Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation
Profil użytkownika

singri

Zamieszcza historie od: 13 września 2011 - 4:02
Ostatnio: 3 grudnia 2019 - 19:52
  • Historii na głównej: 54 z 73
  • Punktów za historie: 9486
  • Komentarzy: 1099
  • Punktów za komentarze: 5613
 

#85544

(PW) ·
| Do ulubionych
W zeszłym tygodniu spędziłam parę dni w szpitalu. Uzbierało mi się trochę...

1) Personel - zaangażowany na 200%, tylko co z tego, skoro go tak mało?! O odpięcie od KTG nie można się doprosić, bo pielęgniarki fruwają po oddziale z lekami, ciśnieniomierzami i najnormalniej w świecie nie mają czasu.

2) Jedzenie - Ja wiem, że nie przyjechałam tam dla przyjemności. Wiem, (z doświadczenia) że NIE DA SIĘ ugotować kartofli na kilkaset osób tak, żeby były zjadliwe (nie da się dobrze odparować i są wodniste). Wiem, że szpinak to kopalnia zdrowia niezależnie od tego, jak wygląda. Wiem, że produkty takie jak majonez czy śmietana są zakazane jako ciężkostrawne. Dlatego na posiłki raczej nie narzekałam (może poza przesłodzoną pomidorówką). Ale moje koleżanki z sali, dotknięte słynną cukrzycą ciężarnych, zostały przez panie z kuchni poproszone o kombinowanie własnego jedzenia, bo TO, CO KUCHNIA PODAJE JAKO DIETĘ CUKRZYCOWĄ DLA CUKRZYKÓW SIĘ NIE NADAJE.

3) Lekarstwa - Stwierdzono u mnie zbyt niski poziom potasu, magnezu i żelaza. O żelazie wiedziałam, łykam od kilku tygodni tabletki przepisane przez ginekologa. Miałam je ze sobą, więc zgłaszam pielęgniarkom, że żelaza mi dawać nie muszą, mam własne. "A jakie?" "Tardyferon". "O, to dobrze, jest znacznie lepszy od naszego Hematofenu". Aha.

4) Badania - mimo serii badań (amniopunkcja, morfologia płodu, przeciwciała, rozmaite wirusowe) wciąż nie wiadomo, czemu mojemu dziecku zrobiło się to, co się zrobiło. Przed wypisem dowiedziałam się jeszcze, że zabezpieczyli materiał do jeszcze jednego badania. Na chwilę obecną nie mają na nie pieniędzy (kilkanaście tysięcy), ale gdy tylko jakaś kasa pojawi się na horyzoncie, to zrobią. Ale to nie może iść z tych "zwykłych" pieniędzy, które szpital dostaje, lekarze muszą się wystarać o specjalny grant i wtedy może się uda. Tak z pół roku może to potrwać, albo i lepiej.

Pieniądze, pieniądze, pieniądze. Dlaczego szpitale dostają ich tak mało, że muszą oszczędzać na wszystkim?

NFZ

Skomentuj (29) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 131 (143)
zarchiwizowany

#85578

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Ech Ferian, Ferian, przypomniałeś mi coś... Zabawnego? Piekielnego? Sami oceńcie:

Przez cały czas, jaki moja córka spędziła w przedszkolu, ja byłam pracującą samotną matką. Bywało różnie - były miesiące kiedy się nawet coś odłożyło, były takie, kiedy za 300 zł (alimenty) musiałam opłacić przedszkole i sama wyżyć (zapewniając dziecku śniadanie i obiadokolację, oprócz posiłków jadanych w przedszkolu).

Opłaty za przedszkole kształtowały się rozmaicie, zależnie od miesiąca, ale jedna pozycja była stała - Rada Rodziców, 40 zł. Niby nie do końca obowiązkowe, ale z tych pieniędzy finansowane były wycieczki, mikołajki, rozmaite inne imprezy - mnie nie interesowały już żadne nadprogramowe składki. Więc płaciłam twardo co miesiąc, powtarzając sobie, że nikt nie będzie mojemu dziecku teatrzyków sponsorował wbrew własnej woli.

Jednak pewnego miesiąca usłyszałam od sekretarki:

- Wie pani co, niech pani tej Rady nie opłaca. Chodzą do przedszkola dzieci, które mają oboje pracujących rodziców, dwa samochody i nie płacą. Jak kogoś stać na utrzymanie dwóch aut, to powinno go być chyba stać na opłaty?

Najspokojniej jak umiałam zgasiłam ją, że mnie czyjeś samochody i portfele nie interesują, ja postępuję jak uważam za słuszne.

Z jednej strony uchylanie się od opłat wydaje mi się piekielne. Ale zaglądanie ludziom do portfela i informowanie o jego zawartości obcą osobę chyba to przebija...

Przedszkola...

Skomentuj (10) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: -2 (28)
zarchiwizowany

#85529

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Wracamy sobie wczoraj z moim Chłopem ze stolicy (byłam w szpitalu).
Droga jednopasmowa, trochę prostych, trochę zakrętów... No droga jak droga.

Jedziemy tak z 80 na godzinę, przed nami sznurek samochodów.
Od samochodu przed nami dzieli nas baardzo bezpieczny odstęp, na tyle duży, że ktoś mógłby jeszcze w tę dziurę "wskoczyć" i nie spowodowałby zagrożenia.

I nagle tenże kierowca zaczyna się dość dziwnie zachowywać.

Wychyla się zza auta, które jedzie przed nim, żeby ocenić sytuację. Ja ze swojej perspektywy widzę jakieś światła, oznaczające że coś tam jedzie z naprzeciwka (nie ja prowadziłam, więc nie zawracałam sobie głowy ocenianiem odległości czy prędkości). Za chwilę tamten kierowca wrzuca lewy kierunkowskaz i zabiera się do wyprzedzania. Ale zamiast przyspieszyć, jedzie pod prąd ze stałą prędkością przez kilkadziesiąt sekund...

Po czym wraca na swoje miejsce.

Mija nas ciężarówka jadąca z przeciwka.

Pierwszy raz w życiu żałuję, że nie mamy w samochodzie kamerki. Sytuacja była dla mnie tak absurdalna, że trudno było mi w to uwierzyć. Dlaczego?

Bo widoczność była wspaniała i bez problemu można było ocenić, że nie da się wyprzedzać aut po jednym-dwa, za małe odstępy, trzeba łyknąć cały sznurek naraz, a to rzadko kiedy jest bezpieczne.

Naprawdę zastanawiam się, co to w ogóle miało być?

polskie_drogi

Skomentuj (16) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: -1 (51)

#85265

(PW) ·
| Do ulubionych
Sprzed chwili.

Byłam dziś na zebraniu klasowym. I o ile pierwsza kwestia mnie zdziwiła, o tyle druga wręcz oburzyła...

1) Drugie śniadanie do szkoły NIE POWINNO składać się z wafelków, batoników, cukierków czekoladowych i tym podobnych łakoci. Łakocie są dobre na deser. Wydawałoby się, że wszyscy dorośli o tym wiedzą. Okazuje się, że nie - niektóre dzieci w klasie dostają takie drugie śniadanie.

2) W statucie szkoły jest m. in. opisane, jak uczeń powinien wyglądać. Skupię się na dwóch punktach: strój galowy i włosy.
Strój galowy dla dziewczynki ma się składać z białej bluzki koszulowej oraz czarnej bądź granatowej spódnicy i stosownego obuwia bez obcasów. Na cztery dziewczynki w klasie jedna miała na rozpoczęciu roku bluzkę koszulową. Moja córka, tak się śmiesznie składa. W starszych klasach ten procent jest jeszcze niższy. Mniejszy problem ze strojem galowym mają natomiast panowie…

Włosy natomiast mają być czyste, schludnie uczesane (u dziewczynek preferowane końskie ogony i warkocze), W KOLORZE NATURALNYM. Koleżanka z klasy mojej córki ma grzywkę ufarbowaną na platynowy blond. Reszta włosów ciemnobrązowa. Jej brat, uczeń klasy starszej w tej samej szkole (więc obowiązuje go ten sam statut) ma włosy całkiem na platynowo zrobione. Z czarnego. Ja się grzecznie pytam, KTO POZWALA FARBOWAĆ WLOSY DZIECKU W DRUGIEJ (CZY KTÓREJKOLWIEK) KLASIE PODSTAWÓWKI?! Co ciekawe, tatuś po usłyszeniu tej uwagi powiedział wprost "Ale chcieli, to co mieliśmy zrobić?".

Mnie całe życie uczono, że są miejsca, gdzie obowiązują pewne zasady. W szkole wyglądamy i zachowujemy się inaczej niż na podwórku, ale nie obowiązuje nas taka elegancja jak np. w teatrze. I czy to było takie złe?

Szkoła

Skomentuj (53) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 124 (198)

#85352

(PW) ·
| Do ulubionych
Może nie piekielne, ale jednak wkurzające.

Wracam sobie skądś tam. Droga w większości prosta, po jednym pasie w każdą stronę. Przede mną ciężarówka, ja utrzymuję bezpieczny odstęp + jeszcze troszkę. Wyprzedzać jej nie mogę, sytuacja zbytnio nie pozwala, ale też i nie muszę, bo ciągnie zdrowo 80, a tam jest do 90.

Za mną ustawił się jakiś srebrny samochód. Podjechał moim zdaniem ciut za blisko, ale co tam, jak uważa że wyhamuje to niech sobie jedzie. Ale on to podjeżdża, to zwalnia, wychyla się na drugi pas i wraca...

No będzie wyprzedzał jak nic...

A nie, jednak nie będzie.

O, wyprzedza!

Nie, jednak nie...

Teraz!

Nie.

To może teraz?

Nie...

I tak ponad dziesięć minut siedzenia mi prawie na zderzaku.

A ja częściej już patrzę w lusterko niż na drogę, bo jeśli mnie wyprzedzi i zjedzie przede mnie, to wolę być przygotowana. To raz, a dwa - nie chcę przypadkiem wyciąć kolesiowi buraczanego numeru "ja ją wyprzedzam, a ona przyspiesza", częściej nawet zwalniam gdy jestem wyprzedzana.

Wreszcie jest, wyprzedził! Piękna prosta, puściutka po horyzont, żadnych wzniesień, pewnie wyprzedzi mnie, potem ciężarówkę i pomknie w siną dal?

Guzik.

Następne 10 km jechał między mną, a ciężarówką. Z prędkością dokładnie taką samą, jak przed wyprzedzeniem mnie. Po czym skręcił sobie w prawo.

Ja rozumiem, że często kierowca myśli, że zdąży, ale z naprzeciwka pojawia się auto i jednak rezygnuje. Wiadomo, wyprzedza się wtedy, gdy warunki pozwalają.

Ale nie rozumiem wyprzedzania dla samego wyprzedzania, żeby nie jechać jako ostatni wóz w "sznurku" (też mi sznurek, trzy pojazdy a między nimi by się po trzy jeszcze zmieściły).

Nie wiem, ujmą dla niego było jechać za prawie pełnoletnim wozem? Bo raczej nie widział, że jedzie za kobietą :D

Droga

Skomentuj (11) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 119 (135)

#85370

(PW) ·
| Do ulubionych
Będzie o trendzie, jaki zaobserwowałam ostatnio.

Moja córka potrzebuje kurtki, a właściwie dwóch. Jednej na jesień/wiosnę, drugiej zimowej.

Pytam "Jaka ta kurtka ma być?" "Najlepiej niebieska."

Córka do szkoły, ja na rajd po sieciówkach. Jedna - kurtki są, owszem. Fason "zszyjemy kilka prostokątów i będzie OK". W dotyku przypominają ceratę. Ocieplenie symboliczne, kaptura brak. Gama kolorystyczna - jaskrawy róż i brudny róż. Cena - 39,99.
Druga sieciówka - podobnie. Niewielkie różnice w fasonie, ale wciąż pozostaje kiepska jakość i wykonanie.

Dobra, to były te tańsze sieciówki, może w droższej?

W droższej nie ma jeszcze kurtek, w poniedziałek dostawa, ale nie wiadomo czy będą.

Po czwartej zabrakło mi cierpliwości, tym bardziej, że wszędzie był niemal ten sam fason, który dobrze wiem jak leży na moim dziecku - kurtka sięga do talii, a najwyżej do bioder, za to na szerokość weszłaby jeszcze jedna dziewczynka, rękawy odsłaniają co najmniej nadgarstki, szyja nieosłonięta.

Następnego dnia po odstawieniu dziecka pogoniłam jakieś 25 km (po nowej, ładnej drodze) na targ, który jest znany z tego, że zazwyczaj jest tam spory wybór ubrań.

Idę, rozglądam się - są kurtki. Znalazłam fason, który mi się podoba. "A niebieskie pani ma z tego?" "Mam, jaki rozmiar?"

Podaję rozmiar, dostaję ciuch do ręki. Grube ocieplenie, sztuczne futerko w środku, fason jakby lekko płaszczykowy, rękawy długie, ze ściągaczem, kaptur porządny. Taka powiedziałabym raczej zimówka. Cena?

50 zł... Nawet doliczając spaloną benzynę się opłaca...

Oczywiście, że złapałam jak Reksio szynkę i dopiero w drodze do domu naszła mnie refleksja - dlaczego rzeczy łatwo dostępne, nawet niekoniecznie tanie, są aż tak potwornej jakości? Dlaczego kozaczki ze sklepu rozklejają się po dwóch miesiącach? A sportowe buty po sezonie wręcz się rozpadają? Swetry i bluzki po kilku praniach zmieniają fason i zaczynają przypominać ścierki? Widząc taką jakość w sklepach czuję się jak ubogi krewny, który ma się zadowolić byle czym.

Aż mi się przypomniało, jak w zeszłym roku szukaliśmy plecaka dla córki do szkoły. Jeden sklep, drugi, trzeci - plecaki po 60-70 zł, wygląd... No, ujdzie... Ale jakość okropna. Słaby materiał, cienkie nici, zero usztywnienia na plecach, mało kieszonek...
Gdzie dostaliśmy dobry plecak? Na targu oczywiście. Wprawdzie ciut droższy, 90 zł, ale jakościowo nie ma porównania. Powiem tylko, że po rocznym użytkowaniu (a wiadomo co dzieci wyprawiają z plecakami) wymagał tylko gruntownego czyszczenia i wyglądał jak nowy. Była masa wzorów do wyboru i tu już daliśmy jej wolną rękę. Jak się jej nie znudzi to do końca podstawówki ponosi.

Dlaczego chcąc kupić coś dobrej jakości, coś co ponoszę z kilka sezonów, muszę jechać X km albo szperać po secondhandach? Od co najmniej dwóch lat w sklepie nie udało mi się kupić nic powyżej piórnika w dobrej jakości. Buty, kurtki, wszelka garderoba... Tutaj nawet nie chodzi o ceny. Owszem, w sieciówkach jest taniej, ale nie na tyle, żeby usprawiedliwiało to aż taką różnicę w jakości.

W sumie to najbardziej dziwi mnie,że ten trend się utrzymuje. Serio ludzie kupią jakiś byle badziew tylko dlatego, że jest niezbyt drogi?

sklepy

Skomentuj (58) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 164 (190)

#85316

(PW) ·
| Do ulubionych
Długo się zastanawiałam, czy dodać tę historię...

O tym, jak niektórzy potrafią wykorzystywać czyjąś trudną sytuację.

Po odejściu od ojca mojej córki, najpierw zamieszkałyśmy w Ośrodku Interwencji Kryzysowej, skąd po trzech miesiącach przeniesiono nas do Domu Samotnej Matki. Tamże spędziłyśmy pół roku, właściwie tylko dlatego, że nie miałyśmy się gdzie wyprowadzić.

Dom prowadzony był (zapewne nadal jest) przez zakonnice ze zgromadzenia Orionistów. Zakonnice mieszkały tam trzy, na piętrze, gdzie nie wchodziłyśmy ze względu na klauzurę, matki z dziećmi miały dla siebie parter.

Warunki mieszkaniowe były nawet przyzwoite, choć w pokojach było jednak ciasno (po trzy matki+plus dzieci), ale mieliśmy do dyspozycji dużą bawialnię, jadalnię i naprawdę spore podwórze z przyzwoitym placem zabaw. Była nawet zmywarka i naprawdę wypasiony telewizor! W pokojach się właściwie tylko spało.

Problemem, z jakim trzeba było się zmierzyć, był totalny brak szacunku okazywany nam przez siostrę przełożoną, która zarządzała całym domem i kontaktowała się z pracownikami socjalnymi. Zresztą, pracownice socjalne też swoje za uszami miały, ale to się jakoś dało przeżyć.

Kilka przykładów:

1) Wizyta darczyńcy, który co roku przekazywał na rzecz Domu spore zapasy chemii rozmaitego gatunku. Zostałyśmy uprzedzone, że pani będzie o 12, bawialnia i jadalnia mają lśnić, a dzieci wyglądać jak na świątecznych pocztówkach. A proszę bardzo...

W praktyce wyglądało to tak, że pani rzeczywiście przybyła o 12 i została przez siostrę przełożoną natychmiast zaproszona na górę na kawkę. Czekaliśmy w pełnej gotowości około dwóch godzin, ale przyszła 14, godzina o której zawsze podawany był obiad. My wytrzymamy, ale najstarsze z dzieci miało wtedy cztery lata i gromadka zaczęła się dość stanowczo domagać nakarmienia (jakby nie patrzeć miały rację...). Akurat tego dnia w menu było bolognese. Gdy około 14:30 siostra sprowadziła gościa, ani dzieci, ani jadalnia nie wyglądały reprezentacyjnie. I właśnie wtedy siostra rzuciła "A to są panie, które u nas aktualnie mieszkają i ich pociechy". Gość przywitał się z każdą z nas z osobna, zagadał do dzieci, wysłuchał naszych wyrazów (szczerej!) wdzięczności za pomoc i pojechał.

Oczywiście po wyjściu gościa ostro nam się oberwało, "bo przecież siostra mówiła, że wszystko ma lśnić, w jakim świetle my ją stawiamy?". Ktoś tam zdobył się na cichą ripostę, że wszystko było gotowe o umówionej godzinie, przecież wiadomo że o 14 jest obiad, siostra sama ustaliła pory posiłków i się ich trzymamy. Odważna mamusia została przez siostrę zakrzyczany, głównie na temat "nikt was nie zmusza, żebyście tu mieszkały!".

2) Siostra przełożona bardzo często podkreślała, jaką wielką łaskę robi nam, że pozwala nam tam mieszkać. Że to nie jest nasz dom, i że to tylko jej dobra wola, że tam znalazłyśmy schronienie. I ok, to bez wątpienia była prawda, ale powtarzana codziennie zdążyła nam obrzydnąć. Tym bardziej, że przykładałyśmy się bardzo do utrzymania domu i posesji w porządku, włączając w to odśnieżanie podwórza i pielęgnację ogródka. Siostry musiały tylko zadbać o swoje piętro (klauzura) i swoje potrzeby. Nie wiem, może jestem naiwna, ale gdyby nie to ciągle podkreślanie tej nieprawdopodobnej łaski, na pewno wykrzesałabym z siebie trochę więcej wdzięczności, a tak za każdym razem myślałam "Tja, ciekawe kto by dbał o ten dom, gdyby nie było kobiet w takiej sytuacji jak nasza..."

3) Całkowita nieznajomość realiów macierzyństwa, połączona z przekonaniem o własnej wszechwiedzy.

Dziecko w wieku dwóch lat nie powinno samo się ubierać, bo to długo trwa. Nie powinno samo jeść, bo się brudzi. Nie powinno przebywać z matką w kuchni, bo nie zrozumie że nie wolno dotykać kuchenki czy zmywarki. A odpieluchowywanie dziecka w tym wieku (moja akurat wtedy zaczęła się interesować kontrolowaniem potrzeb fizjologicznych) to jest jakaś dzika fanaberia. Aha, kolejną fanaberią jest zmienianie dziecku codziennie ubrań, przecież wystarczy pilnować, żeby się nie brudziło! (Widział kto kiedy zdrowe dziecko, które się nie brudzi?!)

Oczywiście utrzymanie porządku w pokoju gdzie mieszka 3-4 dzieci w wieku do 4 lat to jest pikuś. Siostry w swoich pokojach mają porządek i przełożona nie rozumie, czemu u nas są często porozsypywane zabawki.

Z drugiej strony - usypianie/karmienie dziecka w czasie gdy zdaniem siostry należało robić co innego jest (jej zdaniem) niedopuszczalne. Każda z nas miała swoje dyżury, jedna sprząta w danym tygodniu łazienki, inną werandę, wiadomo o co chodzi. Czas na wykonanie dyżuru był jasno określony - do południa. Moja córka akurat, wstając o 6-6:30, około 10 zaczynała ziewać. Czyli akurat - ululać i zdążę zrobić swoje, bo nie zawsze się zdarzało wcześniej, a jeszcze często trzeba było popilnować dziecka w czasie gdy jego mama wykonywała swój dyżur (to wszystko naprawdę dawało się dogadać). Jednak jeśli siostra zeszła, w czasie gdy siedziałam z małą, a moja praca była jeszcze niewykonana, musiałam wysłuchać wykładu na temat mojego lenistwa, niewdzięczności i tego jak przedkładam własne sprawy nad dobro domu.

Podobna sytuacja zdarzyła się, gdy siostra zeszła na dół pewnego dnia i zarządziła zebranie. Ot tak, spontanicznie, chce z nami porozmawiać. To znaczy chce nam uświadomić, jakie jesteśmy podłe kłamczuchy i wmówić, że parę sytuacji, które doskonale pamiętałyśmy wcale nie miało miejsca, albo wyglądało inaczej. I siostra wcale nie powiedziała mi, że jak mam pieniądze na papierosy to powinnam mieć na pieluchy (nigdy nie paliłam!) i nie odmówiła mi wydania paczki pieluch z magazynu. Uroiłam to sobie pewnie. Przecież nam niczego nie brakuje, w magazynie jest tyle szamponów, balsamów i żeli pod prysznic, że na dziesięć lat by nam starczyło. Starczyłoby, gdyby cokolwiek z tego świętego magazynu zostało kiedykolwiek wydane... Ale nie było wydawane nawet na nasze usilne prośby. Jednocześnie siostra krzywym okiem patrzyła nawet na to, że rodzina przywozi nam prezenty, "bo w magazynie wszystko jest!".

Hm. W sumie to nie o tym miałam, a o tym jak potraktowano przy tej okazji moją koleżankę. Otóż była to już godzina, kiedy dzieci spały i R akurat usnęła razem ze swoimi synkami. Obudziłyśmy ją, ale wiadomo - wstawać trzeba ostrożnie, włosy przygładzić, sweter jakiś założyć... Chwilę to potrwało, po czym R dopuściła się bezczelności ostatecznej. Ośmieliła się jeszcze pójść do toalety! Jak to było? "Wiem, że zebranie jest niezapowiedziane, ale czy naprawdę oczekujesz, że my wszystkie będziemy czekać aż ty jakieś tam swoje sprawy pozałatwiasz?" I nie, żadna z nas nie miała do R najmniejszych pretensji, przecież to wszystko to są ludzkie rzeczy...

3) Wychodzenie "na miasto".
Będąc dorosłymi kobietami, mając dzieci, same czułyśmy się jak dzieci. Otóż żeby móc wyjść należało wykonać swój dyżur (no to raczej oczywiste), ok czym iść do siostry przełożonej i zapytać ją o pozwolenie. Oczywiście musiałyśmy się dokładnie opowiedzieć - dokąd, czy z dzieckiem, kiedy będziemy... Po czym dowiadywałyśmy się, że nie wolno, bo pogoda brzydka, potem dziecko będzie chore! Albo, że przed chwilą na miasto wyszły R i G, więc ja mogę wyjść po ich powrocie, albo zgoła jutro, bo jak to tak, że wszystkie gdzieś idziemy, a dom pusty. Albo, że K nie zajmie się moją córką, bo siostra dla niej zaplanowała inne zajęcie (o czym K nie wiedziała i ochoczo zgodziła się podjąć opieki, jako że wystarczyło wsadzić nasze córki do piaskownicy i się świetnie dogadywały). Albo coś tam innego. Generalnie - to, czy będę mogła wyjść, często zależało od fanaberii siostry przełożonej. Jedynie do pediatry zawsze byłyśmy puszczane, internista jednak już był zdaniem siostry luksusem.

Ja naprawdę wiele rozumiem. Mieszkanie pod jednym dachem z tabunem obcych bab i dzieci może być frustrujące. I zdaję sobie sprawę z tego, że trzeba było ustalić jasne zasady i przestrzegać ich z żelazną konsekwencją, bo niektóre z pensjonariuszek tylko patrzyły, jak nagiąć regulamin (jeśli chcecie, pojawi się część druga, właśnie o tym). Ale uważam, że siostrze przełożonej naprawdę nie ubyłoby powagi i godności gdyby okazała nam odrobinę szacunku. I to nie była kwestia tego, że wg standardów religii katolickiej byłyśmy grzeszne - każda z nas miała dzieci ze stałego, często legalnego związku, a w czasie pobytu w Domu nie utrzymywałyśmy kontaktów z mężczyznami... To było po prostu podejście "Mogę, to wam dowalę. Bo dokąd pójdziecie?" A my musiałyśmy jeszcze starać się nie zasłużyć na wyrzucenie z ośrodka, bo faktycznie nie było dokąd pójść.

Skomentuj (36) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 152 (184)

#85461

(PW) ·
| Do ulubionych
Jakby ktoś się zastanawiał, dlaczego utrzymywanie kontaktów z moją matką ogranicza się do odbierania telefonów od niej:

Mam nieciekawą chwilowo sytuację, kto nie wie: Ciąża, która na 90% albo i więcej rokuje na urodzenie martwego dziecka.

Matce, jako że jest skora do płaczu, dawania "dobrych" rad i pocieszania na zasadzie "ale nie ma co się martwić, jedno już masz" nie chciałam w ogóle mówić o ciąży, najlepiej póki nie urodzę.
Niestety, nie da się mieszkać z kimś pod jednym dachem i ukrywać swego stanu, więc musiałam powiedzieć Córce. I tak, ona wie, że mam w brzuchu jej siostrzyczkę i że tę siostrzyczkę zapewne straci. Popłakała, ale w sumie znosi to lepiej niż ja.
Nie potrafię też wytłumaczyć Córce, dlaczego całkiem chcę się odciąć od rodziny i pozwalam jej czasem z babcią porozmawiać przez telefon.

No i się smarkula wygadała.

Tyle wstępu, historia właściwa:

Rozmowa telefoniczna z mamą:
M: Co to ja od C. słyszę, w ciąży jesteś? I podobno masz poronić, dlaczego nic nie mówiłaś?
J: Nie chciałam, żebyś się denerwowała...
M: Ale jestem Twoją matką! Mam chyba prawo wiedzieć, może bym cię jakoś wsparła? Do kościoła to ty chodzisz? Spowiadasz się? Może byś z księdzem jakimś pogadała? Może by ci jakoś pomógł? (tak, ksiądz magicznie uzdrowi mi dziecko...) I co, chodzisz do jakiegoś lekarza?! Co mówił?!
J: (streszczam sytuację)
M: No to niefajnie, dbaj o siebie! Oszczędzać się musisz! A wiesz, A. (pięć minut nawijania o mojej siostrze)... A B. (kolejne pięć minut nawijania o babci)... A M. i G. (dziesięć minut nawijania o psie i kocie)...
J: Mamo, nie mam teraz siły o tym wszystkim słuchać, daj spokój...
M: Jak nie masz siły z matką porozmawiać?
J: To słuchanie tych wszystkich litanii mnie po prostu męczy.
M: Sręczy nie męczy! Całkiem już się od rodziny odbijasz! Z matką porozmawiać nie może! Już całkiem tamtą rodzinę wolisz! Ani nie przyjedziesz, ani nie pogadasz! Cześć!!!

Rozłączenie się i zostawienie mnie ze skołataną gadaniem głową i wyrzutami sumienia. Często gęsto potrafi się wcześniej rozpłakać. Co ciekawe - mama uważa, że rozmowy w ten sposób powinny być korzystne dla mojej psychiki, a jeśli nie są, to jest moja wina, bo nie doceniam jej dobrych intencji...

Dla porównania przytoczę moją dzisiejszą rozmowę z ojcem. Starym alkoholikiem, który przez 15 lat nie pamiętał, że ma dzieci, nie łożył na ich utrzymanie ani nie odwiedzał.

T: A tak dzwonię, co tam słychać?
J: A źle słychać... (streszczam sytuację)
T: Olaboga! Straszne rzeczy! Trzymasz się?
J: No jakoś się trzymam.
T: I jakie szanse lekarze dają?
J: Bardzo marne.
T: Straszne rzeczy... Może będzie dobrze. Do psychologa może jakiegoś idź, co?
J: Chodzę, raz w tygodniu.
T: No szkoda, szkoda, fajnie byłoby jakby się rodzina powiększyła. Ja też byłem ostatnio w szpitalu, leki mi dali, ale to ci nie będę teraz głowy truć. Dużo zdrowia. To nie zawracam ci głowy. Cześć.

Przed bipbipbip usłyszałam jeszcze "Straszne rzeczy, straszne rzeczy"...

Można porozmawiać na spokojnie, bez płaczu, krzyków? Można wesprzeć córkę dobrym słowem (byle nie w nadmiarze)? Trzeba koniecznie przy każdej rozmowie referować, ile srok za ogon łapie moja siostra i czemu się kuzynce małżeństwo nie układa?

Dlaczego po pięciominutowej rozmowie z ojcem czuję się lekko pokrzepiona, a po rozmowie z matką mam ochotę zaszyć się w mysiej dziurze i żeby się nikt do mnie nie odzywał przez parę minut?

rodzina

Skomentuj (26) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 154 (180)

#85507

(PW) ·
| Do ulubionych
Grrr...

Krótki zarys:
Wyprowadzając się z domu tfu(!) rodzinnego zabrałam ze sobą dwie torby. W jednej miałam ubrania, w drugiej starą kołdrę i poduszkę "bo nam się już w sumie nie przyda". Mimo, że wcześniej pracowałam, nie miałam nawet własnego kubka czy talerza. Kupowanie sobie CZEGOKOLWIEK zamiast oddawania pieniędzy matce, było bardzo źle widziane i szeroko komentowane przez wiele dni. Sterroryzowana do potęgi granic, godziłam się na to.

Ale wyprowadziłam się, kupiłam sobie komórkę, kupiłam komputer (rzęcha jakiegoś, ale działał). Pracowałam. Przez kilka lat wysłuchiwałam telefonicznych płaczów mojej matki, jak to nie ma na jedzenie, bo coś tam (potem dowiedziałam się, że był to stek kłamstw, a matka pieniądze przepijała), więc podrzucałam jej to 50, to 100 zł. Tak mnie wychowano, że mam obowiązek pomagać teraz rodzinie, a ja jeszcze nie miałam siły się zbuntować. Ale jednocześnie stopniowo "dorabiałam się" - a to talerze, a to garnek...

Poznałam ojca mojej córki, zamieszkałam z nim i w tym okresie przestałam wspomagać matkę. Kontakt się urwał, by odnowić się po narodzinach wnuczki.

Po odejściu od tegoż (#$!^&%) krótki epizod w rozmaitych instytucjach pomocowych i w końcu jest! Mieszkanie komunalne, pokój z kuchnią, pana Boga za nogi złapałam!

W okresie "urządzania się" mama nawet była do pewnego stopnia pomocna. Załatwiła mi meble do pokoju, które moja ciotka chciała wyrzucić, a także szafki kuchenne, które sama używała kilka lat po tym jak jakaś sąsiadka wyrzuciła je na opał.

Zapytacie, co w tym piekielnego?

Ano nic. Absolutnie nic. Tylko gdy mama poinformowała mnie, że rodzice faceta mojej siostry kupili młodym mieszkanie, więc ona MUSI im kupić meble... No jakoś tak przykro mi się zrobiło. Nie wiem nawet czy słusznie.

Rodzina.

Skomentuj (21) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 110 (134)

#85440

(PW) ·
| Do ulubionych
Żeby się władować pod pociąg towarowy na teoretycznie zamkniętej trasie...

Linia kolejowa w okolicy jest remontowana, zbliżają się podobno do końca, ale ruch wciąż wstrzymany. Jedna jedyna nitka jest otwarta, ponieważ wożone nią jest zaopatrzenie, przeważnie węgiel, do miejscowych zakładów chemicznych (producent głównie nawozów sztucznych). Bez tego zaopatrzenia fabryka mogłaby się na dwa lata zamknąć, więc nie ma się czemu dziwić.

Na tejże trasie jest przejazd kolejowy. Przejeżdża tamtędy dosłownie kilka pociągów dziennie.

Nie jestem pewna, czy jest tam sygnalizacja (może być zdjęta z powodu remontu), ale jest stosowne oznaczenie - znak (nie pamiętam numerka) ostrzegający o przejeździe niestrzeżonym, do tego zakaz wyprzedzania i informacja o robotach drogowych. Widoczność jest wspaniała, a pociągi powolne. Widać je na długo zanim osiągną ten punkt, za którym już niebezpiecznie jest wchodzić na tory.

Do przejazdu podjeżdża samochód. Kierowca widzi nadjeżdżający pociąg, więc zatrzymuje pojazd. Pan jadący za nim oplem jednak ignoruje i zakaz wyprzedzania i znaki ostrzegawcze, omija stojące auto i ładuje się po pociąg.

Nikomu nic się nie stało tylko dlatego, że pociąg jechał powoli (był pełny, a miał już niedaleko do stacji końcowej). Obaj panowie - i kierowca i maszynista - byli trzeźwi.

Dlaczego wsiadając do samochodu powinniśmy się upewnić, że mamy ze sobą mózg...

polskie_drogi

Skomentuj (8) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 121 (129)