Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation
Profil użytkownika

singri

Zamieszcza historie od: 13 września 2011 - 4:02
Ostatnio: 21 stycznia 2020 - 16:53
  • Historii na głównej: 58 z 78
  • Punktów za historie: 10230
  • Komentarzy: 1219
  • Punktów za komentarze: 6055
 
poczekalnia

#85908

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Ponieważ są ferie, siostra mojego partnera podrzuciła swą starszą córkę (2 klasa SP) na tydzień rodzicom.

M. sypia na dole, w salonie "teściów", my na górze.
Dziś wstałam jak na mnie bardzo wcześnie, więc słyszałam lekkie zamieszanie na dole oraz odjeżdżający około siódmej samochód.

Jakiś czas później usłyszałam płacz M. W pierwszej chwili pomyślałam, że pokłóciła się o coś z babcią. No bo skoro M. jest na dole, a nikt nie krzyczał do mnie (wiedzieli, że nie śpię), że ją zostawiają, to babcia musi tam być, prawda? Może poszła do piwnicy...

No ale płacz nie cichnie, nawet przybiera na sile, M. zaczyna wzywać matkę... Schodzę.

M. siedzi na łóżku, spłakana, czerwona. Dziadkowie pojechali na zakupy. Zabrali jej młodszą siostrę, podrzuconą dziś rano przez matkę. M. nie zabrali. Gdy obudziła się sama na dole, chciała zadzwonić do matki, ta jednak nie mogła akurat odebrać, więc dziecko wpadło w panikę tak dużą, że usłyszałam je na górze.

Wysłuchałam, przytuliłam, pocieszyłam, zaproponowałam telefon do mamy ode mnie (nie, nie trzeba) oraz śniadanie (chętnie). Już się pocieszyła, teraz siedzi z moją córą i plotą bzdury, jak to tylko dzieci potrafią :D

Ale serio? Czy tak trudno obudzić dziecko i powiedzieć "Jedziemy tu a tu, możesz z nami jechać albo iść do ciotki na górę"? Albo dać mi znać, że ją zostawiają, wtedy byłabym uważniejsza, zareagowałabym od razu? Albo napisać kartkę, którą dziecko znalazłoby po obudzeniu "Pojechaliśmy na targ, idź do Singri".

Otóż nie, nie należy mówić dziecku, że się wychodzi. "Bo będzie płakać".

dom

Skomentuj (28) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 46 (92)

#85817

(PW) ·
| Do ulubionych
Odniosę się do niedawnej historii Xynthii, a konkretniej do jej ironicznego stwierdzenia, że jak najbardziej da się żyć rozrzutnie z alimentów wynoszących 300 zł.

Otóż tak, da się. Poznajcie E., moim zdaniem najpiekielniejszą matkę świata:

Jak już wspominałam, w DSM miałyśmy zapewnione trzy posiłki dziennie. Jednak dziecko w wieku żłobkowo-przedszkolnym potrzebuje pięciu posiłków, więc każda matka zaopatrywała się w jakieś jogurty, parówki, wędlinę na własną rękę. Trzeba było kupić też pieluchy, jakieś inne kosmetyki dla dziecka czy dla siebie. Kawę też musiałyśmy mieć własną, jeśli ktoś chciał pić.

I wtedy poznałam E. Otrzymywała co miesiąc 300 zł alimentów i 77 zł zasiłku rodzinnego. Na własne oczy widziałam, jak można za takie pieniądze żyć rozrzutnie.

Otóż pierwszą i podstawową potrzebą w życiu człowieka są papierosy. Miesięczny zapas dla siebie i ojca dziecka*. Kolejną równie ważną rzeczą jest doładowanie telefonu sobie i jemu, bo gdy nie spędza się z nim czasu, trzeba godzinami wisieć na telefonie i z nim rozmawiać. Za to co zostanie, można np...

Kupić coś do jedzenia? Kawę? Pieluchy?

Nie.

Za to,co zostanie dobrze jest zamówić do DSM pizzę z dowozem, wybierając moment kiedy siostry są w kościele. I zjeść ją razem z ojcem dziecka.

Przecież wszyscy wiedzą, że pieluchy dostaje się z Caritasu i innych instytucji, jeść dają w ośrodkach, jeśli dziecko chce drugie śniadanie albo podwieczorek można mu podgrzać resztki z obiadu. Albo poczęstować się masłem i wędliną innej lokatorki (Dziecku żałujesz? Zbiedniejesz od jednego plasterka?). Kawę też można podebrać, nikt nie zauważy że w tydzień zeszła paczka. Aha, pieluchy można też ukraść z magazynu.

Zapomniałabym o kwestii ubrań. Najlepszym źródłem ubrań są worki z rzeczami innych lokatorek leżące tymczasowo na strychu. Na własne oczy widziałam synka E. w bluzie, którą dobrze pamiętałam gdy nosiła ją córeczka K. Nie było mowy o pomyłce, bluza była bardzo charakterystyczna.

I tylko dziecka szkoda, bo przy takiej matce czarno widzę jego podejście do życia i cudzej własności.

*Ojciec dziecka był nam wszystkim dobrze znany. W sądzie odmówił płacenia alimentów, wykazywał zerowe dochody WŁAŚNIE PO TO, żeby E. dostała alimenty z funduszu. Które traktowali jak wspólne pieniądze.

Dom samotnej matki

Skomentuj (4) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 160 (170)

#85808

(PW) ·
| Do ulubionych
O dziwnym podejściu mojej rodziny...

Dwa miesiące po urodzeniu córki kupiłam sobie nową bluzkę. Muszę przyznać, że dekolt miała konkretny, ale był to letni, wakacyjny ciuch, a poza tym świetnie się sprawdzał przy karmieniu. Nosiłam ją do długich spodni, żeby nie było, że jestem zbyt wyzywająca.

Od własnej matki usłyszałam, że to nie wypada, że teraz jestem MATKĄ i powinnam się skromniej ubierać, że w ogóle nie wypada teraz, żebym starała się ładnie wyglądać, bo jestem matką i już. Że moje życie jako kobiety się skończyło, bo teraz jestem MATKĄ. Miałam dwadzieścia siedem lat.

Gdy ktokolwiek z mojej rodziny się zapowiada, przyjeżdżają do mojej córki. Prezenty na gwiazdkę dostaje od nich moja córka. Od prababci, babci, cioci, wujków. Prezenty na urodziny dostaje moja córka. Ja na swoje urodziny nie dostaję od nich nic. Po co? Przecież teraz jestem matką... I nie chodzi tu tylko o moją matkę, moje rodzeństwo zachowuje się tak samo.

Za każdym razem, gdy się kontaktuję z moją rodziną, czuję się jak nic nie znaczący dodatek do dziecka. To trochę frustrujące, a już raz zerwałam z nimi kontakt na parę lat i nie czułam się z tym komfortowo...

rodzina...

Skomentuj (36) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 121 (155)

#85767

(PW) ·
| Do ulubionych
Niedawno moja córka przyniosła uwagę w dzienniczku. Brzmiała ona mniej więcej tak:

"N. na lekcji nie uważa, nie wykonuje poleceń, próbuje nawiązać rozmowę z innymi uczniami, co im przeszkadza. Po zwróceniu uwagi obraża się i pyskuje zarówno nauczycielowi jak i innym uczniom."

Podpis pana od angielskiego.

Opieprzyłam, zapowiedziałam że jeśli coś takiego się powtórzy będzie kara. Przez ostatnie dwa tygodnie był spokój, ale nie łudzę się, do kompleksowej zmiany zachowania potrzeba czegoś więcej niż jednorazowej pogadanki i jestem gotowa na zastosowanie cięższych rozwiązań.

Na zebraniu spytałam nauczycielkę, co się stało ze starym dobrym stawianiem do kąta? Jeśli dobrze pamiętam, to właśnie za podobne przewinienia stałam parę razy w kącie i nie mam w związku z tym żadnej traumy, a i naprostowało mnie to szybko.

Otóż nie. Nie wolno stawiać do kąta. Nie wolno podnieść głosu. Nie wolno przytulić ucznia. Nic nie wolno, tylko stać i nauczać.

To jest moim zdaniem chore. Nauczyciel ma stawiane wymagania - ma uczyć. Ale w przypadkach takich, jak np moja córka* nie każdy sobie poradzi bez stosowania "metod zakazanych". Więc nie przekaże jej wiedzy, jaką przekazać powinien. Oczywiście może napisać do mnie, a ja dam karę jaką uznam za słuszną. Ale to odbiera nauczycielowi cały autorytet.

Dziecko musi czuć lekki respekt i nie da się tego osiągnąć inaczej niż konsekwencją. A konsekwencja złego zachowania powinna (m. in.) być z tymże zachowaniem powiązana. Źle się zachowuje na lekcji, a karę dostaje w domu? Nie składa mi się to po prostu. Może się mylę, ale wydaje mi się że skuteczniejsza byłaby bodaj symboliczna kara, ale wymierzona natychmiast, niż cięższa, ale odwleczona.

*Moja córka cierpi na coś, co nazywam "ADHD rzekomym", czyli ma problem z usiedzeniem w miejscu, łatwo się rozkojarza i gada jak nakręcona, do tego jest leniwa. Nauczycielka podejrzewa dysleksję i dysgrafię, ale moim zdaniem problem leży raczej w tym, że trudno jest napisać/przeczytać prawidłowo jakieś słowo, gdy myśli się o niebieskich migdałach. Trzeba jej dyscypliny i wcale bym się nie pogniewała, gdyby raz i drugi postała sobie w kącie za gadanie na lekcji. Ale nie, nie wolno...

Szkoła

Skomentuj (72) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 236 (268)

#85730

(PW) ·
| Do ulubionych
Widok śmiesznie poprzycinanych drzew przy liniach wysokiego napięcia przypomniał mi zdarzenie sprzed wielu lat, kiedy to byłam jeszcze młoda i... No, w liceum byłam.

Zdarzyło się, że po silnych wiatrach, topola rosnąca niedaleko domu mojej babci straciła gałąź. Gałąź spadła na linię elektryczną. Wiatr wieje, gałęzią buja, iskry lecą - mało bezpieczna sytuacja.

Babcia pobiegła natychmiast do sąsiadów z naprzeciwka, ponieważ był to jedyny w promieniu chyba 2 km dom z internetem (takie czasy...), by ogarnęli numer na pogotowie energetyczne, to babcia zadzwoni, żeby coś z tym zrobili.

Za chwilę wróciła i jak nie zacznie sobaczyć...

Sąsiad niczego nie będzie szukał, babcia przesadza, nic się nie stanie, generalnie ma on wywalone na całą sytuację.

Babcia po upuszczeniu pary z zaworów, przypięła się do telefonu stacjonarnego i po kilku połączeniach uzyskała numer na pogotowie energetyczne. Panowie obiecali przyjechać jak tylko będą mogli, dużo wezwań mają - normalne przy wietrznej pogodzie. Adres zapisali, mamy czekać i dzwonić, jakby się sytuacja pogorszyła, np zerwałoby linię.

No to czekamy, świeczki przygotowane na wszelki wypadek, ale tak w sumie to już prawie zapomnieliśmy o całej sytuacji (obowiązek spełniony, to po co drążyć temat?) gdy rozległo się pukanie, a właściwie walenie do drzwi. Ale walenie takie, jakby co najmniej pożar wybuchł.

Otwieram, w drzwiach stoi spanikowany, blady jak śmierć sąsiad z karteczką i praktycznie krzyczy, żeby natychmiast dzwonić, że on już ma numer, natychmiast niech przyjadą i coś zrobią, bo ta gałąź nie może tak na drutach leżeć! BO MU ŚWIATŁO W DOMU ZACZĘŁO MIGAĆ!!!

Aha. Wtedy na nic więcej się nie zdobyłam. Babcia natomiast, w mało cenzuralnych słowach wyjaśniła sąsiadowi gdzie i jak głęboko może sobie teraz ten numer wsadzić i że skoro on nie był łaskaw poszukać, gdy prosiła, to teraz na pewno nie będziemy dzwonić na jego rozkaz. Dodała jeszcze, że u nas nie miga i w związku z tym ma wywalone na całą sytuację. I zamknęła mu drzwi przed nosem.

- Singri, ale ty mu nie mówiłaś, że już wezwałam pogotowie? - spytała mnie jeszcze.
- Nie...
- I dobrze, jak się posra ze strachu to może się czegoś nauczy.

Wieś rodzinna

Skomentuj (4) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 150 (162)

#85544

(PW) ·
| Do ulubionych
W zeszłym tygodniu spędziłam parę dni w szpitalu. Uzbierało mi się trochę...

1) Personel - zaangażowany na 200%, tylko co z tego, skoro go tak mało?! O odpięcie od KTG nie można się doprosić, bo pielęgniarki fruwają po oddziale z lekami, ciśnieniomierzami i najnormalniej w świecie nie mają czasu.

2) Jedzenie - Ja wiem, że nie przyjechałam tam dla przyjemności. Wiem, (z doświadczenia) że NIE DA SIĘ ugotować kartofli na kilkaset osób tak, żeby były zjadliwe (nie da się dobrze odparować i są wodniste). Wiem, że szpinak to kopalnia zdrowia niezależnie od tego, jak wygląda. Wiem, że produkty takie jak majonez czy śmietana są zakazane jako ciężkostrawne. Dlatego na posiłki raczej nie narzekałam (może poza przesłodzoną pomidorówką). Ale moje koleżanki z sali, dotknięte słynną cukrzycą ciężarnych, zostały przez panie z kuchni poproszone o kombinowanie własnego jedzenia, bo TO, CO KUCHNIA PODAJE JAKO DIETĘ CUKRZYCOWĄ DLA CUKRZYKÓW SIĘ NIE NADAJE.

3) Lekarstwa - Stwierdzono u mnie zbyt niski poziom potasu, magnezu i żelaza. O żelazie wiedziałam, łykam od kilku tygodni tabletki przepisane przez ginekologa. Miałam je ze sobą, więc zgłaszam pielęgniarkom, że żelaza mi dawać nie muszą, mam własne. "A jakie?" "Tardyferon". "O, to dobrze, jest znacznie lepszy od naszego Hematofenu". Aha.

4) Badania - mimo serii badań (amniopunkcja, morfologia płodu, przeciwciała, rozmaite wirusowe) wciąż nie wiadomo, czemu mojemu dziecku zrobiło się to, co się zrobiło. Przed wypisem dowiedziałam się jeszcze, że zabezpieczyli materiał do jeszcze jednego badania. Na chwilę obecną nie mają na nie pieniędzy (kilkanaście tysięcy), ale gdy tylko jakaś kasa pojawi się na horyzoncie, to zrobią. Ale to nie może iść z tych "zwykłych" pieniędzy, które szpital dostaje, lekarze muszą się wystarać o specjalny grant i wtedy może się uda. Tak z pół roku może to potrwać, albo i lepiej.

Pieniądze, pieniądze, pieniądze. Dlaczego szpitale dostają ich tak mało, że muszą oszczędzać na wszystkim?

NFZ

Skomentuj (30) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 132 (146)
zarchiwizowany

#85578

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Ech Ferian, Ferian, przypomniałeś mi coś... Zabawnego? Piekielnego? Sami oceńcie:

Przez cały czas, jaki moja córka spędziła w przedszkolu, ja byłam pracującą samotną matką. Bywało różnie - były miesiące kiedy się nawet coś odłożyło, były takie, kiedy za 300 zł (alimenty) musiałam opłacić przedszkole i sama wyżyć (zapewniając dziecku śniadanie i obiadokolację, oprócz posiłków jadanych w przedszkolu).

Opłaty za przedszkole kształtowały się rozmaicie, zależnie od miesiąca, ale jedna pozycja była stała - Rada Rodziców, 40 zł. Niby nie do końca obowiązkowe, ale z tych pieniędzy finansowane były wycieczki, mikołajki, rozmaite inne imprezy - mnie nie interesowały już żadne nadprogramowe składki. Więc płaciłam twardo co miesiąc, powtarzając sobie, że nikt nie będzie mojemu dziecku teatrzyków sponsorował wbrew własnej woli.

Jednak pewnego miesiąca usłyszałam od sekretarki:

- Wie pani co, niech pani tej Rady nie opłaca. Chodzą do przedszkola dzieci, które mają oboje pracujących rodziców, dwa samochody i nie płacą. Jak kogoś stać na utrzymanie dwóch aut, to powinno go być chyba stać na opłaty?

Najspokojniej jak umiałam zgasiłam ją, że mnie czyjeś samochody i portfele nie interesują, ja postępuję jak uważam za słuszne.

Z jednej strony uchylanie się od opłat wydaje mi się piekielne. Ale zaglądanie ludziom do portfela i informowanie o jego zawartości obcą osobę chyba to przebija...

Przedszkola...

Skomentuj (10) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: -2 (28)
zarchiwizowany

#85529

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Wracamy sobie wczoraj z moim Chłopem ze stolicy (byłam w szpitalu).
Droga jednopasmowa, trochę prostych, trochę zakrętów... No droga jak droga.

Jedziemy tak z 80 na godzinę, przed nami sznurek samochodów.
Od samochodu przed nami dzieli nas baardzo bezpieczny odstęp, na tyle duży, że ktoś mógłby jeszcze w tę dziurę "wskoczyć" i nie spowodowałby zagrożenia.

I nagle tenże kierowca zaczyna się dość dziwnie zachowywać.

Wychyla się zza auta, które jedzie przed nim, żeby ocenić sytuację. Ja ze swojej perspektywy widzę jakieś światła, oznaczające że coś tam jedzie z naprzeciwka (nie ja prowadziłam, więc nie zawracałam sobie głowy ocenianiem odległości czy prędkości). Za chwilę tamten kierowca wrzuca lewy kierunkowskaz i zabiera się do wyprzedzania. Ale zamiast przyspieszyć, jedzie pod prąd ze stałą prędkością przez kilkadziesiąt sekund...

Po czym wraca na swoje miejsce.

Mija nas ciężarówka jadąca z przeciwka.

Pierwszy raz w życiu żałuję, że nie mamy w samochodzie kamerki. Sytuacja była dla mnie tak absurdalna, że trudno było mi w to uwierzyć. Dlaczego?

Bo widoczność była wspaniała i bez problemu można było ocenić, że nie da się wyprzedzać aut po jednym-dwa, za małe odstępy, trzeba łyknąć cały sznurek naraz, a to rzadko kiedy jest bezpieczne.

Naprawdę zastanawiam się, co to w ogóle miało być?

polskie_drogi

Skomentuj (16) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: -1 (51)

#85265

(PW) ·
| Do ulubionych
Sprzed chwili.

Byłam dziś na zebraniu klasowym. I o ile pierwsza kwestia mnie zdziwiła, o tyle druga wręcz oburzyła...

1) Drugie śniadanie do szkoły NIE POWINNO składać się z wafelków, batoników, cukierków czekoladowych i tym podobnych łakoci. Łakocie są dobre na deser. Wydawałoby się, że wszyscy dorośli o tym wiedzą. Okazuje się, że nie - niektóre dzieci w klasie dostają takie drugie śniadanie.

2) W statucie szkoły jest m. in. opisane, jak uczeń powinien wyglądać. Skupię się na dwóch punktach: strój galowy i włosy.
Strój galowy dla dziewczynki ma się składać z białej bluzki koszulowej oraz czarnej bądź granatowej spódnicy i stosownego obuwia bez obcasów. Na cztery dziewczynki w klasie jedna miała na rozpoczęciu roku bluzkę koszulową. Moja córka, tak się śmiesznie składa. W starszych klasach ten procent jest jeszcze niższy. Mniejszy problem ze strojem galowym mają natomiast panowie…

Włosy natomiast mają być czyste, schludnie uczesane (u dziewczynek preferowane końskie ogony i warkocze), W KOLORZE NATURALNYM. Koleżanka z klasy mojej córki ma grzywkę ufarbowaną na platynowy blond. Reszta włosów ciemnobrązowa. Jej brat, uczeń klasy starszej w tej samej szkole (więc obowiązuje go ten sam statut) ma włosy całkiem na platynowo zrobione. Z czarnego. Ja się grzecznie pytam, KTO POZWALA FARBOWAĆ WLOSY DZIECKU W DRUGIEJ (CZY KTÓREJKOLWIEK) KLASIE PODSTAWÓWKI?! Co ciekawe, tatuś po usłyszeniu tej uwagi powiedział wprost "Ale chcieli, to co mieliśmy zrobić?".

Mnie całe życie uczono, że są miejsca, gdzie obowiązują pewne zasady. W szkole wyglądamy i zachowujemy się inaczej niż na podwórku, ale nie obowiązuje nas taka elegancja jak np. w teatrze. I czy to było takie złe?

Szkoła

Skomentuj (53) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 124 (198)

#85352

(PW) ·
| Do ulubionych
Może nie piekielne, ale jednak wkurzające.

Wracam sobie skądś tam. Droga w większości prosta, po jednym pasie w każdą stronę. Przede mną ciężarówka, ja utrzymuję bezpieczny odstęp + jeszcze troszkę. Wyprzedzać jej nie mogę, sytuacja zbytnio nie pozwala, ale też i nie muszę, bo ciągnie zdrowo 80, a tam jest do 90.

Za mną ustawił się jakiś srebrny samochód. Podjechał moim zdaniem ciut za blisko, ale co tam, jak uważa że wyhamuje to niech sobie jedzie. Ale on to podjeżdża, to zwalnia, wychyla się na drugi pas i wraca...

No będzie wyprzedzał jak nic...

A nie, jednak nie będzie.

O, wyprzedza!

Nie, jednak nie...

Teraz!

Nie.

To może teraz?

Nie...

I tak ponad dziesięć minut siedzenia mi prawie na zderzaku.

A ja częściej już patrzę w lusterko niż na drogę, bo jeśli mnie wyprzedzi i zjedzie przede mnie, to wolę być przygotowana. To raz, a dwa - nie chcę przypadkiem wyciąć kolesiowi buraczanego numeru "ja ją wyprzedzam, a ona przyspiesza", częściej nawet zwalniam gdy jestem wyprzedzana.

Wreszcie jest, wyprzedził! Piękna prosta, puściutka po horyzont, żadnych wzniesień, pewnie wyprzedzi mnie, potem ciężarówkę i pomknie w siną dal?

Guzik.

Następne 10 km jechał między mną, a ciężarówką. Z prędkością dokładnie taką samą, jak przed wyprzedzeniem mnie. Po czym skręcił sobie w prawo.

Ja rozumiem, że często kierowca myśli, że zdąży, ale z naprzeciwka pojawia się auto i jednak rezygnuje. Wiadomo, wyprzedza się wtedy, gdy warunki pozwalają.

Ale nie rozumiem wyprzedzania dla samego wyprzedzania, żeby nie jechać jako ostatni wóz w "sznurku" (też mi sznurek, trzy pojazdy a między nimi by się po trzy jeszcze zmieściły).

Nie wiem, ujmą dla niego było jechać za prawie pełnoletnim wozem? Bo raczej nie widział, że jedzie za kobietą :D

Droga

Skomentuj (11) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 120 (136)