Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation
Profil użytkownika

schwa

Zamieszcza historie od: 5 lutego 2018 - 17:56
Ostatnio: 26 maja 2018 - 10:18
  • Historii na głównej: 5 z 5
  • Punktów za historie: 723
  • Komentarzy: 18
  • Punktów za komentarze: 88
 

#82249

(PW) ·
| Do ulubionych
Mieszkam obecnie w miejscu, w którym jest ogromny problem z miejscami parkingowymi. Ot, ktoś nie przewidział, że z biegiem lat samochodów namnoży się jak grzybów po deszczu.

Parkingiem jest podwórko zabudowane z trzech stron kamienicami, na dodatek z fragmentem placu wyłączonym z ruchu. Stawać tam mogą jedynie mieszkańcy, którzy za odpowiednią roczną opłatą dostają legitymację do wyłożenia w widocznym miejscu w samochodzie. Nie dla każdego te frykasy - trzeba wykazać zameldowanie lub wynajem mieszkania w budynkach otaczających podwórko. Dowolnych, pozwolenie obowiązuje na cały teren. Co więcej, praktycznie całe miasto obłożone jest strefami płatnego parkowania, czyli albo u siebie (i płać), albo na miejskim (i też płać). Służby regularnie urządzają sobie spacery krajoznawcze i wlepiają mandaty za brak legitymacji czy bilecika. To akurat fajna sprawa - nie mamy problemu z ludźmi "ja tylko do banku" czy wujkiem kuzyna cioci z Niemiec, który przyjechał w odwiedziny do sąsiadów.

Jestem młodym kierowcą. Uprawnień nie mam długo, cały czas się uczę i ten parking często-gęsto stanowi dla mnie wyzwanie. Najgorsze są, naturalnie, godziny popołudniowe i wieczorne, kiedy wszystkie sensowne miejsca są już zajęte i trzeba się nieźle nakombinować, żeby nie zablokować ruchu i nic nie uszkodzić. Z wymienionych już przyczyn w razie braku miejsc człowiek nie stanie nigdzie indziej w okolicy, więc kierowcy z parkingu wyciskają ostatnie centymetry kwadratowe.

Wracałam ostatnio do domu samochodem. Przy mojej kamienicy nie można już było wcisnąć szpilki, więc ruszyłam dalej. Było tam większe miejsce (przeważnie parkuje się u nas równolegle), ale z dobroci swojego serca stwierdziłam, że moim żuczkiem spróbuję wcisnąć się gdzieś indziej, a to miejsce zostawię dla jakiegoś SUV-iastego bydlaka. Znalazłam wolne miejsce pod kamienicą po przeciwnej stronie podwórka. Trochę niefortunne, mało miejsca, ale uznałam, że warto spróbować. Plac nieoświetlony, więc powolutku, migając sobie na drogę światłami stopu, kolokwialnie mówiąc - ładuję się w dziurę.

I wtedy podjechała Pani z Kombi (PzK), na oko średni wiek, auto ładne, pani też ładna. Ustawiła się przede mną i czeka. Myślę - "czeka, aż skończę manewr". Pojawił się lekki stres, w końcu ktoś mi patrzy na ręce. Cofam, poprawiam, cofam. Absolutnie nic nie widzę za samochodem, więc przesuwam się o centymetry, migam tym stopem. Wysiadam, kontroluję - zostawiłam nawet trochę miejsca dla kierowcy za mną, udało się, ja stoję, a on wyjedzie bez problemu.

Zadowolona z siebie zabieram się za wyjmowanie zakupów z bagażnika i nagle słyszę:
PzK: NAUCZ SIĘ NAJPIERW JEŹDZIĆ.

Oho. PzK poza samochodem, idzie w moją stronę i ma dość groźną minę.

J: Przepraszam, trochę mi zajęło, ale mało widziałam i nie chciałam nikogo puknąć.
PzK: GDZIE MIESZKASZ?
J: Słucham? Mam zgodę na parkowanie, przecież leży.
PzK: Nie mieszkasz w tej bramie! Dlaczego tu stajesz? U siebie stawaj!
J: Przecież tu by się PANI nie zmieściła. Tam jest większe miejsce, proszę tam stanąć.
PzK: Ty tu nie mieszkasz, kto ci dał prawo jazdy, ty @#$%. Sama sobie tam stań, ja chcę tutaj, tu mam blisko, a ty tu nie możesz stać. WYNOŚ SIĘ. Gówno, a nie kierowca, parkować nie umie, naucz się jeździć...

I tak w ten deseń. Tu już eleganckiej pani wyraźnie popuściły nerwy, popłynęły inwektywy, ale nie będę całego wywodu przytaczać. Ja mocno zdezorientowana, stres rośnie, w końcu pierwsza kłótnia prawie-za-kółkiem; zaczynam analizować swoje zachowanie, ale, no kurczę, przecież ona naprawdę tu się nie zmieści.

J: Tam też nie mieszkam. Pod moją bramą nie ma miejsca. Proszę sobie podjechać te kilka metrów i tam stanąć, bo ja już zaparkowałam i stąd idę.
PzK: TY @#$%@&!

I tak się za mną darła, kiedy odchodziłam w stronę zachodzącego słońca, nie patrząc na wybuch za plecami. Zajrzałam potem przez okno - stanęła na tym wolnym miejscu, które jej sugerowałam i zajęła je praktycznie na całą długość. Nie wiem, jak ona chciała się wcisnąć tam, gdzie ja stanęłam. Może jest absolwentką Hogwartu. Najgorsze? W jej aucie siedziało dziecko. Ciekawe, czy będzie je wspierać przy robieniu prawa jazdy, czy też się będzie darła, że gówno, a nie kierowca.

Osiągnęła jeden skutek - teraz stresuję się wsiąść za kółko, bo wiem, że będę musiała wrócić pod dom i zaparkować. A jedna terytorialna pieniaczka bez rozumu mi już chyba wystarczy.

parkowanie

Skomentuj (33) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 137 (175)

#81821

(PW) ·
| Do ulubionych
Mały upust frustracji na temat mieszkań na wynajem.

Dwa lata temu wraz z Lubym postanowiliśmy się usamodzielnić i wynająć mieszkanie. Pomysł był nagły i spontaniczny, mieliśmy tyle szczęścia, że udało nam się szybko znaleźć przyzwoitą kawalerkę w samym centrum. Właściciel jest świetny - bardzo miły, uczciwy, umowa w porządku, płatności na konto, kaucja była podzielona na raty, nie ma mowy o niezapowiedzianych wizytach. Jako młodzi ludzie byliśmy bardzo zadowoleni, że nasza przygoda nie zaczęła się walką z oszustami (a czytanie o Piekielnych właścicielach nauczyło nas ostrożności). Wszystko toczyło się gładko, ale w międzyczasie zaczęły pojawiać się dobre rady znajomych i rodziny. A bo mieszkanie tak wysoko (szóste piętro bez windy), a bo małe (szok, kawalerki są niewielkie), a bo kuzynka koleżanki ciotki ma trzypokojowe w tej samej cenie.

No to przeglądamy jeszcze raz oferty najmu, chociażby z czystej ciekawości czy czasem nie zachwycamy się czymś, czym zachwycać się nie powinniśmy.

1) Coś, co najbardziej mnie denerwuje, czyli "mieszkanie po gruntownym remoncie".
W 90% przypadków jest to mieszkanie po rodzicach/dziadkach/wujkach. Boazeria na ścianach, łazienka pomalowana brzoskwiniową farbą. Seledynowe ściany, na podłodze brązowe gumoleum i carski dywan. Wersalka, na której strach się położyć. Grzyb rosnący sobie wesoło nad czarną meblościanką. W którym roku był ten remont?

2) Ustawianie najlepiej prezentującego się zdjęcia jako główne na podglądzie.
Niby nic dziwnego i zupełnie normalna rzecz. Każdy chce zwrócić uwagę potencjalnego chętnego i zaprezentować ofertę z jak najlepszej strony. Tylko dlaczego pierwsze zdjęcie prezentuje nowy słupek z Ikei, a kolejne to już typowe "mieszkanie po gruntownym remoncie"? Czy ta szafka przyćmiewa wszystkie mankamenty swoim blaskiem nowości?

3) Umowa o najem okazjonalny na koszt wynajmującego.
Przecież to nie mnie zabezpiecza taki rodzaj umowy. Dlaczego ja mam ponosić koszty tego, że właściciel będzie spał spokojnie, skoro to on z własnej woli i chęci zarobku decyduje się udostępniać swój lokal obcym ludziom?

4) Dwupokojowe, umeblowane...
Krążą legendy, że ten drugi pokój bywa faktycznie umeblowany. Trafiłam na jedno ciekawe mieszkanie, faktycznie wyremontowane, ale skromnie wyposażone. Zadzwoniłam z ciekawości, zapytać się co z sypialnią - czy właściciel planuje wstawić tam łóżko oraz szafę? Otóż nie, nie ma też możliwości odliczenia sobie chociaż częściowo tych zakupów od czynszu. A co przy wyprowadzce? Swoje meble należy zabrać. Czy naprawdę normą jest, że ludzie jeżdżą po mieszkaniach ze swoim własnym łóżkiem?

5) Cena mało adekwatna do oferty.
W moim mieście panują tak nielogiczne ceny wynajmu, że aż jestem w szoku. Ludzie wystawiają mieszkania po tym nieszczęsnym "gruntownym remoncie" w cenie mieszkań na zamkniętych osiedlach (te są na rogatkach, a nie chcemy wynajmować mieszkania na obrzeżach miasta ze względu na dojazdy do pracy). Gdyby ceny były niższe, można by zdecydować się na takiego zgniłka i doprowadzić do stanu używalności. Ale po co, skoro czynszu nie obniżą i remontu odliczyć sobie nie można?

6) Kwatery pracownicze.
Typowo pod Ukraińców, bo mamy parę fabryk pod miastem. Mieszkania dwupokojowe, ceny przeważnie fajne, standard też przyzwoity. Ale nie wynajmą Polakom. Dlaczego? No bo nie, bo to pracownicze, na długi okres, do tego można wcisnąć po kilku do jednego pokoju i policzyć sobie wynajem za osobę, a nie całe mieszkanie. Od znajomego obcokrajowca z pracy usłyszałam, że przy takich kwaterach często pojawia się problem z kaucją. Wynajmował już trzy pokoje w takich mieszkaniach i każdorazowo przy wyprowadzce właściciel "zapominał" o oddaniu pieniędzy (oraz przyjściu z tłumaczem, który był obecny przy podpisywaniu umowy).

7) Wieczne ogłoszenia.
Szukając naszego pierwszego mieszkania, natknęliśmy się na ofertę, którą odrzuciliśmy ze względów czysto estetycznych. Cena niska, położenie w centrum miasta, wyposażone. Odrzucił nas charakterystyczny rażący kolor ścian w jednym pokoju. To samo mieszkanie wisiało na portalu z ogłoszeniami non stop i wisi aż do dzisiaj, tym razem jako sprzedaż mieszkania. Zagwozdka. Co tam było nie tak? Kopnięty właściciel, dziwni sąsiedzi, coś czego nie było widać na zdjęciach? W każdym razie jesteśmy szczęśliwi, że nasz wrażliwy zmysł estetyczny oszczędził nam możliwych przepraw ;)

Podsumowując, dobre rady o mitycznym idealnym mieszkaniu kuzynki koleżanki ciotki można włożyć między bajki. Co ciekawe, kiedy my szukaliśmy mieszkania te dwa lata temu, oferty były w miarę znośne. Przy decyzji opieraliśmy się właściwie na tym, kto oddzwoni do nas pierwszy. Obecny rynek nieruchomości w moim (właściwie dość sporym) mieście w ogóle nie zachęca do wynajmu. Aż boję się myśleć, co będzie, kiedy zdecydujemy się na swoje własne cztery kąty.

wynajem

Skomentuj (38) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 122 (178)

#81550

(PW) ·
| Do ulubionych
Prywatnie mam raczej dobre wspomnienia z kurierami. Nie raz jechali do mnie przez całe miasto, bo akurat jestem w pracy, a nie w domu. Potrafili wysłać wiadomość z godziną dostarczenia i faktycznie się do tej godziny stosowali. Wnosili mi paczki na szóste piętro w budynku bez windy. Kiedyś kurier specjalnie wrócił się z moją paczką o 21:00, bo pilnie była mi potrzebna, a nie było mnie wcześniej w domu. Z listonoszami mam gorsze doświadczenia, ale firmy stricte kurierskie krzywdy mi nie zrobiły przy prywatnych przesyłkach.

Właśnie, prywatnych.

Pracowałam w miejscu, w którym dwa razy w tygodniu pewne ważne dokumenty trzeba było dostarczyć do księgowości. Cała zabawa z poufnością danych osobowych, bezpieczne koperty, archiwizowane listy przewozowe - wszystko bardzo pilnowane i mocno wyśrubowane terminy.

W związku z tym mieliśmy podpisaną umowę z firmą kurierską na odbiór przesyłek priorytetowych, ubezpieczonych i oznaczonych informacją "uwaga, ładunek atomowy", na dodatek w opcji express. Zamawianie odbioru odbywało się przez formularz na stronie internetowej, zaznaczało się tam datę i orientacyjną godzinę odbioru (np. do 14:00). W takie dni przesyłka leżała od rana przyszykowana w kuwecie na biurku, listy przewozowe wypisane, tylko wpaść, podpisać się i jechać dalej.

Kurierzy notorycznie nie przyjeżdżali o czasie. Dzień spóźnienia, dwa, trzy - to był standard. Telefony na infolinię czasem pomagały, czasem nie. Z reguły pani na słuchawce informowała nas, że przy tym zleceniu ma w systemie zaznaczone "brak przesyłki". Kamery sprawdzane, no kuriera ni cholery nie było. A za każde bezpodstawne zlecenie naliczały się opłaty w ramach umowy z firmą kurierską (czyli jak zamówisz kuriera, ale nie masz gotowej dla niego paczki, to i tak płacisz). Do tego księgowość groziła palcem, siedziba główna tak samo. Mało przyjemna sytuacja, cały gniew skupiał się na nas, a my nie mogliśmy nawet tego naprawić, bo technicznie to nie my zawiniliśmy.

Za którymś razem zaczaiłam się i w dniu odebrania przesyłki krążyłam wokół niej od szóstej do osiemnastej. Telefon na infolinię otwartą do 19:00 - "brak przesyłki". Pani empatycznym tonem radzi, żeby dopilnować pracowników z przygotowaniem paczki, bo wygląda na to, że regularnie kurier odbija się u nas od ściany. Po moim monologu - przerywanym tylko "ale ja mam w systemie coś innego" - wydębiłam numer służbowy do kogoś faktycznie odpowiedzialnego za kurierów na naszym rejonie. Zamówiłam odbiór przesyłki na następny dzień i postanowiłam czekać na rozwój sprawy, tym razem z udziałem regionalnego.

A następnego dnia sprawa potoczyła się następująco:
Kurier nie dotarł. Pan regionalny wkurzył się niemiłosiernie, dał mi swój numer prywatny (żebym dzwoniła nawet po godzinach jego pracy) i obiecał skontaktować się z kurierem. Okazało się, że kurierom było po prostu nie na rękę odbierać u nas przesyłki. Bo nie mają gdzie zaparkować (busem nie wjadą na parking budynku, a pod budynkiem sypią mandatami i muszą zatrzymywać się kawałek dalej), bo nie chce im się wchodzić na nasze czwarte piętro po odbiór paczki, bo to tylko jakaś koperta, a my cudujemy i zamawiamy ich co chwilę. Przyjeżdżali do nas jedynie wtedy, kiedy w budynku mieli jeszcze jakieś zlecenia. Nie będą przyjeżdżali po jedną głupią kopertę.

Regionalny był tak wściekły, że przekazał mi wytłumaczenia kuriera, na dowód głupoty ludzkiej. Obiecał dopilnować pracowników i dostałam nakaz dzwonienia do niego minutę po mijającym czasie odbioru. Jak to sam stwierdził - "wytresujemy ich".

Wcześniej kurierzy byli bardzo przyjaźni, mówili do nas po imieniu (mieliśmy identyfikatory). Po wszystkim nie zasługiwaliśmy nawet na "dzień dobry". Ale przynajmniej paczki zaczęli odbierać regularnie, leniuszki.

kurierzy

Skomentuj (7) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 160 (168)

#81479

(PW) ·
| Do ulubionych
Druga historia dzisiaj, ale pożar w burdelu na mojej grupie studenckiej mnie rozczulił.

Po co człowiek idzie na niestacjonarne studia filologiczne?

A) Nie zna języka, ale jest zdeterminowany, aby uzyskać nowe kwalifikacje i zdaje sobie sprawę, że czeka go intensywna nauka.
B) Język zna bardzo dobrze i chce podeprzeć tę umiejętność certyfikatem w postaci dyplomu (np. dla pracodawcy).
C) Pasjonuje się danym językiem i wiąże z nim swoją przyszłość zawodową.
D) Liczy na to, że studia to kurs językowy dla cwaniaków, bo nauczą go języka, będzie miał licencjat, a matka przestanie się czepiać.

Polecam osobnikom spod odpowiedzi D, aby darowali sobie denerwowanie całego roku i wykładowców pretensjami na temat wykładów w języku obcym. Na pierwszym roku do pewnego prowadzącego został wystosowany mail z prośbą o używanie na zajęciach jedynie języka polskiego, oczywiście zignorowany. Teraz afera wypłynęła ponownie, bo po trzech latach niektórzy przyczyn dla swoich poprawek upatrują dalej... w nierozumieniu materiału. Bo po angielsku.

Mam nadzieję, że ktoś ich uprzedził, że obrona też będzie po angielsku.

brać studencka

Skomentuj (10) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 153 (161)

#81475

(PW) ·
| Do ulubionych
Klasyka na piekielnych, czyli jak nie traktować pracowników.

Pracowałam kiedyś na recepcji w siłowni. Tamta praca dużo mnie nauczyła i mogłabym widnieć na pop-upach: "pracodawcy jej nienawidzą - poznaj swoje prawa i obowiązki".

Co tydzień była tam przeprowadzana inwentaryzacja wewnętrzna produktów barowych, a raz w miesiącu wyniki były oficjalnie wpisywane w tabelę i wysyłane do Szefa Szefów.

Pech chciał, że w interesie starszych stażem pracowników leżało, aby na inwenturach nie wykazano żadnych braków. Brakuje kilku zgrzewek Coca-Coli? W tabeli wpisujemy: stan w systemie: 6, stan rzeczywisty... też 6. A co się będziemy, kierownictwo i tak rzadko przyjeżdża. Skutki takich działań są bardzo łatwe do przewidzenia - braki rzeczywiste się kumulują, a pracownicy innych działów widzą, że za "pożyczenie" butelki wody nikomu krzywda się nie dzieje. W ciągu jednego tygodnia zniknęło nam 5 zgrzewek półtoralitrowych wód. Czyżby ktoś wyniósł sobie w torbie pod naszym nosem 30 dużych butelek wody? Kamery w recepcji nie wychwyciły nic podejrzanego, ale niestety w magazynie już monitoringu nie było.

Na szczęście tak się złożyło, że nastąpiła wymiana pracowników. Załapałam się na wyższe stanowisko w tym samym dziale i miałam otrzymać zupełnie nową umowę do podpisania. W międzyczasie zaczęłam pełnić swoje obowiązki, przeprowadziłam rekrutację na recepcjonistów i, jako że zaczęłam mieć tam coś do gadania, to postanowiłam wziąć się za porządki w tym chorym systemie inwentaryzacyjnym. Sprzeciw był duży, co ciekawe głównie ze strony pracowników innych sektorów (czyżby ktoś się obawiał, że kradzież stanie się trudniejsza?).

Po podsumowaniu wszystkich braków, okazało się, że jesteśmy w plecy na jakieś 800 złotych netto. Przełożeni zostali o tym poinformowani, dowiedzieli się też o praktykach poprzedniego zespołu. Z mojej strony wyszła propozycja, aby ten brak był regularnie spłacany przez nadwyżkę kasową (w ciągu tygodnia potrafiło uzbierać się 20 złotych nadwyżki z zostawianej przez klientów reszty). "Tak, tak, bardzo dobrze, że nam o tym mówisz, my się zastanowimy, tak, wpiszcie koniecznie do raportów i tabel".

Dwa dni później otrzymuję telefon od Szefa Szefów:
SS: Musicie wyrównać braki.
Ja: Jak już wspominałam, spłacimy to z nadwyżki, tylko trochę to może potrwać.
SS: Nie może potrwać. Macie się złożyć całym zespołem, bo jesteście odpowiedzialni za barek.
Ja: Mam powiedzieć dziewczynie, która pracuje u nas od dwóch tygodni, że ma wpłacić 150 złotych na rzecz braków sprzed jej zatrudnienia?
SS: TAK, TRZEBA NAUCZYĆ SIĘ ODPOWIEDZIALNOŚCI.
Ja: Skoro o odpowiedzialności mowa, to nikt z nas nie ma podpisanej materialki, a jesteśmy zatrudnieni na umowie zlecenie i teoretycznie to wy musicie nam udowodnić nasze niedopilnowanie produktów.
SS: Nie strasz mnie, tylko załatw z recepcją sprawę pieniędzy. Do końca tygodnia to powinno zostać spłacone.

Dwie godziny później na skrzynkach całego kierownictwa wisiał mail z moim wypowiedzeniem. Ze skutkiem natychmiastowym.
SS: Schwa, przecież ty masz dwa tygodnie wypowiedzenia w umowie!
Ja: Jakiej umowie? :)

Uciekłam stamtąd w idealnym momencie. Okręt tonął, niedługo po mnie zwolniły się następne osoby. Podobno kierownictwo przyjeżdżało raz w tygodniu pokrzyczeć na biedne studentki, że są im dłużne kasę. Moja następczyni okazała się być kierownikiem-gestapo i przyczyniła się do kolejnych zwolnień. Ostatnio otrzymałam wiadomość od jedynej dziewczyny z czasów mojej kadencji, która jeszcze tam się ostała: "Schwa, nie chciałabyś do nas wrócić?".

No nie. Nie chciałabym.

sieć siłowni

Skomentuj (16) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 151 (161)

1