Profil użytkownika
singri ♀
| Zamieszcza historie od: | 13 września 2011 - 4:02 |
| Ostatnio: | 27 listopada 2025 - 17:19 |
- Historii na głównej: 118 z 152
- Punktów za historie: 19359
- Komentarzy: 1891
- Punktów za komentarze: 12763
O tym jak dziś byłam o włos od użycia klaksonu i w sumie żałuję że go nie użyłam.
Jechałam sobie samochodem, ulica jednokierunkowa, trzypasmowa. Jechałam prawym pasem, bo raz że ruch prawostronny, a dwa, że tak i akurat pasowało bo za ileś tam miałam skręcać w prawo.
Jadę sobie spokojnie, widzę że auta na lewym i środkowym pasie zatrzymały się przed przejściem dla pieszych, żeby przepuścić grupę pieszych zbliżającą się od lewej strony. To i ja stanęłam. Grupa była spora i "wydłużona", wyglądało to na jakąś wycieczkę, więc chwilę się postało.
I w momencie, gdy ostatnie osoby znajdowały się już na skrajnie prawym pasie (więc tuż przed moją maską) na przejście od prawej strony wjechała rowerzystka. Dość szybko.
Ja wciąż stałam, no bo piesi. Auto po skrajnej lewej już zdążyło odjechać, za nim szczęśliwie nikt nie jechał. Ale kierowca na środkowym pasie, który właśnie ruszał, omal idiotki nie potrącił.
Jechałam sobie samochodem, ulica jednokierunkowa, trzypasmowa. Jechałam prawym pasem, bo raz że ruch prawostronny, a dwa, że tak i akurat pasowało bo za ileś tam miałam skręcać w prawo.
Jadę sobie spokojnie, widzę że auta na lewym i środkowym pasie zatrzymały się przed przejściem dla pieszych, żeby przepuścić grupę pieszych zbliżającą się od lewej strony. To i ja stanęłam. Grupa była spora i "wydłużona", wyglądało to na jakąś wycieczkę, więc chwilę się postało.
I w momencie, gdy ostatnie osoby znajdowały się już na skrajnie prawym pasie (więc tuż przed moją maską) na przejście od prawej strony wjechała rowerzystka. Dość szybko.
Ja wciąż stałam, no bo piesi. Auto po skrajnej lewej już zdążyło odjechać, za nim szczęśliwie nikt nie jechał. Ale kierowca na środkowym pasie, który właśnie ruszał, omal idiotki nie potrącił.
ruch uliczny
Ocena:
131
(149)
O tym, jaka jest różnica między rowerzystą a pe**larzem...
W niedzielę, w godzinach przedwieczornych, potrzebowałam gdzieś jechać. Po wyjechaniu z bramy zobaczyłam niedaleko przed sobą jednego rowerzystę, kawałek dalej drugiego.
Jadę spokojnie, pierwszego wyprzedziłam bez problemu, drugiego musiałam najpierw dogonić ;) Ja 50 (teren zabudowany), on jakieś 35, w dodatku od początku miał przewagę. W efekcie dogoniłam go przed samym rondem (które jest jakieś 500 metrów od naszej bramy) i z konieczności przejechałam za nim, bo nie było jak wyprzedzić.
Gdy zjeżdżaliśmy, oczywiście tym samym zjazdem, zauważyłam dwie panie pe**larki, które pomalutku jechały obok siebie. Jedna środkiem mojego pasa, druga środkiem pasa dla jadących z przeciwka. Usłyszały mój silnik i zaczęły zjeżdżać do prawego skraju jezdni...
Prosto pod koła pana rowerzysty.
Na szczęście miał dobry refleks i zdążył uciec na pobocze...
W niedzielę, w godzinach przedwieczornych, potrzebowałam gdzieś jechać. Po wyjechaniu z bramy zobaczyłam niedaleko przed sobą jednego rowerzystę, kawałek dalej drugiego.
Jadę spokojnie, pierwszego wyprzedziłam bez problemu, drugiego musiałam najpierw dogonić ;) Ja 50 (teren zabudowany), on jakieś 35, w dodatku od początku miał przewagę. W efekcie dogoniłam go przed samym rondem (które jest jakieś 500 metrów od naszej bramy) i z konieczności przejechałam za nim, bo nie było jak wyprzedzić.
Gdy zjeżdżaliśmy, oczywiście tym samym zjazdem, zauważyłam dwie panie pe**larki, które pomalutku jechały obok siebie. Jedna środkiem mojego pasa, druga środkiem pasa dla jadących z przeciwka. Usłyszały mój silnik i zaczęły zjeżdżać do prawego skraju jezdni...
Prosto pod koła pana rowerzysty.
Na szczęście miał dobry refleks i zdążył uciec na pobocze...
Ocena:
106
(112)
poczekalnia
Skomentuj
(4)
Pobierz ten tekst w formie obrazka
Byliśmy dziś z Partnerem na zakupach. Wózek naładowany, marsz do kasy. Gdy już dojeżdżaliśmy do końca kolejki, z boku podbiegł starszy facet i stanął przed nami.
Stanął to stanął, Bóg z nim, poza tym miał tylko dwa artykuły...
Kolejka była dość długa, na tyle że zarówno facet, jak i my staliśmy już w tym przejściu przed kasami. Nagle pojawiła się pani w mundurku pracowniczym, rzuciła ZAPRASZAM DO KASY NUMER JEDEN i siadła na krzesełku.
Uczciwie muszę powiedzieć, że mieliśmy do tej kasy najbliżej, więc ruszyliśmy w tamtą stronę. Owszem, dość szybko. I wtedy usłyszeliśmy wymienionego wyżej faceta jak woła "Ale wolniej, wolniej! Patrzcie no, jak im się spieszy! Wolniej!". Z przyczyn oczywistych nie posłuchaliśmy go, podeszliśmy do kasy i zaczęliśmy wykładać towary na taśmę.
Facet podszedł, minął mnie, jakbym była elementem ekspozycji i odezwał się od razu do mojego Partnera
- To ja będę przed panem!
- Nie, nie będzie pan przede mną.
- Ja tylko szybko przejdę!
- Nie przejdzie pan!
Facet bez dalszych dyskusji przesunął trochę nasz wózek, przecisnął się i podetknął swoje towary przed samą twarz kasjerce, która właśnie zakończyła czynności przygotowawcze i była gotowa do kasowania. Kasjerka spojrzała na mnie i na Partnera przepraszająco, wzięła rzeczy, skasowała...
A facet odwrócił się do mojego Partnera i powiedział:
- Bo widzi pan, w niemieckim sklepie to Polak Polaka powinien wspierać!
Stanął to stanął, Bóg z nim, poza tym miał tylko dwa artykuły...
Kolejka była dość długa, na tyle że zarówno facet, jak i my staliśmy już w tym przejściu przed kasami. Nagle pojawiła się pani w mundurku pracowniczym, rzuciła ZAPRASZAM DO KASY NUMER JEDEN i siadła na krzesełku.
Uczciwie muszę powiedzieć, że mieliśmy do tej kasy najbliżej, więc ruszyliśmy w tamtą stronę. Owszem, dość szybko. I wtedy usłyszeliśmy wymienionego wyżej faceta jak woła "Ale wolniej, wolniej! Patrzcie no, jak im się spieszy! Wolniej!". Z przyczyn oczywistych nie posłuchaliśmy go, podeszliśmy do kasy i zaczęliśmy wykładać towary na taśmę.
Facet podszedł, minął mnie, jakbym była elementem ekspozycji i odezwał się od razu do mojego Partnera
- To ja będę przed panem!
- Nie, nie będzie pan przede mną.
- Ja tylko szybko przejdę!
- Nie przejdzie pan!
Facet bez dalszych dyskusji przesunął trochę nasz wózek, przecisnął się i podetknął swoje towary przed samą twarz kasjerce, która właśnie zakończyła czynności przygotowawcze i była gotowa do kasowania. Kasjerka spojrzała na mnie i na Partnera przepraszająco, wzięła rzeczy, skasowała...
A facet odwrócił się do mojego Partnera i powiedział:
- Bo widzi pan, w niemieckim sklepie to Polak Polaka powinien wspierać!
Lidl
Ocena:
40
(60)
Mój Partner, jeżdżąc do pracy na 6 rano, ma w zwyczaju wstępować do pewnego sklepu spożywczego.
Sklep teoretycznie otwarty jest od 6, ale obsługa wyświadcza przysługę osobom pracującym na tak nieludzką godzinę i otwiera ok 5:40. Panie jeszcze rozliczają kasę, dokładają pieczywo itp. a klienci już mogą wybierać.
Zdarza się jednak czasami, że z jakiegoś powodu sklep jest otwierany "dopiero" o 5:55.
Wraz z Partnerem zastanawiamy się, co mają w głowach klienci narzekający na to straszne opóźnienie? 5:40 czy 5:55, to nadal jest PRZED godzinami otwarcia.
Sklep teoretycznie otwarty jest od 6, ale obsługa wyświadcza przysługę osobom pracującym na tak nieludzką godzinę i otwiera ok 5:40. Panie jeszcze rozliczają kasę, dokładają pieczywo itp. a klienci już mogą wybierać.
Zdarza się jednak czasami, że z jakiegoś powodu sklep jest otwierany "dopiero" o 5:55.
Wraz z Partnerem zastanawiamy się, co mają w głowach klienci narzekający na to straszne opóźnienie? 5:40 czy 5:55, to nadal jest PRZED godzinami otwarcia.
sklep klient
Ocena:
170
(182)
Byłam we wtorek z najmłodszą córeczką na kardiologii dziecięcej, na kontroli (otwór w przegrodzie międzyprzedsionkowej, obserwujemy). Zawsze wygląda to tak, że zgłaszam się na Izbę Przyjęć (boczne wejście), okazuję skierowanie, dostajemy papiery, bransoletkę i zgłaszamy się na oddział. Pomiary, EKG, echo serca, dziękujemy, kartę wypisową doślemy pocztą...
Wychodząc zahaczyłam o kiosk, bo skończyła nam się woda w bidonie. Kiosk jest akurat naprzeciwko rejestracji do porani przyszpitalnych, więc byłam świadkiem ciekawej rozmowy:
Mama: Dzień dobry, miałam się zgłosić z dzieckiem na oddział.
Rejestratorka: Musi pani iść na izbę przyjęć. Trzeba wyjść na zewnątrz, iść w prawo i potem znów w prawo.
M: Ale ja mam skierowanie!
R: Tak, ale z tym skierowaniem musi pani na izbę przyjęć iść.
M: Ale ja na oddział! Z dzieckiem!
R: Jak na oddział z dzieckiem to musi pani przez izbę przyjęć...
Tutaj muszę przyznać, że nawet przez moment chciałam podejść i zaproponować, że zaprowadzę panią na IP, zwłaszcza że musiałam tamtędy przejść w drodze na parking, ale gdy zaczęła krzyczeć, stchórzyłam. Ale ciekawa jestem, za którym razem do pani dotarło, gdzie ma iść...
Wychodząc zahaczyłam o kiosk, bo skończyła nam się woda w bidonie. Kiosk jest akurat naprzeciwko rejestracji do porani przyszpitalnych, więc byłam świadkiem ciekawej rozmowy:
Mama: Dzień dobry, miałam się zgłosić z dzieckiem na oddział.
Rejestratorka: Musi pani iść na izbę przyjęć. Trzeba wyjść na zewnątrz, iść w prawo i potem znów w prawo.
M: Ale ja mam skierowanie!
R: Tak, ale z tym skierowaniem musi pani na izbę przyjęć iść.
M: Ale ja na oddział! Z dzieckiem!
R: Jak na oddział z dzieckiem to musi pani przez izbę przyjęć...
Tutaj muszę przyznać, że nawet przez moment chciałam podejść i zaproponować, że zaprowadzę panią na IP, zwłaszcza że musiałam tamtędy przejść w drodze na parking, ale gdy zaczęła krzyczeć, stchórzyłam. Ale ciekawa jestem, za którym razem do pani dotarło, gdzie ma iść...
słuzba_zdrowia
Ocena:
136
(148)
poczekalnia
Skomentuj
(33)
Pobierz ten tekst w formie obrazka
Próbuję się dodzwonić do poradni endokrynologicznej (tarczycę mam do wycięcia). Tak, kazali dzwonić dzisiaj, bo od dziś będą pisać na kwiecień.
Odebrał ten automacik "Przepraszamy, wszystkie nasze linie są zajęte. Jesteś SZÓSTY w kolejce oczekujących".
W trakcie oczekiwania na swoją kolej dostałam sms z informacją, że kończą mi się środki na karcie w telefonie (nienawidzę wszelkich abonamentów). Szybko weszłam na bankowość elektroniczną, doładowałam konto za 50zł... I za chwilę mnie rozłączyło :/
Wybrałam numer ponownie, wysłuchałam regułki... "Jesteś ÓSMY w kolejce oczekujących...
I może powiecie, że to cebulactwo i januszerka, ale wkurza mnie, że wiszę na tym telefonie pół godziny, płacę za to jak za normalne połączenie, a efektywność żadna :/
Ale zapisałam się przynajmniej :D
Odebrał ten automacik "Przepraszamy, wszystkie nasze linie są zajęte. Jesteś SZÓSTY w kolejce oczekujących".
W trakcie oczekiwania na swoją kolej dostałam sms z informacją, że kończą mi się środki na karcie w telefonie (nienawidzę wszelkich abonamentów). Szybko weszłam na bankowość elektroniczną, doładowałam konto za 50zł... I za chwilę mnie rozłączyło :/
Wybrałam numer ponownie, wysłuchałam regułki... "Jesteś ÓSMY w kolejce oczekujących...
I może powiecie, że to cebulactwo i januszerka, ale wkurza mnie, że wiszę na tym telefonie pół godziny, płacę za to jak za normalne połączenie, a efektywność żadna :/
Ale zapisałam się przynajmniej :D
Ocena:
30
(62)
Potrzebowałam dziś wypłacić z bankomatu 2000zł. Wyjaśnienie - mam straszne ciągoty do zakupów internetowych i tym podobnych szaleństw, więc wolę operować gotówką.
Podchodzę do maszyny i klikam:
Wypłata gotówki
Inna kwota
Inna kwota
2000zł
Nie 800, 2000
Nie 900, 2000!!!
Na ekranie pojawiają się dwie możliwości:
1000 albo ANULUJ
Klikam 1000. Maszyna prosi o wpisanie kwoty. Wpisuję 1000
Wreszcie dostaję swoje pieniądze.
Po czym powtarzam całą operację, ponieważ jak zaznaczyłam na początku, życzyłam sobie wypłacić 2000zł.
Dla mnie to jest utrudnianie ludziom dostępu do gotówki. I dla mnie, osoby czterdziestoletniej, która pamięta czasy wypłaty wydawanej "do ręki" w "rachubie" i najzwyczajniej w świecie woli gotówkę, jest to piekielne.
PS: Poradzono mi, żebym następnym razem użyła blika. Spróbuję.
PS2: Limit wypłat z karty mam ustawiony na 5000, to był limit w bankomacie.
Podchodzę do maszyny i klikam:
Wypłata gotówki
Inna kwota
Inna kwota
2000zł
Nie 800, 2000
Nie 900, 2000!!!
Na ekranie pojawiają się dwie możliwości:
1000 albo ANULUJ
Klikam 1000. Maszyna prosi o wpisanie kwoty. Wpisuję 1000
Wreszcie dostaję swoje pieniądze.
Po czym powtarzam całą operację, ponieważ jak zaznaczyłam na początku, życzyłam sobie wypłacić 2000zł.
Dla mnie to jest utrudnianie ludziom dostępu do gotówki. I dla mnie, osoby czterdziestoletniej, która pamięta czasy wypłaty wydawanej "do ręki" w "rachubie" i najzwyczajniej w świecie woli gotówkę, jest to piekielne.
PS: Poradzono mi, żebym następnym razem użyła blika. Spróbuję.
PS2: Limit wypłat z karty mam ustawiony na 5000, to był limit w bankomacie.
bankomat limit
Ocena:
134
(148)
poczekalnia
Skomentuj
(13)
Pobierz ten tekst w formie obrazka
W tej historii ja byłam trochę piekielna, przyznaję.
Jest u nas w mieście takie skrzyżowanie, całkiem spore, na którym porządku pilnują dobrze zorganizowane światła kierunkowe. Póki światła działają, wszystko gra i buczy. Niestety, ostatnio lubią ulegać awarii...
Wracając po odwiezieniu najstarszej córki do szkoły pojechałam właśnie na to skrzyżowanie. Zasugerowałam się tym, że wczoraj i przedwczoraj, gdy podjeżdżałam do niego od drugiej strony, drogą z pierwszeństwem, światła działały. Dziś pojechałam "na skróty" i podjechałam do rzeczonego skrzyżowania drogą podporządkowaną. I oczywiście trafiłam na awarię świateł.
Stoję na tej podporządkowanej, czekam na okazję do wyjazdu. Droga z pierwszeństwem to najbardziej ruchliwa arteria Puław. Trzy pasy w jedną stronę, trzy pasy w drugą, ja muszę w lewo.
Auto na skrajnym prawym pasie skręcało w prawo, za nim był dostawczak, który też migał w prawo. Skrajny lewy pas był pusty. Słabo widziałam, co dzieje na środkowym, więc powoli przekroczyłam linię warunkowego zatrzymania i natychmiast stanęłam jak wryta, bo auto pojawiło się niemalże znikąd. Dopuszczam możliwość że nie widziałam go przez dostawczak, miał pierwszeństwo, więc uniosłam dłoń w geście "przepraszam" i skinęłam głową. Kierowca zatrzymał się, chyba odruchowo, zupełnie niepotrzebnie, bo nie wjechałam jeszcze na jego pas.
I do tej pory to ja byłam piekielna. Ale nie rozumiem, w jaki sposób sytuację poprawiło wymachiwanie rękami i krzyczenie czegoś, czego z racji zamkniętych okien i tak nie mogłam usłyszeć. Na środku skrzyżowania. Blokując ruch. Co to miało zmienić?
Jest u nas w mieście takie skrzyżowanie, całkiem spore, na którym porządku pilnują dobrze zorganizowane światła kierunkowe. Póki światła działają, wszystko gra i buczy. Niestety, ostatnio lubią ulegać awarii...
Wracając po odwiezieniu najstarszej córki do szkoły pojechałam właśnie na to skrzyżowanie. Zasugerowałam się tym, że wczoraj i przedwczoraj, gdy podjeżdżałam do niego od drugiej strony, drogą z pierwszeństwem, światła działały. Dziś pojechałam "na skróty" i podjechałam do rzeczonego skrzyżowania drogą podporządkowaną. I oczywiście trafiłam na awarię świateł.
Stoję na tej podporządkowanej, czekam na okazję do wyjazdu. Droga z pierwszeństwem to najbardziej ruchliwa arteria Puław. Trzy pasy w jedną stronę, trzy pasy w drugą, ja muszę w lewo.
Auto na skrajnym prawym pasie skręcało w prawo, za nim był dostawczak, który też migał w prawo. Skrajny lewy pas był pusty. Słabo widziałam, co dzieje na środkowym, więc powoli przekroczyłam linię warunkowego zatrzymania i natychmiast stanęłam jak wryta, bo auto pojawiło się niemalże znikąd. Dopuszczam możliwość że nie widziałam go przez dostawczak, miał pierwszeństwo, więc uniosłam dłoń w geście "przepraszam" i skinęłam głową. Kierowca zatrzymał się, chyba odruchowo, zupełnie niepotrzebnie, bo nie wjechałam jeszcze na jego pas.
I do tej pory to ja byłam piekielna. Ale nie rozumiem, w jaki sposób sytuację poprawiło wymachiwanie rękami i krzyczenie czegoś, czego z racji zamkniętych okien i tak nie mogłam usłyszeć. Na środku skrzyżowania. Blokując ruch. Co to miało zmienić?
Ocena:
27
(61)
Piekielny tutaj jest chyba bardziej system niż jakiś konkretny człowiek...
U mojego najmłodszego dziecka wykryto wadę serca - otwór w przegrodzie międzyprzedsionkowej. To dość lekka wada, takie otwory się przeważnie zarastają przed skończeniem przez dziecko roku, ale obserwować trzeba. Byliśmy jakiś czas temu na oddziale, kazali przyjechać 25 września. Pojechaliśmy.
25 września zrobiono USG serca (otwór się zmniejsza) i podłączono holtera. Następnego dnia pojechałyśmy z córką na zdjęcie holtera. Pan doktor na pożegnanie powiedział nam, że wypis będzie gotowy po południu, bo dane z holtera muszą zostać zgrane na komputer i odczytane przez niego, a teraz ma przyjęcia itp. więc nie ma sensu żebyśmy tyle z córką siedziały na korytarzu. Wyślą papiery pocztą. No to do widzenia panu doktorowi, miłego dnia.
Czekam tydzień, drugi, listu nie ma. Może mają dużo roboty, pomyślałam, dam im jeszcze czas.
Ale miesiąc? To już wydało mi się przesadą. A że dziś jest ostatni dzień miesiąca i przypomniało mi się o sprawie akurat gdy miałam telefon pod ręką, pomyślałam że trzeba to wreszcie załatwić.
Najpierw telefon na ogólny numer szpitala. Przez pięć minut byłam dwunasta w kolejce, potem się rozłączyłam. Znalazłam telefon bezpośrednio na oddział. Wyjaśniłam sprawę, że dziecko, że holter, że pan doktor X obiecał list... Pani pielęgniarka uprzejmie sprawdziła w systemie i poinformowała mnie, że list nie został jeszcze wysłany. I że ona radzi mi zadzwonić pod numer z końcówką xxx, bezpośrednio do pokoju lekarskiego, ona ze swojego kontuaru widzi, że doktor wchodzi właśnie do tego pokoju, więc najlepszy moment. A pan doktor ma tylu pacjentów, że mógł zapomnieć, więc ona by się na moim miejscu upomniała. Zadzwoniłam.
X: Kardiologia.
J: Dzień dobry, jestem matką państwa pacjentki, M.S. czy z panem Z można rozmawiać?
X: Przy telefonie.
J: Byłyśmy z M u pana 25 września na kontroli. Obiecał pan doktor przesłać wypis pocztą i nie ukrywam, że trochę się niepokoję, bo to już miesiąc minął...
X: Jeszcze raz, jak nazwisko? A dziecko miało zakładany holter? Aha. A zdjęli wam holter? (Nie, dziecko ponad miesiąc z holterem "chodzi"...) A kiedy holter był zdejmowany? Dobrze, to ja przejrzę ten zapis i wyślę wam wypis. Już sobie kartę położyłem na wierzchu, żebym nie zapomniał.
Miesiąc. Nawet ponad. A on nawet do zapisu nie zajrzał. I ja rozumiem, masa spraw, zapomnieć każdemu może się zdarzyć.
Ale czy system, który zmusza lekarza do brania na siebie tylu pacjentów nie jest piekielny?
U mojego najmłodszego dziecka wykryto wadę serca - otwór w przegrodzie międzyprzedsionkowej. To dość lekka wada, takie otwory się przeważnie zarastają przed skończeniem przez dziecko roku, ale obserwować trzeba. Byliśmy jakiś czas temu na oddziale, kazali przyjechać 25 września. Pojechaliśmy.
25 września zrobiono USG serca (otwór się zmniejsza) i podłączono holtera. Następnego dnia pojechałyśmy z córką na zdjęcie holtera. Pan doktor na pożegnanie powiedział nam, że wypis będzie gotowy po południu, bo dane z holtera muszą zostać zgrane na komputer i odczytane przez niego, a teraz ma przyjęcia itp. więc nie ma sensu żebyśmy tyle z córką siedziały na korytarzu. Wyślą papiery pocztą. No to do widzenia panu doktorowi, miłego dnia.
Czekam tydzień, drugi, listu nie ma. Może mają dużo roboty, pomyślałam, dam im jeszcze czas.
Ale miesiąc? To już wydało mi się przesadą. A że dziś jest ostatni dzień miesiąca i przypomniało mi się o sprawie akurat gdy miałam telefon pod ręką, pomyślałam że trzeba to wreszcie załatwić.
Najpierw telefon na ogólny numer szpitala. Przez pięć minut byłam dwunasta w kolejce, potem się rozłączyłam. Znalazłam telefon bezpośrednio na oddział. Wyjaśniłam sprawę, że dziecko, że holter, że pan doktor X obiecał list... Pani pielęgniarka uprzejmie sprawdziła w systemie i poinformowała mnie, że list nie został jeszcze wysłany. I że ona radzi mi zadzwonić pod numer z końcówką xxx, bezpośrednio do pokoju lekarskiego, ona ze swojego kontuaru widzi, że doktor wchodzi właśnie do tego pokoju, więc najlepszy moment. A pan doktor ma tylu pacjentów, że mógł zapomnieć, więc ona by się na moim miejscu upomniała. Zadzwoniłam.
X: Kardiologia.
J: Dzień dobry, jestem matką państwa pacjentki, M.S. czy z panem Z można rozmawiać?
X: Przy telefonie.
J: Byłyśmy z M u pana 25 września na kontroli. Obiecał pan doktor przesłać wypis pocztą i nie ukrywam, że trochę się niepokoję, bo to już miesiąc minął...
X: Jeszcze raz, jak nazwisko? A dziecko miało zakładany holter? Aha. A zdjęli wam holter? (Nie, dziecko ponad miesiąc z holterem "chodzi"...) A kiedy holter był zdejmowany? Dobrze, to ja przejrzę ten zapis i wyślę wam wypis. Już sobie kartę położyłem na wierzchu, żebym nie zapomniał.
Miesiąc. Nawet ponad. A on nawet do zapisu nie zajrzał. I ja rozumiem, masa spraw, zapomnieć każdemu może się zdarzyć.
Ale czy system, który zmusza lekarza do brania na siebie tylu pacjentów nie jest piekielny?
Ocena:
110
(122)
Nie wiem, czy to już piekielność, czy może ten facet naprawdę chciał dobrze?
Otóż moja najstarsza córka ma pewne problemy. Nie może się skoncentrować, bywa nadpobudliwa i nadaktywna. Podobno ADHD. Odkąd wiem, że to ma, bardziej interesuję się tematem i wdrażam trochę inne metody (więcej spokoju, więcej cierpliwości, więcej powtórzeń, żadnego odpuszczania) i to działa, jej zachowanie się poprawia. Ale ja nie o tym chciałam.
Żeby Poradnia Psychologiczno-Pedagogiczna wystawiła diagnozę czy też opinię o pewnych potrzebach ucznia (uczniowi z ADHD przysługują konsultacje z psychologiem itp.) potrzebne jest m.in. zaświadczenie od psychiatry. Jak ktoś się nudzi, to niech spróbuje poszukać psychiatry dziecięcego na NFZ. Dodatkowe punkty, jeśli ten specjalista będzie miał terminy bliższe niż w przyszłym roku i jeśli będzie w zasięgu dwóch godzin jazdy autem. Mission impossible...
Po którymś tam telefonie uznałam, że na coś te 500+ w końcu dają i postanowiłam umówić się prywatnie. Znalazłam poradnię, która miała nawet rozsądne terminy, pierwsza wizyta 350zł, każda następna 200. Zdzierżyłam.
Niemal wszystkie wizyty wyglądały tak samo - pan psychiatra rozmawiał głównie ze mną, trochę z córką w mojej obecności, raczej na tematy ogólne. Żadnych testów nie przeprowadzał.
Pojechałam raz, dostaliśmy zalecenia - kołdra obciążeniowa, skierowanie na EEG, więcej obowiązków w domu, widzimy się za dwa miesiące.
Drugi raz - EEG w normie, inne zalecenia spełnione, recepta na leki (Konaten) wypisana, widzimy się za dwa miesiące. Zaświadczenie? No można, ale to następnym razem.
Trzeci raz - leki się nie przyjęły? (córka po nich kompletnie nie miała apetytu) Trudno, pomyślimy o nowych... Ale ona coś za chuda, za mało waży... Z pięć kilo przybrać i widzimy się za dwa miesiące. Zaświadczenie? Najpierw niech przybierze.
Czwarty raz - waga zwiększona, dobrze, widzimy się we wrześniu. Recepta na leki? A po co, wakacje idą (był maj). Zaświadczenie? Wakacje idą, po co wam zaświadczenie, widzimy się we wrześniu.
I to był moment, kiedy uświadomiłam sobie jasno, że jestem naciągana na kasę. Wcześniej to podejrzewałam, ale w tym momencie zyskałam pewność... Etyka lekarska?
Otóż moja najstarsza córka ma pewne problemy. Nie może się skoncentrować, bywa nadpobudliwa i nadaktywna. Podobno ADHD. Odkąd wiem, że to ma, bardziej interesuję się tematem i wdrażam trochę inne metody (więcej spokoju, więcej cierpliwości, więcej powtórzeń, żadnego odpuszczania) i to działa, jej zachowanie się poprawia. Ale ja nie o tym chciałam.
Żeby Poradnia Psychologiczno-Pedagogiczna wystawiła diagnozę czy też opinię o pewnych potrzebach ucznia (uczniowi z ADHD przysługują konsultacje z psychologiem itp.) potrzebne jest m.in. zaświadczenie od psychiatry. Jak ktoś się nudzi, to niech spróbuje poszukać psychiatry dziecięcego na NFZ. Dodatkowe punkty, jeśli ten specjalista będzie miał terminy bliższe niż w przyszłym roku i jeśli będzie w zasięgu dwóch godzin jazdy autem. Mission impossible...
Po którymś tam telefonie uznałam, że na coś te 500+ w końcu dają i postanowiłam umówić się prywatnie. Znalazłam poradnię, która miała nawet rozsądne terminy, pierwsza wizyta 350zł, każda następna 200. Zdzierżyłam.
Niemal wszystkie wizyty wyglądały tak samo - pan psychiatra rozmawiał głównie ze mną, trochę z córką w mojej obecności, raczej na tematy ogólne. Żadnych testów nie przeprowadzał.
Pojechałam raz, dostaliśmy zalecenia - kołdra obciążeniowa, skierowanie na EEG, więcej obowiązków w domu, widzimy się za dwa miesiące.
Drugi raz - EEG w normie, inne zalecenia spełnione, recepta na leki (Konaten) wypisana, widzimy się za dwa miesiące. Zaświadczenie? No można, ale to następnym razem.
Trzeci raz - leki się nie przyjęły? (córka po nich kompletnie nie miała apetytu) Trudno, pomyślimy o nowych... Ale ona coś za chuda, za mało waży... Z pięć kilo przybrać i widzimy się za dwa miesiące. Zaświadczenie? Najpierw niech przybierze.
Czwarty raz - waga zwiększona, dobrze, widzimy się we wrześniu. Recepta na leki? A po co, wakacje idą (był maj). Zaświadczenie? Wakacje idą, po co wam zaświadczenie, widzimy się we wrześniu.
I to był moment, kiedy uświadomiłam sobie jasno, że jestem naciągana na kasę. Wcześniej to podejrzewałam, ale w tym momencie zyskałam pewność... Etyka lekarska?
lekarz psychiatria dziecięca
Ocena:
178
(194)