Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation
Profil użytkownika

shane

Zamieszcza historie od: 3 maja 2011 - 9:59
Ostatnio: 22 kwietnia 2019 - 23:53
  • Historii na głównej: 22 z 31
  • Punktów za historie: 10400
  • Komentarzy: 48
  • Punktów za komentarze: 370
 

#83894

(PW) ·
| Do ulubionych
Kupiliśmy mieszkanie, wydaliśmy sporo pieniędzy + kredyt.

Naszymi sąsiadami są znana polska aktorka i jej mąż. Mają agresywnego psa, którego puszczają "luzem" po wspólnym terenie.

Pies rzuca się z zębami do wszystkiego, co się rusza.

Nic nie możemy zrobić (oprócz wiadomych opcji, na prośby nie reagują), bo mieszkamy w małym mieście i wszyscy się boją reagować.

Nieważne...

Skomentuj (34) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 45 (131)

#82842

(PW) ·
| Do ulubionych
Dostałam pracę jako koordynator magazynu sklepu na Allegro. Warunki pracy znośne, wypłata też, ważne, że blisko domu i dojazd wygodny. Umowę o pracę na 3 miesiące podpisałam, narzeczona szefa oprowadziła mnie po firmie i przedstawiła pracownikom - no bajka.

Początki były trudne, nowy towar, branża inna niż ta, w której wcześniej pracowałam, ale po 2-3 tygodniach miałam już "obcykane", co i jak.

Po miesiącu dołączył do nas nowy chłopak, który miał się zajmować głównie naprawami sprzętu na gwarancji oraz ewentualnie pomocą na magazynie przy rozładowywaniu towaru.

Po 1,5 miesiąca dostałam nawet telefon służbowy, żeby informować klientów o ewentualnych brakach czy opóźnieniach. Pierwsza lampka powinna mi się zapalić, ale praca fajna, więc stwierdziłam, że jeden dodatkowy obowiązek mi krzywdy nie zrobi, a odciążę dziewczynę z biura.

Po 2 miesiącach doszła do nas jeszcze jedna pracownica, która zajmowała się reklamacjami i kontaktem z klientami.

Pod koniec umowy poszłam do szefa pytać "co dalej ze mną?", usłyszałam, że oczywiście umowę przedłużamy, więc się nie martwiłam.

Tyle z miłej historii, czas na piekielności:

- zimno, na magazynie było cholernie zimno, gdy spadł śnieg ranem potrafiło być 10 stopni na hali,
- jedyne ogrzewanie stanowił piec z nawiewem; piec, który notorycznie się rozszczelniał, dym wywalało na cały magazyn i obowiązkowe było wietrzenie (przy -10 stopniach na dworze),
- szef obgadywał nowych pracowników, notorycznie, chamsko i głośno
- darcie się na mnie przy "serwisancie", który mi akurat pomagał na magazynie, że "jestem do dupy", że "mam wypier***** jak mi się nie podoba",
- ciągłe fochy szefa o wszystko, pogoda zła, firma za mało zarabia.

Generalnie jak wracał do firmy, a czasem jechał coś załatwić, wszyscy stali na baczność, zastanawiając się, w jakim nastroju akurat będzie.

No i na zwieńczenie tej historii - myślicie, że mi przedłużył umowę? W ostatni dzień pracy poszłam odebrać wypłatę (tygodniówki) i dowiedziałam się, że "niestety nie stać mnie na panią" - tak, nie przedłużył mi umowy.

Podpisałam papiery i z uśmiechem oznajmiłam, że "to długo nie pociągnie beze mnie, wie pan?". W ten sam dzień, po tym jak wyszłam, wypowiedzenie umowy dostała jedna z dziewczyn z biura.

Miesiąc po mnie odeszły dwie kolejne osoby i szef został sam. Mam nadzieję, że teraz ma na wszystko czas, a firma zarabia miliony...

W-wa

Skomentuj (4) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 172 (196)

#77684

(PW) ·
| Do ulubionych
Podrzucanie zwierząt to temat rzeka. A co powiecie na podrzucanie zwierząt ale jawne? :D

2 tygodnie temu odezwała się nasza dawna znajoma. Czeka ją wyjazd, ma generalnie zamieszanie w mieszkaniu i prosi o "przechowanie" kota na tydzień. Problemu większego nie widzieliśmy, kotka przesympatyczna, my mamy 2 koty - co prawda trochę młodsze, ale bardzo "kontaktowe".
Kotka przywieziona, torba z karmą i zabawkami również, dogaduje się z naszymi. Bajka!
Nadszedł termin odbioru, czekamy o umówionej wcześniej godzinie, czekamy, czekamy, nikt nie przyjechał. No trudno, może coś wypadło, może nie dała rady. Łapię więc za telefon i dzwonię.
Rozmowa wyglądała mniej-więcej w ten sposób:

[j]a
[z]najoma

[j] - Hej, kiedy odbierasz kotkę?
[z] - Wiesz no... Bo ja nie mogę teraz, w połowie kwietnia po nią może przyjadę.
[j] - Żartujesz sobie?
[z] - Nie no... Bo ona się dogaduje z waszymi kotami, a (rozłączyła się).

Mąż rozmowę słyszał, oboje pozbieraliśmy szczęki z podłogi i zaczęliśmy zastanawiać się co z "podrzutkiem" zrobić. Próbowaliśmy ponownie dodzwonić się do "zatroskanej losem kota" właścicielki, ale telefon nie odpowiadał.
Minął kolejny tydzień. Koty się bawią, konfliktów nie ma, my w sumie już się przyzwyczailiśmy do trzech łobuzów w domu.

Jak właścicielka się "obudzi", to nie wiem czy oddamy jej kotkę, w sumie to została porzucona.

Co o tym myślicie? Udawać, że uciekła? :D

w-wa

Skomentuj (10) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 192 (202)

#76852

(PW) ·
| Do ulubionych
Zmieniam pracę.
Znaczy się chciałam zmienić pracę.
Zostałam zaproszona na dzień próbny do prywatnego żłobka. W pracy z dziećmi doświadczenie mam, wykształcenie kierunkowo zupełnie inne, ale spróbować warto. Dojechałam na miejsce, przywitałam się z "kierowniczką", zostałam oddelegowana do sali i druga opiekunka miała mi wszystko wyjaśnić.

I tutaj zaczęły się piekielności, które pozwolę sobie wypunktować, coby historia miała ręce i nogi.

1. Na stronie żłobka jak byk napisane "wykwalifikowany i przeszkolony personel w kierunku opieki nad dziećmi 0-3". No nie do końca, opiekunka jest księgową, ja mam wykształcenie w kierunku informatyki.

2. "Gwarantujemy indywidualne podejście do każdego dziecka". Znowu zapaliła mi się czerwona lampka. Jakim cudem dwie osoby są w stanie INDYWIDUALNIE ogarnąć każde dziecko, gdy jest ich ponad 20 sztuk?

3. Kierowniczka gwarantowała zarobki na wysokim poziomie. Nie wiem dla kogo wysokim poziomem jest 9 zł/h przy 12 godzinach w pracy przy dzieciach, ale niech jej będzie.

4. Higiena, higiena, higiena. Pieluchy zmieniane na podłodze w sali zabaw, obok stał stolik, przy którym dzieci później jadły obiad.

5. Prywatność. Zdaję sobie bardzo dobrze sprawę z tego, że tak małe dzieci jeszcze nie do końca mają "ogarnięte" czym prywatność jest. Natomiast sytuacja, w której 3-letnia dziewczynka prosi o zamknięcie drzwi do łazienki twierdząc, że się wstydzi, a "kierowniczka" reaguje na to krzykiem jest dla mnie niedopuszczalna.

6. Zastraszanie maluchów. Szarpanie, krzyk, grożenie (wsadzę cię do kojca, mama po ciebie nie wróci) były na porządku dziennym - przynajmniej z tego co udało mi się zaobserwować przez 10 godzin.

Oferty pracy nie przyjęłam, nie chcę brać udziału w tym cyrku. Sprawa zgłoszona do odpowiedniej instytucji, poinformowałam również kilku rodziców, na których namiary znalazłam przez stronę żłobka na Facebooku. Mam nadzieję, że zamkną to małe piekiełko, bo dzieci szkoda...

w-wa

Skomentuj (12) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 250 (284)

#76325

(PW) ·
| Do ulubionych
Dorabiam w firmie sprzątającej prywatne mieszkania i domy.
Kilka godzin w tygodniu, każdy ma przydzielone po kilka miejsc tak, że zawsze wiemy dokąd idziemy. Jedną z zasad jest to, że rzeczy odkładamy na swoje miejsce, ot, żeby nikomu przemeblowania nie robić - to chyba jasne. Ostatnio zadzwoniła starsza pani, że potrzebuje uporządkować dom przed świętami, powierzchnia spora więc razem z koleżanką pojechałyśmy na zlecenie.

Dom może nie tyle co zapuszczony, ale tona kurzu i różnych pierdółek na półkach, szafkach, roboty sporo, ale taka praca.

Wszystkie rzeczy pościągałyśmy z półek i w miarę dokładnie poustawiałyśmy na stole coby trafiły z powrotem w odpowiednie miejsce. Po kilku godzinach dom lśni - praca skończona, wracamy do "bazy".

Tego samego dnia wieczorem dzwonią do mnie z firmy, sekretarka śmieje mi się w słuchawkę, ja nie za bardzo wiem o co chodzi. Ano o to chodzi, że pani wróciła do domu, zobaczyła, że rzeczy leżą na swoim miejscu i tym samym stwierdziła, że jest źle posprzątane, bo "wcześniej jak przychodzili to zawsze poprzestawiane było!".

Cóż rzec, firma chyba ma za wysokie standardy.

w-wa

Skomentuj (6) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 270 (276)

#74384

(PW) ·
| Do ulubionych
Przyszły do mnie dwie panie z MOPSu. Panie przyszły bo dostały niepokojące informacje, że wychodzę z domu, zostawiam dziecko same, a dziecko siedzi i płacze. Dziecka nie mamy, więc pomyślałam sobie, że może ktoś podał zły adres, może ktoś źle zapisał. Nie, chodzi o nasze mieszkanie.

Zapraszam więc panie do środka w celu wyjaśnienia całego zamieszania. Ja już trochę rozbawiona całą sytuacją, wołam więc domniemane dziecko. Dziecko magicznie się nie pojawiło, za to pojawił się zaspany kot.

Wyobraźcie sobie, że gdy wychodzimy ten mały skurczybyk wchodzi do łazienki i drze się wniebogłosy, bo nie lubi zostawać sam. Zaniepokojona sąsiadka zadzwoniła do MOPSu, bo myślała, że męczę dziecko.

I co ja mam powiedzieć, że kot piekielny?

w-wa

Skomentuj (36) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 350 (384)

#72691

(PW) ·
| Do ulubionych
Ciąg dalszy historii http://piekielni.pl/71045

Minęły 4 miesiące odkąd mieszkamy w nowym miejscu. Myśleliśmy, że tamta sprawa już zamknięta, temat zakończony. Oj, jak bardzo się myliłam.

Na początku kwietnia dostałam smsa. Sms o treści bezpośrednio wskazującej, że wysłali mi go z "prądowni" Taurona, wzywają z ponagleniem do zapłaty rachunku w kwocie XXXzł, jeśli nie zapłacę to mi prąd odetną.

Zrobiliśmy z mężem szybki rachunek sumienia, przelewy posprawdzane, wszystkie rachunki na bieżąco płacone. Co 2 miesiące sami dzwonimy podać stan licznika po czym przychodzi rachunek w formie papierowej. Więc o co chodzi?

Telefon w rękę, numer do Taurona wybrany, dzwonię zorientować się co jest grane.

Okazuje się, że rachunki niezapłacone owszem są, tyle, że we wcześniej wynajmowanym mieszkaniu. Numer do mnie był wpisany w system, bo ktoś z obsługi wydedukował, że skoro podawałam stan liczników to widocznie jestem właścicielem. Sytuację wyjaśniłam, pani na infolinii mnie przeprosiła, sprawa wydawałoby się zakończona.

W połowie kwietnia dzwoni do mnie szwagier. "Wariatka" przyszła do niego do pracy i zrobiła mu awanturę, że odcięli jej prąd i ona teraz nie może remontu robić.

Mi ręce opadają, nie, nie z bezsilności, ze śmiechu.

w-wa

Skomentuj (3) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 247 (255)

#70761

(PW) ·
| Do ulubionych
Pracuję w domu, z kubkiem kawy w ręce, przy okazji sprzątając, gotując obiad i odrywając kota od firanki. Ot, taka wielozadaniowość :)
Nie chwalę się tym, praca jak każda inna, zarabiam całkiem sensownie. Z mężem mamy osobne konta, składamy się po "połowie" (bo różnie to wychodzi) na domowe wydatki, tak ustaliliśmy już wcześniej, układ pasuje jednej i drugiej stronie.

W tym wszystkim jest stwierdzenie klucz "praca w domu".
Według rodziny męża taka praca to nic, siedzę w domu, nic nie robię, a mąż płaci za wszystko. Od roku próbuję im przetłumaczyć, że zarabiam, mam swoje pieniądze i nie "ciągnę" od męża ile wlezie. Nie dociera. Jestem żarłoczną hubą, która uwiesiła się na biednym mężczyźnie, a on daje się wyzyskiwać.

Dostaję dwa razy w tygodniu telefon, że jest praca! Moja wymarzona, na kasie w markecie, gdzie zarobię połowę tego co w domu, a zapiernicz osiem godzin. Wspaniała praca na stacji benzynowej, nocki, ale co tam! Ktoś potrzebuje opiekunki do dziecka, na już, magiczne pięć złotych polskich na godzinę. Oferta życia.

Naprawdę nie zliczę już ofert, które miałyby zmienić zawartość mojego konta bankowego i mogłabym sobie je dopisać do CV. Tłumaczenia nie mają już chyba sensu. Utarło się, że "praca w domu to nie praca". Jeśli codziennie rano nie biegniesz na autobus, a wieczorem nie wracasz zmęczona, styrana i bez chęci do życia, to uwierz mi, jesteś bezwartościowym człowiekiem wyzyskującym wszystkich dookoła.

w-wa

Skomentuj (50) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 420 (442)

#71045

(PW) ·
| Do ulubionych
Przez rok wynajmowaliśmy z mężem i szwagrem dom. Umowę co prawda mieliśmy na papierze, ale wiadomo jak to jest "po znajomości" i "no my nie będziemy tego nigdzie zgłaszać bo to koszty". Można więc przyjąć, że umowa spisana była, ale żadna ze stron nigdy jej nie podpisała.

Po wyprowadzce, która była dość spontaniczną decyzją - ot, trafiła się okazja - ustaliliśmy z właścicielami, że rozliczymy się za rachunki w następujący sposób:
- zostawiamy w piwnicy tonę opału (ok. 400zł)
- gdy przyjdą rachunki, to właściciele się z nami skontaktują żebyśmy zapłacili im "resztę" czyli to co ewentualnie wyszło ponad koszty opału.

Po wyprowadzce relacje z wynajmującymi się pogorszyły. Nie pozwolili nam odebrać zaległej korespondencji, zaczęły się dziwne plotki, że zostawiliśmy dom w opłakanym stanie (wyremontowaliśmy 2 pokoje, które średnio nadawały się do użytku - pozrywana tapeta, uszkodzona wykładzina). Ostatecznie, po kilku próbach odzyskania listów właścicielka stwierdziła, że nie możemy jej udowodnić, że tam mieszkaliśmy, bo nie mamy nawet umowy i mamy przestać ją nachodzić.

No niezbyt miło z ich strony, ale co mi tam. Stwierdziliśmy, że sprawa zamknięta i skupiliśmy się na urządzaniu nowego mieszkania.

Pod koniec stycznia dzwoni telefon, jakaś baba drze się do mnie, że mam jej oddać pieniądze za rachunki (350zł). Dopiero po chwili zastanowienia dotarło do mnie, że to właścicielka naszego byłego lokum. Przypomniałam jej o tym jak umawialiśmy się z rozliczeniem i dodałam, że tak właściwie to ona "wisi" mi jeszcze 50zł. Baba w krzyk, że ona się z nikim na nic nie umawiała i jesteśmy złodziejami.

Moja odpowiedź może nie była zbyt miła, aczkolwiek powtórzyłam jej wcześniejsze słowa:
- Ależ proszę pani, my podobno tam nigdy nie mieszkaliśmy!

Do tej pory cisza...

w-wa

Skomentuj (27) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 496 (502)

#70543

(PW) ·
| Do ulubionych
Dwa tygodnie temu przeprowadziliśmy się z mężem, z domku jednorodzinnego do przytulnej kawalerki w bloku. Sąsiadów znamy tyle co z widzenia i "dzień dobry" na korytarzu.

Klatka schodowa ma dość dziwny układ. Na dole nie ma domofonów, drzwi są ciągle otwarte. Na piętrze mamy osiem mieszkań. Jako, że oficjalnie każdy ma swoje bodajże 5m2 korytarza na własność, to niektórzy z lokatorów mieszkających na końcach danego piętra odgrodzili sobie wspólną część. Ogólnie rzecz biorąc - wchodzimy na klatkę schodową, na piętrze idziemy do końca korytarza gdzie znajdują się drzwi, wchodzimy do "wspólnej części", którą dzielimy z sąsiadem a dopiero później otwieramy drzwi do swojego mieszkania.

Wczoraj przyjechali do nas na chwilę znajomi, co ważne z dużym psem. Postaliśmy przez chwilę na "wspólnym korytarzu" rozmawiając. W pewnym momencie wydawało mi się, że ktoś stoi przed drzwiami ale nie będę chodzić i sprawdzać, bo może ktoś po prostu wrócił do domu.

Nie minęła godzina, a słyszymy dzwonek. Mąż wyszedł sprawdzić kogo to znowu do nas "przywiało", wrócił śmiejąc się jak nigdy. Okazało się, że przyszła sąsiadka, która mieszka piętro niżej pod sąsiadem z drzwi naprzeciwko. Skarżyła się, że pies wyje pół dnia, biega i hałasuje. Ona to zgłasza na Straż Miejską aby wyciągnęli z tego konsekwencje. Pani mieszkająca piętro niżej nie dała sobie nic wytłumaczyć. Ona widzi, że tu jacyś młodzi mieszkają i pewnie na imprezy chodzą, a psa zostawiają samego.

No i teraz mam dylemat. Iść i jej powiedzieć, że nad nią - mieszkanie naprzeciwko nas - mieszka mężczyzna 45+, który pracuje jako kierowca i jest tylko w weekendy w domu czy czekać na rozwój sytuacji.

Żeby sytuacja była jaśniejsza to naszym sąsiadem jest brat znajomego, niedawno kupił mieszkanie i teraz je remontuje, więc tak właściwie to jeszcze w nim nie mieszka.

w-wa

Skomentuj (9) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 287 (311)