
Wszystko opisane w ogłoszeniu, łącznie z obowiązkami pracownika a jest ich całe trzy. Z czego A i B są codziennie a C od czasu do czasu, średnio dwa razy na miesiąc.
Warunki? Pensja powyżej minimalnej, elastyczny czas pracy ustalany na tydzień do przodu, okres próbny, żeby sprawdzić, czy delikwent(ka) się przykłada, nie pije, nie spóźnia. Adres firmy podany, żeby nie było wątpliwości, gdzie należy przychodzić do pracy.

Kandydatów zgłosiło się pięciu. I tu następuje piekielność właściwa.
Kandydat numer 1 - nie sprawdził, gdzie się znajduje firma, po pytaniu czy będzie dojeżdżał 120 km w jedną stronę rozłączył się bez słowa
Kandydat numer 2 - on pracę ma, ale szuka czegoś bliżej domu, także albo umowa od razu bez żadnych okresów próbnych i warunki lepsze niż ma albo do widzenia, przy zerowym doświadczeniu na tym stanowisku a nawet w tej branży okresu próbnego nie ominiemy, rozłączył się
Kandydat numer 3 - on by tę pracę wziął, ale będzie robił tylko C, bo na tym się zna, A i B uczyć się nie będzie, na pytanie jak to sobie wyobraża stwierdził, że do A i B mogę zatrudnić kogoś innego
Kandydat numer 4 - zerowe doświadczenie, ale chętny, dyspozycyjny zawsze, tydzień próbuję umówić spotkanie w firmie i zawsze coś nie pasuje, a najbardziej sama praca, bo on wolałby coś innego, ale pieniędzy potrzebuje, więc ewentualnie na miesiąc-dwa by się zatrudnił a jak tylko znajdzie coś w swojej branży to znika
Kandydat numer 5 - zadzwonił ze stwierdzeniem "jesteście frajerzy jeśli myślicie, że kogoś znajdziecie" i się rozłączył
Podobno bezrobocie wzrosło.

Edit:
Jakie januszostwo biznesu? Czas elastyczny oznacza, że MY się dostosowujemy do pracownika. Żeby mógł np. pogodzić pracę ze studiami. Ma wyrobić 40 h w tygodniu, ale w dniach i godzinach, jakie mu odpowiadają. Pensja powyżej minimalnej to tutaj 150-200 zł/netto za dzień w zależności od kwalifikacji, czyli jakieś 3000-4000 zł netto miesięcznie. Samochód po to, by dojechał do pracy, żebyśmy nie musieli organizować transportu dla pracownika, bo od przystanku autobusowego do nas trzeba iść jakieś 15 minut. Umowa zlecenie (jeśli student) lub normalna o pracę. Naprawdę takie straszne te warunki?
Obowiązek A - prowadzenie przewodów elektrycznych natynkowo lub podtynkowo, mocowanie obejm do przewodów, rzadko wykonanie podsypki piaskowej pod przewód prowadzony pod ziemią
Obowiązek B - montowanie osprzętu elektrycznego, np. gniazda, lampy, włączniki

rekrutacja

Skomentuj (17) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 117 (139)

#86861

(PW) ·
| Do ulubionych
Historia sprzed lat piętnastu. Byłam wtedy studentką pierwszego roku, osobą ledwo pełnoletnią, więc umowy telefoniczne (abonamenty) wciąż były na mojego Tatę. Akurat „moja” umowa się kończyła, więc wspólnie udaliśmy się do pobliskiego salonu Plusa, aby umowę przedłużyć i wybrać nowy telefon. Tu żadnych piekielności nie doświadczyliśmy, umowa podpisana, telefon zabrany, karta przełożona, wszystko zgodnie z oczekiwaniami.

Piekielność objawiła się mniej więcej miesiąc po podpisaniu umowy. Do mieszkania rodziców przyszli panowie policjanci, weszli do środka, wylegitymowali się i zamknęli z moim Ojcem w pokoju. Rozmawiali cicho, więc nie było słychać o czym. Po chwili przyszedł do mnie Tata i poprosił o telefon. Policjant wziął mój telefon, cos wstukał, pokazał się kod IMEI, porównał go z posiadaną dokumentacją i powiedział, że telefon kradziony i go zabiera.

Ciśnienie mi nieco skoczyło, głośno aczkolwiek kulturalnie wyjaśniłam, że telefon z salonu, że mam nawet pudełko, które przyniosłam i okazałam. Na pudełku IMEI był zgodny z podpisaną umową, ale już z tym w telefonie niekoniecznie. Model, kolor telefonu wszystko się zgadzało tylko nie ten numer. Zapytaliśmy, kto zgłosił kradzież telefonu i okazało się, że zrobił to salon Plusa, gdzie podpisaliśmy umowę. Prawdopodobnie sprzedawca wydał nam nie ten telefon, co trzeba (oglądałam kilka przed podjęciem decyzji).

Wspólnie z policją udaliśmy się do salonu wyjaśnić sprawę. Ja stałam z boku, Tata wyjaśniał sprawę. Co się okazało? Zaginęło im w ostatnim czasie kilka różnych telefonów, między innymi ten w moim posiadaniu. Poprosiliśmy o wymianę na telefon, który był w umowie i do którego miałam pudełko, ale w salonie go nie było. Na dodatek osoba, która nam sprzęt wydała już w salonie nie pracowała.

Na szczęście obsługa Plusa zachowała się przyzwoicie, zmienili numer IMEI w mojej umowie, wycofali zgłoszenie kradzieży i telefon został ze mną. Tata wrócił do domu a ja zostałam jeszcze w centrum handlowym, gdzie znajdował się salon. Oglądałam torebki w butiku naprzeciwko salonu Plusa, by posłuchać rozmowy policji, która na szczęście przemawia głośno i wyraźnie oraz pracowników Plusa. Otóż okazało się, że najprawdopodobniej pracownik już niepracujący zaopiekował się kilkoma telefonami, podmieniając je przy podpisywaniu umów. Zachowanie nieco piekielne i do tego karalne.

To jednak nie koniec historii. Podbudowana tym doświadczeniem z policją (och, jacy oni sprawni w działaniu, ledwie salon zgłosił kradzież, już namierzyli telefon, co za profesjonalizm!) udałam się z Tatą na komisariat celem zgłoszenie kradzieży tegoż telefonu. Wydarzyło się to kilka miesięcy po wyjaśnieniu sprawy z salonem. Kradzież na uczelni, cóż, zdarza się. Numer od razu zablokowaliśmy, zostało odzyskać telefon. Podaliśmy policji wszystkie dane, oczywiście IMEI także (ten poprawny) i czekamy. Oczywiście telefon się nie odnalazł. Czyżby szukanie kradzionych rzeczy było możliwe tylko wówczas, gdy poszkodowany poda adres zamieszkania sprawcy i sprawca z własnej woli odda ukradziony przedmiot?

policja

Skomentuj (10) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 95 (113)

#86796

(PW) ·
| Do ulubionych
Historia o piekielnej dziewczynie, która napędziła strachu wielu osobom (w tym mnie). Pracowałam kiedyś w firmie wystawiającej się na targach branżowych, ale w dziale z tym niezwiązanym. W dziale „targowym” pracowała zaś Monika. Monika była kobietą po trzydziestce, naturalną blondynką, hojnie obdarzoną przez naturę a do tego dziewczyną miłą i pozbawioną asertywności, co często się na niej mściło, przede wszystkim pod postacią flirtujących z nią panów. Monika miała chłopaka/narzeczonego TT, który ją czasem z pracy odbierał, więc wszyscy go mniej więcej kojarzyliśmy.

Ze względu na zawirowania personalne w firmie na jedne targi musiałam pojechać razem z Moniką. Pojechałyśmy moim samochodem, osobno jechali koledzy z banerami i resztą wyposażenia stoiska. Podczas podróży Monika była bardzo rozmowna, opowiadała o TT, jak to on ją kontroluje, jaki jest przewrażliwiony, z nikim nie pozwala jej się spotykać, odbiera ją z pracy, by po drodze z nikim się nie spotkała itd. Słuchałam cierpliwie, nie żebym była psychologiem, poradziłam jej żeby przemyślała, czy chce być z takim facetem, skoro jej źle. Podczas targów Monika chętnie przyjmowała wszelkie zaproszenia na kawę od przedstawicieli innych firm, ogólnie na naszym stoisku rzadko ją widywałam. Nocą także udała się na miasto, w towarzystwie zapoznanych podczas targów panów. Nic mi do tego, ale zaczęłam rozumieć obiekcje TT.

Gdy wracałyśmy do domu, Monika uprosiła, wręcz wybłagała, żebym ją podwiozła do jej domu. Nie mieszkała z TT, ale bała się awantury z jego strony z powodu późniejszej godziny powrotu. Zgodziłam się, bo było już ciemno i nie chciałam, żeby coś się Monice przytrafiło. Wysadziłam ją pod domem, pomachałam do TT i wróciłam do siebie.

Kilka dni później Monika pojawiła się w pracy w mocnym makijażu i dużych, ciemnych okularach. Powiedziała, że podjęła decyzję o rozstaniu, czego TT dobrze nie przyjął. Skończyło się na szamotaninie, czego skutkiem były ślady na twarzy Moniki. Wyglądało to na uderzenie i podrapanie. Poradziliśmy jej trzymać się od TT z daleka, zgłosić napaść na policję i tyle. Niedługo potem zmieniłam pracę, Moniki więcej nie widziałam. Ot, biurowa znajomość.

Dwa lata później otrzymałam wezwanie na policję. Żadnego wyjaśnienia, w jakiej sprawie, tylko termin: mam się zgłosić i koniec. Przez telefon także niczego się nie dowiedziałam. Zrobiłam rachunek sumienia za dziesięć lat wstecz, sprawdziłam lokalizację owego posterunku i co widzę? Obok stoi szpital, w którym niedawno leczyłam pięcioletniego syna. Syn trafił do szpitala dwa razy w ciągu tygodnia z kontuzjami (raz to było zwichnięcie łokcia, raz skręcona kostka). Dziecko nad wyraz żywe, kontuzje na placu zabaw się zdarzają. Pierwsza myśl: szpital zgłosił na policję maltretowanie dziecka.

Wzięłam wolny dzień w pracy (posterunek policji był dosyć daleko od mojego miejsca zamieszkania), zabrałam dokumentację medyczną i z duszą na ramieniu pojechałam na posterunek. Na miejscu kraty, przydzielenie mi osoby towarzyszącej, czułam się jak morderca. Usiadłam za biurkiem gotowa tłumaczyć się z każdego zadrapania na ciele dziecka i wywiązał się następujący dialog.

Policjant (P): Czy zna pani Monikę X?
Ja (po dłuższej chwili potrzebnej na odnalezienie w pamięci biurowej znajomości): Pracowałyśmy razem dwa lata temu. A co się stało?
P: Monika X złożyła zawiadomienie o popełnieniu przestępstwa przez jej męża. Chodzi o pobicie, znęcanie się, maltretowanie, przemoc fizyczną i psychiczną. Co pani wie w tej sprawie?
Ja: W sumie to nic nie wiem. Nie wiedziałam, że Monika wyszła za mąż.

Nastała dłuższa chwila ciszy. Policjant patrzy na mnie, ja na niego. Pomyślałam, że Monika wyszła za mąż za TT i prosi, bym opowiedziała o okolicznościach ich rozstania. Chociaż wiem, że moje słowa nie miały znaczenia, bo świadkiem napaści nie byłam a jedynie widziałam poszkodowaną Monikę, postanowiłam podzielić się tą historią z policjantem.

Opowiedziałam historię, policjant spisał, dał mi do podpisu. A tam… inne dane męża Moniki. Nie był to TT a zupełnie inny facet. Patrzę na ten protokół, patrzę na policjanta i zaczynam się nieporadnie tłumaczyć, że ja myślałam o kimś innym. Fakt, że policjant ani razu nie podał żadnych danych owego męża. Policjant skonsternowany, wykreślił wszystkie moje zeznania. Wpisał, że nic nie wiem, nie widziałam Moniki od dwóch lat, jej męża nigdy nie widziałam. I to podpisałam.

Po wszystkim policjant powiedział, że jestem już dwudziestą osobą, którą przesłuchują w tej sprawie i żaden ze świadków niczego nie wie. Wyszło na to, że Monika podała jako świadków ponad setkę osób. Przepisała swoją książkę adresową czy co? Przez takie Moniki policja nie zajmuje się ważniejszymi sprawami, ja straciłam dzień i przeżyłam spory stres. Lokalizacja posterunku oczywiście wynikała z miejsca zamieszkania Moniki. Pytanie: co Monika chciała osiągnąć?

Skomentuj (10) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 127 (141)

1