Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation
Profil użytkownika

singri

Zamieszcza historie od: 13 września 2011 - 4:02
Ostatnio: 17 kwietnia 2019 - 19:56
  • Historii na głównej: 25 z 38
  • Punktów za historie: 5852
  • Komentarzy: 749
  • Punktów za komentarze: 4421
 

#84165

(PW) ·
| Do ulubionych
Dopiero co zrobiłam prawo jazdy i już trafiła mi się piekielna i potencjalnie niebezpieczna sytuacja.

Mamy sobie skrzyżowanie, z sygnalizacją świetlną. Na tymże skrzyżowaniu ustawiam się do skrętu w lewo, jako trzeci samochód w kolejce. Za mną jakiś SUV.

Światła się zmieniają, osobówka i dostawczak wjeżdżają na skrzyżowanie. Jako że musiałabym wjechać na trzecią, zatrzymuję się przed przejściem dla pieszych (nawet chyba trochę za blisko, ale na pasy nie wjechałam). W tym momencie słyszę trąbnięcie. Niezbyt głośne i krótkie, ale jednak trąbnięcie.

"A wsadź sobie ten klakson gdzie słońce nie dochodzi" myślę, w międzyczasie ruszając, stopniowo zmieniając biegi i rozpędzając się do szalonej prędkości 50 km/h (teren zabudowany). Za chwilę wjechałam na most, gdzie też jest ograniczenie do 50 km/h. Zerkam w lusterko, a ten SUV jedzie tak blisko mnie, że już nie widzę jego świateł.

Wic polega na tym, że zaraz za mostem jest skrzyżowanie, na którym muszę skręcić w prawo. Wypadałoby zwolnić, zredukować...

Ale jak zredukuję i zwolnię, będę miała go w rufie!

Wiem, że wystarczyłoby musnąć hamulec, żeby zapaliło się światło stopu, ale autentycznie bałam się to zrobić.

"Na szczęście" szanowny pan rozwiązał mój dylemat, wyprzedzając mnie i znikając mi z oczu. Przypominam, że jechałam 50 km/h, z maksymalną dopuszczalną prędkością.

Zaraz za mostem kończy się linia przerywana, za to zaczyna się teren usiany skrzyżowaniami i przejściami dla pieszych. Raczej słabe miejsce do sprawdzania, jak szybko potrafimy jechać...

Droga

Skomentuj (56) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 61 (143)

#83958

(PW) ·
| Do ulubionych
Jestem w trakcie robienia kursu na prawo jazdy. Najlepsza szkoła w okolicy, o najwyższej zdawalności. Ostatnia prosta - w piątek mam egzamin państwowy, teoria i praktyka jednocześnie. I jestem przerażona.

Nie, to nie jest ta normalna trema egzaminacyjna. To prawdziwy strach, wynikający z tego, że po 30 godzinach jazd z moim instruktorem prowadzącym (G) wykupiłam jazdy doszkalające z innym instruktorem (W) i dowiedziałam się, oj, dowiedziałam...

1) Zbyt szybko puszczam sprzęgło. G zwracał uwagę tylko na to, czy samochód nie zgasł. W wyczuwa najdrobniejsze szarpnięcie (a w hyundaiu, na którym się uczę to trzeba naprawdę po-ma-lu-tku) i daje mi instrukcje, co robić, żeby tego nie było.
2) Podczas jazdy z W deszcz zakapał mi boczne szyby, więc postanowiłam je otworzyć i zamknąć, coby się przetarły. Prawa ręka na kierownicy, lewa na przycisk... I ściąga mnie w prawo. Ponad 30 godzin jazd, a ja nie umiem prowadzić prawą ręką. Lewą umiem, bo musiałam zmieniać biegi. Prawą nie. Jak się później dowiedziałam, W zachęca swoich stałych kursantów, żeby w czasie nauki z nim jedli za kierownicą. G nawet nie wspomniał o tym, że czasami trzeba lewą rękę z kierownicy zdjąć i wypadałoby to poćwiczyć.

3) Zdaniem W "zmieniam biegi, jak w traktorze". Mój partner, gdy zabrał mnie na plac, też zwrócił mi uwagę, że za bardzo szarpię się z tą dźwignią. G nic na ten temat nie wspominał.

4) Ruszanie pod górkę. Z użyciem awaryjnego umiem od dawna, to jedyna rzecz jaka wyszła mi za pierwszym razem. Z użyciem nożnego nauczyłam się dopiero na jazdach doszkalających. Dlaczego? Bo G twierdził, że zawsze mogę przecież zaciągnąć awaryjny i ruszać z awaryjnego. Nawet ze świateł.

5) Parkowanie. Prostopadłe G pokazywał mi multum razy i nie nauczył. W pokazał mi raz. I wystarczyło. Punkt odniesienia kazał wybrać inny.

Równoległe G pokazał mi raz, "tego nie będzie na egzaminie, bardzo rzadko zadają".

Last but not least...

6) Plac manewrowy. Słynny łuk. Jak G pokazuje mi kciuk do góry i krzyczy, że "było za...iście!", to chyba mogę sądzić, że poszło mi dobrze?

A taki drobny szczegół, że na WORD-owskim placu jest ciaśniej i jeśli nie nauczę się tu celować bardziej w środek, to tam mogę się nie zmieścić... Kto by na to zwracał uwagę? Dowiedziałam się tego na 33. godzinie jazd. Proszę nie regulować odbiorników, tak, na TRZYDZIESTEJ TRZECIEJ GODZINIE! Gdyby nie jazdy doszkalające z W, pewnie dowiedziałabym się na egzaminie.

Sumując - z G jeździło się świetnie. Pogadał, pożartował, oboje mamy dzieci, to tematy były. I z tego, co mówił, wynikało, że od początku idzie mi genialnie, ba, zaczęłam podejrzewać, że autentycznie mam do tego talent. A teraz walczę z przyzwyczajeniami, których w ogóle nie powinnam nabrać.

Aha, nie wiem jaką zdawalność ma G (było spytać...), ale W ma 100% zdawalność praktyki.

EDYCJA bo zapomniałam o jeszcze jednym punkcie:

7) Z G mieliśmy stałe trasy po mieście. Rzucał hasło "W lewo i na plac" i już wiedziałam, że tu prosto, tam w lewo, na rondzie prosto i znów w lewo w tę śmieszną uliczkę, gdzie jest do 30. (Śmieszną, bo samochody tam bardziej parkowały niż jeździły, wąska, kręta, jakoś tak ją polubiłam).

Tymczasem W wydaje polecenie "na światłach w prawo", a ja ZONK - jakie prawo, na plac jedziemy, to prosto, a potem w lewo i od drugiej strony... A, że tędy też można? Ale ja pierwszy raz jadę tą ulicą... Tak, po 30 godzinach jazd.

szkoła jazdy...

Skomentuj (29) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 51 (121)
zarchiwizowany

#83868

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Zastanawiałam się, czy to opisać, ale co tam. Dla mnie piekielne, jeśli jesteście innego zdania, to historia zląduje w archiwum i będzie mieć liczne towarzystwo.

Tak się składa, że w ostatnich dniach spadł śnieg, i to całkiem sporo. Wczoraj rano nawet ładnie sypało.

I tak się składa, że mojemu Partnerowi (P) buty odmówiły posłuszeństwa. Ponieważ jesteśmy fanami lokalnych targowisk*, przejechaliśmy się a to tu, a to tam. Przeważnie w tygodniu, więc wiadomo - moja córa do szkoły, a my na targ. Niestety, ze skutkiem mizernym.

Wczoraj targ odbywał się w mieście odległym o ok. 20 km od naszego miejsca zamieszkania. Jednak była to sobota, a w soboty moi "teściowie" jeżdżą na targ w naszym mieście, by sprzedać jajka. Więc była umowa - jak "teściowie" wrócą, my wsiadamy do samochodu, bo przecież Małej nie ma co brać, zmarznie na kość.

Odkąd zrobiło się zimno "teściowie" wracają z targu wcześnie - zabierają tyle jajek, na ile mają zamówienia, jak wszyscy odbiorą, to do domu. Zazwyczaj bezpośrednio, zakupy robią kiedy indziej.

Wczoraj o 9:00 jeszcze ich nie było. Po 9:00 dzwonimy "A gdzież to wy jesteście?" "A bo tu zaszliśmy i tu zaszliśmy, zaraz będziemy."

Przyjechali, wchodzą, rozbierają się, ja wychodzę i zwyczajowo "teściowa" zatrzymuje mnie na dwa zdania: "A bo ja myślałam, że jak późno wrócimy, to nie zdążycie, śnieg pada, niebezpiecznie, nie warto jechać, pewnie i tak nikogo nie będzie."

W to wtrąca się "teść": "Pokręciło ich, tyłki zachciało się przewietrzyć, nic nie kupią, nic nie załatwią, benzynę na darmo spalą..." - dalej nie słyszałam, bo uciekłam.

Gdyby powiedzieli "Nie zostaniemy z Małą" - nie mają obowiązku, choć zawsze zostawali, to była ich dobra wola. Tylko że ona potrafi nie wysadzić nosa z pokoju, chyba że jest głodna i właściwie chodziło tylko o mój i jej komfort psychiczny, że nie jest sama.

Gdyby powiedzieli jasno "Ale my się będziemy martwić, napadało, może za tydzień będzie lepiej?" - by się rozważyło.

Ale takie sabotowanie uważam za przesadę, wręcz za próbę ustawiania nam życia wg swoich norm. Bo "teściowa" boi się jeździć po śniegu, to nikt nie powinien. Bo niebezpiecznie. Wiem, że to wynika z troski, ale jej syn jest już dorosły i umie jeździć. Owszem, lubi docisnąć i się z tym nie kryje, ale dociska na autostradzie, a nie na lokalnych drogach. Trzeba wyczuć tę różnicę, a przede wszystkim wypadałoby okazać własnemu synowi odrobinę zaufania...

Nikt mi nie wmówi, że po śniegu można jeździć tak, jak po suchym asfalcie. Też wsiadałam do auta z sercem w gardle. Ale gdy zrobiliśmy parę kilometrów po kompletnie białej drodze i odczułam, że P. prowadzi zupełnie inaczej, odprężyłam się i przestałam wróżyć z drzew (na tym nie, na tym nie, o na tym się rozbijemy...). Zaufanie.

Drobna ciekawostka - dopiero tam kupiliśmy buty. Skórzane sportowe dla P i ciepłe botki dla mnie. Gdybyśmy zrezygnowali z tego wyjazdu, kto wie czy P nie zasuwałby kolejny tydzień w dziurawych.

*Już dawno przekonałam się, że w sklepach można dostać towar takiej samej jakości, co na targowisku, tyle że nieznacznie drożej. A jak ktoś pochodzi po targowiskach, porozgląda się, to dostanie na targu coś dobrej jakości dwa razy taniej niż w sklepie.

rodzina

Skomentuj (4) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 0 (44)

#83539

(PW) ·
| Do ulubionych
Losując historie trafiłam na opowiadanie kobiety, która jako dziecko marzyła o aktorstwie, a jej marzenia zostały na kilkanaście lat pogrzebane przez nauczycielkę i tak mi się przypomniało, że moja matka też była mistrzem w gaszeniu dziecięcych/nastoletnich marzeń.

1) Będąc w podstawówce czytałam czasopismo "Uśmiech numeru" (dowcipy, komiksy, porady, wszystko na nawet niezłym poziomie. Teraz takich nie robią :/). W "Uśmiechu..." była rubryka z listami, a w niej specjalny narożnik dla rekordzistów. Ot, jakaś dziewczyna pisała, że ma 36 porcelanowych słoników, więc stosowna informacja i zdjęcie trafiały do narożnika. A ja miałam całkiem pokaźną jak na mój wiek biblioteczkę...

JA: Mamo, dasz mi na znaczek? (nie śniło mi się wtedy że istnieje coś takiego jak mail!) Chcę napisać do "Uśmiechu..." o moich książkach, może o mnie napiszą.
MAMA: Co napiszą, o kim napiszą, to już nie mają o czym pisać tylko o tobie, masz się też czym chwalić, za naukę byś się wzięła, przestanę ci ten "Uśmiech..." kupować, tylko głupoty ci w głowie... itd.

2) W "Uśmiechu..." co miesiąc był jakiś konkurs, można było jakieś drobiazgi wygrać.

JA: Mamo, napiszę do "Uśmiechu..." bo zobacz, jest konkurs czytelniczy, a ja tę książkę czytałam i znam wszystkie odpowiedzi. Kupisz mi znaczek? Można wygrać...
MAMA: A co ty tam wygrasz, gorzkie żale na fujarce chyba, wzięłabyś się za lekcje... itd.

3) To już późniejszy okres, liceum. Po około dwóch latach nieregularnych ćwiczeń i całej masie poprutych robótek udało się(!) i wydziergałam swoją pierwszą serwetkę. Pękając z dumy zaniosłam ją mamie z propozycją położenia na regale.

MAMA: Co ty mi tutaj, to się nie nadaje, to trzeba umieć robić a co ty umiesz, ty nic nie umiesz, to trzeba oczko w oczko robić, a ty tak nie umiesz, i co ja mam z tym gównem zrobić, może jeszcze koszyczek od święconki tym wyścielić?
JA: A mogłabyś najpierw spojrzeć, a potem krytykować?
MAMA: Nie muszę patrzeć, i tak wiem.

4) A to najświeższe. Na szczęście mojej córki przy tym nie było.

Mama wbija do mnie z wizytą i widzi lalki poubierane w "sukienki" z krepiny łączonej taśmą klejącą.
MAMA: I ty jej pozwalasz tak krepinę marnować, nie lepiej do przedszkola zostawić?
JA: Po pierwsze krepina droga nie jest, po drugie w przedszkolu ma wszystko co trzeba, po trzecie niech rozwija kreatywność, może zostanie jakąś projektantką mody?
MAMA: Srantką zostanie nie projektantką!

I nie, nie przeszło jej do tej pory...

rodzinka

Skomentuj (38) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 216 (232)

#83275

(PW) ·
| Do ulubionych
Historia z zamierzchłych czasów licealnych...

W szkole średniej pojechaliśmy gdzieś, po coś... Szczegółów nie pamiętam, ale też nie są one istotne. Istotne jest to, że po załatwieniu sprawy wracaliśmy całą klasą na przystanek tramwajowy. Tam klasa rozbiła się na mniejsze grupki według kryterium "kto z kim będzie jednym tramwajem wracał".

Tramwaj podjechał, podeszłyśmy z koleżankami, ale sam widok na to, co się dzieje w środku wskazywał, że NA PEWNO nie uda nam się usiąść, więc też nie walczyłyśmy o jak najszybsze wejście do pojazdu. W efekcie stałyśmy przy samych drzwiach, a ja nawet na stopniu.

W tym momencie okazało się, że coś jest nie tak, bo tramwaj nie ruszał. Ot tak, stał sobie na tymże przystanku jeszcze 15-20 minut, do dziś nie wiem dlaczego, uznałyśmy wtedy że jakaś awaria i tyle.

Mniej więcej w środku tego przymusowego postoju do tramwaju podeszła jakaś kobitka w średnim wieku i pcha się do środka. Ani "przepraszam", ani "suńcie się, dziewczynki" tylko ładuje się na ten stopień, na którym ja stałam.

Nie, to nie jest główna piekielność.

Na moją prośbę koleżanki lekko się ścieśniły, jakoś weszłam na właściwą podłogę tramwaju, lekko poirytowana, bo na stopniu było wygodniej. I stoimy, czekamy aż tramwaj ruszy. Nagle ze stopnia dobiega:

- No czekam i czekam, aż się ktoś DOMYŚLI, że chcę wejść dalej, ale widzę, że u młodzieży z tym myśleniem nie bardzo.

Jak nas było sześć, tak nas zatkało równo. Tramwaj pęka w szwach, a ona chce się pchać do środka. Dodajmy formę tego żądania...

Ale nie to było piekielne.

Jakoś udało mi się wrócić do domu. Tam, przy obiedzie, podzieliłam się z rodzinką wrażeniami, traktując to jak zabawną anegdotkę. Piekielna była reakcja mojej babci:

- Nie musisz mi takich rzeczy opowiadać, nie od dziś wiem, że ty nie umiesz współżyć z ludźmi.

Aha, więc to wszystko to moja wina?

PS: Moja babcia nie raz i nie dwa mówiła, że mnie nienawidzi za samo to, że istnieję...

Skomentuj (3) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 144 (180)
zarchiwizowany

#83422

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Może mało piekielne, może bardziej... Moim zdaniem bardziej.

Otóż moja córka od połowy trzeciego roku życia chodziła do przedszkola. Bywało tak, że wstawałam o 5, ją budziłam o 5:30, żeby na 6:30 była w przedszkolu, a ja o 7 w pracy.

Dało to ciekawy, ale pozytywny efekt uboczny - dziecko dość szybko załapało, że jeśli zaraz po wstaniu nie zje sprawnie tego co dostanie, będzie głodna aż do 9:00, kiedy to w przedszkolu podają śniadanie.

Teraz ma siedem lat, zaraz będzie osiem, i bez śniadania z domu nie wyjdzie. Po prostu się na to nie zgodzi, musiałabym ją siłą chyba wywlekać. Jeśli się zdarzy, że w weekend zalegnę dłużej w łóżku i nic jej nie zrobię, to też sobie poradzi.

Dlatego bardzo się zdziwiłam, gdy usłyszałam ostatnio na zebraniu, że dzieci nie jedzą w domu śniadań. Jedne jedzą i to po nich widać, inne nie i to też widać. Dziecko jest ospałe, nie koncentruje się jak należy.
A prawdziwą piekielnością dla mnie jest reakcja jednej z mamuś.

- No moja córka nie jada śniadań, ja wiem, że to niedobrze, ale co ja mogę zrobić? Zmusić ją?

Nie no, jasne, dziecko ma się męczyć (dla mnie to już podpada pod lekkie znęcanie się nad dzieckiem. Może nie głodzenie, ale przyzwalanie na głodzenie się) bo mama nie chce bądź nie potrafi nauczyć go jedzenia śniadań. A przecież wystarczy np obudzić dziecko pół godziny wcześniej i niech się bodaj bawi - akurat zgłodnieje. Albo pokombinować i zamiast klasycznego śniadania zaproponować dziecku sok czy koktajl. Tym bardziej, że dziecko przychodzi do szkoły czyściutkie, uczesane, w wyprasowanych i dobranych ubraniach, więc nie jest tak, że matka je olewa, albo totalnie nie ma czasu.

szkoła

Skomentuj (16) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: -1 (27)

#83369

(PW) ·
| Do ulubionych
Zastanawiałam się, czy nie poczekać z tą historią w myśl zasady "do trzech razy sztuka", ale trzeciego razu chyba nie będzie.

Sytuacja 1:
Niedawno byłam w ciąży. Byłam, poroniłam, opłakałam i nie o tym ta historia.
Zaraz po teście ciążowym zapisałam się do przychodni, z której korzysta regularnie rodzina mojego Partnera. Wizyta u ginekologa oczywiście musiała być.
Pierwsze pytanie - o ostatnią miesiączkę. "Nie pamiętam, zaraz sprawdzę" "No jak pani nie pamięta, to jak się pani przygotowała?"

Tym pytaniem zbił mnie z tropu i szczerze mówiąc kompletnie nie byłam w stanie sobie przypomnieć daty, a przecież przed chwilą pamiętałam (przypomniałam sobie pięć minut po opuszczeniu gabinetu, ironia taka).
Dalej było już tylko gorzej, każde moje pytanie, każda moja wypowiedź, były kwitowane krótkim "Nie wiem, nie znam się." Np:
Dr: Termin porodu na 2 kwietnia 2019
Ja: Zabawne, starsza córka urodziła się 1 kwietnia.
Dr: Nie wiem, nie znam się.

Dr: Uskarża się pani na coś?
Ja: Mdłości i ogólne osłabienie, ale to chyba normalne w ciąży?
Dr: Nie wiem, nie znam się.

I ciągłe warczenie o tę ostatnią miesiączkę, które tylko mnie stresowało. Przez to nawet nie zwróciłam uwagi na brak rzeczy chyba podstawowej, a mianowicie karty ciąży. Przypomniałam sobie o niej dopiero w szpitalu, kiedy właściwie nie była mi już potrzebna :(

Sytuacja 2:
Po wielu delikatnych i mniej delikatnych namowach mój Partner zdecydował się w końcu na wizytę u psychologa. No bo to przecież nie jest normalne, gdy facet w sile wieku wmawia sobie, że nie ma po co żyć?

Wizyta odbyła się przedwczoraj, przełożona z czwartku (przez psychologa), oczywiście zaraz miałam zdaną relację i nawet nie musiałam go za język ciągać.

Po pierwsze - stan pani psycholog wskazywał na niezłego kaca, wg słów Partnera "Bałem się, że z fotela spłynie."
Po drugie - Partner raczej nie spodziewał się powitania "No i z czym pan do mnie przyszedł, bo do psychologa nie chodzi się dla zabawy?"
Po trzecie, ale to może być jego subiektywne wrażenie - poczuł się traktowany jak hipochondryk, coś w stylu "I po coś tu przyszedł, wymyślasz".
Po czwarte - w końcu pada temat myśli samobójczych.
PP: Od kiedy ma pan te myśli?
P: A będzie ze dwa lata.
PP: Jak dwa lata, jak skierowanie jest sprzed miesiąca?

Partner rozważa skorzystanie z następnej wizyty (za dwa tygodnie) ponieważ na nią zapowiedziany jest wywiad. Jeśli odbędzie się w podobnym stylu, zmieniamy nie tylko lekarza, ale i przychodnię, bo dwoje buraków w tym samym zakładzie to trochę za dużo.

słuzba_zdrowia

Skomentuj (20) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 186 (222)

#82646

(PW) ·
| Do ulubionych
Po przeprowadzce wiele rzeczy się zmienia. Niby to "tylko" 200 km, ale zawsze. Ostatnio zupełnym przypadkiem odkryłam jeszcze jedną zmianę.

Otóż do tej pory mieszkałam na Mazowszu, w bliskim sąsiedztwie stolicy, dodatkowo w małym mieście. Przeprowadziłam się natomiast na Lubelszczyznę i zmiana jest zupełna, w dodatku akurat dla mnie w większości pozytywna.

Chodzi o ceny owoców. W mojej mieścince owoce widywałam w markecie i na targu, w promieniu 15 km nie uświadczyłam żadnego porządnego sadu. Truskawki po 10 zł łubianka, to dla mnie tanio, śliwki po 10 zł kg - przeciętnie, wiśnie nawet po 15 bywały, o jagody bałam się pytać.

Lubelszczyzna natomiast jest regionem typowo rolniczym, z czego najbliższa okolica obfituje w najróżniejsze sady owocowe. O ile własny sad za domem jest ogromną wygodą, a dla mnie nawet luksusem, o tyle osoby próbujące wyhodować więcej i sprzedać mają, delikatnie mówiąc, przekichane w tym roku.

Na skupie płacą (w nawiasie ceny z poprzednich lat):
Za wiśnię - 0,5 zł za kilogram (1,5-2 zł)
Za porzeczkę - 0,25 zł (1-2 zł)
Za malinę - 1,7 zł (4-6 zł)

Nie wiem jak dla Was, ale dla mnie te ceny są przerażające. Sadownicy obawiają się o ceny malin jesiennych czy jabłek. Inne owoce w ogóle nie są brane. Nawet w momencie tzw. klęski urodzaju owoce nie bywają AŻ TAK TANIE.

Dodatkowo największy w okolicy zakład, który te owoce skupuje (producent dżemów, firma francuska), dyktuje ceny właśnie na takim poziomie. Pojawiają się plotki, że ściągają tanie, mrożone owoce zza granicy.

A potem idziesz do sklepu i na pytanie, czemu słoik dżemu kosztuje 4-5 zł (tyle kosztują dżemy tej firmy), otrzymujesz odpowiedź, że owoce drogie.

wsi spokojna wesoła...

Skomentuj (29) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 101 (129)

#82520

(PW) ·
| Do ulubionych
Historia sprzed paru dni:

Wiele lat temu do parafii mojej babci przydzielono nowego proboszcza. "Ksiądz Bolek" był... pardon, jest duszpasterzem z prawdziwego zdarzenia. Organizował w kościele spotkania dla młodzieży, na których omawialiśmy różne ciekawe dla nas sprawy, niekoniecznie związane z wiarą. O każdej porze dnia i nocy można było się do księdza zwrócić w niemal każdej sprawie.

Oszczędny był skurczybyk do skąpstwa aż, żywił się o najniższych kosztach, jeździł na jakimś rozklekotanym rowerze, który ze sobą przywiózł z poprzedniej parafii. Gdy najbogatsi parafianie wyciągnęli zaskórniaki, złożyli parędziesiąt tysięcy i dali księdzu ze słowami "Proboszcz jedzie i samochód sobie kupi", proboszcz grzecznie pojechał... zamówić dzwon do kościoła.

No właśnie, kościół. Ksiądz zastał kościół w stanie surowym. Beton na podłodze, chór bez barierki, organistka grała w kąciku na keyboardzie, ławki takie najprostsze, najtańsze, i drewniany, przenośny ołtarz.

Tak urządzony kościół nie był jeszcze wyświęcony, miał prawa kaplicy. Ksiądz nie omijał żadnej okazji, żeby zdobyć pieniądze i wszystko pchał w kościół. Żeby móc go wyświęcić, musiał zrobić m.in. dzwon, stały ołtarz, organy z prawdziwego zdarzenia i całą masę pomniejszych rzeczy, których nawet nie zapamiętałam.

Przez dziesięć lat kościół piękniał na naszych oczach. Wiadomo - marmury, złocenia, pojawiły się obrazy, rzeźbione ławki... W końcu nastał ten wielki dzień - zjechało się kleru chyba z całego dekanatu, wszyscyśmy się postroili, chór specjalnie na tę okazję przygotował specjalne pieśni - dla katolika wspaniałe święto, jedyne takie w życiu.

Kilka dni później wiadomość jak z armaty - Bolka odwołują!

Mieli go odwołać już jakiś czas temu, ale że tyle pracy włożył w ten kościół, łaskawie mu pozwolono zostać do konsekracji.

To jest pierwsza piekielność, jaką widzę w tej sytuacji - płakali wszyscy, i parafianie, i ksiądz.

Druga nastąpiła chwilę później. Przyjechał nowy proboszcz, przepatrzył wszystkie kąty i na pierwszej niedzielnej mszy na ogłoszeniach parafialnych zaczął pomstować na poprzedniego księdza.

Bo w kasie parafialnej nie ma ani grosza, a parafia jest zadłużona na 30 000 zł! Co to za proboszcz był, co kasy parafialnej zapełnić nie umiał!

I na to brakuje mi już komentarza.

ksieza

Skomentuj (21) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 217 (249)

#82473

(PW) ·
| Do ulubionych
Nasz lokalna Żabka, w której bywam często po energetyki i czasami inne napoje.

Dziś akurat potrzebowałam kupić coś do picia. Patrzę, w lodówce napój 4move, na cenówce napisane "1 sztuka poza zestawem 2,99”.

Złapałam taki, który mi pasował i do kasy. Kładę na ladzie napój i 3 zł. Pik.

Kasjer: 3,29.
Ja: Tam jest napisane 2,99.
Kasjer: Ale nie na ten. Nie na formułę bez cukru.
Ja: Cenówka jest jedna, więc się zasugerowałam.

Szybka analiza - pierwszy raz mi się coś takiego zdarza, dam im jeszcze jedną szansę. Dołożyłam te 30 gr.

Ja: Ale niech pan uzupełni te cenówki, dobrze? Bo to jest wprowadzanie klienta w błąd.

I tu nastąpiło zdanie, które mnie wkurzyło:

Kasjer: W Biedronce też brakuje cenówek.

Noż k... Pożałowałam, że po dopłaceniu otworzyłam napój. Zdobyłam się tylko na marną ripostę:

Ja: I też się do nich przyp...

sklepy

Skomentuj (19) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 73 (123)