Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation
Profil użytkownika

singri

Zamieszcza historie od: 13 września 2011 - 4:02
Ostatnio: 26 czerwca 2019 - 17:41
  • Historii na głównej: 28 z 46
  • Punktów za historie: 6399
  • Komentarzy: 814
  • Punktów za komentarze: 4643
 

#84779

(PW) ·
| Do ulubionych
Uwaga, będzie mocno obrzydliwie. Ale niestety jak to z siebie wyrzucę, zrobi mi się lepiej.

Z partnerem mamy w zwyczaju kupować mięso dziś na dziś, ewentualnie na dzień następny.

Zaplanowaliśmy sobie kurczaka a'la KFC, więc po krótkiej debacie zakupiliśmy po prostu całego kuraka, bo ten lubi piersi, tamta nogi...

Kurak po przyniesieniu do domu został umyty i podzielony na porcje. Jeden kawałek bardzo mi nie pasował, zdawał się bardziej ugotowany niż surowy, poza tym ten konkretny kawałek wydzielał silny zapach, a pozostałe było normalnie czuć jak to drób trzymany w plastikowej torebce w upał.

Odcięłam więc ten fragment (był to ten luźny kawałek pod jedną z piersi) i wrzuciłam do kosza na kuchenne odpadki (mamy kosz, do którego wrzucamy wszelkie rzeczy niegdyś jadalne, nawet resztki z talerzy, ponieważ wyrzucamy to potem kurom) z myślą, że gdy będę szła to wyrzucić, smyrgnę ten kawałek psu.

Może nie do końca higienicznie postąpiłam, ale poszłam wyrzucić te śmieci dopiero dwie godziny później.

Zawartość kosza sama się poruszała, połowy rzeczonego kawałka już nie było, a z reszty radośnie wypełzały białe robale...

Są dwie możliwości. Pierwsza, mniej prawdopodobna, zakłada że robactwo było w koszu wcześniej, ale nie było tam nic, co mogłoby służyć za pożywkę dla larw much, które żywią się przecież białkiem. Owocówki tak, w końcu wrzucamy tam obierki, ale nie muchy. Poza tym zauważyłabym je wcześniej.

Druga - że ten kawałek, który mi się nie podobał był swego rodzaju gniazdem, i że póki mięso miało niską temperaturę, robactwo było w stanie hibernacji. W koszu się ogrzało, więc...

Nie pobiegniemy teraz do sklepu po zwrot, bo jak im to udowodnimy?

Najgorsze, że już narobiłam sobie apetytu, a reszta kurczaka się marynuje. I nie pomoże tłumaczenie sobie, że te robaki mogły być w koszu, bo wciąż mam przed oczami ten dziwny, zbyt twardy i rozpadający się na włókna kawałek...

Trudno określić

Skomentuj (18) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 66 (88)
poczekalnia

#84830

(PW) ·
| było | Do ulubionych
https://piekielni.pl/84788#comments

Muszę przyznać, że jestem mocno zaskoczona niektórymi komentarzami. Chodzi mi konkretnie o te utrzymane w tonie "A co ci szkodzi po nich posprzątać" albo "Sama taką pracę wybrałaś, to jest wpisane w zawód kelnera".

Wychowano mnie byle jak, ale swoje w życiu przeczytałam i wiem, że uprzejmość się opłaca.

W poprzednim mieście miałyśmy z córką swoją ulubioną kawiarnię. Zawsze po wypiciu i zjedzeniu kontrolowałam stolik, wycierałam co trzeba serwetką, córcię posyłałam do kosza ze śmieciami, a sama odnosiłam naczynia na kontuar. Nie, nie miałam takiego obowiązku, były kelnerki, ale co mi szkodzi? Pomieszczenie malutkie, blisko było.

Efekt? Zawsze witano nas uśmiechem, czasem kelnerka mrugnęła, żeby tego ciastka nie brać, a skakała wkoło nas jakby sama Elżbieta II przy tym stoliku siedziała.

Tak samo zachowuję się wszędzie, nawet w kebabie. I jeszcze nigdy tego nie żałowałam.

Nie rozumiem, skąd na piekielnych takie przyzwolenie na chamskie traktowanie pracowników usług. Że co, wchodząc do restauracji i zamawiając nawet super obiad z szykanami za nie wiadomo ile (nawet nie wiem jakie ceny bywają w takich miejscach) mam prawo traktować obsługę jak niewolników? To chyba jakiś żart.

Nie, chamstwo klienta nie jest wpisane w zawód kelnera. Posprzątanie naczyń, śmieci, okruchów, starcie stołu po posiłku - tak. Ale na logikę - jeśli z tego stolika nie było zamówienia, albo było tylko na jakiś soczek, to czemu jest tam syf jakby tornado przeszło? Tak samo dzieci - moim zdaniem z dzieckiem na etapie "już chodzi, ale jeszcze nie bardzo łapie co i jak" raczej nie należy chodzić w takie miejsca, a jeśli już to tylko z dzieckiem, a nie na ploty. Na ploty można iść z dzieckiem na tyle starszym, żeby wiedziało już jak się ma zachować (no ale wcześniej rodzice muszą je nauczyć, stąd pomysł żeby chodzić tylko z dzieckiem).

A przede wszystkim warto stosować się do bardzo prostej zasady - traktujmy obsługę tak, jak sami chcielibyśmy być traktowani na ich miejscu.

Zdaję sobie sprawę, że ta historia nie będzie cieszyć się powodzeniem, liczę jednak na ciekawą dyskusję w komentarzach.

uslugi

Skomentuj (39) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 158 (186)
poczekalnia

#84825

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Jak rodzona matka psuje krew człowiekowi nawet na odległość i nieświadomie...

Na wstępie muszę uprzedzić, że moja matka miała kiedyś nade mną wadzę absolutną, od dzieciństwa uparcie tępiła we mnie dążenie do samodzielności (nie wolno było mi wychodzić wieczorami, nawet w wieku nastoletnim) oraz asertywność. Efekt tego był taki, że w wieku 20 lat pytałam jej czy wolno mi wyjść na dwie godzinki.

Oczywiście miała swój arsenał środków, sprzyjających osiągnięciu celu, na czele z płaczem. Dopiero niedawno się na niego uodporniłam, jeszcze parę lat temu pomagałam jej tylko po to, żeby przestała jęczeć.

Z czasem udało mi się wyrobić asertywność, ale tylko w stosunku do innych osób, do matki mam raczej takie "Jesus, ona znowu zaczyna..." i jeszcze do niedawna potrafiłam jej ustępować dla świętego spokoju.

Moja matka mieszka w domu razem z moją babcią i moją młodszą siostrą. I tu muszę zaznaczyć ważną rzecz - matka jest alkoholiczką. Nie wiem, na jakim jest teraz etapie, dochodzą do mnie sprzeczne wiadomości, a ja też nie po to się przeprowadziłam, żeby się teraz pijaństwem matki przejmować.

Oczywiście i babcia (na emeryturze) i siostra (pracująca, chyba nawet pracoholiczka) ciosają matce kołki na głowie, żeby poszła do pracy. Więc matka znalazła świetną metodę, o ile mogę wierzyć memu ojcu stosowała ją jeszcze przed moim urodzeniem. Znalazła sobie w okolicy zaprzyjaźniony dom i przesiadywała tam całymi dniami, udając że jest w pracy.

Dawno temu był to dom nieżyjącej już obecnie sąsiadki. Potem na jakiś czas matka się ustabilizowała, urodziła mnie, moje rodzeństwo, pracowała, posiedziała trochę na wychowawczych (było nas czworo jednak...), potem znów pracowała.

Dygresji wstecz koniec, jesteśmy w czasach mniej więcej obecnych. Powiedzmy niedaleka przeszłość, tak ze trzy lata temu.

Ponieważ miałam własne mieszkanie, moja matka potrafiła po stracie pracy przesiadywać u mnie, póki się sprawa nie wydała. Skąd brała pieniądze - nie wiem, ja ją wtedy już przestałam wspomagać, mam dziecko i o nie muszę zadbać. Matka dorosła jest, ręce, nogi ma, niech zarobi.

I znowu relacje są sprzeczne. Zdaniem mojej siostry matka codziennie wracała pijana (ode mnie wychodziła trzeźwa!). Od jakiegoś sąsiada, który z matką kilka miesięcy na magazynach pracował, dowiedziałam się że matka pracuje tylko co drugi dzień, bo moja babcia od dwóch tygodni leży w szpitalu. No patrzcie, a wczoraj ją na targu widziałam...

Znajdowała pracę i ją traciła, siedziała u mnie po 7 godzin, gadając coś do mnie, a na mnie jej obecność działała okropnie - ręce mi opadały i odechciewało mi się wszystkiego, w efekcie ona grała na tablecie, ja na telefonie, a córka oglądała bajki. Ach te rodzinne popołudnia... Ale jak zaznaczyłam na początku - moja asertywność w przypadku matki leży i kwiczy, zresztą - co mi szkodzi, że sobie posiedzi?

W końcu nadszedł upragniony czerwiec (zeszłego roku), dziecię skończyło zerówkę, zapakowaliśmy toboły i się przeprowadziłam, oficjalnie kończąc z byciem samotną matką. Mamie zostawiłam jeszcze klucze, bo chciała dla siebie moje meble, których nie zabierałam.

Niestety, zostawiłam też sąsiadom mój numer telefonu.

Okazało się, że moja matka zrobiła sobie z mojego mieszkania melinę. Gdy któregoś dnia przyczołgała się pijana w sztok i zaczęła rozpalać w piecach tak, że dym poszedł na całe podwórko, najbliższa sąsiadka się zeźliła, wyrzuciła ją z mojego mieszkania i zabrała klucze.

Oczywiście gruba awantura obiła się i o mnie, dzwonili do mnie po kolei sąsiadka, matka i ojciec. Co się nerwów najadłam, to moje. Po tym incydencie przestałam do matki dzwonić, o co miała pretensje, co jakiś czas albo dzwoni albo wysyła smsy, jaka jestem niedobra, że się od rodziny odwracam.

Dlaczego piszę o tym akurat teraz?

Ano dlatego, że dostałam wiadomość na messengerze. Od młodej kobiety, której nie znam, ale znam jej mamę, pracowałam z nią kiedyś.

Jest to samotna matka (ta młoda), ma małe dziecko (dzieci?), na pewno ma córeczkę ciut młodszą od mojej, bo odkładałam dla niej ubrania. W wiadomości było napisane "Powiedz matce, żeby oddała mi moje pieniądze, siedziała u mnie cale dnie, jadła za moje, pożyczyła kasę i zniknęła, tak się nie robi."

Ano nie robi się. Szkoda mi tej dziewczyny, ale co jej poradzę? Sama z siebie do matki nie zadzwonię, jak zadzwoni to jej powiem, ale co to da?

I tylko nerwy znów od rana, bo przeczytałam tę wiadomość o piątej...

Czy ja się kiedykolwiek uwolnię od tej kobiety i jej wpływu? Czy nawet 200 km od niej nadal będę z nią kojarzona?

I te ciągłe wyrzuty, że na święta nie przyjeżdżam, że nie dzwonię, że jej nie zapraszam, że wnuczki jej nie przywożę... Serio mam taki obowiązek? Bo jakoś się nie poczuwam.

rodzina...

Skomentuj (9) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 76 (98)

#84787

(PW) ·
| Do ulubionych
Wrzucona dosłownie przed chwilą historia o niepełnosprawnej, autystycznej dziewczynie przypomniała mi dziewczynkę, z którą zetknęłam się przez krótki czas w trakcie edukacji przedszkolnej mojej córki. Niech jej będzie Zuzia, bo prawdziwego imienia i tak nie pamiętam.

Zuzia zaczęła uczęszczać do przedszkola w wieku czterech lat i trafiła do grupy łączącej dzieci trzy i czteroletnie. Do tej samej grupy trafiła moja córka (jako, że jest z początku kwietnia, we wrześniu miała już prawie 3,5 roku, więc kontakt z czterolatkami ani jej, ani starszym dzieciom nie zaszkodził). Jak się dowiedziałam na oficjalnym rozpoczęciu roku, Zuzia do tej pory przebywała pod opieką babci i to babcia będzie ją przyprowadzać i odbierać. Babcia opisywała Zuzię jako dziecko grzeczne, wręcz idealne. "Jak sobie weźmie laleczkę, to może cały dzień z tą laleczką siedzieć, taka jest grzeczniutka."

Widzicie niepokojący objaw?

Zuzia przychodziła do przedszkola rano, brała laleczkę i siadała sobie w kąciku. I siedziała. Dzieci, jak to dzieci, bawiły się a to klockami, a to samochodzikami, Zuzia siedziała z laleczką.

Ale nie samą zabawą przedszkolak żyje, trzeba było prowadzić jakieś zajęcia edukacyjne - tańce, piosenki, rysowanie... Okazało się nagle, że wcale nie tak łatwo Zuzię z tego kąta wyciągnąć. Na szczęście jakoś tak polubiła moją córkę i przeważnie jej się udawało wciągnąć dziecko do zabawy.

Podobno perswazje przedszkolanek i tłumaczenie, że to wcale nie jest normalne, że dziecko siedzi w jednym miejscu cały dzień, nie odnosiły skutku. Babcia uparcie twierdziła, że to po prostu bardzo grzeczna dziewczynka, a rodziców nikt na oczy w tym okresie nie widział. Z drugiej strony - sama ograniczyłam się do zapytania starszej pani, czy nie niepokoi jej dziecko siedzące non stop i padła odpowiedź że nie, bo "tak się powinno grzeczne dziecko zachowywać".

Niestety, po roku wspólnej nauki straciłyśmy Zuzię z oczu, ona poszła grupę wyżej, moja została w tej samej grupie, realizując teraz już program dla czterolatków.

Dla mnie to było przerażające. Samo siedzenie w kącie cały dzień nie jest normalne u czteroletniego dziecka. Ale najgorsze jest to, że zamiast zachęcać ją do normalnej, dziecięcej aktywności, chwalono ją za "spokojne siedzenie", co utwierdzało ją w przekonaniu, że postępuje słusznie. Może trochę przesadzam, ale czy przedłużenie tego stanu rzeczy nie okaleczyłoby wręcz dziecka?

Dom

Skomentuj (18) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 86 (108)

#84765

(PW) ·
| Do ulubionych
Coś mi się przypomniało...

Historia dzieje się w tych zamierzchłych czasach, gdy mieszkałam jeszcze z matką i pracowałam w okolicznych magazynach spedycyjnych.

Do pracy miałam niedaleko, wzdłuż drogi którą musiałam jechać zrobiono naprawdę fajną drogę dla rowerów (właściwie to pieszo - rowerową, ale pieszo nikt tam nie chodził), więc chyba oczywiste, że padło na rower.

Wracam sobie z drugiej zmiany, jest po 22, więc ciemno jak skurczybyk, ale wzdłuż ścieżki są latarnie. W pewnym momencie pod jedną z nic dostrzegłam grupę młodzieży, skupioną na połowie szerokości ścieżki, więc skręciłam lekko, by ominąć ich drugą połową. Pamiętam tylko strach i zaskoczenie, gdy rower nagle się zatrzymał, a ja usłyszałam dziwny, metaliczny brzęk.

Tak, obok grupki stał zaparkowany, nieoświetlony rower, blokujący połowę szerokości ścieżki. Światło latarni nie sięgało już do tego miejsca, więc nie miałam szans go zauważyć.

Sądząc po śmiechach, jakimi skwitowali całe zdarzenie i moje uwagi, że to nie jest bezpieczne i że można było ten rower postawić na trawie, zapewne zrobili to celowo...

DDR

Skomentuj (13) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 69 (89)

#84723

(PW) ·
| Do ulubionych
Historia mocno dawna, ale teraz mi się przypomniała.
Czasy licealne.

Na jednej z lekcji W-Fu nauczycielka, dość wiekowa, kazała wykonywać stanie na rękach. Sam sposób wykonywania tego ćwiczenia mnie przeraził - na środku sali gimnastycznej, bez żadnego materaca, mamy wykonać stanie przed nauczycielką, licząc że w odpowiednim momencie złapie nas za kostki.

Cóż, nigdy wcześniej nie stawałam na rękach, do dziś nie umiem tego zrobić, ponieważ nie mam zaufania do siły własnych rąk, więc z miejsca odmówiłam wykonania ćwiczenia. Miałam w głębokim poważaniu perspektywę jedynki, nie zrobię i już.

Pozostałe uczennice też psioczyły - że to nie tak powinno być, że powinien być materac, że to się robi pod ścianą, żeby nie "polecieć" za daleko i że starszawa nauczycielka nie jest dobrą asekurantką.

A potem pokornie ustawiły się w kolejce i każda po kolei wykonała ćwiczenie.

W końcu przyszła kolej na tę, co protestowała najgłośniej, ponieważ już wcześniej miała problemy z kręgosłupem. Niestety, dała się namówić nauczycielce... I oczywiście ona musiała mieć pecha.

Ponieważ twardo trzymałam się swojej decyzji i siedziałam na ławce, miałam piękny widok na to, jak kostki koleżanki mijają nauczycielkę, a dziewczyna wygina się w łuk niczym przy robieniu mostka, po czym nie do końca kontrolowanie upada na podłogę. Zwijała się i płakała z bólu, mając ogromne pretensje do nauczycielki na temat "Przecież mówiłam, że to niebezpieczne!". Pozostałe dziewczyny też obskoczyły wuefistkę, krzycząc na nią, że przecież mówiły!

Ta historia wzbudza we mnie dziwne refleksje, bo niedawno dałam się poznać jako orędowniczka silnej władzy nauczycielskiej, a teraz widzę że miała bardzo poważne wady. Gdyby koleżanki z mojej klasy umiały naprawdę postawić się nauczycielce, prawdopodobnie do wypadku by nie doszło. Zwłaszcza śmiesznie to wypada w porównaniu do innych, mniej ważnych sytuacji, kiedy dużo bardziej pyskowały nauczycielom...

Oczywiście głównym piekielnym pozostaje nauczycielka która naciskała na wykonanie ćwiczenia w sposób nie do końca bezpieczny.

W pewnym sensie piekielni są też rodzice poszkodowanej, albo ona sama, bo sprawa nie miała żadnych konsekwencji. Ot, dziewczyna kilka tygodni spała na podłodze i przez jakiś czas miała zwolnienie z wf-u, ale nauczycielka do końca obstawała, że przesadza i nic tak naprawdę się nie stało.

szkoła

Skomentuj (4) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 101 (123)
poczekalnia

#84684

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Podjechałam parę dni temu po córkę do szkoły.

Zazwyczaj kończy ostatnią lekcję 12:25, ja odbieram ją ok 12:30-35, żeby już zaczęła się następna lekcja, bo nie znoszę tego szkolnego rejwachu. Wbijam więc na świetlicę, witam się, oglądam prezentowane rysuneczki, powoli się zbieramy, summa summarum zrobiła się nawet 12:45, więc lekcja trwała już od kwadransa.

Wychodząc z sali spotkałam na korytarzu chłopca ze starszej klasy i nauczycielkę. Wywiązał się między nimi dialog:

N: Janek, chodź do klasy.
J: Zaaaraz...

I kieruje się w stronę drzwi wyjściowych.

N: Janek, chodź do klasy, czekam na ciebie!
J: No zaaaraaz...

I wychodzi na podwórze. My zaraz za nim. Uczeń kręci się trochę w tę i nazad, aż ze środka dobiega krzyk.

N: Janek! Ja już idę do klasy!
J: No idę przecież, idę...

I krokiem anemika, jakby miał ze sto lat człapie z powrotem.

Za piekielność uważam fakt, że nauczycielka nie ma prawa w odpowiednim momencie złapać gówniarza za rękaw i zaciągnąć do klasy. Widać było po chłopaku, że kieruje nim coś pośredniego między złośliwością a lenistwem. Nie mogłabym być nauczycielką, bo bym czegoś takiego nie stolerowała i prędzej czy później wywaliliby mnie z roboty...

edit: imię chłopca oczywiście zmienione.

szkoła młodzież

Skomentuj (62) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 60 (114)
poczekalnia

#84630

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Kierunkowskazy, kierunkowskazy...

Stoję sobie na podporządkowanej, przed znakiem STOP (a właściwie linią ciągłą wyznaczającą miejsce, gdzie trzeba się zatrzymać) i mrugam prawym kierunkowskazem, czekając aż na głównej utworzy się luka. Luka się robi, akurat taka, że jak wskoczę i sprawnie przyspieszę, to odległość od tego za mną wciąż będzie bezpieczna.

Jak pomyślałam, tak zrobiłam, hop, zyg w lusterko, sprzęgło, dwójka, zyg w lusterko - spoko, daleko jest, nawet zwalniać nie musiał, sprzęgło, trójka i przyspiesza...

A takiego!

Auto przede mną postanowiło skręcić w taką boczną drogę i wszystko byłoby ok, gdyby nie pomyliła mu się kolejność czynności. Zdaniem tegoż kierowcy manewr skrętu w prawo wykonuje się tak:
1) Zbliżyć się do krawędzi jezdni (auto małe nie było)
2) Zwolnić niemalże do zera.
3) Wrzucić kierunkowskaz i skręcić.

W sumie nic się wielkiego nie stało, musiałam tylko zwolnić, ale mojemu silnikowi zbytnio się nie spodobało, że przed chwilą wrzuciłam trójkę, a teraz nagle wciskam hamulec. Ale można się pobawić w gdybanie, bo gdybym spanikowała, mogłabym np zgasić silnik, co sprawiłoby kłopoty temu za mną... A wszystko dlatego, że ktoś nie pamięta, że kierunkowskaz włącza się najpierw...

polskie drogi...

Skomentuj (23) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 22 (80)

#84165

(PW) ·
| Do ulubionych
Dopiero co zrobiłam prawo jazdy i już trafiła mi się piekielna i potencjalnie niebezpieczna sytuacja.

Mamy sobie skrzyżowanie, z sygnalizacją świetlną. Na tymże skrzyżowaniu ustawiam się do skrętu w lewo, jako trzeci samochód w kolejce. Za mną jakiś SUV.

Światła się zmieniają, osobówka i dostawczak wjeżdżają na skrzyżowanie. Jako że musiałabym wjechać na trzecią, zatrzymuję się przed przejściem dla pieszych (nawet chyba trochę za blisko, ale na pasy nie wjechałam). W tym momencie słyszę trąbnięcie. Niezbyt głośne i krótkie, ale jednak trąbnięcie.

"A wsadź sobie ten klakson gdzie słońce nie dochodzi" myślę, w międzyczasie ruszając, stopniowo zmieniając biegi i rozpędzając się do szalonej prędkości 50 km/h (teren zabudowany). Za chwilę wjechałam na most, gdzie też jest ograniczenie do 50 km/h. Zerkam w lusterko, a ten SUV jedzie tak blisko mnie, że już nie widzę jego świateł.

Wic polega na tym, że zaraz za mostem jest skrzyżowanie, na którym muszę skręcić w prawo. Wypadałoby zwolnić, zredukować...

Ale jak zredukuję i zwolnię, będę miała go w rufie!

Wiem, że wystarczyłoby musnąć hamulec, żeby zapaliło się światło stopu, ale autentycznie bałam się to zrobić.

"Na szczęście" szanowny pan rozwiązał mój dylemat, wyprzedzając mnie i znikając mi z oczu. Przypominam, że jechałam 50 km/h, z maksymalną dopuszczalną prędkością.

Zaraz za mostem kończy się linia przerywana, za to zaczyna się teren usiany skrzyżowaniami i przejściami dla pieszych. Raczej słabe miejsce do sprawdzania, jak szybko potrafimy jechać...

Droga

Skomentuj (56) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 62 (148)

#83958

(PW) ·
| Do ulubionych
Jestem w trakcie robienia kursu na prawo jazdy. Najlepsza szkoła w okolicy, o najwyższej zdawalności. Ostatnia prosta - w piątek mam egzamin państwowy, teoria i praktyka jednocześnie. I jestem przerażona.

Nie, to nie jest ta normalna trema egzaminacyjna. To prawdziwy strach, wynikający z tego, że po 30 godzinach jazd z moim instruktorem prowadzącym (G) wykupiłam jazdy doszkalające z innym instruktorem (W) i dowiedziałam się, oj, dowiedziałam...

1) Zbyt szybko puszczam sprzęgło. G zwracał uwagę tylko na to, czy samochód nie zgasł. W wyczuwa najdrobniejsze szarpnięcie (a w hyundaiu, na którym się uczę to trzeba naprawdę po-ma-lu-tku) i daje mi instrukcje, co robić, żeby tego nie było.
2) Podczas jazdy z W deszcz zakapał mi boczne szyby, więc postanowiłam je otworzyć i zamknąć, coby się przetarły. Prawa ręka na kierownicy, lewa na przycisk... I ściąga mnie w prawo. Ponad 30 godzin jazd, a ja nie umiem prowadzić prawą ręką. Lewą umiem, bo musiałam zmieniać biegi. Prawą nie. Jak się później dowiedziałam, W zachęca swoich stałych kursantów, żeby w czasie nauki z nim jedli za kierownicą. G nawet nie wspomniał o tym, że czasami trzeba lewą rękę z kierownicy zdjąć i wypadałoby to poćwiczyć.

3) Zdaniem W "zmieniam biegi, jak w traktorze". Mój partner, gdy zabrał mnie na plac, też zwrócił mi uwagę, że za bardzo szarpię się z tą dźwignią. G nic na ten temat nie wspominał.

4) Ruszanie pod górkę. Z użyciem awaryjnego umiem od dawna, to jedyna rzecz jaka wyszła mi za pierwszym razem. Z użyciem nożnego nauczyłam się dopiero na jazdach doszkalających. Dlaczego? Bo G twierdził, że zawsze mogę przecież zaciągnąć awaryjny i ruszać z awaryjnego. Nawet ze świateł.

5) Parkowanie. Prostopadłe G pokazywał mi multum razy i nie nauczył. W pokazał mi raz. I wystarczyło. Punkt odniesienia kazał wybrać inny.

Równoległe G pokazał mi raz, "tego nie będzie na egzaminie, bardzo rzadko zadają".

Last but not least...

6) Plac manewrowy. Słynny łuk. Jak G pokazuje mi kciuk do góry i krzyczy, że "było za...iście!", to chyba mogę sądzić, że poszło mi dobrze?

A taki drobny szczegół, że na WORD-owskim placu jest ciaśniej i jeśli nie nauczę się tu celować bardziej w środek, to tam mogę się nie zmieścić... Kto by na to zwracał uwagę? Dowiedziałam się tego na 33. godzinie jazd. Proszę nie regulować odbiorników, tak, na TRZYDZIESTEJ TRZECIEJ GODZINIE! Gdyby nie jazdy doszkalające z W, pewnie dowiedziałabym się na egzaminie.

Sumując - z G jeździło się świetnie. Pogadał, pożartował, oboje mamy dzieci, to tematy były. I z tego, co mówił, wynikało, że od początku idzie mi genialnie, ba, zaczęłam podejrzewać, że autentycznie mam do tego talent. A teraz walczę z przyzwyczajeniami, których w ogóle nie powinnam nabrać.

Aha, nie wiem jaką zdawalność ma G (było spytać...), ale W ma 100% zdawalność praktyki.

EDYCJA bo zapomniałam o jeszcze jednym punkcie:

7) Z G mieliśmy stałe trasy po mieście. Rzucał hasło "W lewo i na plac" i już wiedziałam, że tu prosto, tam w lewo, na rondzie prosto i znów w lewo w tę śmieszną uliczkę, gdzie jest do 30. (Śmieszną, bo samochody tam bardziej parkowały niż jeździły, wąska, kręta, jakoś tak ją polubiłam).

Tymczasem W wydaje polecenie "na światłach w prawo", a ja ZONK - jakie prawo, na plac jedziemy, to prosto, a potem w lewo i od drugiej strony... A, że tędy też można? Ale ja pierwszy raz jadę tą ulicą... Tak, po 30 godzinach jazd.

szkoła jazdy...

Skomentuj (29) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 51 (121)